Wednesday, April 2, 2025

Gdzie się podziali Majowie?

Tikal

Wspaniałe są starożytne ruiny Majów! Piramidy w Tikal wznoszące się nad najwyższymi drzewami dżungli, podziemne korytarze w Palenque wiodące do królewskich grobowców, tysiącletnie malowidła na ścianach komnat ukrytych w tropikalnym lesie świątyń w Bonampak. Pomiędzy tymi ruinami chodzą obwieszeni kamerami turyści i raz po raz zaglądają do trzymanych w ręce książeczek albo zgromadzeni w grupkach słuchają słowotoku przewodnika opowiadającego o tym, jacy wspaniali i mądrzy byli starożytni Majowie. Ale Majów wśród tych ruin nie ma. Gdzie się podziali? Wymarli?

Miasteczko zwane dziś Felipe Carillo Puerto, położone w samym środku dzisiejszego meksykańskiego stanu Quintana Roo, nie jest wspaniałe. Robi wrażenie sennego i prowincjonalngo. Przy rynku stoi kościół zbudowany z bardzo grubego kamiennego muru. Mieszkańcy są niziutcy, mają oliwkową cerę i rozmawiają w niezrozumiałym języku, choć do przybysza zwracają się po hiszpańsku.

„Jaki to język?”. Pytam kierowcę na postoju mikrobusów.

„Maja”, odpowiada. „Wszyscy tu tak mówią”

Majowie nie wymarli. Majowie nie żyli z tego co upolowali w lesie, tylko z kukurydzy, którą uprawiali od niepamiętnych czasów. Uprawiali kilka jej odmian, w czterech kolorach: żółtą, czerwoną, czarną i białą. Kukurydza była dla nich i nadal jest rośliną świętą, darem bogów, sama bogiem. Kukurydza jest dawcą życia i to dzięki niej Majowie przeżyli. A konkwistadorzy podbili kraj, ale wcale nie mieli zamiaru wybijać jego mieszkańców. Chcieli być panami, a żeby być panem – trzeba mieć chłopów. Majowie znakomicie się na chłopów nadawali. Wymarła dawna elita intelektualna, ci wszyscy którzy znali starożytne pismo i potrafili czytać księgi, spalone przez najeźdźców zostały również te księgi, ale zostali Majowie-chłopi. Zostali i odprawiali pańszczyznę.

Potem przyszła niepodległość. Dla Majów ona nic nie znaczyła, niepodległość ogłosili ci potomkowie Hiszpanów, którzy po kilku stuleciach mieszkania w Ameryce nie identyfikowali się już z Hiszpanią. Przy czym półwysep Jukatan to wcale wówczas nie był Meksyk. Hiszpańskojęzyczni mieszkańcy półwyspu ogłosili niepodległość jako Republika Jukatanu, a kiedy Meksyk (też świeżo niepodległy) się z tą decyzją nie zgodził i wysłał armię w celu pacyfikacji rebeliantów – rząd Jukatanu postanowił stawić opór. Meksykańska armia była dużo liczniejsza, wobec czego rząd Jukatanu postanowił wezwać pod broń swoich pańszczyźnianych chłopów. Zostali oni przeszkoleni i wysłani na front, najeźdźczą Meksykańską armię pokonano, poczem Indian odesłano do domu. Do domu – czyli do pańszczyzny.

Majowie we wsi Senor
Zapewne biali mieszkańcy Jukatanu sądzili, że wszystko będzie jak dawniej, jednakże Indianie mieli pewne obiekcje. Zostały one zignorowane, a ich proponent, Manuel Antonio Ay, rozstrzelany na rynku w Valladolid. Egzekucja miała miejsce dnia 26 lipca 1847 roku. Pozostali przywódcy – Cecilio Chi oraz Jacinto Pat – nie czekali na rozstrzelanie. Majowie byli świeżo przeszkoleni w nowoczesnych sposobach prowadzenia wojny, wobec czego błyskawicznie zorganizowali się w oddziały i po kolei zajmowali miasta Jukatanu. Gniew, który wzbierał przez pokolenia teraz się wyładował. Majowie nie potrzebowali chłopów. Chcieli się pozbyć białych najeźdźców, więc jeśli biali mieszkańcy zdobywanych miast nie zdążyli uciec – szli pod nóż. Wśród białych wybuchła panika, były nawet plany ewakuacji półwyspu całkowicie, ale wezwano na pomoc armię Meksyku, dzięki czemu udało się odepchnąć powstańców do granicy mniej więcej dzisiejszego stanu Quintana Roo. Poza tą granicą aż do początku XX wieku Majowie mieli niepodległe państwo. Stolicą tego państwa było miast Chan Santa Cruz – tak się kiedyś nazywało dzsiejsze Carillo Puerto.

Do zwycięstwa Majów przyczynił się w dużej mierze proch kupowany w sąsiedniej brytyjskiej kolonii Belize, ale oprócz tego, choć w zupełnie inny sposób, przyczynił się Mówiący Krzyż – Cruz Parlante. W 1850 roku niejaki Juan de la Cruz miał wizję – wydawało mu się że mówi do niego krzyż i przekazuje przesłanie od Boga. Indianie mieli się nie poddawać, bo Bóg im pomoże zwyciężyć. Nikt inny tego głosu nie słyszał, ale to nie miało znaczenia. Dla tego krzyża zbudowano wielki kościół (to właśnie ten kościół z grubego muru w Carillo Puerto), a żeby nie było niejasności że to świątynie Mówiącego Krzyża – za prezbiterium zbudowano specjalne pomieszczenie, gdzie ktoś się mógł ukryć i odgrywać rolę głosu Krzyża. Niewątpliwie tłumy Indian otaczały Mówiący Krzyż czcią taką jak cudami słynącą figurę, tyle że obrzędy tam odprawiane wywodziły się z antycznej tradycji Majów. A ów kościół, zwany Balam Na, jest ostatnią wielka świątynią wzniesioną przez Majów. Powstał około 1850 roku.

Sanktuarium móiącego krzyża w Felipe Carillo Puerto

Do początków XX wieku Majów bronił po części proch z Belize, a po części moczary i dżungla. Co jakiś czas oddział wojska z Jukatanu przedzierał się przez puszczę i czasem nawet docierał do indiańskiej stolicy, zastawał puste miasto i wchodził, ale potem się okazywało że Indianie są wokół w lesie, a oddział jest tak naprawdę w oblężonym mieście, w którym nie ma jedzenia. Po jakimś czasie tylko niedobitki wracały do domu. Jednakże w 1901 roku armia meksykańska użyła karabinów maszynowych oraz zaczęła budować kolej. Tego już Indianie nie wytrzymali i Meksyk ostatecznie zajął tę część kraju.

Co nie znaczy, że zniknęli Majowie. Oni nadal tam są i uprawiają kukurydzę. Nie zanikł też wcale kult Mówiącego Krzyża, w Felipe Carillo Puerto stoi do dziś jego sanktuarium. Byłem, widziałem, mogę opowiedzieć.

Felipe Carillo Puerto robi wrażenie sennego prowincjonalnego miasteczka, ale to jest właśnie Chan Santa Cruz – stolica ostatniego niepodległego państwa Majów. Świątynia Balam Na zamieniona została na kościół katolicki, ale nowe sanktuarium Mówiącego Krzyża stoi o cztery ulice dalej. Napis przy wejściu głosi, że nie wolno doń wchodzić w butach ani w kapeluszu. Wnętrze przypomina kościół, prezbiterium oddzielone jest niskim murkiem, pośrodku którego jest przejście dla kapłanów. Nad ołtarzem jest murowany łuk z takiego samego kamienia co mur Balam Na, a na ołtarzu stoi zgromadzenie figur najzupełniej katolickich świętych. Zaprowadził mnie tam Jorge, młody Indianin aktywny we wspólnocie Xiaat.

Carillo Puerto nie ma wspaniałych atrakcji turystycznych, turystów nie ma wielu, przyjeżdżają zapewne tylko ci, którzy chcą się zetknąć z żywą kulturą Indian. Xiaat (czytaj Szijat) to organizacja, która takie spotkania umożliwia. Nie jest to jednak organizacja bogata, nie ma biura w mieście, można się z nimi skontaktować za pośrednictwem obsługi kafejki internetowej o nazwie Balam Na Computation. W zasadzie jest to kilku chłopaków z pobliskiej wsi Señor. Warto to zrobić, jest to żywa kultura, we wsi Señor wszyscy szwargocą po majsku, a niektórzy w ogóle nie znają hiszpańskiego. Kobiety chodzą w tradycyjnych huipilach – białych bogato haftowanych sukienkach. Większość zabudowań we wsi to tradycyjne chaty kryte strzechą, z cienkimi ścianami, z wnętrzem niepodzielonym na pokoje. Ale warto pamiętać, to jest Meksyk, mañana znaczy tu mañana, a „aorita” (zaraz) może oznaczać trzy godziny później.

Siedziba organizacji Xiaat we wsi Senor

Koordynatorem programu jest Marcus, umawiam się z nim że przyjadę do Señor nazajutrz o ósmej rano. O siódmej wychodzę na postój colectivos (taksówek, które zabierają więcej pasażerów), kierowca taksówki z napisem „Señor” mówi „aorita vamos” (zaraz jedziemy) i rusza po trzech godzinach. Ale Marcus jest w porządku. Prowadzi mnie do dziadka, który opowiada to co mu jego ojciec opowiadał o wojnie z Meksykiem. Trochę się to opowiadanie różni od spisanej po hiszpańsku historii, pełno w nim cudów w których Bóg walczy po stronie Majów, brzmi to wszystko trochę jak opowiadanie Sabały o Janosiku. Potem prowadzi mnie do znachorki, która opowiada o leczniczych właściwościach różnych roślin w dżungli. To mi się akurat na wiele nie przyda, bo u nas te rośliny nie rosną. Potem wysyła mnie z Jorgem, żebym zobaczył Sanktuarium Mówiącego Krzyża. Pytam czy mógłbym być obecny na ceremonii w sanktuarium.

