Saturday, September 22, 2018

Takamori - rozmowy z ojcem Oshidą



1.
Ojciec Oshida
Cztery razy nie: I. Nie wybieramy; 2. Nie posiadamy; 3. Nie mamy reguły; 4. Nie planujemy. „Nie wybieramy ” oznacza, że każdy może tu przyjechać i włączyć się w Życie, nie odrzucamy nikogo, nie dokonujemy żadnych wyborów. „Nie posiadamy "jest postulatem ubóstwa, również całej wspólnoty, ustaliliśmy, Że wspólnota nie może posiadać więcej kapitału niż to konieczne na hospitalizację jednego jej członka przez miesiąc. „ Nie mamy reguły ” oznacza, że wszelka aktywność członków wspólnoty, udział w modlitwach itd., ma wypływać z wewnętrznej potrzeby, a nie z zewnętrznego nakazu, dlatego nic nie stanowi bezwzględnego obowiązku dla każdego.
Oznacza to również, Że formy, które obecnie przyjęliśmy, mogą się zmienić. „Nie planujemy ” dotyczy rozwoju na przyszłość. Żyjemy tu w prostocie z dnia na dzień i polegamy na Bożej Opatrzności. Oczywiście, nie mam na myśli roku czy dwóch naprzód; będąc wspólnotą rolniczą, musimy planować dziś, co będziemy jeść za rok, ale nie mamy żadnych planów rozwoju, a także przywiązania do tego, co już jest. Gdyby wspólnota miała przestać istnieć za trzy lata, jesteśmy na to przygotowani.
Ojciec Oshida odpowiada mi na pytania o zasady życia wspólnoty. Siedzimy w pokoju jego domku o niedokładnie prostych ścianach, krytego połataną, falistą blachą. Na niskim japońskim stole i wokół, na całej podłodze, mnóstwo kartek papieru poukładanych w stosiki. Ojciec Oshida zataczając ręką krąg, mówi:
- To wszystko korespondencja, na którą muszę odpowiedzieć.
Ojciec Oshida ma twarz sześćdziesięciopięcioletniego człowieka, który nie wygląda na zmęczonego życiem. Siwe włosy sczesane do tyłu, ciemnobrązowe kimono, niebieskie spodnie luźne w biodrach i wąskie w kostce, wygodne do pracy. Siedzi na podłodze w pozycji pół-lotosu.
- Zaczęło się to od wizji kilku ludzi dwadzieścia pięć lat temu. Najpierw przyjechałem tu sam, pracowałem u chłopów na polu, mieli mnie trochę za dziwaka, ale im to nie przeszkadzało, przeciwnie, odpowiadało, że mieli kogoś, kto im za darmo pracuje, tylko za posiłki. Wtedy nauczyłem się uprawy ryżu. Tę kaplicę zbudowaliśmy sami. Żadni cieśle, kilku ludzi, z których jeden był niewidomy, pracował z nami, trzymał slupy. Kaplicę i ten domek, w którym siedzimy. Któregoś roku właściciel pól położonych bardzo wysoko, nieużywanych i łąk zarośniętych chwastami i krzakami,iż wydawało się, że nic się nie da z nimi zrobić, powiedział nam, że jeśli chcemy, możemy próbować oczyścić i uprawiać te pola, z czego on miałby tylko część ryżu. Myśmy się do nich zabrali i teraz możesz zobaczyć, jak one wyglądają. To są te pola za głównym budynkiem. Potem, widząc efekty, inni ludzie we wsi chcieli nam też wydzierżawić podobne pola, ale my nie chcemy za wiele, tylko tyle, ile jest konieczne na nasze potrzeby.
Okno za plecami ojca Oshidy jest na całą ścianę, od sufitu do podłogi, szklane, ale w rozsuwanych na boki ramach, lak jak tradycyjne japońskie shoji. Za oknem ogrodzenie ze snopków ryżowej słomy, ustawiane tu zawsze wokół domów na zimę, w dwóch celach: dla przechowania słomy i ochrony przed mroźnymi wiatrami. Zimy są tu śnieżne, Takamori położone jest 1000 metrów nad poziomem morza.
- Nasze życie koncentruje się tu na pracy i modlitwie. Praca na polu ryżowym jest bardzo ważna dla głoszenia Ewangelii. Uprawa ryżu to pod- stawa życia i codzienna rzeczywistość całej AZJi. Tu na tym polu ryżowym, robiąc po kolana w błocie, dzielłmy życie większości mieszkańców lego rejonu Świata. I modlitwa. Codziennie godzina rano i godzina wieczo- rem, w większości milczenie, jak sam widziałeś, a w niedziele rano mamy tu msze. Raz VI' miesiącu robimy też kilka dni zupełnego milczenia polączonego z postem. Kiedyś robiliśmy zawsze tydzień, ostatnio tylko trzy dni, przez wzgląd na moje zdrowie.
Dźwięk dzwonu z podwórza wzywa do głównego budynku; dziś ma być robione miso, czyli pasta z fasoli sojowej , tradycyjnym wiejskim sposobem i wszyscy mają się zejść. Ten dzwon to nie jest dzwon tylko nieco pordzewiała butla po gazie uderzana drągiem, ale brzmi jak dzwon i reguluje życie wspólnoty. Wpierw uderzana rano o piątej trzydzieści, na pobudkę, potem o szóstej na modlitwę, potem o siódmej trzydzieści na posiłek, potem po południu, też na posiłek, znów o piątej trzydzieści, na zakończcnie pracy, o szóstej znów na modlitwę i o siódmej trzydzieści na posiłek. Na poranne rozpoczęcie pracy normalnłe nie ma sygnału, ale dziś jest rzecz szczególna, zdarza się raz na rok. Ojciec Oshidajest tym, który zna dawne sposoby.
- Muszę tam iść, potrzebują mnie.
Podnosi się, wychodzi. W drzwiach jeszcze mówi:
- Żyjemy tu w prostocie i staramy się czuć podziemny nurt Kościoła.
Produkcja miso



2.
Posiłek przy długim stole, japońskim, niziutkim. Wszyscy siedzą na pięłach, na tatami. Ryż, pałeczki, zupa w miseczkach. Rozmowa w dwóch językach. Ojciec Oshida zwraca się do mnie po angielsku, z chochlikowym błyskiem w oku:
- Czy jesteś prawowiernym katolikiem'?
- Mówiąc szczerze, nigdy się nad tym nie zastanawiałem.
- Bo u nas możesz się natknąć na rzeczy, które szokują czasem prawowiernych katolików. Na przykład klauzurowa siostra, która przyjechała tu na wakacje.
Wskazuje na siedzącą obok siostrę w dominikańskim habicie.
- Ta siostra jest w klauzurowym klasztorze. Dosłała od przełożonej pozwolenie na wyjście do dentysty. Dentysta jest o dwieście metrów od klasztoru, ale ona przyjechała do nas na dwa tygodnie. Albo nasza komunia w czasie mszy. Katolicy są często uczeni, że mają łykać komunikant nie dotykając go zębami, a my pieczemy jako hostię całkiem spory chlebek i łamiemy go na kawałki. Była u nas kiedyś taka kobieta, która usiłowała to w całości przełknąć i potem „hrrr, hrrr” krztusiła się. Ha, ha, ha!



3.
Kaplica w Takamori. Malutki domek strzechą, bez sufitu, z jednym oknem. Tabernakulum z pnia drzewnego wmontowane w ścianę, ołtarz stanowi kawałek podłogi pośrodku kaplicy przykryty serwetką. Obok z jednej strony świeca, a z drugiej żelazny trójnóg wypełniony chrustem.
Szósta rano, modlitwa w kaplicy. Ojciec Oshida nie przychodzi, wstaje zawsze później. Siostra Kawasumi zawsze przychodzi, zawsze siada na tym samym miejscu z boku ołtarza, pod oknem. Zapala świecę. Siedzi albo po japońsku na piętach, albo w półlotosie, zwykle prosto, z głową nieco przechyloną na bok, ale czasem pochylona z czołem opartym o ziemię. Inni siedzą wokół w róznych miejscach, niektórzy po japońsku, inni w pełnym lub półlotosie, jeszcze inni po japońsku z pomocą niziutkiego stołeczka.
Milczenie. Milczenie. Milczenie i bezruch. Długie milczenie, pól godziny, dłużej. Na modlitwie nie bądźcie gadatliwijakpoganie. Po godzinie siostra Kawasumi przerywa milczenie, unosząc złożone ręce. Ktoś rozdaj e książeczki ze stosika przed ołtarzem; to psalmy. Czytanie psalmu: jeden wers Kawasumi-san, jeden wers chórem reszta obecnych, na przemian. Potem czytanie z Pisma. Na koniec „Ojcze nasz", mówione przez wszystkich ci- cho, po każdej z próśb modlitwy długa chwila milczenia...



