![]() |
| Dolina na wschodnich obrzeżach Andów |
Gdybyś mógł, czytelniku, spojrzeć okiem kondora na kraj zwany Peru, ujrzałbyś bardzo wysokie góry przecinające kraj z północy na południe. Góry te sięgają powyżej sześciu tysięcy metrów i są pokryte wiecznym śniegiem, natomiast na wyżynie (też położonej wysoko, ponad trzy tysiące metrów) Indianie uprawiają ziemniaki. Hodują też alpaki, z których wełny sporządzają sobie ubrania. Na zachodnich stokach gór jest pustynia przecinana jedynie pasmami zieleni wzdłuż rzek mających swe źródła w wiecznych śniegach. Pustynia opada ku morzu, wybrzeże jest stosunkowo niedaleko gór. Wschodnie stoki gór porośnięte są natomiast dżunglą, chmury płynące znad dalekiego Atlantyku przynoszą ciągłe deszcze. Rzeki, same w sobie ogromne, nierzadko występują z brzegów zalewając całe połacie kraju. W tej dżungli pokrywającej wschodnie stoki gór też mieszkali Indianie. Uprawiali oni maniok, który jest łatwy w uprawie, ale potrzebuje ciepłego wilgotnego klimatu, a także bawełnę, z której sporządzali sobie ubrania.
Indianie na wyżynach znali dyscyplinę. Pracowali już jako chłopi, kiedy było tam państwo Inków, tak że kiedy przyjechali Hiszpanie, nie musieli nikogo uczyć poddaństwa. Indianie z dżungli nie znali dyscypliny. Nie zdołali ich nauczyć poddaństwa Inkowie, choć próbowali. Ci Indianie z porośniętych dżunglą dolin mieli niemiły zwyczaj strzelania z zarośli do nowoprzybyłych. Strzelali, a ponieważ te zarośla to nieprzebyta dżungla, nie wiadomo skąd ta strzała przyleciała. Hiszpanie początkowo szukali na wschodnich stokach gór Króla Ozłoconego, czyli El Dorado, ale nie znalazłszy go dali sobie spokój.
| Dzisiejszy transport na szlaku Pichis |
Tylko misjonarze wybierali się w tę dżunglę. Schodzili z płaskowyżu dolinami, a potem poruszali się po rzekach tak daleko, jak się tylko dało. Misjonarze nie szukali złota, tylko nieznanych ludów, których języków można będzie sie nauczyć i którym potem można będzie głosić Dobrą Nowinę. Tu też pojawiały się rywalizacje. Nie były to rywalizację krwawe, acz były rzeczywiste i musiały być jakoś rozwiązane. Mianowicie były różne zakony gotowe głosić tę Dobrą Nowinę. Byli jezuici, zakon młody powstały po to właśnie, by uczyć się języków nowo odkrytych krajów i głosić Dobrą Nowinę ich mieszkańcom. Byli franciszkanie, zakon powstały wcześniej, który podjął wyzwanie, skoro ono się pojawiło. Tak więc hiszpańscy jezuici i franciszkanie podzielili między siebie rejony, w których mieli głosić Dobrą Nowinę. Franciszkanie schodzili dolinami od strony położonych na płaskowyżu miast Jauja i Tarma, jezuici działali bardziej na północy. Ale to nie była jedyna rywalizacja. Hiszpańscy jezuici płynęli w dół Amazonki, portugalscy jezuici płynęli w górę tej rzeki, a najwyraźniej istotne też było którego króla poddanymi byli ci misjonarze. Dzisiejsza granica między Peru a Brazylią jest mniej więcej tam, gdzie jezuici z Hiszpanii i jezuici z Portugalii się spotkali.
