.jpg) |
| Dolina na wschodnich obrzeżach Andów |
Gdybyś mógł, czytelniku, spojrzeć okiem kondora na
kraj zwany Peru, ujrzałbyś bardzo wysokie góry przecinające kraj
z północy na południe. Góry te sięgają powyżej sześciu
tysięcy metrów i są pokryte wiecznym śniegiem, natomiast na
wyżynie (też położonej wysoko, ponad trzy tysiące metrów)
Indianie uprawiają ziemniaki. Hodują też alpaki, z których wełny
sporządzają sobie ubrania. Na zachodnich stokach gór jest pustynia
przecinana jedynie pasmami zieleni wzdłuż rzek mających swe źródła
w wiecznych śniegach. Pustynia opada ku morzu, wybrzeże jest
stosunkowo niedaleko gór. Wschodnie stoki gór porośnięte są
natomiast dżunglą, chmury płynące znad dalekiego Atlantyku
przynoszą ciągłe deszcze. Rzeki, same w sobie ogromne, nierzadko
występują z brzegów zalewając całe połacie kraju. W tej dżungli
pokrywającej wschodnie stoki gór też mieszkali Indianie. Uprawiali
oni maniok, który jest łatwy w uprawie, ale potrzebuje ciepłego
wilgotnego klimatu, a także bawełnę, z której sporządzali sobie
ubrania.
Indianie na wyżynach znali dyscyplinę. Pracowali już
jako chłopi, kiedy było tam państwo Inków, tak że kiedy
przyjechali Hiszpanie, nie musieli nikogo uczyć poddaństwa.
Indianie z dżungli nie znali dyscypliny. Nie zdołali ich nauczyć
poddaństwa Inkowie, choć próbowali. Ci Indianie z porośniętych
dżunglą dolin mieli niemiły zwyczaj strzelania z zarośli do
nowoprzybyłych. Strzelali, a ponieważ te zarośla to nieprzebyta
dżungla, nie wiadomo skąd ta strzała przyleciała. Hiszpanie
początkowo szukali na wschodnich stokach gór Króla Ozłoconego,
czyli El Dorado, ale nie znalazłszy go dali sobie spokój.
.JPG) |
| Dzisiejszy transport na szlaku Pichis |
Tylko misjonarze wybierali się w tę dżunglę.
Schodzili z płaskowyżu dolinami, a potem poruszali się po rzekach
tak daleko, jak się tylko dało. Misjonarze nie szukali złota,
tylko nieznanych ludów, których języków można będzie sie
nauczyć i którym potem można będzie głosić Dobrą Nowinę. Tu
też pojawiały się rywalizacje. Nie były to rywalizację krwawe,
acz były rzeczywiste i musiały być jakoś rozwiązane. Mianowicie
były różne zakony gotowe głosić tę Dobrą Nowinę. Byli
jezuici, zakon młody powstały po to właśnie, by uczyć się
języków nowo odkrytych krajów i głosić Dobrą Nowinę ich
mieszkańcom. Byli franciszkanie, zakon powstały wcześniej, który
podjął wyzwanie, skoro ono się pojawiło. Tak więc hiszpańscy
jezuici i franciszkanie podzielili między siebie rejony, w których
mieli głosić Dobrą Nowinę. Franciszkanie schodzili dolinami od
strony położonych na płaskowyżu miast Jauja i Tarma, jezuici
działali bardziej na północy. Ale to nie była jedyna rywalizacja.
Hiszpańscy jezuici płynęli w dół Amazonki, portugalscy jezuici
płynęli w górę tej rzeki, a najwyraźniej istotne też było
którego króla poddanymi byli ci misjonarze. Dzisiejsza granica
między Peru a Brazylią jest mniej więcej tam, gdzie jezuici z
Hiszpanii i jezuici z Portugalii się spotkali.
Franciszkanie schodzący w doliny od strony Tarma
zauważyli, że Indianie z dżungli regularnie przybywają do pewnej
góry, by wydobywać z niej sól. Góra ta była powyżej granicy
uprawy manioku, który był stałym pożywieniem tych Indian, więc
ich przybycie w dużej mierze skorelowane było z pracami na polach
manioku. Góra była na terenach zamieszkałych przez Indian zwanych
Kampa lub Aszaninka, którzy następnie tę sól podawali dalej w
wyprawach handlowych. Franciszkanie nazwali tę górę Cerro de la
Sal i doszli do wniosku, że skoro Indianie sami ta przyjeżdżają,
to tam najlepiej zbudować misję. Już w XVII wieku zbudowano w
pobliżu tej góry misję Quimiri (dziś w tym miejscu stoi miasto
La Merced).