„Nie powinno być problemu”, mówi Jorge, „ale lepiej żebyś pojechał do Tixcacal Guardia, tam jest jeszcze starsze sanktuarium, a to tylko 5 kilometrów od Señor.”

Nazajutrz jadę z Marcusem do Tixcacal Guardia dowiedzieć się czy to jest możliwe. Świątynia jest znacznie prostsza niż Sanctuario de la Cruz Parlante, wygląda jak zwykła wiejska chata pod strzechą, tyle że ściany solidniejsze. Jest zamknięta, otwierana jest tylko na nabożeństwa, a te są o czwartej i o piątej rano. Kapłani mieszkają w sąsiedniej chacie, tak samo krytej strzechą, typowej wiejskiej chacie Majów. Drzemią w hamakach. Są to zwykli wieśniacy, którzy mają tygodniowe dyżury służby w świątyni. Jednego z nich spotkaliśmy we wsi, jest rikszarzem z zawodu. Kapłani nie maja nic przeciw temu żebym był rano na nabożeństwie, zapraszają na jutro na piątą.

Przyjeżdżamy następnego dnia o świcie. Główny kapłan i kilku innych mężczyzn siedzą przed świątynią. Podają nam krzesełka, rozmawiamy. Wewnątrz świątyni słychać jakieś śpiewy. Marcus mówi że są w staroświeckim języku Majów i on nie wszystko rozumie. Po jakimś czasie zapraszają do środka. Jeden z kapłanów wynosi z sanktuarium naczynie z napojem oraz kosz świeżo ugotowanej, parującej kukurydzy. Napój też jest sporządzony z kukurydzy. Każdy dostaje miskę tego napoju oraz jeden kaczan. Kukurydza jest biała. Ziarna są bielusieńkie, jak opłatek.






Tuesday, February 4, 2025

Czy ktoś jeszcze dziękuje Matce Ziemi za dar życia?

Tancerki w Puno
Na Matki Boskiej Gromnicznej Puno szaleje. Przez tydzień dniem i nocą w całym mieście rozlega się dźwięk bębnów, orkiestr dętych, półnagie tancerki demonstrują na ulicach swoje lśniące majtki. Istne Ryjo. Wielka parada Aleją Simona Bolivara jest w pierwszy weekend po święcie Matki Boskiej, ale przez cały tydzień zespoły taneczno-orkiestrowe w ciasnych uliczkach miasta demonstrują co przygotowały. W końcu nie po to cały rok ćwiczyły, żeby teraz tylko raz przejść Aleja Bolivara. Jest tych zespołów chyba setka, przez centrum miasta z trudem można przejść, zewsząd dobiega dźwięk muzyki.

Ameryka Łacińska kocha parady taneczne. Ale też każdy rejon ma swój własny klimat, tu mimo wszystko nie jest Ryjo tylko Puno, kraj Indian i Metysów, Indianek i Metysek, nie ma samby tylko orkiestry dęte, Metyski tańczą taniec brzycha oraz skąpo osłoniętej majtkami drugiej strony, a Metysi dmą w potężne tuby. Tuby wyglądają nie mniej malowniczo, niż te lśniące majtki. Bo majtki są oczywiście malownicze, założywszy że zgrabne jest to na co są założone.

Ale nie wszystkie tancerki śmiało odsłaniają ciało. Jest to w końcu również kraj bogobojnych Indian odbywających regularne pielgrzymki do świętych figur i obrazów. Połowa tanecznych zespołów ma stroje wzorowane na tradycji andyjskich Indian, mężczyźni w barwnych ponczach, kobiety w melonikach i pękatych spódnicach. Nie są to stroje stricte ludowe, szyte są na to święto i cały zespół ma identyczne, ale wzorowane są wyraźnie na tym, ce we wsiach wokół jeziora Titicaca zobaczyć można. A orkiestra w ponczach też jest wprawdzie dęta, ale nie dmie w tuby i trąby, tylko w trzcinowe fletnie. Tańce też nie są erotyczne, zamiast tańca brzucha tancerki wirują jak wiejskie dziewczyny szastając spódnicami. 

Grupa taneczna z Capachica w Puno

A wszystko to na cześć Matki Boskiej Gromnicznej, której cudami słynąca figura mieszka w kościele świętego Jana przy Avenida de Lima. Nie jest to stara figura, ale czy to ma znaczenia, skoro słynie cudami​? Odziana w grube brokatowe szaty, wygląda jak góra złota z małą główką otoczoną dwunastoma gwiazdami. Zespoły po kolei przechodzą przed kościołem, przerywają taniec i kłaniają się patronce miasta do ziemi. A po potem sama figura wychodzi na miasto. To jest latynoski katolicyzm – święte figury traktowane są jak żywe osoby, ubierane w drogie szaty i wyprowadzane na spacer ulicami. Tłumy zebrane na ulicach wznoszą okrzyki deklarujące miłość i wierność, nawet policja prezentuje broń przed świętą figurą. Nie żartuję! Komenda policji jest na placu przed katedrą, figura jest tamtędy niesiona i zatrzymuje się przed komendą, a oddział policjantów salutuje, trąbi pobudkę i deklaruje dozgonną wierność i posłuszeństwo.

Latynoski bogobojny katolicyzm. A przecież to wszystko dzieje się nad brzegiem jeziora Titicaca, które kiedyś uważane było za święte, bowiem to z jego wód wyszli Inkowie, dzieci Słońca i Matki Ziemi. Czy jest tu jeszcze ktoś, kto o tym pamięta? Czy jest jeszcze ktoś, kto pamięta o tym, że Pachamama – Matka Ziemia – jest święta i trzeba jej dziękować za to, że daje życie? Oczywiście pamiętają o tym przewodnicy, którzy godzinami potrafią turystom opowiadać o tym, jak święta była kiedyś Pachamama. Tylko że przewodnicy dostają pieniądze za to, że o tym pamiętają. Nie tylko Pachamama jest święta, gość w dom też jest święty, ale czy można o tym pamiętać, jeśli tych gości przewijają się tysiące, co dzień inni?

Pamiętać pewnie trudno, ale warto pamiętać o tym, że na tych gościach można zarobić. Można im opowiadać o dawnych wierzeniach, o Pachamama, o dzieciach słońca, które wyszły z jeziora Titicaca. Można im sprzedać andyjską czapkę albo tkany szal z wełny alpakowej. Jak to mówią – Gringo w dom, dolary w dom. 

Policja salutuje przed Matką Boską Gromniczną w Puno


Wyczytałem gdzieś, że na środku jeziora Titicaca są takie wyspy, o których współczesny świat zapomniał – nie ma tam samochodów, nie ma prądu, nie ma nawet psów. Wyczytałem też, że można tam dotrzeć stateczkiem z Puno. Poszedłem więc o świcie do portu i mrużąc oczy patrzałem na jezioro połyskujące w równikowym słońcu. Jezioro jest prawie na wysokości czterech tysięcy metrów, ale nie tylko nie ma tu wiecznych śniegów, ale słońce grzeje i połyskuje na tafli jeziora. A niebieskie góry otaczające jezioro z pewnością mają ponad cztery tysiące. Ale w tym porcie trudno rozmyślać o tafli jeziora, bo natychmiast podskakują ludzie, którzy zupełnie słusznie wychodzą z założenia, że Gringo jest źródłem dochodu. „Chcesz pojechać na wyspy Uros? A może na Taquile? Albo na Amantani?”

Wyspy Uros to tutaj główna atrakcja turystyczna. Duże obszary jeziora to płycizna porośnięta trzciną, a Uros to był szczep Indian, który pobity ale nie podbity przez Inków uciekła na jezioro i skrył się w trzcinie. Do dziś tam mieszka, budując sobie sztuczne wyspy z trzciny i żyjąc z rybołóstwa. Obecnie dodatkowym zajęciem jest łowienie turystów, których zawijają tam tłumy i dlatego mi się tam niezbyt śpieszy. Natomiast Amantani to właśnie ta wyspa, gdzie nie ma prądu ani samochodów – tak wyczytałem w przewodnikach. Tam chętnie pojadę, może nawet na parę dni.

Indianin proponujący mi wycieczkę na Amantani ma na imię Francis i mówi, że jest kapitanem statku, który odpłynie nazajutrz o ósmej rano. Przychodzę rano, stateczek nieduży, ale kilkanaście osób w nim się mieści. Dwugodzinny rejs w sumie miły, można się zapoznać z tymi wszystkimi Gringami, co chcą się na Amantani odciąć od cywilizacji. Nie wszyscy zresztą są Gringami, niektórzy przyjechali z Limy albo z Meksyku, albo z Buenos Aires. Ale wszyscy są miastowi i dla wszystkich wyspa bez prądu i samochodów to dzicz, którą trzeba odwiedzić. Po drodze zawijamy na małą pływającą wysepkę też bez prądu i bez samochodów. Tak naprawdę to sama wyspa jest niewiele większa, od porządnej ciężarówki. Kapitan Francis mówi, że ta wyspa jest bardziej dzika niż inne, bo jest daleko od Puno. Dzika? Mieszkańcy są przygotowani na nasz przyjazd, pamiątki na sprzedaż porozkładane są wokół centralnego placu. Wysepka jest malutka, mieszka tu kilka rodzin, wokół placu stoi kilka słomianych domów. Mieszkańcy chętnie pokazują jak żyją. Jest kilka łodzi zrobionych z trzciny, ale te są dziś używane chyba tylko do zabierania turystów na przejażdżki. Widać również sieci rybackie, ale łodzie używane do połowów są plastikowe z motorkiem. Jednocześnie z nami zawija na wysepkę inny turystyczny stateczek. Ile ich tu zawija dziennie? Jakie jest tak naprawdę główne zajęcie mieszkańców – rybołóstwo czy obsługa ruchu turystycznego? 