Franciszkanie schodzący w doliny od strony Tarma zauważyli, że Indianie z dżungli regularnie przybywają do pewnej góry, by wydobywać z niej sól. Góra ta była powyżej granicy uprawy manioku, który był stałym pożywieniem tych Indian, więc ich przybycie w dużej mierze skorelowane było z pracami na polach manioku. Góra była na terenach zamieszkałych przez Indian zwanych Kampa lub Aszaninka, którzy następnie tę sól podawali dalej w wyprawach handlowych. Franciszkanie nazwali tę górę Cerro de la Sal i doszli do wniosku, że skoro Indianie sami ta przyjeżdżają, to tam najlepiej zbudować misję. Już w XVII wieku zbudowano w pobliżu tej góry misję Quimiri (dziś w tym miejscu stoi miasto La Merced).
![]() |
| Rzeka Pichis w Puerto Bermudez |
Indianie organizowali wyprawy handlowe, ale handel między Indianami wyglądał inaczej niż nasz. Dla Indian kluczowy był podarunek, na który należało odpowiedzieć, acz niekoniecznie natychmiast. To się wiązało ze sposobem osadnictwa Aszaninków. Gleby w amazońskiej dżungli nie były zbyt żyzne, dlatego Aszaninkowie żyli w dużym rozproszeniu. W dodatku las trzeba było co jakiś czas karczować, bowiem maniok rósł dobrze na glebie świeżo wykarczowanego lasu, ale po kilku latach pole się wyjaławiało i trzeba było karczować następny las. To się wiązało z przenoszeniem się z miejsca na miejsce co jakiś czas. A znowu rozproszenie wiązało się z podejmowaniem gości, no bo przecież odwiedzenie sąsiada albo krewnego wiązało się z nocowaniem u niego; tym bardziej miało to miejsce podczas wypraw po sól. Każda rodzina miała więc jeden dom dla gości.
Ale żeby nie było wątpliwości – wszystkie domy były bez ścian. Stały na palach, miały podłogę oraz dach kryty strzechą, ale nie miały ścian, tak że nie było w nim sekretów. Aszaninkowie sporządzali sobie tuniki z bawełny, tak że nie chodzili nago po lesie, ale nikt nie miał wątpliwości skąd się biorą dzieci.
Ale nie wszyscy Indianie z peruwiańskiej dżungli żyli w takim rozproszeniu. Indianie Konibo, mieszkający nad Ukajali, mieli większe wsie. Wiązało się to z tym, że Konibo to byli gitowcy znad Ukajali, regularnie organizowali wyprawy łupieskie na wsie innych Indian, a napadłszy na wieś zabijali wszystkich mężczyzn, a młode kobiety i dzieci uprowadzali w niewolę. Oczywiście dalsi krewni tych kobiet i dzieci chcieli je odbić, Konibo spodziewali się napaści, dlatego mieszkali w większych skupiskach, łatwiejszych do obrony. No a misjonarze szukali najpierw większych skupisk, by założyć misje. Pierwsi misjonarze nie wiedzieli przecież kto w tej dżungli mieszka. Nie wiedzieli, że Konibo mówią innym językiem, niż Aszaninkowie. Nie wiedzieli też, że Aszaninkowie uważają Konibo za bandytów. Franiszkanie założyli więc misję we wsi Konibów, a potem poprosili swoich gospodarzy, by pomogli im przetrzeć szlak do kraju Aszaninków. Potem się dziwili, że Aszaninkowie niezbyt ufają misjonarzom.
Mieszkanie w dużych wsiach mogło mieć wpływ na obronność, ale przyczyniło się do tego, że populacja mieszkających tam Indian znacznie się zmniejszyła. Tego w XVII wieku nie mogli przewidzieć ani sami Indianie, ani przybywający do nich misjonarze. Misjonarze głosili Ewangelię, przywozili jednak też coś, czego nie byli świadomi, mianowicie choroby. Misjonarze byli na te choroby odporni, ale Indianie nie. Jedna epidemia ospy potrafiła wymieść 90% populacji wsi. Rozproszone osadnictwo jest bardziej odporne na epidemie, dlatego dziś Aszaninkowie stanowią główną grupę Indian w swojej okolicy, natomiast populacja Konibów znacznie spadła.