.jpg) |
| Rzeka Pichis w Puerto Bermudez |
Indianie organizowali wyprawy handlowe, ale handel
między Indianami wyglądał inaczej niż nasz. Dla Indian kluczowy
był podarunek, na który należało odpowiedzieć, acz niekoniecznie
natychmiast. To się wiązało ze sposobem osadnictwa Aszaninków.
Gleby w amazońskiej dżungli nie były zbyt żyzne, dlatego
Aszaninkowie żyli w dużym rozproszeniu. W dodatku las trzeba było
co jakiś czas karczować, bowiem maniok rósł dobrze na glebie
świeżo wykarczowanego lasu, ale po kilku latach pole się
wyjaławiało i trzeba było karczować następny las. To się
wiązało z przenoszeniem się z miejsca na miejsce co jakiś czas. A
znowu rozproszenie wiązało się z podejmowaniem gości, no bo
przecież odwiedzenie sąsiada albo krewnego wiązało się z
nocowaniem u niego; tym bardziej miało to miejsce podczas wypraw po
sól. Każda rodzina miała więc jeden dom dla gości.
Ale żeby nie było wątpliwości – wszystkie domy
były bez ścian. Stały na palach, miały podłogę oraz dach kryty
strzechą, ale nie miały ścian, tak że nie było w nim sekretów.
Aszaninkowie sporządzali sobie tuniki z bawełny, tak że nie
chodzili nago po lesie, ale nikt nie miał wątpliwości skąd się
biorą dzieci.
Ale nie wszyscy Indianie z peruwiańskiej dżungli żyli
w takim rozproszeniu. Indianie Konibo, mieszkający nad Ukajali,
mieli większe wsie. Wiązało się to z tym, że Konibo to byli
gitowcy znad Ukajali, regularnie organizowali wyprawy łupieskie na
wsie innych Indian, a napadłszy na wieś zabijali wszystkich
mężczyzn, a młode kobiety i dzieci uprowadzali w niewolę.
Oczywiście dalsi krewni tych kobiet i dzieci chcieli je odbić,
Konibo spodziewali się napaści, dlatego mieszkali w większych
skupiskach, łatwiejszych do obrony. No a misjonarze szukali najpierw
większych skupisk, by założyć misje. Pierwsi misjonarze nie
wiedzieli przecież kto w tej dżungli mieszka. Nie wiedzieli, że
Konibo mówią innym językiem, niż Aszaninkowie. Nie wiedzieli też,
że Aszaninkowie uważają Konibo za bandytów. Franiszkanie założyli
więc misję we wsi Konibów, a potem poprosili swoich gospodarzy, by
pomogli im przetrzeć szlak do kraju Aszaninków. Potem się dziwili,
że Aszaninkowie niezbyt ufają misjonarzom.
Mieszkanie w dużych wsiach mogło mieć wpływ na
obronność, ale przyczyniło się do tego, że populacja
mieszkających tam Indian znacznie się zmniejszyła. Tego w XVII
wieku nie mogli przewidzieć ani sami Indianie, ani przybywający do
nich misjonarze. Misjonarze głosili Ewangelię, przywozili jednak
też coś, czego nie byli świadomi, mianowicie choroby. Misjonarze
byli na te choroby odporni, ale Indianie nie. Jedna epidemia ospy
potrafiła wymieść 90% populacji wsi. Rozproszone osadnictwo jest
bardziej odporne na epidemie, dlatego dziś Aszaninkowie stanowią
główną grupę Indian w swojej okolicy, natomiast populacja Konibów
znacznie spadła.
Misje zostały zbudowane i stały tam w tej dżungli
kilkadziesiąt lat, a Aszaninkowie jakoś nie chcieli się chrzcić.