Pływająca wyspa na jeziorze Titicaca

Płyniemy dalej, na Amantani, omijamy po drodze półwysep wcinający się głęboko w jezioro. Na najdalszym cyplu półwyspu jest wieś Llachón. Płyniemy na tyle blisko, że widać domy, drogę, samochody. Tam nie zawijamy, tam mają samochody i prąd, za małe zadupie żeby interesowało turystów. Omijamy Llachón i zawijamy do portu na Amantani. W porcie witają nas kobiety odziane w barwne tradycyjne stroje i prowadzą do swoich domów. Ale nie jesteśmy wcale jedynym zawijającym tu stateczkiem, zawija ich tu jeszcze kilka, wysypuje się z nich parę setek turystów chcących się odciąć od cywilizacji. Samochodów rzeczywiście nie ma, przez wieś prowadzą tylko chodniki. Chodnik prowadzi również na szczyt góry, na której odkopane są ruiny jakieś świątyni z czasów Inków. Chodnik jest oczywiście po to, by turyści mogli sobie łatwo na tę górę wejść. Wzdłuż chodnika siedzą sprzedawcy z porozkładanymi na kocach andyjskimi czapkami, tkanymi szalami z wełny alpakowej i innymi towarami przeznaczonymi tylko dla turystów. Najwyraźniej przechodzi tu co dzień wystarczająca ich ilość, by się to opłacało. Widoki z góry na jezioro imponujące, na pierwszym planie pola ziemniaków kwitnące w różnych kolorach (ziemniaki właśnie stąd pochodzą) (znaczysię z Peru, nie z wyspy Amantani), ale można się zastanawiać, czy głównym zajęciem mieszkańców jest rolnictwo, czy obsługa ruchu turystycznego.

Ładnie tu, ale jakoś nie mam ochoty zostawać na kilka dni. Jak się dostać do Llachón, gdzie są samochody i prąd, ale turystów może mniej? Kapitan Francis mówi, że mogę pojechać promem do Capachica, po drugiej stronie cieśniny, a stamtąd minibusem do Llachón. Prom do Capachica to taki sam stateczek jak ten turystyczny, ale pasażerowie to w większości lokalni Indianie. W minibusie z Capachica do Llachón podobnie, ja jestem jedynym turystą. Kobiety poubierane w kwiecist ludowe stroje, ale brudne, prosto z pola, nie pod turystów. Bogato zdobione czwórgraniaste kapelusze z pomponami charakterystyczne dla tego regionu też zapylone, noszone na codzień. Wszystkie kobiety mają te andyjskie plecaki, czyli barwne koce, w które można zawinąć cokolwiek i nosić na plecach. Cokolwiek: zakupy na rynku, siano dla bydła, dzidziusia. 

Indianka z wyspy Amantani

Droga busikiem z Capachica do Llachón wyboista, nie ma jeszcze asfaltu. Wysiadam na placyku przed kościołem i od razu widzę mały drogowskaz do miejsca, gdzie ktoś oferuje pokoje gościnne. Czyli jednak turyści nie są zupełnie niespodziewani. Idę tam, jest to ładnie utrzymana zagroda, pokoje dla turystów w domkach krytych strzechą. W książce pamiątkowej ostatni wpis sprzed miesiąca, więc zagęszczenie turystów nieco mniejsze niż na Amantani. Panuje tu leniwa wiejska cisza.

Powinieneś tu przyjechać wczoraj”, mówi mi właściciel. „Wczoraj mieliśmy tu ofiarę całopalną dla Pachamama, Matki Ziemi. Na świętej górze Carus na końcu wsi ofiarowano Matce Ziemi płód lamy. To jest tradycja jeszcze sprzed czasów Inków.”

No istotnie szkoda, że się spóźniłem o dzień. Ale nic o tym nie wiedziałem, a decyzję o tym żeby tu przyjechać podjąłem dziś rano. Co robić?

Ale dziś jeszcze będzie procesja przez całą wieś, kapłani z muzyka będą błogosławić pola. Usłyszysz ich z daleka.”

Jest słoneczne przedpołudnie. Zostawiam bagaż w domku krytym strzechą i idę drogą przez wieś w kierunku końca półwyspu. Nie ma tu sprzedawców pamiątek, w ogóle mało kogo tu widać, co najwyżej pasterzy gnających owce na górę. Bo półwysep to jest góra wystająca z jeziora, wieś jest na stoku tej góry i widok na jezioro jest znakomity. Widok na pola trzcinowe, wśród których kryją się pływajace wyspy, i na błękitne góry po drugiej stronie. W oddali, po boliwijskiej stronie granicy, jest Wyspa Słońca, z której wyszli Inkowie. A bliżej widać terkoczący stateczek płynący w kierunku wyspy Amantani.

Ale nie tylko terkot stateczka słychać, skądsiś dobiega również dźwięk bębna. Skąd? Gdzieś zza pagórka. Niezupełnie niespodziewany. W oddali zza drzew wychodzą ludzie w szarych ponczach z białymi flagami w rękach. Są jeszcze daleko, pasterską ścieżką zbiegam tam, gdzie ich droga zbiega się z moją. Przychodzę w sam czas, procesja akurat w tym miejscu ma odpoczynek. Po kilku minutach rusza dalej, ja wśród tłumu, jedyny Gringo. Na czele idą mężczyźni w szarych ponczach, za nimi mężczyźni w garniturach z kocami przewieszonymi przez ramię, pomiędzy nimi barwnie ubrane kobiety w czwórgraniastych kapeluszach z pomponami. Orkiestra, bębniści i fleciści, idą na końcu. Wszyscy są przyjaźni, zagadują, jeden z flecistów daje mi pograć na swoim instrumencie, ale mi nie wychodzi. Na następnym odpoczynku wszyscy są częstowani winem, ja również. Wino z plastikowego kanistra rozlewa młody człowiek w szarym ponczo. Jest rozmowny, ma na imię Edgar, w wolnych chwilach wyjaśnia mi kto jest kim. Ci w szarych ponczach to kapłani, ale nie katoliccy, tylko kapłani tradycji trwającej nieprzerwanie od czasów Inków. Ci w garniturach to wójtowie, a kręcące się wśród nich kobiety to żony. On sam wyjechał do wielkiego miasta i tam studiował, zapomniał nawet języka keczua, ale niedawno na nowo odkrył tradycję i jest bardzo dumny, że pochodzi stąd, gdzie ta tradycja żyje. Wczoraj była główna ceremonia, dziś jest procesja błogosławienia pól i kropienia ich winem. Istotnie kapłani w szarych ponczach raz po raz wchodzą w kartofliska, odmawiają modły i skrapiają je winem z plastikowych butelek. Raz po raz na ścieżce usypywane są stosy ziemniaków, posypywane liśćmi koki i skrapiane winem. Edgar mówi, że to pierwsze plony, a posypywanie ich koką i skrapianie winem to gest podziękowania. 

Procesja nad jeziorem Titicaca

Procesja wchodzi też na plac przed kościołem, przed którym wszyscy przyklękają i po kolei podchodzą, by z nabożeństwem dotknąć drzwi. Bo dla Indian nie ma konfliktu pomiędzy oddawaniem czci Matce Ziemi a oddawaniem czci Matce Boskiej. Zbiera się na burzę, spadają pierwsze krople, ale procesja idzie dalej główna drogą przez wieś. Kapłani na czele idą tanecznym krokiem, kobiety wirują rozwiewając spódnice. Edgar mówi, że ceremonia trwa trzeci dzień, uczestnicy od trzech dni nie śpią, ale co tam zmęczenie, kiedy można radośnie dziękować Matce Ziemi za dar życia?

Wszyscy są zaproszeni do domu sponsora ceremonii na sutą kolację. Ja, jedyny Gringo, też jestem jak najbardziej zaproszony. Dom jest prawie nad samym brzegiem jeziora, więc schodzimy. Kiedy dochodzimy burza szaleje w najlepsze, ale co tam burza, kiedy można radośnie dziękować? Na podwórzu wielka góra ziemniaków obsypywana jest liśćmi koki, polewana winem, a uczestnicy tańczą wokół w strugach deszczu. Dopiero później jest czas na posiłek i można wejść do domu. 

Nie jestem honorowym gościem. Honorowi goście, posadzeni na specjalnych miejscach, to kapłani w szarych ponczach i wójtowie w garniturach, a także ich barwnie ubrane żony siedzące po przeciwnej stronie pokoju. Ale jestem gościem, siedzę wśród nich, częstują mnie sutą kolacją, częstują mnie winem.

To jest właśnie Peru, to są peruwiańscy Indianie. Na szlaku Gringów, gdzie dziennie przewijają się setki turystów, Gringo jest źródłem dochodu. Ale wystarczy z tego szlaku zboczyć i trafić tam, gdzie Gringo jest rzadkością, wtedy staje się on gościem, którego zaprasza się do domu i sadza przy wspólnym stole. I wspólnie z nim dziękuje Matce Ziemi za dar życia.