4.
Goście zaglądający do Takamori-soan.
Mieszkańcy wsi. Staruszek złamany wpół, mający we wsi zadbany ogród, przynosi zwykle albo pęk warzyw, albo na przykład własnoręcznłe ugotowaną zupę dla wszystkich mieszkańców soanu, dwunastu osób. Albo młody chłopak imieniem Takashi-kun, przychodzi tu, ponieważ Sueyoshi-san, od roku mieszkaniec wspólnoty, zapisał się na naukę do warsztatu budującego dachy, strzechy i dachówki, a Takashi-kun pracuje w tym samym miejscu, przychodzi zwykle rano w czasie śniadania i czeka aż Sueyoshi skończy. Kagami-san, wieśniak w gumiakach, zwykle nieogolony, jeden z przywódców ruchu walki o wodę (czystość źródeł, z których wieś Takamori czemie wodę, jest zagrożona; pewna bogata kompania kupiła ziemię powyżej wsi, w miejscu gdzie formują się źródła i zamierza tam budować pole golfowe, a mieszkańcy wsi oba- wiąią się, że pestycydy i herbicydy używane do utrzymywania trawnika zatrują wodę i zwalczająprojekt), zapalony amator-fotograf, obnoszący się - gumiaki nie gumiaki - z wielkim Canonem cum zoom teleobiektywem.
Chrześcijanie przyjeżdżający niekiedy na niedzielną mszę, niektórzy nawet z Tokio. Ichikawa-san, pracująca w Tokio wśród umysłowo chorych, ochrzczona kiedyś przez ojca Oshidę tu, w Takamori, w źródle bijącym ze skały.
Grupa Filipinek pracujących jako hostessy w jakiejś knajpie w pobliskim miasteczku; przyszły na mszę, nie w niedzielę, bo wtedy najbardziej zajęte, w dzień powszedni po południu. Po mszy herbatka i rozmowa o wszystkim. Dziewczęta czarnookie i zalotne. Twarze azjatyckie, ale coś iberyjskiego w zachowaniu, ta zalotność niekiedy z domieszką bezczelności: Jesteś piękny, mówi do mnie jedna z błyskiem kpiny w oku. Pogaducha o wszystkim i o niczym, o ich „pracy” itd.
- Proszę ojca - mówi nagle jedna z wyrazem twarzy osoby zmieniającej
zupełnie temat.
- Słucham.
- Czy jest ojciec otwarty na spowiedź?
Umawiają się na kiedy indziej, teraz nie ma czasu, one muszą wracać na
wieczór do pracy.
- No pewnie, ja mam bardzo dużo do powiedzenia, opowiem ojcu wszystko dokładnie, ze szczegółami - mówi ze śmiechem inna, ta bezczelna.
Odchodzą. Odprowadzamy je do samochodu, którym przyjechały. Kie-
dy wracamy, ojciec zwraca się do mnie:
- To miejsce, gdzie one pracują, nie jest dobre. Ale one są dobrymi katoliczkami, trzeba im pomagać.



5.
Msza w Takamori-soan. Absolutna prostota. Wszyscy siedzą jak zwykle na podłodze, Kawasumi-san na swoim miejscu pod oknem, ojciec Oshida przed serwetką służącą za ołtarz, w półlotosie. Absolutna prostota. Przed rozpoczęciem długa chwila ciszy, pół godziny, może dłużej. Szaty liturgiczne: stuła utkana przez siostrę Kawasumi z grubej włóczki, szary koc służący za ornat. Minimum słów, tylko najważniejsze. Na Kyrłe wszyscy padają na twarz. W czasie ofiarowania siedząca obok żelaznego trójnogu Suzuki-san zapala chrust, który po chwili bucha wysokim płomieniem. Przed komunią patena z Hostią - przaśnym chlebkiem połamanym na tyle kawałków, ilu obecnych - przechodzi z rąk do rąk, każdy bierze kawałek, ale czeka, trzymając go w rękach, na resztę. Potem kielich z winem krąży podobnie.
Czytania i kazania po japońsku, ale jeśli sąjacyś obcokrajowcy - Oshida-shimpsan dodaje zwykle parę słów po angielsku:
- Mamy wiarę nie dlatego, że rozumiemy. Mamy wiarę, ponieważ słyszymy echo z Głębi...

Takamori Soan


6.
Praca w ryżu: kusatori, czyli rwanie chwastów i rozgniatanie robaków. Wszyscy po kolana w błocie, pochyleni ku ziemi. Ojciec Oshida w słomkowym kapeluszu. Siostra Sato w chustce na głowie, ma przy boku koszyk, do którego wrzuca wyrwane zielsko. Claudia w długich gumowych spodniach, dla ochrony przed insektami; nie ma koszyka. Imai-san też nie ma koszyka, obie popychająprzed sobą kulkę wyrwanych chwastów.
- Taki koszyk to dobry pomysł - mówi Claudia.
- Sama go zrobiłam. On jest z pocztowej taśmy do wiązania paczek. Nauczyła mnie tego pewna siostra, która mieszka w Nagano-ken, w górach.
- Czy to ta siostra, która tu była w zeszłym roku? Chyba ją spotkałam.
Claudia nie jest Japonką. Mieszka na stałe w Buenos Aires, do niedawna wykładała tam teologię na uniwersytecie. Ma sześćdziesiąt lat i zupełnie siwe włosy. W zeszłym roku odwiedziła Takamori, a w tym roku przyjechała tu na sześć miesięcy. Woli pracę w błocie i milczenie niż wykłady teologii.
- Możliwe, ona przynajmniej raz w roku przyjeżdża do Takamori. To bardzo potężna siostra.



6.
Wskazując na trawnik nie koszony pewnie nigdy, Oshida-shimpsan (tak się do niego wszyscy zwracają, „shimpsan” znaczy „ksiądz”) mówi do mnie:
- Czy mógłbyś przyciąć nieco tę trawę? To wszystko zaczyna być trochę rozlazłe. To miejsce powinno wyglądać jak świątynia. Nie ma wonieć zbytnio świadomością, ale rozlazłością też nie.
Dziwi mnie to porównanie do świątyni. Japońskie świątynie z zagrabionym piaseczkiem bez chwaścika, z pieczołowicie zmiecionymi kamiennymi ścieżkami, gdy tu błotnista droga prowadząca do głównego budynku krytego łatanym - trochę dachówką, a trochę falistą blachą - dachem, słoma i bobki rozsypane wokół koziej szopy, a takich ścieżek, wzdłuż których można by równiutko wydzióbać chwaściki, w ogóle nie ma. Więc mówię:
- Ale przecież to miejsce wygląda zupełnie inaczej niż świątynia. Z pewnością nie tak, jak ogród w Ryoan-ji.
Ojciec Oshida odpowiada prawie z gniewem:
- Nie chcę, żeby to miejsce wyglądało jak jakaś świątynia w Tokio. Większość świątyń zbytnio wonieje świadomością. Wszystko ma ścisłą funkcję, brak otwarcia na Głębię. To miejsce ma być otwarte! „MU” rozszczepione na dwoje, otwarte na Głębię!
- Czy ojciec uważa, że ogród w Ryoan-ji wonieje świadomością?



8.
Kumitori oznacza ręczne opróżnienie szamba, służy do tego chochla na drągu i wiadro. Każda ubikacja ma swoje osobne szambo, wszystkie zaczęły się już przepełniać, dlatego rano siostra Kawasumi poprosiła mnie, żebym za domami wykopał wielki dół.
- Po południu będziemy przelewać powiedziała.
Wykopałem dół, a po obiedzie, założywszy gumowce, pytam, gdzie są narzędzia.
- Chochle i wiaderka są tam, za szopką. Ale ty chcesz przelewać? Nie, nie, ja to zrobię. Prosiłam tylko, żebyś wykopał dół, bo to trochę ciężka praca.
Chodzi potem do wieczora z wiaderkiem, od szamba do dołu, od szam-
ba do dołu, chlupu, chlupu.