Więc co tu zrobić, by kraj schrystianizować? Może przywieźć
Indian, którzy ochrzcili się już dawno? Na przykład tych z
płaskowyżu. Albo jeszcze lepiej Metysów, którzy są przecież
trochę Indianami, ale nie całkiem..JPG) |
| Nabrzeże w Puerto Bermudez |
Indianie owszem chcieli, by misje były. Rzecz w tym, że
misjonarze przynosili Dobrą Nowinę, ale nie tylko. Przynosili też
rzeczy przydatne również w tym życiu. Na przykład żelazne
narzędzia. Dla Indian, którzy dotąd musieli karczować dżunglę
narzędziami z kamienia, to było objawienie, nie jakaś tam
Ewangelia. W misjach zbudowali nawet kuźnie, w których Aszaninkowie
mogli naprawiać swe narzędzia.
Ale ci Metysi też stanowili problem, tym razem dla
Aszaninków. Metysi niewątpliwie ciężko pracowali, karczowali ten
las, tylko że oni karczowali las, który Aszaninkowie specjalnie
zostawili odłogiem, żeby gleba się zregenerowała. Tylko że ani
Metysi, ani franciszkanie tego nie rozumieli. Dżungla jest przecież
niczyja, więc ją karczowali. A tymczasem wprowadzali się do
czyjegoś ogrodu nikogo nie pytając o pozwolenie. Czy można się
dziwić, że ten ktoś, kogo nie pytano o pozwolenie, pewnego dnia
stracił cierpliwość i zaczął strzelać z zarośli do osadników
karczujących las wokół misji? Kiedy paru takich zostało
zastrzelonych, reszta spakowała manatki i wróciła tam, skąd przyszła.
To jest pewnie uproszczenie, ale w sumie o to chodziło.
Zapewne pomocny był też klimat, niedostępność tych terenów, a
przede wszystkim wszechobecne ogromne ilości komarów, tym niemniej
faktem jest, że Aszaninkowie w swojej historii przeprowadzili kilka
udanych powstań. Nikt nie ogłaszał żadnych zwycięstw, po prostu
Aszaninkowie zdobyli sobie renomę nieprzejednanych wojowników, do
których kraju podróżować jest niebezpiecznie. Historia tych
powstań jest niepełna, bowiem pisana była na podstawie pogłosek
przez tych, którzy wcale nie zamierzali się wybierać do kraju
Aszaninków, a dla późniejszych peruwiańskich historiografów była
to historia kęsk, o której lepiej zapomnieć.
Nie wszyscy Indianie z płaskowyżu byli intruzami w
dżungli. Niektórzy uprawiali poletka w dolinach, gdzie było
cieplej i udawały się rośliny, dla których na płaskowyżu było
za zimno. A w 1742 roku w dżungli Aszaninków pojawił się ktoś,
na kogo Aszaninkowie chyba czekali. W Źródłach historycznych
pojawia się on jako Juan Santos Atahualpa. Źródła są oczywiście
bardzo skąpe i wszystkie wrogie, tak że niewiele o nim wiadomo..jpg) |
| Tradycyjne domostwo Aszaninków |
Podobno pochodził z Cuzco, gdzie miał rodzeństwo.
Podobno pochodził też z najwyższej indiańskiej arystokracji, z
rodu Inków, tak że jego imię Atahualpa nie było przypadkowe.
Podobno był kształcony w jezuickiej szkole i z jakimiś jezuitami
podróżował do Europy, a także do Afryki. Ale w 1742 roku był z
powrotem w Ameryce, w dżungli na północ od Cuzco.
Wtedy ku zdumieniu autorów owych skąpych źródeł
historycznych , Aszaninkowie zaczęli masowo pielgrzymować, by go
spotkać. Opuszczali miejsca, które autorom były znane, czyli
misje, i znikali w dżungli. Nie tylko zresztą Aszaninkowie znikali,
sąsiednie plemiona też, również Konibo. A kiedy któryś z
franciszkanów do niego pojechał, Juan Santos mu wprost powiedział,
że on nie ma nic przeciwko księżom, ale wszyscy osadnicy mają się
wynosić. A jak mają funkcjonować misje bez osadników? Kto miałby
franciszkanów żywić? W dodatku Indianie mieli jakieś obiekcje do
Murzynów, którzy w misjach byli strażnikami i którzy też mieli
się wynosić. A jak miałyby funkcjonować misje bez strażników?
Więc wynieśli się wszyscy, franciszkanie też.
Ale franciszkanom było oczywiście nie w smak takie
wynoszenie się z misji po kilkudziesięciu latach funkcjonowania.