Misje zostały zbudowane i stały tam w tej dżungli
kilkadziesiąt lat, a Aszaninkowie jakoś nie chcieli się chrzcić.
Więc co tu zrobić, by kraj schrystianizować? Może przywieźć
Indian, którzy ochrzcili się już dawno? Na przykład tych z
płaskowyżu. Albo jeszcze lepiej Metysów, którzy są przecież
trochę Indianami, ale nie całkiem.Nabrzeże w Puerto Bermudez
Indianie owszem chcieli, by misje były. Rzecz w tym, że misjonarze przynosili Dobrą Nowinę, ale nie tylko. Przynosili też rzeczy przydatne również w tym życiu. Na przykład żelazne narzędzia. Dla Indian, którzy dotąd musieli karczować dżunglę narzędziami z kamienia, to było objawienie, nie jakaś tam Ewangelia. W misjach zbudowali nawet kuźnie, w których Aszaninkowie mogli naprawiać swe narzędzia.
Ale ci Metysi też stanowili problem, tym razem dla Aszaninków. Metysi niewątpliwie ciężko pracowali, karczowali ten las, tylko że oni karczowali las, który Aszaninkowie specjalnie zostawili odłogiem, żeby gleba się zregenerowała. Tylko że ani Metysi, ani franciszkanie tego nie rozumieli. Dżungla jest przecież niczyja, więc ją karczowali. A tymczasem wprowadzali się do czyjegoś ogrodu nikogo nie pytając o pozwolenie. Czy można się dziwić, że ten ktoś, kogo nie pytano o pozwolenie, pewnego dnia stracił cierpliwość i zaczął strzelać z zarośli do osadników karczujących las wokół misji? Kiedy paru takich zostało zastrzelonych, reszta spakowała manatki i wróciła tam, skąd przyszła.
To jest pewnie uproszczenie, ale w sumie o to chodziło. Zapewne pomocny był też klimat, niedostępność tych terenów, a przede wszystkim wszechobecne ogromne ilości komarów, tym niemniej faktem jest, że Aszaninkowie w swojej historii przeprowadzili kilka udanych powstań. Nikt nie ogłaszał żadnych zwycięstw, po prostu Aszaninkowie zdobyli sobie renomę nieprzejednanych wojowników, do których kraju podróżować jest niebezpiecznie. Historia tych powstań jest niepełna, bowiem pisana była na podstawie pogłosek przez tych, którzy wcale nie zamierzali się wybierać do kraju Aszaninków, a dla późniejszych peruwiańskich historiografów była to historia kęsk, o której lepiej zapomnieć.
Nie wszyscy Indianie z płaskowyżu byli intruzami w
dżungli. Niektórzy uprawiali poletka w dolinach, gdzie było
cieplej i udawały się rośliny, dla których na płaskowyżu było
za zimno. A w 1742 roku w dżungli Aszaninków pojawił się ktoś,
na kogo Aszaninkowie chyba czekali. W Źródłach historycznych
pojawia się on jako Juan Santos Atahualpa. Źródła są oczywiście
bardzo skąpe i wszystkie wrogie, tak że niewiele o nim wiadomo..jpg)
Tradycyjne domostwo Aszaninków
Podobno pochodził z Cuzco, gdzie miał rodzeństwo. Podobno pochodził też z najwyższej indiańskiej arystokracji, z rodu Inków, tak że jego imię Atahualpa nie było przypadkowe. Podobno był kształcony w jezuickiej szkole i z jakimiś jezuitami podróżował do Europy, a także do Afryki. Ale w 1742 roku był z powrotem w Ameryce, w dżungli na północ od Cuzco.