9.
- Przychodzę do Yamada Roshi na, jak ty to nazwałeś, „dokusan”, a on siedzi - tu Douglas przedrzeźnia jego poważną minę - i pyta: Na jakim jesteś koanie? ja mówię: Jak zatrzymać dźwięk góry Fuji, on na to: Dobrze, i jaką masz odpowiedź?, ja mówię: Przetnę go mieczem mojej mądrości, on na to: To do niczego, to jest racjonalne myślenie. Daj mi odpowiedź jutro. Bimbimbimbim (dzwoneczek).
Douglas naprawia drzwi, ja mu je przytrzymuję przy wstawianiu zawiasów. Doug podjął się tego, ponieważ sam sobie zbudował swój dom w Kalifornii i wie, jak się to robi. Doug objeżdża świat, głównie zaglądając w takie miejsca jak San 'um Zen-do Yamady Roshi w Kamakura, Takamori-soan, potem planuje klasztory w Syjamie i aśramy w Indiach. W Takamori zatrzymał się tylko na cztery dni, przez które niemal bez przerwy rozmawiamy i nasze rozmowy są głównie w takim właśnie stylu:
- Innym razem on mnie pyta: Jak góra Fuji robi trzy kroki w przód? . - Ja wstałem i zrobiłem trzy kroki. Dobrze, on na to: Ty i góra to jedno. To wszystko o tym, jak oni to nazywają, „kensho”. Niektórzy są w tym zendo lata całe i ciągle tego nie mają.
- A co, o tobie mówi, że masz?
- Tak, powiada, że mam „MU” .
- I jak samopoczucie?
- Wiesz, w porząsiu, moje ego czuje się dobrze. Ale to wszystko zbytnio mnie nie bierze. Za bardzo usystematyzowane. On mówi, że przed samym odlotem mam jeszcze do niego przyjść, żeby mu odpowiedzieć na ostatni koan, jaki mi dał; mówi, że jestem blisko. Nie wiem, czy pójdę.
Ale tam właśnie się dowiedziałem o Takamori. Yamada Roshi kładzie duży nacisk na zbliżenie z chrześcijaństwem, nawet usunął z zendo kilka osób, które były przeciwne. On sam jest w bliskich kontaktach z Jezuitami z Sophia University, a parę osób z tych co siedzą u niego w zendo było jakiś czas tutaj. To oni mi o tym powiedzieli: Koniecznie musisz tam pojechać..



10.
Milczenie dominuje w czasie mszy w Takamori. Słowa ojca Oshidy w czasie czytania Ewangelii, w czasie kazania, padają z głębi ciszy.
- Prowadzimy życie duchowe żyjąc w prostocie, słuchając Głosu. Żaden znak nie był dany, tylko znak Jonasza..
Siostra Kawasumi, nagle, pochyla się twarza do ziemi. Szlocha, głośno szlocha.
Kawasumi-san



11.
Wieczorem po kolacji, w tej sali co posiłki, jest rozmowa o Biblii. Zupełnie inaczej niż w kaplicy, gdzie dostojność i milczenie. Claudia z notesem pilnie zapisuje słowa ojca Oshidy, on sam natomiast, z wyrazem twarzy wizjonera, drapie się raz w głowę, raz w piętę, czyta Ewangelię św. Jana po grecku, tłumaczy na gorąco na japoński i na angielski, porównuje z tłumaczeniami, które ma przed sobą, niekiedy wykrzykuje:
- To zupełnie nie tak, oni w ogóle nie rozumieją! Więźniowie świadomości, wszystko chcą wytłumaczyć logicznie! To niemożliwe! To jest wizja, czytając św. Jana, musimy wczuć się w tę wizję!
Niekiedy zagląda do gigantycznego grecko-japońskiego słownika. Siostra Kawasumi siedzi oparta o ścianę z łagodnym uśmiechem osoby, która wie. Siostra Sato wpatrzona w shimpsana, jakby zahipnotyzowana. Claudia pilnie notuje. Sueyoshi-san, ten od dachów, raz po raz zadaje proste pytania, na które shimpsan wykrzykuje:
- Głupi! Nic nie rozumiesz!
Ojciec kończy gestem złożenia rąk - gassho - po czym wstaje, przeczesuje palcami włosy, zmienia wyraz twarzy, podskakuje, śpiewa japońską ludową piosenkę. Claudia patrzy na niego w zdumieniu. Ojciec wykrzykuje w jej kierunku:
Więzień świadomości !



12.
Siostra Kawasumi mieszka w czymś, co tu zwą hermitażem, a co jest naprawdę szopką zbitą z desek. Siostra Komoda mieszka w czymś podobnym, nieco tylko większym i krytym słomą. Siostra Sato mieszka w ziemiance, której połowa stanowi magazyn, a połowa jej pokój. Żadna z nich nie ma u siebie elektryczności, używają wyłącznie świec, jedynie w domku ojca Oshidy jest światło. Siostra Kawasumi je dwa posiłki dziennie: obiad i kolację. Siostra Komoda też je tylko dwa posiłki: śniadanie i obiad.
Przy herbacie (zwykle o trzeciej po południu jest przerwa w pracy na herbatę) ojciec Oshida rozmawia z siostrą Kawasumi, po japońsku. Po chwili zwraca się w kierunku Claudii i moim po angielsku:
- Ona mówi, że mimo iż mieszka tu w swoim hermitażyku, podświadomie szuka stabilizacji. My tu mieszkamy już tyle lat, wydaje się, że tak zawsze musi być, to przychodzi podświadomie...



13.
Przypadkowa rozmowa na ścieżce:
- Ojcze, mam pytanie na temat mszy. Dlaczego nie ma żadnej wymiany znaków na 'Pokój Pański'?
- Dla nas jest to śmieszne! Myśmy się już zebrali w tym miejscu w pokoju, po co wracać do świadomości? To śmieszne! Wszyskie te msze, gdzie ludzie się sobie kłaniają i mówią słodko Pokój z tobą. Błeee...



14
Na moje opowiadanie, że jedynie z nielicznymi wyjątkami, świątynie Zen biorą pieniądze za medytacje (pieniądze, których ja nie mam, dlatego mogę się zatrzymać tylko w tych nielicznych wyjątkach), ojciec Oshida odpowiada:
- Pobierają opłaty? Nie mogę tego oceniać. Jeśli muszą kupować całą żywność, to wypada drogo. Jeśli mają własne pola ryżowe, owszem, ale jeśli nie... 2500 jenów za dzień? Hm, myślę, że mogłoby być trochę mniej...
- Bukkoku-ji żyje tylko z darów oraz z takuhatsu (czyli odwiecznej buddyjskiej praktyki żebrania na ulicy)
- No tak, jeśli wychodzą na takuhatsu, to w porządku...
- Tak naprawdę to większość darów jest przynoszona przez ludzi do świątyni i zostawiana przed ołtarzem, wielkie pudło ryżu na przykład.
- Jeśli są doceniani, to dostają dary, ale jeśli nie... Muszą na przykład pobierać opłaty za pogrzeby. Tu u nas we wsi bonza w świątyni bierze 300 000 jenów za pogrzeb. Kiedyś umarła samotna staruszka, nie miała nic w banku, rada wsi prosiła bonzę o obniżenie ceny, a ten odmówił. To jest fakt. On myśli, że za te pieniądze odnowi świątynię, a to jest dobry uczynek, więc on jest przekonany, że zrobił dobrze. A Kościół katolicki dostaje pieniądze z innych krajów, więc nie chce pieniędzy od ludzi. Przychodzą najprzeróżniejsi dziwacy, a ksiądz mówi tylko: „Chodźcie, chodźcie, proszę, proszę”. W tym kraju największy procent chrześcijan jest w więzieniach i szpitalach psychiatrycznych. Oni w ogóle nic zmieniają swojego życia. A księża tylko liczą chrzty. To jest chora sytuacja!
-Tak naprawdę to myślę, że miejsce chrześcijańskich misjonarzy po- winno być w więzieniach.
- Ależ oni nie zmieniają życia! A misjonarzy interesują tylko statystyki!
- O to mi właśnie chodzi: misjonarze sami powinni iść do więzienia. Zgodnie z tym, co ktoś powiedział: „Nie potrzebują lekarza zdrowi, ale ci, co się źle mają' .
- Ale ja nie o tym mówię. Myśmy zaczęli tę rzecz tutaj bez grosza od Kościoła i do dziś oni nas nie rozumieją. Kościół nas nie rozumie, ale prości ludzie, buddyści, ludzie ze wsi, ci rozumieją.