Posłowali więc do Juana Santosa ponownie, kilka razy. Stąd wiemy,
że była to zupełnie rzeczywista postać i miała posłuch wśród
Aszaninków. Któregoś razu Juan Santos powiedział księżom, że
wicekról Peru też ma się wynosić, bo on – Juan Santos Atahualpa
– zamierza odebrać swoje królestwo. Najpierw się z tego śmiano,
potem się okazało, że istotnie jest spisek wśród Indian na
płaskowyżu. Spiskowców powieszono, a rozochocony wicekról wysłał
wojsko w dżunglę. Okazało się jednak, że w dżungli pozbawiona
przewodnika armia nie odnosi sukcesu. Zbudowano fort w Quimiri, ale
Aszaninkowie nie chcieli żadnych fortów na swoim terytorium i
oblegli go. Załoga fortu próbowała uciekać, ale daleko nie
uciekła. Kiedy przyszły posiłki, okazało się, że w forcie są
Aszaninkowie..JPG) |
| Nowoczesne domostwo Aszaninków |
Nikt nie ogłosił końca wojny, nikt nie ogłosił
zwycięstwa, tylko nikt do kraju Aszaninków nie jechał. Dopiero w
1756 roku do Quimiri dotarła wyprawa, której nikt po drodze nie
atakował. Uznano więc, że rebelia się skończyła. Oznaczało to
tylko, że skończyły się walki, bo do dżungli i tak się nikt nie
wybierał. Nic też nie było wiadomo, co się w kraju Aszaninków
dzieje, żadne informacje nie docierały do autorów wrogich relacji.
Nikt nie był pewny, czy przywódca powstania Juan Santos Atahualpa
jeszcze żyje. Jakieś tylko dochodziły pogłoski, że zniknął i
został po nim kłąb dymu. Tak czy owak przez resztę XVIII wieku
nikt się do peruwiańskiej dżungli nie wybierał.
Dopiero w XIX wieku jacyś „civilisados” zaczęli
tam przenikać. W XIX wieku nastąpiło też coś, czego sami
Indianie są w pewnym sensie sobie winni. W końcu to oni wiedzieli,
że w dżungli rośnie drzewo kauczukowe, i że z soku tego drzewa
można robić rzeczy o różnych kształtach. Jacyś biali ten
kauczuk kupowali, ale handel kauczukiem niewiele znaczył dla
Amazonii do momentu, kiedy Henry Ford zaczął produkować samochody
na gumowych oponach. Wtedy się zaczęło.
Wcześniej jacyś biali, a także Metysi rozumiejący
oba światy, kupowali kauczuk, a Indianin dostawał za to metalowe
narzędzia. Metalowe narzędzia były bardzo użyteczne, zwłaszcza
siekiery do karczowania lasu, co Indianin regularnie musiał robić.
Kiedy jednak raptownie wzrósł popyt na kauczuk, ci co go kupowali
chcieli go jak najwięcej, nie chcieli więc, by Indianin zajmował
się karczowaniem lasu. Chcieli, by chodził po lesie i szukał drzew
kauczukowych. Sprowadzali więc żywność z dalekich krajów i
dawali Indianinowi wszystko na kredyt, byle ten kauczuk dotarł.
Teoretycznie Indianin był zadłużony, ale dla niego to nie było
nic nowego, w końcu tradycyjny indiański handel polegał na
podarunkach dawanych w długich odstępach czasowych. Kiedy jednak
rąk do pracy ciągle było mało, niektórzy biali oferowali nawet
strzelbę za dziecko, które będzie można nauczyć szukania drzew
kauczukowych w lesie. To też nie było nic nowego, w końcu
tradycyjne indiańskie wojny polegały na zabijaniu mężczyzn w
napadniętej osadzie i braniu w niewolę młodych kobiet i dzieci.
Oczywiście napastnicy uzbrojeni w boń palną mieli dużą szansę
na sukces, jeśli napadnięci mieli tylko łuki i strzały. Taka była
ekonomia dżungli, dopóki był popyt na kauczuk.
.JPG) |
| Wnętrze nowoczesnego domu Aszaninków |
Wszystko się skończyło na początku XX wieku. Znana
jest historia jak to jacyś Anglicy przeszmuglowali nasiona drzew
kauczukowych i założyli plantacje w Malezji, co spowodowao
drastyczny spadek cen kauczuku. Dla niektórych ludzi w Amazonii,
którzy w ciągu kilku poprzednich lat stali się nagle niesłychanie
bogaci, był to szok, bo raptem przestali być niesłychanie bogaci.