Wyspa Amantani


Tuesday, January 7, 2025

Kampa-Aszaninka, Indianie z peruwiańskiej dżungli


Dolina na wschodnich obrzeżach Andów

Gdybyś mógł, czytelniku, spojrzeć okiem kondora na kraj zwany Peru, ujrzałbyś bardzo wysokie góry przecinające kraj z północy na południe. Góry te sięgają powyżej sześciu tysięcy metrów i są pokryte wiecznym śniegiem, natomiast na wyżynie (też położonej wysoko, ponad trzy tysiące metrów) Indianie uprawiają ziemniaki. Hodują też alpaki, z których wełny sporządzają sobie ubrania. Na zachodnich stokach gór jest pustynia przecinana jedynie pasmami zieleni wzdłuż rzek mających swe źródła w wiecznych śniegach. Pustynia opada ku morzu, wybrzeże jest stosunkowo niedaleko gór. Wschodnie stoki gór porośnięte są natomiast dżunglą, chmury płynące znad dalekiego Atlantyku przynoszą ciągłe deszcze. Rzeki, same w sobie ogromne, nierzadko występują z brzegów zalewając całe połacie kraju. W tej dżungli pokrywającej wschodnie stoki gór też mieszkali Indianie. Uprawiali oni maniok, który jest łatwy w uprawie, ale potrzebuje ciepłego wilgotnego klimatu, a także bawełnę, z której sporządzali sobie ubrania.

Indianie na wyżynach znali dyscyplinę. Pracowali już jako chłopi, kiedy było tam państwo Inków, tak że kiedy przyjechali Hiszpanie, nie musieli nikogo uczyć poddaństwa. Indianie z dżungli nie znali dyscypliny. Nie zdołali ich nauczyć poddaństwa Inkowie, choć próbowali. Ci Indianie z porośniętych dżunglą dolin mieli niemiły zwyczaj strzelania z zarośli do nowoprzybyłych. Strzelali, a ponieważ te zarośla to nieprzebyta dżungla, nie wiadomo skąd ta strzała przyleciała. Hiszpanie początkowo szukali na wschodnich stokach gór Króla Ozłoconego, czyli El Dorado, ale nie znalazłszy go dali sobie spokój.

Dzisiejszy transport na szlaku Pichis

Tylko misjonarze wybierali się w tę dżunglę. Schodzili z płaskowyżu dolinami, a potem poruszali się po rzekach tak daleko, jak się tylko dało. Misjonarze nie szukali złota, tylko nieznanych ludów, których języków można będzie sie nauczyć i którym potem można będzie głosić Dobrą Nowinę. Tu też pojawiały się rywalizacje. Nie były to rywalizację krwawe, acz były rzeczywiste i musiały być jakoś rozwiązane. Mianowicie były różne zakony gotowe głosić tę Dobrą Nowinę. Byli jezuici, zakon młody powstały po to właśnie, by uczyć się języków nowo odkrytych krajów i głosić Dobrą Nowinę ich mieszkańcom. Byli franciszkanie, zakon powstały wcześniej, który podjął wyzwanie, skoro ono się pojawiło. Tak więc hiszpańscy jezuici i franciszkanie podzielili między siebie rejony, w których mieli głosić Dobrą Nowinę. Franciszkanie schodzili dolinami od strony położonych na płaskowyżu miast Jauja i Tarma, jezuici działali bardziej na północy. Ale to nie była jedyna rywalizacja. Hiszpańscy jezuici płynęli w dół Amazonki, portugalscy jezuici płynęli w górę tej rzeki, a najwyraźniej istotne też było którego króla poddanymi byli ci misjonarze. Dzisiejsza granica między Peru a Brazylią jest mniej więcej tam, gdzie jezuici z Hiszpanii i jezuici z Portugalii się spotkali.

Franciszkanie schodzący w doliny od strony Tarma zauważyli, że Indianie z dżungli regularnie przybywają do pewnej góry, by wydobywać z niej sól. Góra ta była powyżej granicy uprawy manioku, który był stałym pożywieniem tych Indian, więc ich przybycie w dużej mierze skorelowane było z pracami na polach manioku. Góra była na terenach zamieszkałych przez Indian zwanych Kampa lub Aszaninka, którzy następnie tę sól podawali dalej w wyprawach handlowych. Franciszkanie nazwali tę górę Cerro de la Sal i doszli do wniosku, że skoro Indianie sami ta przyjeżdżają, to tam najlepiej zbudować misję. Już w XVII wieku zbudowano w pobliżu tej góry misję Quimiri (dziś w tym miejscu stoi miasto La Merced).

Rzeka Pichis w Puerto Bermudez

Indianie organizowali wyprawy handlowe, ale handel między Indianami wyglądał inaczej niż nasz. Dla Indian kluczowy był podarunek, na który należało odpowiedzieć, acz niekoniecznie natychmiast. To się wiązało ze sposobem osadnictwa Aszaninków. Gleby w amazońskiej dżungli nie były zbyt żyzne, dlatego Aszaninkowie żyli w dużym rozproszeniu. W dodatku las trzeba było co jakiś czas karczować, bowiem maniok rósł dobrze na glebie świeżo wykarczowanego lasu, ale po kilku latach pole się wyjaławiało i trzeba było karczować następny las. To się wiązało z przenoszeniem się z miejsca na miejsce co jakiś czas. A znowu rozproszenie wiązało się z podejmowaniem gości, no bo przecież odwiedzenie sąsiada albo krewnego wiązało się z nocowaniem u niego; tym bardziej miało to miejsce podczas wypraw po sól. Każda rodzina miała więc jeden dom dla gości.

Ale żeby nie było wątpliwości – wszystkie domy były bez ścian. Stały na palach, miały podłogę oraz dach kryty strzechą, ale nie miały ścian, tak że nie było w nim sekretów. Aszaninkowie sporządzali sobie tuniki z bawełny, tak że nie chodzili nago po lesie, ale nikt nie miał wątpliwości skąd się biorą dzieci.

Ale nie wszyscy Indianie z peruwiańskiej dżungli żyli w takim rozproszeniu. Indianie Konibo, mieszkający nad Ukajali, mieli większe wsie. Wiązało się to z tym, że Konibo to byli gitowcy znad Ukajali, regularnie organizowali wyprawy łupieskie na wsie innych Indian, a napadłszy na wieś zabijali wszystkich mężczyzn, a młode kobiety i dzieci uprowadzali w niewolę. Oczywiście dalsi krewni tych kobiet i dzieci chcieli je odbić, Konibo spodziewali się napaści, dlatego mieszkali w większych skupiskach, łatwiejszych do obrony. No a misjonarze szukali najpierw większych skupisk, by założyć misje. Pierwsi misjonarze nie wiedzieli przecież kto w tej dżungli mieszka. Nie wiedzieli, że Konibo mówią innym językiem, niż Aszaninkowie. Nie wiedzieli też, że Aszaninkowie uważają Konibo za bandytów. Franiszkanie założyli więc misję we wsi Konibów, a potem poprosili swoich gospodarzy, by pomogli im przetrzeć szlak do kraju Aszaninków. Potem się dziwili, że Aszaninkowie niezbyt ufają misjonarzom.

Mieszkanie w dużych wsiach mogło mieć wpływ na obronność, ale przyczyniło się do tego, że populacja mieszkających tam Indian znacznie się zmniejszyła. Tego w XVII wieku nie mogli przewidzieć ani sami Indianie, ani przybywający do nich misjonarze. Misjonarze głosili Ewangelię, przywozili jednak też coś, czego nie byli świadomi, mianowicie choroby. Misjonarze byli na te choroby odporni, ale Indianie nie. Jedna epidemia ospy potrafiła wymieść 90% populacji wsi. Rozproszone osadnictwo jest bardziej odporne na epidemie, dlatego dziś Aszaninkowie stanowią główną grupę Indian w swojej okolicy, natomiast populacja Konibów znacznie spadła.

Misje zostały zbudowane i stały tam w tej dżungli kilkadziesiąt lat, a Aszaninkowie jakoś nie chcieli się chrzcić. Więc co tu zrobić, by kraj schrystianizować? Może przywieźć Indian, którzy ochrzcili się już dawno? Na przykład tych z płaskowyżu. Albo jeszcze lepiej Metysów, którzy są przecież trochę Indianami, ale nie całkiem.

Nabrzeże w Puerto Bermudez

Indianie owszem chcieli, by misje były. Rzecz w tym, że misjonarze przynosili Dobrą Nowinę, ale nie tylko. Przynosili też rzeczy przydatne również w tym życiu. Na przykład żelazne narzędzia. Dla Indian, którzy dotąd musieli karczować dżunglę narzędziami z kamienia, to było objawienie, nie jakaś tam Ewangelia. W misjach zbudowali nawet kuźnie, w których Aszaninkowie mogli naprawiać swe narzędzia.

Ale ci Metysi też stanowili problem, tym razem dla Aszaninków. Metysi niewątpliwie ciężko pracowali, karczowali ten las, tylko że oni karczowali las, który Aszaninkowie specjalnie zostawili odłogiem, żeby gleba się zregenerowała. Tylko że ani Metysi, ani franciszkanie tego nie rozumieli. Dżungla jest przecież niczyja, więc ją karczowali. A tymczasem wprowadzali się do czyjegoś ogrodu nikogo nie pytając o pozwolenie. Czy można się dziwić, że ten ktoś, kogo nie pytano o pozwolenie, pewnego dnia stracił cierpliwość i zaczął strzelać z zarośli do osadników karczujących las wokół misji? Kiedy paru takich zostało zastrzelonych, reszta spakowała manatki i wróciła tam, skąd przyszła.