Kozia szopa w Takamori

15.
W czasie wieczornej dyskusji nad Pismem ojciec Oshida czyta Ewangelię, po angielsku, z Biblii Jerozolimskiej:
Rzekł do niego urzędnik królewski: „Panie, przyjdź zanim umrze moje dziecko”. Rzekł do niego Jezus: „Idź, syn twój żyje'
Ojciec podnosi głowę, szczerzy zęby:
- Ha, ha, ha!
Potem znów pochyla się nad Biblią:
- "Uwierzył człowiek słowu, które Jezus powiedział do niego i szedł
w drogę powrotną."Dlaczego Jan pisze o tym cudzie w tym miejscu? Dlaczego w tym miejscu mówi, że bez znaków i cudów nie będą mu wierzyć? Do czego to się odnosi? Syn był uzdrowiony o pierwszej godzinie. Do czego to się odnosi? Co się wydarzyło o pierwszej godzinie? Pod krzyżem nie było znaku ani cudu, apostołowie byli w absolutnej ciemności. Nie wierzyli. Ale Jan w tym miejscu nie odkłada pióra. Odkłada je dopiero pod koniec rozdziału piątego. Ale tu, w Biblii Jerozolimskiej , dodano tytuł: „Święto w Jerozolimie” . Oni wszyscy myślą w ten sposób. Ale tym sposobem nigdy nie zrozumieją Jana. Biedni ludzie.
Ojciec puka się w głowę, mówiąc:
- Oni wszyscy mają to tutaj, ale rozumienie Jana nie jest tu! Wszystkie przekłady są zniekształcone, a zmiany są nawet wprowadzone do wydań greckiego oryginału! Jest tak, ponieważ oni są niewolnikami świadomości! Spotkanie z Bogiem nie wyniknie ze studiów teologicznych! Wyrywając chwasty na polu ryżowym, macie większe szanse!



16.
Imai-san przyjechała do Takamori tylko na trzy tygodnie, z początku małomówna, w typowo japoński sposób nieśmiała, potem się trochę rozgadała, całkiem dobrze jak na Japonkę mówiąc po angielsku. Oto konwersacja przy myciu i wycieraniu naczyń po obiedzie. Imai-san pyta mnie:
- Czego się nauczyłeś przez ten cały czas w Takamori?
- Nic - odpowiadam, ale po chwili namysłu dodaję z uśmiechem: - Mówić
po japońsku.
Imai-san nie dowierza:
- Czy przyjechałeś do Takamori uczyć się japońskiego?
- Nie, przyjechałem, bo czuję się tu jak u siebie w domu.
Taka odpowiedź jest bliższa temu, co Imai-san rozumie.
- Oshida-shimpsan jest jak prawdziwy ojciec, nieprawdaż?
- Hm... Nie zastanawiałem się nad tym. Mój własny ojciec zostawił
rodzinę, kiedy jeszcze byłem bardzo mały - mówię, a po chwili jeszcze
dodaję: - Czuję się tu u siebie, ponieważ to miejsce wygląda jak komuna
hippisów.
- Co! ? Co rozumiesz przez hippisów!?
Imai-sanjest przerażona. Typowa reakcja Japończyków. Najwyraźniej w japońskich mediach hippis jest wcieleniem diabła, ostatecznym wyrzutkiem społeczeństwa. Ta sama rozmowa podjęta została wieczorem przy ugniataniu chleba - bo to była sobota, a w Takamori w sobotę wieczór zawsze robi się chleb, żéby był świeżutki w niedzielę rano, a ponieważ ja, Europejczyk, mam do chleba taki stosunek jak Japończycy do ryżu - zawsze ja go ugniatam, i właśnie ugniatając, mówię do ojca Oshidy:
- Ojcze, mówiłem Imai-san, że to miejsce przypomina mi komunę hippisów, a ona była bardzo zaskoczona.
Ojciec Oshida w odpowiedzi głośno się roześmiał.
- Czyżby pierwszy raz ojciec to słyszał?
- Tak, pierwszy raz.
- Co najmniej jedna osoba miała podobne wrażenie: Douglas. Właśnie tak to sformułował: to miejsce przypomina komunę hippisów z lat sześćdziesiątych.
Znów to samo przerażenie wszystkich, z wyjątkiem ojca. Lubię droczyć się z Japończykami mówiąc, że jestem hippisem - przecież mam długie włosy. Ci, co mnie lubią, z reguły mnie pocieszają: „Nieprawda, ty nie jesteś hippisem”. Ale ja wyjaśniam:
- Bardzo wiele podobieństw. Otwartość dla każdego, każdy może przyjechać i wyjechać kiedy chce, domy zbudowane własnoręcznie, organiczna uprawa ziemi. Także niechęć do wszelkich instytucji, rządów, koncernów... W ogóle myślę, że główna różnica między Takamori a komuną hippisów jest w tym, że Takamori-soan jest na liście klasztorów dominikańskich.
Reakcja ojca Oshidy:
- Ha, ha, ha, ha!



17.
Suzuki-san, oglądając pudełko duńskich ciasteczek, które ktoś przyniósł
w prezencie, mówi:
- Hoshii! Itsu tsukuttan deska? (Mam chętkę, kiedy wyprodukowane?)
Odszukuje datę produkcji, odczytuje. Siostra Sato mówi do mnie po angielsku:
- Czarnobylskie ciasteczka.
Typowa japońska panika z powodu Czarnobyla. Owa sprawa miała ogromny rozgłos w japońskiej prasie i większość Japończyków nie je nic, co pochodzi z Europy, a zostało wyprodukowane w tym okresie.
- Ja byłem w Polsce w czasie wybuchu w Czarnobylu, Więc ja mogę je
zjeść - mówię - umrę i tak, więc nie ma sprawy.
Siostra Sato marszczy czoło:
- To nie tylko chodzi o ciebie, ale też o dzieci.
- Moja żona była w tym czasie w ciąży.
- W ciąży!!! - siostra Sato jest przerażona.
- Tak, ale ona została wtedy w Londynie.
-W Londynie? Sato-san jest tym uspokojona. To w porządku.
- Nie całkiem w porządku, ponieważ wiele dziewczyn było w ciąży i musiało być w Polsce. A co powiedzieć o dziewczynach na Ukrainie?



18.
Ojciec Oshida:
- W Chinach, jeśli się wieść rozejdzie, że katolicki ksiądz jest w okolicy, ulice są zablokowane z powodu tłumu, który chce iść do spowiedzi. Chcą się spowiadać. Tam podziemie jest niemożliwe.
Ojciec mówi to w odpowiedzi na moje opowiadanie o podziemnym kościele w Rosji, księdzu Bukowińskim itd. Odpowiadam:
- Nie znam skali chińskich represji wobec religii, ale w Związku Radzieckim gdyby to się nie działo w ukryciu — wkroczyłaby policja, miejsce byłoby otoczone kordonem.
- W Chinach wszystkie domy są otwarte, takie coś jest niemożliwe. Ale czasem udają grę w karty. W czasie mszy karty są na stole, kiedy ktoś obcy przychodzi grają w karty, kiedy ten ktoś wychodzi msza jest kontynuowana. To wszystko wygląda tak jak japoński kościół męczenników. Ci w czasie mszy udawali ceremonię ślubną. I używali suszonej ryby jako hostii, a sake jako wina. Ryby, jak Jezus w Ewangelii św. Jana. Oni jeszcze to robią, na wyspach w pobliżu Kyushu. Siedzą na ziemi tak jak my, używają suszonej ryby jako hostii, a dwóch ludzi zawsze stoi na straży, dla zachowania tradycji.
- Jeszcze dziś?! To bardzo ciekawe!
- Ale oni nie zapraszają turystów, trzeba być naprawdę dobrym przy- jacielem, żeby być zaproszonym na taką mszę. Ci ludzie mają żywą tradycję, daną im przez Boga. Ale nowy Kościół, od czasów Meiji, jest zupełnie inny, pozbawiony tego naturalnego ducha. Oni chcą tylko naśladować Europejczyków. Biskup przyjeżdża do tych ludzi na Kyushu i pyta: „Gdzie jest kościół?” oni mu pokazują: „Tutaj”, „Co? To ma być kościół? Nie”. Mają piękny japoński kościół, a on chce budować nowy, naprawdę katolicki, w gotyckim stylu. Dlatego ci ludzie czują się u nas znakomicie, mówią: „Cóż to jest? To jest prawdziwy japoński kościół!” Ja też kiedyś byłem stąd wygnany. Ale później mogłem wrócić. Kiedyś mieliśmy tu wizytę kardynała, nuncjusza papieskiego. Z początku był bardzo formalny: „Tak, proszę ojca, nie, proszę ojca”. Ale my żadnych gości nie traktujemy specjalnie; kiedy po posiłku powiedziałem: Teraz myjemy naczynia”, on był zaszokowany. Ale następnego dnia mi powiedział: „Wie ojciec co? Teraz czuję się wolny”. Apotem Watykan chciał nam przekazać jakieś dofinansowanie.
-Watykan?!
-Tak, ten nuncjusz mnie pytał, czy chcemy jakieś dofinansowanie. Ale ja nie chciałem.