Nie mieli za co kupić żywności w Europie by nakarmić swoich
Indian, którzy przecież przestali uprawiać swoje poletka manioku.
Natomiast dla Indian, którzy nie uprawiali manioku, tylko chodzili
szukać drzew kauczukowych po lesie albo polowali na dzieci – była
to najzwyczajniej zdrada. Jak to – nie dostaną żywności za
kauczuk? Nie dostaną strzelby za dziecko?
Tylko te strzelby już wśród Indian były. No i byli
krewni, którzy chcieli odzyskać dzieci. Kiedy skończyły się
dostawy żywności, skończyło się dostawanie strzelby za dziecko –
Aszaninkowie zaczęli odbierać dzieci przy pomocy tych strzelb,
które już mieli. Ale nie było to odbieranie dzieci tu i tam,
raczej to wygląda na działanie zaplanowane przez kogoś, kto
rozumiał świat białego człowieka.
Najpierw przerwana została komunikacja z Limą:
puszczone z dymem zostały gospody dla mułów i poganiaczy na
„szlaku Pichis”. Szlak ten prowadził od miasta La Merced
(dawniejszej misji Quimiri) do Puerto Bermudez nad rzeką Pichis.
Rzeka Pichis była dość szeroka, by mogły po niej pływać statki,
a wpadała do Ukajali i można nią było dopłynąć do Iquitos.
Karawana mułów potrzebowała kilku dni, by przebyć szlak Pichis z
La Merced do Puerto Bermudez, ale w owym czasie było to jedyne
połączenie pomiędzy Limą a Iquitos. Więc jak kilka gospód
zostało puszczonych z dymem, a z pozostałych załoga uciekła, tego
połączenia nie było. W dodatku Indianie zrąbali też słupy
telegraficzne (siekiery też już mieli). Później była seria
ataków na składy kauczuku nad Ukajali, połączone z zabiciem
właściciela i uwolnieniem dzieci. To wszystko się skończyło w
1915 roku bez jakiegoś wielkiego ogłoszenia zwycięstwa, ale efekt
był taki, że kraj Aszaninków uznano za taki, do którego lepiej
nie wjeżdżać.
Więc nie jechano tam. Nie pisano też o tym kraju
specjalnie. Informacje o atakach na składy kauczuku czy na gospody
na szlaku Pichis są w lokalnej prasie tego czasu, ale nigdzie poza
tym. Nikt ważny tam nie jechał, na pewno nie żurnaliści ze
stołecznej prasy. Kraj Aszaninków jakby nie istniał.
Lokalna prasa lat 1912-1915 nie tylko pisała o tych
wydarzeniach, ale pisała też o przywódcy całej tej rebelii,
którego nazywała imieniem Tasulinchi. Polski podróżnik kapitan
Lepecki, który był nad Ukajali parę lat później, nawet spotkał
tego człowieka. Chodził on w takiej samej tunice jak wszyscy inni
Indianie, ale mówił płynnie po hiszpańsku i niewątpliwie miał
posłuch wśród Aszaninków. Kapitan Lepecki to spotkanie opisał,
ale po polsku, a peruwiańska prasa przestała pisać o atakach na
składy kauczuku, skoro tylko te ataki się skończyły. Tak że
powstanie Aszaninków zostało zapomniane. Dopiero niedawno
specjalista w tej dziecinie Fernando Santos-Granego natknął się na
relację kapitana Lepeckiego, zaczął szperać po lokalnej prasie i
wyszło mu, że jak najbardziej było udane indiańskie powstanie, o
którym peruwiańska historiografia milczy, bo się wstydzi, że
Peruwiańczycy na swoim własnym (niby) terytorium dostali
najzwyczajniej w dupę.
.jpg) |
| Kuchnia w nowoczesnym donu Aszaninków |
I nie był to ani pierwszy, ani ostatni raz.
Z punktu widzenia lewicowców z Europy, a także ich
południowoamerykańskich naśladowców, w czasach kauczukowego boomu
Indianie z dżungli byli strasznie wyzyskiwani. Tymczasem sami
Indianie się zbuntowali, kiedy cały ten boom się skończył. A
może ktoś tu czegoś nie zrozumiał? Ja mam wrażenie, że całe to
niezrozumienie jest charakterystyczne nie tyle dla tego regionu, co
dla tej całej europejskiej lewicy i jej południowoamerykańskich
naśladowców.