Wtedy ku zdumieniu autorów owych skąpych źródeł historycznych , Aszaninkowie zaczęli masowo pielgrzymować, by go spotkać. Opuszczali miejsca, które autorom były znane, czyli misje, i znikali w dżungli. Nie tylko zresztą Aszaninkowie znikali, sąsiednie plemiona też, również Konibo. A kiedy któryś z franciszkanów do niego pojechał, Juan Santos mu wprost powiedział, że on nie ma nic przeciwko księżom, ale wszyscy osadnicy mają się wynosić. A jak mają funkcjonować misje bez osadników? Kto miałby franciszkanów żywić? W dodatku Indianie mieli jakieś obiekcje do Murzynów, którzy w misjach byli strażnikami i którzy też mieli się wynosić. A jak miałyby funkcjonować misje bez strażników? Więc wynieśli się wszyscy, franciszkanie też.
Ale franciszkanom było oczywiście nie w smak takie
wynoszenie się z misji po kilkudziesięciu latach funkcjonowania.
Posłowali więc do Juana Santosa ponownie, kilka razy. Stąd wiemy,
że była to zupełnie rzeczywista postać i miała posłuch wśród
Aszaninków. Któregoś razu Juan Santos powiedział księżom, że
wicekról Peru też ma się wynosić, bo on – Juan Santos Atahualpa
– zamierza odebrać swoje królestwo. Najpierw się z tego śmiano,
potem się okazało, że istotnie jest spisek wśród Indian na
płaskowyżu. Spiskowców powieszono, a rozochocony wicekról wysłał
wojsko w dżunglę. Okazało się jednak, że w dżungli pozbawiona
przewodnika armia nie odnosi sukcesu. Zbudowano fort w Quimiri, ale
Aszaninkowie nie chcieli żadnych fortów na swoim terytorium i
oblegli go. Załoga fortu próbowała uciekać, ale daleko nie
uciekła. Kiedy przyszły posiłki, okazało się, że w forcie są
Aszaninkowie.Nowoczesne domostwo Aszaninków
Nikt nie ogłosił końca wojny, nikt nie ogłosił zwycięstwa, tylko nikt do kraju Aszaninków nie jechał. Dopiero w 1756 roku do Quimiri dotarła wyprawa, której nikt po drodze nie atakował. Uznano więc, że rebelia się skończyła. Oznaczało to tylko, że skończyły się walki, bo do dżungli i tak się nikt nie wybierał. Nic też nie było wiadomo, co się w kraju Aszaninków dzieje, żadne informacje nie docierały do autorów wrogich relacji. Nikt nie był pewny, czy przywódca powstania Juan Santos Atahualpa jeszcze żyje. Jakieś tylko dochodziły pogłoski, że zniknął i został po nim kłąb dymu. Tak czy owak przez resztę XVIII wieku nikt się do peruwiańskiej dżungli nie wybierał.
Dopiero w XIX wieku jacyś „civilisados” zaczęli tam przenikać. W XIX wieku nastąpiło też coś, czego sami Indianie są w pewnym sensie sobie winni. W końcu to oni wiedzieli, że w dżungli rośnie drzewo kauczukowe, i że z soku tego drzewa można robić rzeczy o różnych kształtach. Jacyś biali ten kauczuk kupowali, ale handel kauczukiem niewiele znaczył dla Amazonii do momentu, kiedy Henry Ford zaczął produkować samochody na gumowych oponach. Wtedy się zaczęło.