Komoda-san


19.
Kimoto-san:
- Przyjmuję objawienie Jezusa, ale niektóre elementy, które przyszły z Zachodu, tlildno mi jest przyjąć.
- J akie elementy?
Na przykład pozycję do modlitwy, zawsze klęczącą, ze złożonymi rękami. Uważam, że równie dobrze jest się modlić siedząc w pozycji lotosu. Zniechęca mnie także brak głębi życia duchowego w kościele zachodnim, sztywność rytuału. Kiedy byłem w Jerozolimie, chodziłem na msze raczej do etiopskiego kościoła koptyjskiego niż do rzymskokatolickiego.
Kimoto-san jest członkiem wspólnoty i wraca tu „do domu”, ale większość roku spędza w Tokio, gdzie wykłada na uniwersytecie. Spędził też kilka lat w Izraelu i w ogóle sporo podróżował, dziwię się więc jego przekonaniu o „zachodniej pozycji modlitwy” oraz „braku głębi życia duchowego”. Pytam go, czy w czasie swych podróży był w Taizé.
- Owszem, byłem w Taizé, ale wcale na mnie nie zrobiło wrażenia.
- Czemu? - Dziwię się, zupełnie mnie zaskoczył. - Mnie właśnie Takamori bardzo
przypomina Taizé, a ojciec Oshida powiada, że jest między nimi kontakt.
- Zetknąłem się tam z ambicją, zwykłą ludzką ambicją.
- Z czym? Z ambicją? Z kim tam rozmawiałeś? Rozmawiałeś z bratem Rogerem?
- Nie, powiedziano mi, że brat Roger nie ma czasu, a...
- Rozmawiałeś z którymkolwiek z braci?
- ... nie wiem, czy ten ktoś z kim rozmawiałem był bratem, ale powiedziano mi, że to sekretarz brata Rogera.
- A w ogóle uważasz, że tutaj nikt nie ma ambicji?
- Tak uważam. I gdyby ojciec Oshida okazywał taką ludzką ambicję, ja bym raczej opuścił to miejsce.



20.
Ojciec Oshida w czasie mszy:
- Tylko ci, którzy są głodni, mogą poczuć smak tego chleba. Ale jakże wielu idzie do komunii codziennie - bez głodu? Tylko dlatego, że to jest dobry zwyczaj w Kościele? Ci nie poczują smaku. Ci, którzy nie są głodni, nie poczują smaku. Którzy polegają na tym świecie, nie poczują smaku. Którzy polegają na pieniądzach w banku, na reputacji, na wykształceniu..
Tego samego dnia wieczorem, komentując świętego Jana:
- „Chlebem, który ja wam dam, jest moje ciało za życie świata”. Sprzeczali się tedy między sobą Żydzi mówiąc: „Jak on może nam dać swoje ciało na pożywienie?”
Podniósłszy głowę, przeczesując włosy:
- Cóż to znaczy: „Jeść Jezusa?' Dziś nam polecają chodzenie do komunii każdego dnia, ale ludzie nie są przygotowani. Owszem, idą, ot tak, po prostu, jedna z rzeczy w ciągu dnia... - Przedrzeźnia czyjąś leniwą minę. - Kościół nie przygotowuje ludzi. Jeśli idziesz do komunii i jesz ją jak jedną z materialnych rzeczy - nie poczujesz, nie możesz poczuć smaku. Ale są na świecie ludzie, którzy poczuli ten smak. W Trzecim Świecie, na froncie wojny w Nikaragui widziałem ludzi, którzy poczuli ten smak. Człowiek, który nie mógł chodzić, bo jego nogi spalono, ale pełen radości! Jego syn był księdzem, jego samego namawiano do wstąpienia do partii komunistycznej, odmówił, więc go zmuszono do przejścia przez pole płonących Biblii. I on przeszedł, ale potem już nie mógł chodzić. Widziałem tego człowieka! Bito go kijami, miał złamany kręgosłup... — ojciec Oshida garbi się wpół ale ... - ojciec uśmiecha się błogo— .. .pełen radości! On jadł Jezusa!!! Musimy o tym pamiętać: jedzenie Jezusa nie jest jedną z tanich rzeczy..



21.
- Mówię to w związku z pustelnią siostry Kawasumi. Niektórzy czują takie powołanie, inni nie. Siostra Kawasumi czuje, ja się na to zgodziłem pod warunkiem, że połowę swojego czasu spędzi we wspólnocie. Pustelnia jest ważna, ale życie wspólnoty też jest ważne i siostra Kawasumi też go potrzebuje. A my jesteśmy tutaj po to, by pomagać sobie w realizacji powołania.
Ojciec Oshida mówi to w głównym pokoju, po skończonej rozmowie na temat Pisma. Kawasumi-san, niby do wszystkich, ale wychylając się przede wszystkim w stronę, gdzie siedzi siostra Komoda, mówi:
- Ii desu ka? (Czy dobrze?)
Komoda-san milczy, wpatrzona w nieokreślony punkt w przestrzeni.



22.
- Ale te posiłki! - Claudia zwraca się w stronę Furukawa-san, która w tym tygodniu urzęduje w kuchni. - Jutro nie robię postu (jutro piątek, Claudia w piątki jadła zwykle tylko kolację) - znów zwraca się w naszą stronę. - Posiłki tam jedzą tak szybko i tak małe! Kiedy to zobaczyłam, od razu pomyślałam o tobie - zwraca się w stronę Kimoto-san i o tobie, - Włodku. Jak wyście mogli tam wytrzymać cały tydzień?
- Ja tam byłem pełen miesiąc.
- Cały miesiąc? Naprawdę nie wiem.
Claudia właśnie wróciła z Bukkoku-ji, klasztoru Zen, gdzie była kilka dni. Rozmowa jeszcze w drzwiach, Claudia zdejmuje buty, ale nie może, bo musi wszystko opowiedzieć natychmiast. Już jest po kolacji, ale Furukawa-san odgrzewa jej ryż i misoshiru, zanosi wszystko dla niej na stół.
- Czasem zjesz swoją miseczkę ryżu i już nic więcej nie ma na dokładkę. A jeszcze tam był ten chłopiec, który jadł tak powoli i wszyscy musieli na niego czekać..
- To pewnie musiał być Carlos - przypominam sobie. - Spotkałaś Carlosa, tego Hiszpana?
- Tak, to bardzo dziwny chłopak. Pytałam go, czy umie po hiszpańsku, a on na to: „Troszeczkę”. A przecież to Hiszpan. Wszyscy tam jacyś tacy poważni, tak mało rozmawiają.
- Tangen Roshi ma widać taki styl, nic nie zakazuje oficjalnie, ale każdemu osobno mówi, że zbyt wiele gadania szkodzi medytacji. Szczególnie cudzoziemcy traktują to śmiertelnie poważnie; Japończycy też nie są gadatliwi, ale jak już, to żartują, śmieją się, a ludzie z Zachodu łażą poważni i wszelkie żarty zbywają.
Kimoto-san wtrąca:
- Wykorzystałaś tę okazję, żeby pójść na dokusan?
- Tak, poszłam.
- Ze wszystkimi pokłonami i ze wszystkim?
- Tak. I bardzo dziwne. Nagle w czasie porannego zazen słyszę „łubudu”, niektórzy pędem wybiegają z zendo, myślałam, że to bardzo dziwne, bo wiedziałam, że z zazen trzeba wstać powoli, ale potem przypomniałam sobie, co mi powiedziała Priscilla i pomyślałam sobie, że lepiej będzie, jeśli ja też tam popędzę. I poszłam. Ale najlepszą rozmowę z Roshi-sama miałam kiedy indziej, kiedy przyjechała nowa kobieta z Ameryki i ja jej wszystko pokazywałam, chciałam jej pokazać ten pokój, gdzie jest dokusan i weszłyśmy tam, a tam był Roshi-sama z jakimiś ludźmi. Pomyślałam sobie „Ojej”, ale Roshi-sama powiedział: „Chodźcie, chodźcie” i wtedy najlepiej nam wyjaśnił, na czym polega zazen, robiąc to sam, kiedy tak siedział, ze spokojem promieniującym z twarzy, to mnie najbardziej po- ruszyło...
- Właśnie, właśnie, Tangen Roshi promieniuje czymś specjalnym, prawda? Kimoto-sanjest entuzjastyczny. Ja dodaję:
-Myślę, że Bukkoku-ji jest jednym z najniezwyklejszych miejsc w Japonii.
- Tak, masz rację! - mówi stanowczo Kimoto. Claudia tymczasem kontynuuje:
- A kiedy tam siedziałam, myślałam o was dwóch, gdzie siedzieliście w tym zendo.
- To nie siedziałaś w korytarzyku przed zendo? - dziwię się.
- Nie. Najpierw tam usiadłam, ale potem Roshi-san przyszedł i powiedział, że mam miejsce w zendo, zaprowadził mnie do wewnątrz i tam było moje miejsce z imieniem wypisanym na górze.
- Zadziwiające. Zwykle nowo przybyli siedzą w korytarzu. Ja tam siedziałem przez pierwszy tydzień.
- Tak, ja też tylko tam siedziałem - wtrąca Kimoto.
Claudia ciągle nie może się nadziwić nad skąpym jedzeniem.
- Ale te posiłki! Cały czas byłam głodna!