Potwierdza to historia z lewicową partyzantką w
dżungli, która chciała polepszyć los uciskanych Indian. W Peru
były tak naprawdę dwie partyzantki, jedna w stylu Che Guevary,
popierana przez Kubę, druga maoistowska, zwana Sendero Luminoso,
czyli Świetlisty Szlak. Dla obserwatorów zza morza jest między
tymi partyzantkami szalona różnica, natomiast dla Aszaninków,
którzy są na miejscu, to jeden pies. Wiem to na pewno, bo byłem
tam, rozmawiałem z Aszaninkami i wiem, że im się te dwie armie
myliły.
A zaczęło się od tego, że Alejandro Calderon, ważna
postać w administracji regionu, został w 1989 roku przez tych
partyzantów w stylu Che Guevary uprowadzony i stracony właśnie
dlatego, że był ważną postacią w administracji regionu. Tyle że
Alejandro Calderon to był Aszaninka i miał zaufanie współplemieńców
i efekt był taki, że Aszaninkowie na wstępie byli wrogo nastawieni
do lewicowych partyzantek. A kiedy Sendero Luminoso wparowali z
kałaszami do Puerto Bermudez i wysadzili bank, Aszaninkowie
zorganizowali armię, która nie miała kałaszy, tylko łuki, ale i
tak wygrała tę wojnę. Łuki, bo to cicha broń. Aszaninkowie
poruszali się cicho po lesie, porozumiewali się naśladując głosy
ptaków. Senderyści trzymali się w grupie, ale jak ktoś się
oddalił od grupy by na przykład zrobić kupę, to go potem
znajdywano najeżonego strzałami jak święty Sebastian. Paru takich
najeżonych zrobiło swoje – przez jakiś czas Puerto Bermudez było
miastem, do którego się nie jechało.
Dziś już można tam pojechać i nie być zastrzelonym
z łuku. W dodatku dawny szlak Pichis funkcjonuje, acz nie ma po
drodze gospód, bowiem całą drogę z La Merced można przebyć w
ciągu dnia. Niektórzy jadą na pace furgonetki, inni samochodem
regularnie kursującym na tej trasie; autobusów nie ma. No i szlak
nie jest już najważniejszy, jest więcej dróg przez góry do
Amazonii.
.JPG) |
| Kuczma, czyli tradycyjna tunika |
Można tam dojechać, co wiem, bo tam pojechałem. Byłem
w Puerto Bermudez, byłem też w pobliskiej wsi Aszaninków zwanej
San Martin de Kirishari, acz przezornie wprowadzony przez ich
znajomego. Była to wieś składająca się z kilku domostw, co u
Aszaninków raczej niespotykane, a spowodowane zapewne tym, że była
tam też szkoła. Domy miały ściany zbite z desek, ale tylko
zewnętrzne ściany. Wnętrze było jedno, w którym spali i dorośli,
i liczne dzieci, i przygodni wędrowcy jak my (acz w okolicy
widzieliśmy również domy bez ścian). Domy były na wysokich
palach, tak że ziemne robactwo z dżungli tam się nie dostało.
Supermarketu w pobliżu nie było, więc jedzono to, co urodziła
czakra (poletko), czyli przede wszystkim maniok. Jedzono także małe
rybki złowione w pobliskim strumyku. Mieszkańcy mówili, że im
supermarket niepotrzebny, czakra dostarcza wszystkiego, co potrzeba.
Tym niemniej tylko starsi ludzie chodzili w tradycyjnych tunikach,
młodsi ubierali się w dżinsy kupione zapewne w Puerto Bermudez.
No i wszyscy młodsi mówili po hiszpańsku, dzieci
miały hiszpańskojęzyczne książki do nauki pisania. Dlatego
mogliśmy się dogadać. Dlatego też wiem, że im się te
komunistyczne partyzantki mylą, że dla nich to jeden pies. O
Świetlistym Szlaku było kiedyś głośniej, dlatego im przypisują
morderstwo Calderona. Tak czy owak i do jednych i do drugich
strzelają z łuku. Lewicowe idee wysmażone gdzieś daleko za
morzem, tu w dżungli nadziewają się na strzały wystrzelone z
krzaków.
Stąd nauka jest dla lewicowych aktywistów:
rozprzestrzenianie idei wysmażonych gdzieś za morzem może napotkać
problemy w kraju nieprzejednanych wojowników.