Wcześniej jacyś biali, a także Metysi rozumiejący oba światy, kupowali kauczuk, a Indianin dostawał za to metalowe narzędzia. Metalowe narzędzia były bardzo użyteczne, zwłaszcza siekiery do karczowania lasu, co Indianin regularnie musiał robić. Kiedy jednak raptownie wzrósł popyt na kauczuk, ci co go kupowali chcieli go jak najwięcej, nie chcieli więc, by Indianin zajmował się karczowaniem lasu. Chcieli, by chodził po lesie i szukał drzew kauczukowych. Sprowadzali więc żywność z dalekich krajów i dawali Indianinowi wszystko na kredyt, byle ten kauczuk dotarł. Teoretycznie Indianin był zadłużony, ale dla niego to nie było nic nowego, w końcu tradycyjny indiański handel polegał na podarunkach dawanych w długich odstępach czasowych. Kiedy jednak rąk do pracy ciągle było mało, niektórzy biali oferowali nawet strzelbę za dziecko, które będzie można nauczyć szukania drzew kauczukowych w lesie. To też nie było nic nowego, w końcu tradycyjne indiańskie wojny polegały na zabijaniu mężczyzn w napadniętej osadzie i braniu w niewolę młodych kobiet i dzieci. Oczywiście napastnicy uzbrojeni w boń palną mieli dużą szansę na sukces, jeśli napadnięci mieli tylko łuki i strzały. Taka była ekonomia dżungli, dopóki był popyt na kauczuk.
| Wnętrze nowoczesnego domu Aszaninków |
Tylko te strzelby już wśród Indian były. No i byli krewni, którzy chcieli odzyskać dzieci. Kiedy skończyły się dostawy żywności, skończyło się dostawanie strzelby za dziecko – Aszaninkowie zaczęli odbierać dzieci przy pomocy tych strzelb, które już mieli. Ale nie było to odbieranie dzieci tu i tam, raczej to wygląda na działanie zaplanowane przez kogoś, kto rozumiał świat białego człowieka.
Najpierw przerwana została komunikacja z Limą: puszczone z dymem zostały gospody dla mułów i poganiaczy na „szlaku Pichis”. Szlak ten prowadził od miasta La Merced (dawniejszej misji Quimiri) do Puerto Bermudez nad rzeką Pichis. Rzeka Pichis była dość szeroka, by mogły po niej pływać statki, a wpadała do Ukajali i można nią było dopłynąć do Iquitos. Karawana mułów potrzebowała kilku dni, by przebyć szlak Pichis z La Merced do Puerto Bermudez, ale w owym czasie było to jedyne połączenie pomiędzy Limą a Iquitos. Więc jak kilka gospód zostało puszczonych z dymem, a z pozostałych załoga uciekła, tego połączenia nie było. W dodatku Indianie zrąbali też słupy telegraficzne (siekiery też już mieli). Później była seria ataków na składy kauczuku nad Ukajali, połączone z zabiciem właściciela i uwolnieniem dzieci. To wszystko się skończyło w 1915 roku bez jakiegoś wielkiego ogłoszenia zwycięstwa, ale efekt był taki, że kraj Aszaninków uznano za taki, do którego lepiej nie wjeżdżać.
Więc nie jechano tam. Nie pisano też o tym kraju specjalnie. Informacje o atakach na składy kauczuku czy na gospody na szlaku Pichis są w lokalnej prasie tego czasu, ale nigdzie poza tym. Nikt ważny tam nie jechał, na pewno nie żurnaliści ze stołecznej prasy. Kraj Aszaninków jakby nie istniał.
Lokalna prasa lat 1912-1915 nie tylko pisała o tych wydarzeniach, ale pisała też o przywódcy całej tej rebelii, którego nazywała imieniem Tasulinchi. Polski podróżnik kapitan Lepecki, który był nad Ukajali parę lat później, nawet spotkał tego człowieka. Chodził on w takiej samej tunice jak wszyscy inni Indianie, ale mówił płynnie po hiszpańsku i niewątpliwie miał posłuch wśród Aszaninków. Kapitan Lepecki to spotkanie opisał, ale po polsku, a peruwiańska prasa przestała pisać o atakach na składy kauczuku, skoro tylko te ataki się skończyły. Tak że powstanie Aszaninków zostało zapomniane. Dopiero niedawno specjalista w tej dziecinie Fernando Santos-Granego natknął się na relację kapitana Lepeckiego, zaczął szperać po lokalnej prasie i wyszło mu, że jak najbardziej było udane indiańskie powstanie, o którym peruwiańska historiografia milczy, bo się wstydzi, że Peruwiańczycy na swoim własnym (niby) terytorium dostali najzwyczajniej w dupę.