Sueyoshi-san


23.
Dźwięk butli po gazie uderzonej drągiem wzywa na mszę. Niektórzy już dawno są w kaplicy, niektórzy dopiero idą ścieżką pośród drzew i wysokich traw. Ojciec Oshida siedzi twarzą do wszystkich w pozycji lotosu.
Długie milczenie poprzedza obrzęd mszy.
Stuła z grubej włóczki, stary koc jako ornat. Na „Kyrie” wszyscy padają na twarz. Czytanie: słowa Pisma padają z głębokiej Ciszy. Słowa homilii ojca Oshidy też padają z Ciszy.
- Ten koan, Boża łamigłówka: „Jedzcie, moje ciało jest naprawdę waszym pożywieniem, moja krew jest naprawdę waszym napojem” . Jesteśmy zaproszeni do odpowiedzialności. Nie rytualnej odpowiedzialności. Nie etycznej odpowiedzialności. Jesteśmy zaproszeni do odpowiedzialności wobec całej Opatrzności.
Jedzcie, moje ciało jest naprawdę waszym pożywieniem, moja krew jest naprawdę waszym napojem. Kiedy je spożywamy, nasz rodzaj istnienia się zmienia. Apostołowie, aż do dnia Zesłania Ducha i z wyjątkiem krótkiego momentu Przemienienia, nie widzieli prawdziwego rodzaju istnienia Jezusa. Ale my jesteśmy zaproszeni do odpowiedzialności wobec całej Opatrzności.
Wysoki płomień strzela w górę z żelaznego trójnoga. Podniesienie: wszypadąją na twarz, dwakroć. Komunia: każdy bierze z pateny kawałek chlepije z kielicha łyk wina...



24.
- Czy chcesz zobaczyć inną gałąź Takamori, 0 50 kilometrów stąd, w górach Nagano-ken?
Kimoto-san woła do mnie, podczas gdy Sueyoshi-san biegnie założyć
buity. Specjalista od dachów, szef Sueyoshi, czeka w furgonetce, zaraz jadą do Ina obejrzeć jakąś strzechę wymagającą naprawy.
- Pewnie - też biegnę założyć buty. Furgonetka to toyota z otwartą paką, w szoferce ciasno, wsiada tam tylko Sueyoshi; ja i Kimoto na pace. Akcja błysk, po chwili wyjeżdżamy. Stara szosa wzdłuż autostrady, przed Suwa skręcamy w prawo, w stronę Takato, pod górę. Zatrzymujemy się na moment, na parkingu na zboczu, skąd widok jeziora Suwa i gór wokół. Potem w górę, przez przełęcz, i w dół do Ina, w Ina znów w lewo, przez rzekę i w głąb drogą coraz węższą, zwężającą się doliną. W pewnym miejscu znów zjechawszy w bok, w zupełnie wąziutką drogę, zatrzymujemy się na przełączce, wychodzimy z auta, Kimoto-san wskazując na długą stronę małej dolinki mówi:
- To tam, tylko droga nieprzejezdna, zerwana przez powódź. Ale może się da przejechać tamtędy, górą.
Wsiadamy, jedziemy wąską wijącą się drogą wokół doliny. Tylko gdzieniegdzie, pośród gajów bambusa, pojedyncze zabudowania. Dojeżdżamy wreszcie do domku na samym końcu wysuniętego ramienia, tylko z jednej strony dojazd, z pozostałych strome zbocze pokryte częściowo warzywnym ogrodem, częściowo bambusowym gajem. Wychodzi naprzeciw nas stara kobieta w szarej sukni, w chustce na głowie, promienna twarz, w oczach energia.
- Witajcie, witajcie - mówi - właśnie zjadłam obiad; czy coś wam zrobić do jedzenia?
Kierowca woli najpierw obejrzeć tę strzechę, więc siostra (tak się do niej zwracają) wyjaśnia drogę. Jedziemy tam; właścicieli domu nie ma, ale kierowca i Sueyoshi oglądają dokładnie dach, włażą nań, obchodzą dookoła, wyciągają jedną słomkę i długo nad nią dyskutują. W końcu wracamy do siostry-pustelniczki.
Teraz jest więcej czasu, by się rozejrzeć, siostra chce przygotować jakiś podwieczorek, a Sueyoshi-san znosi z gaju bambusowe tuby, które kiedyś wcześniej naciął. Wokół domku trochę nieporządek, narzędzia ogrodnicze porozrzucane tu i tam, kilka koszy w rodzaju który kiedyś widziałem, z żółtej i niebieskiej pocztowej taśmy. W pokoju za szklanymi drzwiami (szklanymi zamiast papierowych shoji) ręczna maszyna tkacka, taka sama jak w Takamori w bibliotece. Słońce zachodzi, komary tną niemożliwie.
Podwieczorek w ciasnym pokoiku, przy niziutkim stoliku. Siostra zapaliła dymek przeciwko komarom; zaaferowana, co chwilę pyta:
- A może, może byście zjedli to? A może tamto by wam zrobić? - Jeśli zwraca się do mnie, to za pośrednictwem Kimoto - Spytaj go o to czy owo, bo ja nie umiem po francusku. - W końcu wracamy, jest już ciemno. Ciemną drogą przez góry, Kimoto i ja na pace.
- Kimjest ta osoba, którą właśnie odwiedziliśmy?
- To siostra Takuchi. Kiedyś była przełożoną klasztoru dominikanek, ale go opuściła i teraz mieszka tutaj, w Ina. Tu jest bardzo twarde życie. Ojciec Oshida wysłał tu więcej sióstr, ale żadna nie wytrzymała.
-Czemuż takie twarde życie tutaj? Twardsze niż w Takamori?
- Tak. Ponieważ praca w polu jest bardzo trudna, wszystko jestna stromych zboczach. A także na takim odludziu nikt nie przynosi żadnych darów. W Takamori całkiem często ktoś przychodzi z jakimś darem, ale tu bardzo rzadko.
- Przecież w pustelni nie mieszka się, żeby dostawać dary?
- Tak, tak. Ona ma bardzo twardy charakter. Już dwadzieścia lat mieszka w tym miejscu.
Zupełnie niezwykła to podróż. Nie dlatego, że na pace toyoty nocą przez góry, ale z powodu odwiedzanych miejsc, spotykanych ludzi. Przypominam sobie, kiedy pierwszy raz przyjechałem do Takamori, ktoś mi powiedział, jak mam iść. „Idź tą drogą, Soan będzie przed autostradą po lewej stronie”. Szedłem tą drogą asfaltowym poboczem, po lewej stronie stało kilka schludnych - jak zawsze w Japonii - domków, a dalej kawałek lasu i już most nad autostradą, więc gdzie jest ten Soan? Przyjrzałem się jeszcze raz, w głąb lasku prowadziła rozciapkana błotna droga, jakich się normalnie w tym kraju nie widzi, a między drzewami stało kilka szałasów krytych strzechą. „To jest ten klasztor?” , myślałem, ale wszedłem na wszelki wypadek, a tam, z głównego szałasu wybiegła ku mnie zakonnica w szarym roboczym fartuchu. „To tutaj, zabłądziłeś?”, czekali na mnie, bo telefonowałem poprzedniego wieczoru. To właśnie był ten klasztor, a siostra, która mnie przywitała, to była Kawasumi-san.
- A gdzie siostra Kawasumi teraz mieszka?
Kimoto-san wskazuje ręką w głąb gór.
- O, ona jest w jeszcze odleglejszym miejscu. Ona jest tam, w samym sercu Alp Japońskich. Ona mieszka w zupełnie odosobnionym miejscu.
Ci wszyscy pustelnicy i żebracy z Takamori, w szarych połatanych ubraniach, w głębi gór, w domkach pomiędzy chaszczami. Mam wrażenie, jakbym się zaplątał między wczesnych chińskich mistrzów Zen. A przecież to Japonia XX wieku, autostrada przecinająca kraj wzdłuż jest o dwieście metrów od Takamori-soan, domy z telewizorami są w tej samej wsi.