To jest pewnie uproszczenie, ale w sumie o to chodziło. Zapewne pomocny był też klimat, niedostępność tych terenów, a przede wszystkim wszechobecne ogromne ilości komarów, tym niemniej faktem jest, że Aszaninkowie w swojej historii przeprowadzili kilka udanych powstań. Nikt nie ogłaszał żadnych zwycięstw, po prostu Aszaninkowie zdobyli sobie renomę nieprzejednanych wojowników, do których kraju podróżować jest niebezpiecznie. Historia tych powstań jest niepełna, bowiem pisana była na podstawie pogłosek przez tych, którzy wcale nie zamierzali się wybierać do kraju Aszaninków, a dla późniejszych peruwiańskich historiografów była to historia kęsk, o której lepiej zapomnieć.

Nie wszyscy Indianie z płaskowyżu byli intruzami w dżungli. Niektórzy uprawiali poletka w dolinach, gdzie było cieplej i udawały się rośliny, dla których na płaskowyżu było za zimno. A w 1742 roku w dżungli Aszaninków pojawił się ktoś, na kogo Aszaninkowie chyba czekali. W Źródłach historycznych pojawia się on jako Juan Santos Atahualpa. Źródła są oczywiście bardzo skąpe i wszystkie wrogie, tak że niewiele o nim wiadomo.

Tradycyjne domostwo Aszaninków

Podobno pochodził z Cuzco, gdzie miał rodzeństwo. Podobno pochodził też z najwyższej indiańskiej arystokracji, z rodu Inków, tak że jego imię Atahualpa nie było przypadkowe. Podobno był kształcony w jezuickiej szkole i z jakimiś jezuitami podróżował do Europy, a także do Afryki. Ale w 1742 roku był z powrotem w Ameryce, w dżungli na północ od Cuzco.

Wtedy ku zdumieniu autorów owych skąpych źródeł historycznych , Aszaninkowie zaczęli masowo pielgrzymować, by go spotkać. Opuszczali miejsca, które autorom były znane, czyli misje, i znikali w dżungli. Nie tylko zresztą Aszaninkowie znikali, sąsiednie plemiona też, również Konibo. A kiedy któryś z franciszkanów do niego pojechał, Juan Santos mu wprost powiedział, że on nie ma nic przeciwko księżom, ale wszyscy osadnicy mają się wynosić. A jak mają funkcjonować misje bez osadników? Kto miałby franciszkanów żywić? W dodatku Indianie mieli jakieś obiekcje do Murzynów, którzy w misjach byli strażnikami i którzy też mieli się wynosić. A jak miałyby funkcjonować misje bez strażników? Więc wynieśli się wszyscy, franciszkanie też.

Ale franciszkanom było oczywiście nie w smak takie wynoszenie się z misji po kilkudziesięciu latach funkcjonowania. Posłowali więc do Juana Santosa ponownie, kilka razy. Stąd wiemy, że była to zupełnie rzeczywista postać i miała posłuch wśród Aszaninków. Któregoś razu Juan Santos powiedział księżom, że wicekról Peru też ma się wynosić, bo on – Juan Santos Atahualpa – zamierza odebrać swoje królestwo. Najpierw się z tego śmiano, potem się okazało, że istotnie jest spisek wśród Indian na płaskowyżu. Spiskowców powieszono, a rozochocony wicekról wysłał wojsko w dżunglę. Okazało się jednak, że w dżungli pozbawiona przewodnika armia nie odnosi sukcesu. Zbudowano fort w Quimiri, ale Aszaninkowie nie chcieli żadnych fortów na swoim terytorium i oblegli go. Załoga fortu próbowała uciekać, ale daleko nie uciekła. Kiedy przyszły posiłki, okazało się, że w forcie są Aszaninkowie.

Nowoczesne domostwo Aszaninków

Nikt nie ogłosił końca wojny, nikt nie ogłosił zwycięstwa, tylko nikt do kraju Aszaninków nie jechał. Dopiero w 1756 roku do Quimiri dotarła wyprawa, której nikt po drodze nie atakował. Uznano więc, że rebelia się skończyła. Oznaczało to tylko, że skończyły się walki, bo do dżungli i tak się nikt nie wybierał. Nic też nie było wiadomo, co się w kraju Aszaninków dzieje, żadne informacje nie docierały do autorów wrogich relacji. Nikt nie był pewny, czy przywódca powstania Juan Santos Atahualpa jeszcze żyje. Jakieś tylko dochodziły pogłoski, że zniknął i został po nim kłąb dymu. Tak czy owak przez resztę XVIII wieku nikt się do peruwiańskiej dżungli nie wybierał.

Dopiero w XIX wieku jacyś „civilisados” zaczęli tam przenikać. W XIX wieku nastąpiło też coś, czego sami Indianie są w pewnym sensie sobie winni. W końcu to oni wiedzieli, że w dżungli rośnie drzewo kauczukowe, i że z soku tego drzewa można robić rzeczy o różnych kształtach. Jacyś biali ten kauczuk kupowali, ale handel kauczukiem niewiele znaczył dla Amazonii do momentu, kiedy Henry Ford zaczął produkować samochody na gumowych oponach. Wtedy się zaczęło.

Wcześniej jacyś biali, a także Metysi rozumiejący oba światy, kupowali kauczuk, a Indianin dostawał za to metalowe narzędzia. Metalowe narzędzia były bardzo użyteczne, zwłaszcza siekiery do karczowania lasu, co Indianin regularnie musiał robić. Kiedy jednak raptownie wzrósł popyt na kauczuk, ci co go kupowali chcieli go jak najwięcej, nie chcieli więc, by Indianin zajmował się karczowaniem lasu. Chcieli, by chodził po lesie i szukał drzew kauczukowych. Sprowadzali więc żywność z dalekich krajów i dawali Indianinowi wszystko na kredyt, byle ten kauczuk dotarł. Teoretycznie Indianin był zadłużony, ale dla niego to nie było nic nowego, w końcu tradycyjny indiański handel polegał na podarunkach dawanych w długich odstępach czasowych. Kiedy jednak rąk do pracy ciągle było mało, niektórzy biali oferowali nawet strzelbę za dziecko, które będzie można nauczyć szukania drzew kauczukowych w lesie. To też nie było nic nowego, w końcu tradycyjne indiańskie wojny polegały na zabijaniu mężczyzn w napadniętej osadzie i braniu w niewolę młodych kobiet i dzieci. Oczywiście napastnicy uzbrojeni w boń palną mieli dużą szansę na sukces, jeśli napadnięci mieli tylko łuki i strzały. Taka była ekonomia dżungli, dopóki był popyt na kauczuk.

Wnętrze nowoczesnego domu Aszaninków
Wszystko się skończyło na początku XX wieku. Znana jest historia jak to jacyś Anglicy przeszmuglowali nasiona drzew kauczukowych i założyli plantacje w Malezji, co spowodowao drastyczny spadek cen kauczuku. Dla niektórych ludzi w Amazonii, którzy w ciągu kilku poprzednich lat stali się nagle niesłychanie bogaci, był to szok, bo raptem przestali być niesłychanie bogaci. Nie mieli za co kupić żywności w Europie by nakarmić swoich Indian, którzy przecież przestali uprawiać swoje poletka manioku. Natomiast dla Indian, którzy nie uprawiali manioku, tylko chodzili szukać drzew kauczukowych po lesie albo polowali na dzieci – była to najzwyczajniej zdrada. Jak to – nie dostaną żywności za kauczuk? Nie dostaną strzelby za dziecko?

Tylko te strzelby już wśród Indian były. No i byli krewni, którzy chcieli odzyskać dzieci. Kiedy skończyły się dostawy żywności, skończyło się dostawanie strzelby za dziecko – Aszaninkowie zaczęli odbierać dzieci przy pomocy tych strzelb, które już mieli. Ale nie było to odbieranie dzieci tu i tam, raczej to wygląda na działanie zaplanowane przez kogoś, kto rozumiał świat białego człowieka.

Najpierw przerwana została komunikacja z Limą: puszczone z dymem zostały gospody dla mułów i poganiaczy na „szlaku Pichis”. Szlak ten prowadził od miasta La Merced (dawniejszej misji Quimiri) do Puerto Bermudez nad rzeką Pichis. Rzeka Pichis była dość szeroka, by mogły po niej pływać statki, a wpadała do Ukajali i można nią było dopłynąć do Iquitos. Karawana mułów potrzebowała kilku dni, by przebyć szlak Pichis z La Merced do Puerto Bermudez, ale w owym czasie było to jedyne połączenie pomiędzy Limą a Iquitos. Więc jak kilka gospód zostało puszczonych z dymem, a z pozostałych załoga uciekła, tego połączenia nie było. W dodatku Indianie zrąbali też słupy telegraficzne (siekiery też już mieli). Później była seria ataków na składy kauczuku nad Ukajali, połączone z zabiciem właściciela i uwolnieniem dzieci. To wszystko się skończyło w 1915 roku bez jakiegoś wielkiego ogłoszenia zwycięstwa, ale efekt był taki, że kraj Aszaninków uznano za taki, do którego lepiej nie wjeżdżać.