![]() |
| Kuchnia w nowoczesnym donu Aszaninków |
Z punktu widzenia lewicowców z Europy, a także ich południowoamerykańskich naśladowców, w czasach kauczukowego boomu Indianie z dżungli byli strasznie wyzyskiwani. Tymczasem sami Indianie się zbuntowali, kiedy cały ten boom się skończył. A może ktoś tu czegoś nie zrozumiał? Ja mam wrażenie, że całe to niezrozumienie jest charakterystyczne nie tyle dla tego regionu, co dla tej całej europejskiej lewicy i jej południowoamerykańskich naśladowców.
Potwierdza to historia z lewicową partyzantką w dżungli, która chciała polepszyć los uciskanych Indian. W Peru były tak naprawdę dwie partyzantki, jedna w stylu Che Guevary, popierana przez Kubę, druga maoistowska, zwana Sendero Luminoso, czyli Świetlisty Szlak. Dla obserwatorów zza morza jest między tymi partyzantkami szalona różnica, natomiast dla Aszaninków, którzy są na miejscu, to jeden pies. Wiem to na pewno, bo byłem tam, rozmawiałem z Aszaninkami i wiem, że im się te dwie armie myliły.
A zaczęło się od tego, że Alejandro Calderon, ważna postać w administracji regionu, został w 1989 roku przez tych partyzantów w stylu Che Guevary uprowadzony i stracony właśnie dlatego, że był ważną postacią w administracji regionu. Tyle że Alejandro Calderon to był Aszaninka i miał zaufanie współplemieńców i efekt był taki, że Aszaninkowie na wstępie byli wrogo nastawieni do lewicowych partyzantek. A kiedy Sendero Luminoso wparowali z kałaszami do Puerto Bermudez i wysadzili bank, Aszaninkowie zorganizowali armię, która nie miała kałaszy, tylko łuki, ale i tak wygrała tę wojnę. Łuki, bo to cicha broń. Aszaninkowie poruszali się cicho po lesie, porozumiewali się naśladując głosy ptaków. Senderyści trzymali się w grupie, ale jak ktoś się oddalił od grupy by na przykład zrobić kupę, to go potem znajdywano najeżonego strzałami jak święty Sebastian. Paru takich najeżonych zrobiło swoje – przez jakiś czas Puerto Bermudez było miastem, do którego się nie jechało.
Dziś już można tam pojechać i nie być zastrzelonym z łuku. W dodatku dawny szlak Pichis funkcjonuje, acz nie ma po drodze gospód, bowiem całą drogę z La Merced można przebyć w ciągu dnia. Niektórzy jadą na pace furgonetki, inni samochodem regularnie kursującym na tej trasie; autobusów nie ma. No i szlak nie jest już najważniejszy, jest więcej dróg przez góry do Amazonii.
| Kuczma, czyli tradycyjna tunika |
No i wszyscy młodsi mówili po hiszpańsku, dzieci miały hiszpańskojęzyczne książki do nauki pisania. Dlatego mogliśmy się dogadać. Dlatego też wiem, że im się te komunistyczne partyzantki mylą, że dla nich to jeden pies. O Świetlistym Szlaku było kiedyś głośniej, dlatego im przypisują morderstwo Calderona. Tak czy owak i do jednych i do drugich strzelają z łuku. Lewicowe idee wysmażone gdzieś daleko za morzem, tu w dżungli nadziewają się na strzały wystrzelone z krzaków.
Stąd nauka jest dla lewicowych aktywistów: rozprzestrzenianie idei wysmażonych gdzieś za morzem może napotkać problemy w kraju nieprzejednanych wojowników.
.jpg)
.jpg)
.jpg)