Oshida-shimpsan, Kawasumi-san i autor, Takamori, 1988 rok


25. POST SCRIPTUM
Byłem w Takamori latem 1988 roku, przyjeżdżając i wyjeżdżając trzykroć, wszystkiego razem dwa miesiące; dowiedziałem się o tym miejscu od mojego przyjaciela, oj ca Juliana. Wszystkie powyższe rozmowy wtedy właśnie miały miejsce, choć zapisane zostały tylko w przybliżeniu, bo z pamięci (najczęściej tego samego dnia wieczorem).
Czym jest Takamori-soan? Jeśli obraz nie wyłonił się z powyższych dialogów - oto bardziej zwarta informacja. Założony przez japońskiego dominikanina ojca Oshidę Shigeto (Oshida jest nazwiskiem, wedle japońskiego zwyczaju na pierwszym miejscu) w górach centralnej Japonii, we wsi Takannori, w prefekturze Nagano. Wieś jest malutka, ale łatwo to miejsce znaleźć na mapie, leży bowiem przy samej granicy między prefekturami Nagano i Yamanashl oraz tuż przy autostradzie z Tokio do Matsumoto i Kofu. Wspólnota opiera się na zasadach prostoty życia i otwartości dla każdego, dlatego, mimo że Soan jest oficjalnie uznany za dominikański klasztor, mieszka tam na stałe, oprócz ojca Oshidy i trzech sióstr dominikanek, kilka osób świeckich, a znacznie więcej przyjeżdża tylko na krótki czas.
Ojciec Oshidajest postacią znaną w Japonii. Pisze sporo (niestety, prawie wyłącznie po japońsku). Będąc w Japonii, odwiedziłem kilka klasztorów Zen i wszędzie słyszałem podobne zdanie: „Oshida-shimp- san? Czytałem jego książkę. On jest znany w Japonii. Spytaj Roshi-sama, mogą się znać osobiście”. Ojciec Oshida pochodzi z rodziny związanej z buddyzmem Zen i będąc katolickim księdzem, nie stracił bynajmniej respektu dla tego mistycznego ruchu. Ma opinię człowieka próbującego łączyć te dwie rzeczy; nacisk na długie milczące modlitwy zdaje się mieć swoje źródło w Zen, tym niemniej waga, jaką ojciec Oshida przywiązuje do Eucharystii, nie pozwala budzić wątpliwości, że Takamori-soan jest wspólnotą chrześcijańską. To bynajmniej nie przeszkadza zaprzyjaźnionym mnichom buddyjskim, którzy nierzadko odwiedzają Soan. Początkowo niezrozumiany, ostatnimi czasy ojciec Oshida ma pewne uznanie, nawet jest zapraszany jako opiniodawca na konferencje biskupów Azji (przyjeżdża potem z tych konferencji międzynarodowych do swojego szałasiku koło koziej szopy).
Rozmowy wyżej zapisane prowadzone były nie tylko z ojcem Oshidą, ale wszystkie miały miejsce w Takamori, które jest jego dziełem. Autoryzowane nie są (ojciec Oshida zna wprawdzie biegle kilka języków, polski jednak do nich nie należy), ale kiedy pod koniec pobytu zapytałem go, czy ma coś przeciw opublikowaniu podobnego tekstu w polskim podziemiu' powiedział mi: „Czuj się wolny”
Na zakończenie jeszcze jedna ciekawostka. W głównym budynku w Soan, w jadalnym pokoju jest mała szafka, w której leżą albumy z fotografiami, kilka grubych tomów ilustrujących życie wspólnoty i liczne podróże ojca Oshidy. Pewnego wieczoru oglądaliśmy albumy, otwarłem pierwszy i na drugiej stronie co widzę? Kilka zdjęć ze znajomą fasadą kościoła, białe mury, jońskie kolumny. Oczywiście, Dominikanie w Poznaniu. Na moje widoczne zaskoczenie ojciec powiedział: „Widocznie musiałem tam być. Poznań? W Polsce byłem kilka dni, byłem w Warszawie, w Krakowie, w Poznaniu.. no tak, oczywiście, trzy dni byłem w tym klasztorze. To musiało być jakoś na początku lat siedemdziesiątych
To tyle.
Powyższe zapisano w listopadzie A.D. 1988




Tę opowieść, a także parę innych, można znaleźć w mojej książce Pytania Obieżyświata. Wszystkie opowieści w niej zawarte są na niniejszym blogu. Jednakże witryny mają to do siebie, że są czas jakiś, potem znikają, a książka raz wydrukowana, już zostanie. Nikt tej książki nie wydał, ale lulu.com wydrukuje egzemplarz, jeśli się go zamówi.  



Monday, March 5, 2018

Walking into Clarksdale

Kto mówił, że nie wiadomo gdzie powstał blues? Na tablicy w Dockery Farm jest wyraźnie napisane – blues powstał właśnie tam. To tam pracował przez długi czas Charlie Patton, najwcześniejszy zarejestrowany wykonawca tej muzyki. To od Charlie Pattona uczył się Willie Brown, który z kolei uczył grać Roberta Johnsona. No a Robert Johnson to jak wiadomo (niektórym) uosobienie bluesa.
Nie wiadomo kiedy dokładnie powstał blues, ale przyjmuje się, że na początku XX wieku. Nikt wcześniej tej muzyki nie zapisywał w nutach (nikomu nie przyszło do głowy, że muzyka grana w spelunkach murzyńskich gett może być warta nutowego zapisu, a sami muzycy oczywiście nut nie znali), a najwcześniejsze nagrania pochodzą z lat dwudziestych. Szybko się okazało, że na takie nagrania jest popyt i można na nich zarobić, dlatego jest ich spora ilość. Są nagrania bluesa w stylu jazzowym, jakie na przykład w Chicago robił Louis Armstrong, są nagrania tak zwanego „klasycznego bluesa”, czyli głosu (najczęściej kobiecego, na przykład Bessie Smith) z towarzyszeniem fortepianu, są też nagrania tak zwanego „wiejskiego bluesa”, czyli głosu (tym razem zwykle męskiego) z towarzyszeniem gitary, granej często z niezwykłą wirtuozerią. Przy czym murzyńscy muzycy grali na gitarze w sposób, który niewiele miał wspólnego z tym, co wówczas grali biali gitarzyści. Murzyńscy muzycy grali z pomocą „szyjki od butelki”, czyli metalowej lub szklanej tulejki nakładanej na mały palec, która umożliwiała charakterystyczne bluesowe glissando. W latach czterdziestych pojawił się nowy instrument: gitara elektryczna, szybko podchwycona przez bluesowych muzyków z Chicago i Memphis. Dzięki temu wynalazkowi powstał nowy nurt zwany „miejskim bluesem”, grany zazwyczaj przez czteroosobową kapelę, w której składzie są gitara elektryczna, gitara basowa, perkusja oraz harmonijka ustna. W latach pięćdziesiątych pewien młody muzyk z Memphis (nie-Murzyn, co istotne) podjął ten styl, tylko przyśpieszył tempo, nazwał to „rock-n-roll” i sprzedał nie-murzyńskiej klienteli. Od tego momentu blues zaczął podbijać świat.
Portret Roberta Johnsona na murze w Clarksdalea
Moda szybko przyjęła się za oceanem, a zwłaszcza w Londynie, (któremu mentalnie bliżej jest „za staw”, czyli do Nowego Jorku, niż za kanał La Manche – do Paryża). W latach sześćdziesiątych powstały tu grupy najzupełniej białych muzyków grających przede wszystkim bluesa: John Mayall’s Bluesbreakers, Rolling Stones, Peter Green’s Fleetwood Mac. Ci muzycy chcieli dotrzeć do źródła, podróżowali więc „za staw”, by odwiedzić miejsca, gdzie grano wiejskiego bluesa, słuchali opowieści murzyńskich muzyków, kolekcjonowali stare nagrania. Okazało się, że wśród tych nagrań na trzeszczących płytach jest kilka, które wyróżniają się czymś niezwykłym, co trudno nazwać. Były to nagrania Roberta Johnsona. Zaczęto więc szukać tego muzyka. Może gdzieś jeszcze gra, w jakiejś zapomnianej knajpeczce? Może przestał grać i zajął się czymś innym, ale dałby się namówić na nowe nagrania? Poszukiwania zakończyły się jednak stwierdzeniem, że Robert Johnson zmarł pod koniec lat trzydziestych. Znaleziono technika, który z nim robił nagrania; Robert Johnson miał dwie sesje nagrań, a na trzecią nie przyjechał, bo w międzyczasie został otruty. Z zazdrości.
Robert Johnson wychował się w okolicy zwanej „Missisipi Delta”. Nazwa jest nieco myląca, bowiem nie jest to wcale delta rzeki Missisipi, tylko jej wschodni brzeg mniej więcej pomiędzy miastami Vicksburg i Memphis. Jest to urodzajna równina, gdzie uprawia się bawełnę. Jest to też teren zamieszkały w dużej mierze przez ludność murzyńską, która po godzinach pracy lubi się zabawić. To właśnie w tym rejonie rozwinął się styl muzyki zwany „Delta blues”, którego Robert Johnson jest najwybitniejszym przedstawicielem. Ale Robert Johnson jest tak naprawdę czymś więcej. Wszystkie jego utwory nagrane są - tak jak „wiejski blues” - tylko z akompaniamentem akustycznej gitary, ale w jego stylu obecne są już wszystkie elementy późniejszego „miejskiego bluesa” z Chicago. Można właściwie powiedzieć, że cały rythm-n-blues i rock-n-roll wywodzą się od tego wiejskiego muzyka wychowanego wśród plantacji bawełny.
Robert Johnson urodził się w 1911 roku w Hazlehurst w stanie Missisipi. Sytuacja rodzinna była raczej zawikłana, przez jakiś czas Robert mieszkał z ojczymem w Memphis, potem z matką i innym ojczymem w Robinsonsville, potem jakiś czas w Clarksdale, potem po drugiej stronie rzeki w miasteczku Helena w stanie Arkansas. Pierwszy raz ożenił się kiedy miał 18 lat, ale jego dwa lata młodsza żona zmarła wkrótce przy porodzie. Z druga żoną się rozstał, z następnymi kobietami nie zawierał formalnych związków. A miał tych kobiet dużo. Za dużo, na pewno o tę jedną, ostatnią. Miał ich tyle, bo jeździł od miasta do miasta i grał muzykę, a grał tak, że ciarki chodziły po plecach. Grywał z muzykami, którzy później zdobyli sławę światową. Honeyboy Edwards, który z nim był podczas ostatniego koncertu, grywał później w Londynie, sam go parę lat temu słyszałem. Sonny Boy Williamson, gwiazda bluesa lat pięćdziesiątych, też był tam obecny, a nawet widział co się święci i próbował zapobiec nieszczęściu. Bezskutecznie.