Więc nie jechano tam. Nie pisano też o tym kraju specjalnie. Informacje o atakach na składy kauczuku czy na gospody na szlaku Pichis są w lokalnej prasie tego czasu, ale nigdzie poza tym. Nikt ważny tam nie jechał, na pewno nie żurnaliści ze stołecznej prasy. Kraj Aszaninków jakby nie istniał.

Lokalna prasa lat 1912-1915 nie tylko pisała o tych wydarzeniach, ale pisała też o przywódcy całej tej rebelii, którego nazywała imieniem Tasulinchi. Polski podróżnik kapitan Lepecki, który był nad Ukajali parę lat później, nawet spotkał tego człowieka. Chodził on w takiej samej tunice jak wszyscy inni Indianie, ale mówił płynnie po hiszpańsku i niewątpliwie miał posłuch wśród Aszaninków. Kapitan Lepecki to spotkanie opisał, ale po polsku, a peruwiańska prasa przestała pisać o atakach na składy kauczuku, skoro tylko te ataki się skończyły. Tak że powstanie Aszaninków zostało zapomniane. Dopiero niedawno specjalista w tej dziecinie Fernando Santos-Granego natknął się na relację kapitana Lepeckiego, zaczął szperać po lokalnej prasie i wyszło mu, że jak najbardziej było udane indiańskie powstanie, o którym peruwiańska historiografia milczy, bo się wstydzi, że Peruwiańczycy na swoim własnym (niby) terytorium dostali najzwyczajniej w dupę.

Kuchnia w nowoczesnym donu Aszaninków
I nie był to ani pierwszy, ani ostatni raz.

Z punktu widzenia lewicowców z Europy, a także ich południowoamerykańskich naśladowców, w czasach kauczukowego boomu Indianie z dżungli byli strasznie wyzyskiwani. Tymczasem sami Indianie się zbuntowali, kiedy cały ten boom się skończył. A może ktoś tu czegoś nie zrozumiał? Ja mam wrażenie, że całe to niezrozumienie jest charakterystyczne nie tyle dla tego regionu, co dla tej całej europejskiej lewicy i jej południowoamerykańskich naśladowców.

Potwierdza to historia z lewicową partyzantką w dżungli, która chciała polepszyć los uciskanych Indian. W Peru były tak naprawdę dwie partyzantki, jedna w stylu Che Guevary, popierana przez Kubę, druga maoistowska, zwana Sendero Luminoso, czyli Świetlisty Szlak. Dla obserwatorów zza morza jest między tymi partyzantkami szalona różnica, natomiast dla Aszaninków, którzy są na miejscu, to jeden pies. Wiem to na pewno, bo byłem tam, rozmawiałem z Aszaninkami i wiem, że im się te dwie armie myliły.

A zaczęło się od tego, że Alejandro Calderon, ważna postać w administracji regionu, został w 1989 roku przez tych partyzantów w stylu Che Guevary uprowadzony i stracony właśnie dlatego, że był ważną postacią w administracji regionu. Tyle że Alejandro Calderon to był Aszaninka i miał zaufanie współplemieńców i efekt był taki, że Aszaninkowie na wstępie byli wrogo nastawieni do lewicowych partyzantek. A kiedy Sendero Luminoso wparowali z kałaszami do Puerto Bermudez i wysadzili bank, Aszaninkowie zorganizowali armię, która nie miała kałaszy, tylko łuki, ale i tak wygrała tę wojnę. Łuki, bo to cicha broń. Aszaninkowie poruszali się cicho po lesie, porozumiewali się naśladując głosy ptaków. Senderyści trzymali się w grupie, ale jak ktoś się oddalił od grupy by na przykład zrobić kupę, to go potem znajdywano najeżonego strzałami jak święty Sebastian. Paru takich najeżonych zrobiło swoje – przez jakiś czas Puerto Bermudez było miastem, do którego się nie jechało.

Dziś już można tam pojechać i nie być zastrzelonym z łuku. W dodatku dawny szlak Pichis funkcjonuje, acz nie ma po drodze gospód, bowiem całą drogę z La Merced można przebyć w ciągu dnia. Niektórzy jadą na pace furgonetki, inni samochodem regularnie kursującym na tej trasie; autobusów nie ma. No i szlak nie jest już najważniejszy, jest więcej dróg przez góry do Amazonii.

Kuczma, czyli tradycyjna tunika
Można tam dojechać, co wiem, bo tam pojechałem. Byłem w Puerto Bermudez, byłem też w pobliskiej wsi Aszaninków zwanej San Martin de Kirishari, acz przezornie wprowadzony przez ich znajomego. Była to wieś składająca się z kilku domostw, co u Aszaninków raczej niespotykane, a spowodowane zapewne tym, że była tam też szkoła. Domy miały ściany zbite z desek, ale tylko zewnętrzne ściany. Wnętrze było jedno, w którym spali i dorośli, i liczne dzieci, i przygodni wędrowcy jak my (acz w okolicy widzieliśmy również domy bez ścian). Domy były na wysokich palach, tak że ziemne robactwo z dżungli tam się nie dostało. Supermarketu w pobliżu nie było, więc jedzono to, co urodziła czakra (poletko), czyli przede wszystkim maniok. Jedzono także małe rybki złowione w pobliskim strumyku. Mieszkańcy mówili, że im supermarket niepotrzebny, czakra dostarcza wszystkiego, co potrzeba. Tym niemniej tylko starsi ludzie chodzili w tradycyjnych tunikach, młodsi ubierali się w dżinsy kupione zapewne w Puerto Bermudez.

No i wszyscy młodsi mówili po hiszpańsku, dzieci miały hiszpańskojęzyczne książki do nauki pisania. Dlatego mogliśmy się dogadać. Dlatego też wiem, że im się te komunistyczne partyzantki mylą, że dla nich to jeden pies. O Świetlistym Szlaku było kiedyś głośniej, dlatego im przypisują morderstwo Calderona. Tak czy owak i do jednych i do drugich strzelają z łuku. Lewicowe idee wysmażone gdzieś daleko za morzem, tu w dżungli nadziewają się na strzały wystrzelone z krzaków.

Stąd nauka jest dla lewicowych aktywistów: rozprzestrzenianie idei wysmażonych gdzieś za morzem może napotkać problemy w kraju nieprzejednanych wojowników.

Saturday, August 24, 2024

Czy feminizm poniża kobiety? (cykl tekstów z adrenaliną)

 Jestem zdecydowanym przeciwnikiem feminizmu. Nie dlatego, bym miał coś przeciw facetom wracającym z pracy i zabierającym się do gotowania obiadu. To jest praktyczna strona współczesnego życia i tak naprawdę nie ma nic do rzeczy. Nie mam też nic przeciw kobietom na przykład latającym na myśliwcach, jeśli chcą i potrafią, byle nie chodziło o wypełnienie jakiegoś parytetu. Chodzi o to, że feminizm jako ideologia tak naprawdę poniża kobiety.

Brzmi dziwnie?

Może, ale ja mam dowody. Dwa dowody. Zdroworozsądkowe i logiczne.

Po pierwsze - feministki z założenia deprecjonują to, co kobiety zawsze robiły, we wszystkich społeczeństwach. Cokolwiek robiły kobiety jest z definicji gorsze, niejako w definicji feminizmu zawarte jest twierdzenie, że cokolwiek tradycyjnie robili mężczyźni, jest lepsze. We wszystkich społeczeństwach kobiety zajmowały się opieką nad dziećmi, zwłaszcza małymi, ale wedle feministek właśnie to zajęcie jest gorsze od tego, czym w tym samym czasie zajmowali się faceci. Czymkolwiek by się nie zajmowali, zawsze jest to lepsze i kobiety powinny być do tego "dopuszczone". Ale czy deprecjonowanie tego, co kobiety zawsze robiły, nie jest poniżaniem kobiet?

Drugi dowód tak naprawdę dyskwalifikuje feminizm jako spójną ideologię. Czego bowiem domagają się feministki? Ano domagają się jakichś praw, których one same nie mają. Takie domaganie się zakłada, że jakieś takie prawa są i ktoś je może przyznać. Kto te prawa ma i kto je może przyznać? Oczywiście nie kobiety, które - zdaniem feministek - tych praw nie mają. Kto zatem? Logicznie z powyższego wynika, że owe prawa ma i może je kobietom przyznać druga połowa ludzkości, czyli mężczyźni. Wiec jak to jest - występowanie przeciw drugiej połowie ludzkości, a jednoczesna proszenie, by ta druga połowa jakieś prawa przyznała? Czy nie brzmi to jak sprzeczność?

Owszem, wygląda na sprzeczność, a żeby nie tak nie wyglądało trzeba założyć, że feministki tylko tak wyglądają, jakby się czegoś domagały, a w rzeczywistości nie domagają się, tylko uniżenie proszą, by im jakieś prawa przyznać.

Sorki, ale w moim słowniku to właśnie jest poniżanie kobiet.

Poniżaniem kobiet jest oczywiście sama wizja świata, w którym kobiety są w jakiś sposób gorsze. Ja tej wizji świata nie podzielam. W mojej wizji świata kobiety i mężczyźni wzajemnie się uzupełniają. Jest to wizja niejako ewangeliczna: kobieta i mężczyzna będą "jednym ciałem i jedną duszą", będą wzajemnie dla siebie "druga połową" (po angielsku wyrażenie "my other half" oznacza współmałżonka, a polskie słowo "połowica" też zapewne taki ma źródłosłów).

W mojej wizji świata kobiety i mężczyźni są partnerami. Najbardziej oczywistym miejscem, gdzie takie partnerstwo jest widoczne, jest małżeństwo. Przy czym żeby nie było niejasności - nie chodzi mi o jakąś magiczną formułkę, którą nad głowami dwojga ludzi wypowiada przedstawiciel jakiejś wspólnoty religijnej. Nie chodzi też o prawną formułkę wypowiadaną w analogicznej sytuacji przez przedstawiciela instytucji państwa. Chodzi mi o fakt: kobieta i mężczyzna żyją ze sobą przez całe życie, a kiedy jedno z nich umiera, drugie nie wie co ze sobą zrobić. Nie chodzi o zależność praktyczną; w dzisiejszych czasach automatycznych pralek i prefabrykowanych obiadów, kiedy kobiety pozostające "przy mężu" są raczej rzadkością, tradycyjny podział zajęć domowych przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Chodzi o taką zależność psychiczną, która zapewne nie jest udziałem wszystkich, ale która jest wystarczająco częsta, by być uznana za normę. Chodzi o sytuację, kiedy egoistycznie pojęte dobro własne ustępuje miejsca dobru wspólnemu.

Takie partnerstwo nie jest udziałem wszystkich, pary patologiczne istnieją, ale słusznie nazywa się je "patologicznymi". Przemoc domowa jest niewątpliwie patologią. A w mojej wizji świata patologią jest każda sytuacja, gdzie egoistycznie pojęte dobro własne jest nadrzędne wobec dobra wspólnego.

Jest to wizja świata nie do pogodzenia z feminizmem. W feministycznej wizji świata oczywistością jest nadrzędność egoistycznie pojętego dobra własnego. Mężczyźni dbają o swoje dobro kosztem kobiet i w tym celu tworzą tajemną strukturę, którą feministki nazywają "patriarchatem". Kobiety w tej wizji walczą o swoje przeciwko mężczyznom, ale nadal dobro własne jest nadrzędne. Sytuacja, która w mojej wizji świata jest patologiczna, w feministycznej wizji świata zdaje się być normalna.

"Dobro własne ustępuje miejsca dobru wspólnemu" - do tej wspólnoty należy nie tylko współmałżonek, ale też owe tak zwane "owoce małżeństwa". A ja, inaczej niż feministki, pełen jestem podziwu dla tego, do czego tylko kobiety są zdolne: tylko kobiety są zdolne do bycia mamą. Feministkom może się to wydawać niewiarygodne, ale jednak jest prawdą: każdy Napoleon i każdy Bach miał swoją mamę. Może i byli wielcy, niech im będzie, ale ta mama też w owej wielkości ma swój udział. 

A tak na marginesie - każda Joanna d'Arc też swoją mamę miała. 

A tak na drugim marginesie: całkowicie się zgadzam z tezą, że wychowywanie dzieci to pełnowymiarowa praca. Był czas, kiedy uważano, że ktoś (zwykle facet) jest żywicielem rodziny, a osoba (zwykle kobieta) zajmująca się wychowaniem dzieci korzysta z dochodów żywiciela rodziny. Dziś zakłada się, że kobieta powinna na siebie pracować. A skoro wychowywanie dzieci jest pełnowymiarową pracą, to bycie mamą powinno być uznane za zawód. Tak więc jeśli jakaś partia zaproponuje wynagradzanie mam, to chyba taki program poprę. 


Więcej podobnych tekstów z dodatkiem adrenaliny w mojej książce 

"ADRENALINA, czyli antologia przeciwnych poglądów"

Thursday, July 18, 2024

Czy można urodzić się gejem? (cykl tekstów z adrenaliną)

Nie podejmuję tego tematu dlatego, że mam jakąś wewnętrzną potrzebę jego podjęcia. Raczej podejmuję go dlatego, że jest to temat w naszych czasach modny, a jednocześnie podejmujące go teksty okazują kompletny brak jasności myślenia.

Zacząć trzeba od paru oczywistości. Nie od wierzeń tej czy innej grupy ludzi ani od teorii naukowych, ale oczywistości. To, że każdy człowiek kiedyś umrze, nie jest ani wierzeniem jakiejś grupy ludzi (na przykład religijnym), nie jest też teorią naukową, to jest oczywistość. To, że każdy człowiek kiedyś się urodził, też jest oczywistością. Otóż oczywistością należącą do tej samej kategorii jest twierdzenie, że narządy rodne służą do przekazywania życia. To nie jest teoria naukowa ani przedmiot wierzenia jakiejś grupy religijnej, to jest oczywistość. Zarówno przyjemność doznawana w czasie aktu przekazywania życia jak i popęd do tego, by owe akty wykonywać, są niejako podrzędne; są po to, by poszczególni osobnicy dążyli do wykonywania tego aktu.

Kolejną oczywistością jest, że je się po to, by przedłużać życie danego osobnika, a zarówno pojawiające się czasem uczucie głodu jak i przyjemność doznawana w czasie jedzenia smacznych potraw jest podrzędna; jest po to, by skłaniać danego osobnika do jedzenia. Nikt nie twierdzi (jak dotąd, nigdy nie wiadomo, co kto może za jakiś czas wymyślić), że celem jedzenia jest przyjemność doznawana w czasie spożywania smacznych pokarmów.

Istotne jest tu rozróżnienie pomiędzy celem a motywacją. Tak jak celem edukacji jest przygotowanie do lepszego startu w późniejszym życiu, ale motywacją kilkulatka do odrabiania lekcji jest cukierek, który dostanie jak skończy, tak celem jedzenia może być przedłużenie życia, ale przygotowując posiłek można o tym nie pamiętać i chcieć zjeść coś smacznego.

Dlatego twierdzenie, ze celem zachowań seksualnych jest doznawanie przyjemności jest pomieszaniem pojęć. Jest myleniem celu z motywacją. Twierdzenie, że niektórzy się rodzą z wrodzoną skłonnością do doznawania owej przyjemności z osobą tej samej płci - jest pomieszaniem tych samych pojęć. Jest oznaką braku jasności myślenia. Twierdzenie, że niektórzy się rodzą z taką właśnie skłonnością zdaje się być w ostatnich czasach jakby paradygmatem, jest to jednak paradygmat nie mający żadnych racjonalnych podstaw.

Nie ma i nie może ono mieć podstaw naukowych. Jedyne co może mieć to to, że osoby z jakimiś naukowymi tytułami takie twierdzenia głoszą. Jako się rzekło - nie jest to temat, który by mnie fascynował, nie czytałem więc rozważań z których by wynikało, że skłonności do czerpania przyjemności z zachowań seksualnych z osobami tej samej płci jest wrodzona. Wiem jednakże wystarczająco dużo o zasadach prowadzenia badań naukowych by wiedzieć, że twierdzenia takie nie mogą być wynikiem badań naukowych.

Już wyjaśniam o co chodzi. Otóż teorie naukowe wysnuwane są na podstawie eksperymentów, które inni mogą powtórzyć i sprawdzić. Mogą być też wnioski wysnuwane na podstawie danych statystycznych, które też mogą być ponownie zebrane. Aby sprawdzić skuteczność leków trzeba zawsze badać dwie grupy ludności, jednej podając lek, drugiej placebo. Dane anegdotyczne są (w takim przypadku) niedopuszczalne. Nie można naukowo stwierdzić, że lek działa, bo jakaś ciotka go użyła i zadziałało.

Tymczasem osoby czerpiące przyjemność z zachowań seksualnych z osobnikami z tej samej płci twierdzą czasem, że "zawsze ich interesowała nagość osób tej samej płci", ale są to wyłącznie dane anegdotyczne, czyli żadne. Można założyć, że skoro osoby te otwarcie określają same siebie jako "geje", to przeszły już inicjację seksualną. Czy taka inicjacja nie mogła mieć wpływu na późniejsze wybory?

W czasach kiedy ja byłem nastolatkiem i czytałem książki o seksie paradygmatem była teza, że o późniejszych wyborach decyduje prawo pierwszych połączeń, czyli inaczej - że pierwsze doświadczenia sprawiające przyjemność są następnie powtarzane. Czyli że jeśli ktoś miał inicjację z osobą tej samej płci, to następnie dążył do podobnych przeżyć. To nie była teoria naukowa oparta na badaniach, natomiast opierała się na założeniu, że wszyscy ludzie rodzą się tacy sami, a jedynie doświadczenia życiowe wpływają na późniejsze wybory. Ta teza została zastąpiona inną tezą, również nie opartą na badaniach, ale wychodzącą z założenia, że niektórzy ludzie wprawdzie wyglądają tak samo jak wszyscy, ale są już od urodzenia inni. Ta teza rozpowszechniona została tylko przez wielokrotne powtarzanie. Nie ma i nie może ona mieć podstaw naukowych.

Aby mieć rzeczywiście naukowe dane na temat tego, czy inicjacja seksualna z osobą tej samej płci ma wpływ na późniejsze wybory osoby poddanej takiej inicjacji, musielibyśmy przeprowadzić eksperyment - na przykład pewną grupę ludzi nieaktywną seksualnie poddać inicjacji z osobami tej samej płci, inną grupę kontrolną, również nieaktywną seksualnie, poddać inicjacji z osobami płci przeciwnej, a następnie mieć dane dotyczące ich późniejszych wyborów. Taki eksperyment nie tylko nie został przeprowadzony, ale przeprowadzony być nie może, bowiem w naszej kulturze jak dotąd (Bogu dzięki) inicjacja seksualna uważana jest za sferę życia zbyt intymną, by być przedmiotem eksperymentów. Dlatego właśnie trudno mi sobie wyobrazić jakikolwiek eksperyment w tej dziedzinie. Tymczasem bez przeprowadzenia badań naukowych teza, że niektórzy ludzie wyglądają wprawdzie tak samo, ale w rzeczywistości są inni niż wszyscy - jest bezpodstawna.

Piszę o wyborach (tych po inicjacji seksualnej), bowiem decyzja o tym z kim prowadzić życie seksualne - jest zawsze wyborem. Skłonności mogą mieć wpływ na wybory, ale to nie one są decydujące. Człowiek może mieć skłonność do jedzenia smacznych rzeczy na sam ich widok, ale przecież nikt nie je prosto z półki apetycznie zaprezentowanej żywności w supermarkecie. Wiele osób może mieć skłonność do współżycia seksualnego z osobami innymi niż współmałżonek, jednak wybiera wierność współmałżonkowi. Oczywiście jest też wiele osób, które wybierają niewierność albo i rozpustę, ale to nie skłonność jest tu decydująca. Osoby wybierające celibat wcale niekoniecznie mają do niego skłonność, podobnie jak osoby decydujące się na post wcale niekoniecznie mają skłonność do niejedzenia. Zwracam przy tym uwagę, ze piszę wprawdzie o wyborach, ale nigdzie nie napisałem, że którykolwiek wybór jest naganny.

Ten artykuł nie zawiera ocen. Jeżeli czytelnik w tym artykule widzi oceny, to sam jest ich źródłem. W żadnym miejscu nie jest tu napisane, że czerpanie przyjemności ze stosunku seksualnego z osobami tej samej płci jest naganne. Co najwyżej z tezy (oczywistej), że narządy rodne służą do prokreacji, a przyjemność doznawana przy tej okazji jest elementem podrzędnym - można wywnioskować, że doznawanie przyjemności z zachowań seksualnych z osobami tej samej płci jest zachowaniem zastępczym, czyli że narządy rodne są używane do osiągania przyjemności z pominięciem ich głównej funkcji. Tyle że taki wniosek nie jest w żadnym razie oceną. Nigdzie w tym tekście nie jest powiedziane, że zachowania zastępcze są naganne. Co więcej - wszelkie zachowania seksualne, które mają dostarczyć przyjemności nie doprowadzając do ciąży, są w takim sensie zachowaniami zastępczymi. Dotyczy to również praktyki okresowej wstrzemięźliwości, czyli powstrzymywanie się od stosunku (heteroseksualnego) w okresie płodnym kobiety, ale praktykowanie go w okresie niepłodnym. Zatem jeśli ktoś w moim tekście widzi ocenę, ten tak naprawdę sam ocenia. I w tym właśnie jest istota sprawy.

Teza o wrodzonej skłonności do pewnych zachowań seksualnych jest (jak wynika z powyższego tekstu) pozbawiona racjonalnych podstaw, a jednak jest z jakiegoś powodu uparcie głoszona. Z jakiego powodu? Jestem skłonny sugerować, że odpowiedź jest zawarta w samej tej tezie. Wrodzone skłonności miałyby tłumaczyć pewne zachowania. Tylko po co takie tłumaczenie? Dla porównania preferencje kulinarne są również różne, a przecież nikt nie powtarza uparcie tezy o wrodzonej skłonności do tej czy innej preferencji kulinarnej. No tak, ale nikt nie uznaje żadnej preferencji kulinarnej za naganną. A kto uznaje za naganne preferencje seksualne? Otóż jestem skłonny przypuszczać, że sam fakt szukania usprawiedliwienia dla jakichś zachowań seksualnych sugeruje, że owi szukający uważają tego rodzaju zachowania za naganne.

Dodatkowym problemem jest użycie słów "miłość" i "kochanie". Niektórzy podobno "kochają" osoby tej samej płci i dlatego powinni z tymi osobami współżyć seksualnie. W zasadzie jest to nadużycie, świadome mieszanie pojęć ułatwione tym, że słowa "miłość" i "kochanie" mają wiele znaczeń, nierzadko przeciwstawnych. Nikt się przecież nie dziwi miłości między rodzicami a dziećmi (a więc także między matką a córką lub między ojcem i synem), ale jeśli w tym kontekście zachodzą jakieś kontakty seksualne, są one uważane (nawet w naszym świecie pomieszanych pojęć) za zboczenie. Jednakże słowo "miłość" może mieć znaczenia przeciwstawne nawet w sytuacji, kiedy kontakt seksualny nikogo by nie dziwił. Mężczyzna kochający kobietę zamężną może (jednym znaczeniu tego słowa) robić wszystko, by mieć ją dla siebie, a więc i doprowadzić do rozpadu małżeństwa, może też (w przeciwnym znaczeniu) robić wszystko, by była szczęśliwa w swym małżeństwie (tak jak robił główny bohater filmu "Casablanca"). Dlatego twierdzenie, że "miłość" musi prowadzić do kontaktów seksualnych, jest nieuzasadnione. A jednak jest uparcie powtarzane. Dlaczego? Znów mi to wygląda jakby ktoś szukał usprawiedliwienia dla zachowań, które sam w głębi serca uważa za naganne.

Jednakże jest też bardziej złowroga strona tezy, że niektórzy ludzie wprawdzie wyglądają tak samo, ale w rzeczywistości są od urodzenia inni niż otaczająca ich większość. Taka teza była już kiedyś głoszona, też stała się paradygmatem przez czcze powtarzanie, powtarzana była przez autorytety z tytułami uniwersyteckimi, poparta wywodami uznawanymi podówczas za "naukowe". Żeby nie być gołosłownym rzucę jedno nazwisko: Houston Stewart Chamberlain, sztandarowa postać tak zwanego "naukowego rasizmu". Głosił on, że niektórzy ludzie wprawdzie wyglądają tak samo jak inni, ale mają wrodzoną tendencję do niszczenia społeczeństwa i w zasadzie należałoby się ich pozbyć. Wtedy nie chodziło o skłonności do zachowań seksualnych tylko o to, jaką religię wyznawali przodkowie. Wtedy również nie było żadnych badań, które można by uznać za naukowe, było jedynie powtarzanie. Jak się to wszystko skończyło, wiadomo.


* * *

Kilka słów gwoli powtórki, bo mam wrażenie że trzeba tu trochę łopatologii.

Ten tekst jest świadomie napisany bez oceniania by było jasne, że oceniającym jest tak naprawdę czytelnik. Piszę wprawdzie o wyborach, ale nigdzie nie jest napisane, że ten czy inny wybór jest naganny. Jeśli czytelnik widzi w tym tekście ocenę, to on jest jej źródłem. Napisałem ten tekst widząc, że teza o "wrodzonej" skłonności do pewnych zachowań stała się jakby paradygmatem, a ja sądzę, że nie ma on żadnych podstaw.

Celem tego tekstu nie jest ocenianie i tak naprawdę moja ocena tej czy innej aktywności jest tu bez znaczenia. Celem tego tekstu jest pokazanie, że:

  • - samo szukanie usprawiedliwienia dla jakieś aktywności jest podbudowane oceną, czyli inaczej kto szuka usprawiedliwienia, ten sam tak naprawdę ocenia (oczywiście negatywnie, skoro szuka usprawiedliwienia).

  • - twierdzenie, że pewne skłonności seksualne są wrodzone, nie ma i nie może mieć uzasadnienia naukowego, bowiem ewentualne badania dotyczyłyby sfery zbyt intymnej, by mogła być przedmiotem eksperymentów. Dlatego takie uparcie powtarzane twierdzenie jest w swej istocie szukaniem usprawiedliwienia.

Nie jest celem tego tekstu udowodnienie, że pewne skłonności nie mogą być wrodzone, a jedynie, że nie można takiej wrodzoności naukowo udowodnić. Skoro nie można udowodnić wrodzoności, to nie można również udowodnić tezy przeciwnej, ale to nie ma się nijak do argumentu: twierdzenie, że pewne skłonności seksualne są wrodzone, nie ma i nie może mieć uzasadnienia naukowego.

Piszę też o oczywistościach, bo w dzisiejszym świecie "nauka" stała się jakimś fetyszem, osoba z tytułem naukowym jest - niczym jakiś kapłan - niepodważalnym autorytetem. A przecież do niektórych twierdzeń wcale nie trzeba nauki, bo są oczywiste. Mi chodzi przede wszystkim o jasność myślenia. Teza o "wrodzoności" jest akurat w modzie, moda z całą pewnością przeminie, natomiast istotne jest, by nie przeminęła jasność myślenia.

I na koniec trochę łopatologii o ostatnim akapicie. Obecnie modne są zarówno teza o "wrodzonej skłonności do pewnych zachowań" jak i pozytywne nastawienie wobec osobników, którzy takie "wrodzone skłonności" mają. To się może zmienić, na przykład może pozostać teza o "wrodzoności", a pozytywne nastawienie się może przestać być pozytywne. Nastawienie do Żydów zmieniło się diametralnie, tak samo może się zmienić nastawienie do gejów. Już w tej chwili zaczyna się uważać skłonność do pedofilii za wrodzoną, ale już nastawienie do osób ją przejawiających pozytywne nie jest. Czy trudno sobie wyobrazić nagonkę na ludzi o takich czy innych skłonnościach, a za ileś tam lat przejęcie władzy przez jakąś partię, która będzie wcielać w życie jakieś absurdalne tezy? Dlatego uważam, że obrona jasności myślenia jest bardzo istotna.



Więcej podobnych tekstów z dodatkiem adrenaliny w mojej książce 

"ADRENALINA, czyli antologia przeciwnych poglądów"