Stało się to pewnego sobotniego wieczoru w lipcu 1938 roku w knajpie „Three Forks” (Pod Trzema Widelcami) w Greenwood, w stanie Mississipi. Grali tego wieczory Sonny Boy i Robert, Honeyboy przyszedł nieco później. W przerwach Robert podrywał pewną laskę, która – tak się złożyło – była żoną właściciela lokalu. W pewnym momencie ktoś podał Robertowi otwartą butelkę whisky. Sonny Boy, widząc co się święci, wytrącił mu ją z ręki mówiąc: „Nie pij nigdy whisky z otwartej przez kogoś butelki!” Robert się zezłościł i wrzasnął: „A ty mi nigdy nie wytrącaj butelki z ręki!” Następną podaną mu butelkę Robert spokojnie wypił. To był jego ostatni koncert, pochowano go na cmentarzu pod Greenville.
Jest jeszcze legenda zasłyszana nie wiadomo gdzie. Podobno za młodu Robert przechodził z gitarą przez rozdroże szos 49 i 61 niedaleko miasta Clarksdale, kiedy nagle zza zakrętu wyszedł Wielki Czarny Człowiek i powiedział: „Daj, nastroję ci.” Wziął gitarę do ręki, pokręcił kluczami i oddal; odtąd gitara grała tak, że słuchaczom (i co ważniejsze – słuchaczkom) ciarki przechodziły po plecach. „Spotkamy się w pod trzema widelcami” powiedział Wielki Czarny Człowiek i znikł, pozostał tylko po nim pogłos szczekania ogarów, głęboki, jakby spod ziemi, i unoszący się w powietrzu zapach siarki.
Dziś gitarzyści z całego świata (na przykład ja) pielgrzymują do Clarksdale, żeby stanąć na słynnym rozdrożu. Stoi tam dziś pomnik złożony z kilku gitar, a także numer drogi, która dziś już tamtędy nie prowadzi, bo miasto się rozrosło i szosę 61 poprowadzono obwodnicą. Jimmy Page i Robert Plant nagrali nawet płytę „Walking into Clarksdale” (wchodzenie do Clarksdale). Miasto jest nastawione na tych gitarowych turystów, są tam więc codzienne koncerty w knajpie, jest muzeum bluesa, jest też parę sklepów, w których można kupić gitary zrobione z pudełek po cygarach, takie na jakich grali najwcześniejsi wykonawcy. Oni grali na takich gitarach, bo nie stać ich było na kupienie prawdziwej gitary, więc robili sobie sami instrument z wyrzuconego drewnianego pudła, kija od miotły i jednego drutu, na którym grano przy pomocy szyjki od butelki. Dziś taka gitara kosztuje sporo pieniędzy, ale w niektórych hotelach są one dostępne ot tak, zatrzymujący się w nich gitarzyści mogą sobie popróbować jak się na czymś takim grało. Mogą sobie nawet zrobić (tak jak ja) zdjęcie i potem szpanować.
Niektórzy gitarzyści jadą też do Dockery Farm, gdzie obok tablicy informującej że to tu narodził się blues jest guziczek, po naciśnięciu którego można posłuchać nagrań Charlie Pattona. Tylko do knajpy „Pod Trzema Widelcami” nikt nie jeździ. Niektórzy chcieli to miejsce znaleźć, ale bezskutecznie. Dopiero Honeyboy Edwards, który był z Robertem Johnsonem w jego ostatnich chwilach, wyjaśnił dlaczego: jakiś czas potem przyszło tornado i porwało cały budynek w górę, tak że nie ma po nim teraz ani śladu.
Gitara z pudła po cygarach




Tę opowieść, a także parę innych, można znaleźć w mojej książce Pytania Obieżyświata. Wszystkie opowieści w niej zawarte są na niniejszym blogu. Jednakże witryny mają to do siebie, że są czas jakiś, potem znikają, a książka raz wydrukowana, już zostanie. Nikt tej książki nie wydał, ale lulu.com wydrukuje egzemplarz, jeśli się go zamówi.  


Monday, February 5, 2018

Pochowaj me serce w Wounded Knee

Chmury nad Wounded Knee
Widzisz te chmury? Szybko zrób zdjęcie”, mówi do mnie Indianka Bernadette Pustyróg.
Rzeczywiście, chmury przybrały niezwykły kolor. Zdjęcie takich chmur nad cmentarzem w Zranionym Kolanie to gratka. Chwytam za aparat i biegnę tak to ująć, by chmury wisiały nad cmentarzem. Jest to efekt zachodzącego słońca, moment i wszystko się rozwiewa.
Chmury zbierają się nad Zranionym Kolanem. Chmury prawdziwe i chmury symboliczne. A Bernadette Pustyróg jest tu po to, by te chmury odgonić. A ja po co tu jestem? Na pewno nie po to, by spotkać Indiankę Bernadette, ale spotkałem ją i dlatego wiem po co ona tu jest . A dlaczego tu przyjechałem?
No cóż, nie mogłem tu nie przyjechać. To miejsce wabi nie tylko chmury. Może niekoniecznie ma być tu pochowane moje serce, ale musiałem tu przyjechać. Choć pewnie dlatego tu przyjechałem, że ktoś napisał tę książkę: „Bury my heart at Wounded Knee”. Gdyby nie ta książka, to miejsce byłoby pewnie zapomniane. Książka wyszła w 1970 roku, a trzy lata później Ruch Indian Amerykańskich (AIM) postanowił w tym właśnie miejscu ogłosić powstanie niepodległej republiki Indian. Owa republika natychmiast otoczona została przez siły zbrojne Stanów Zjednoczonych, a następnie przez dwa miesiące istniało coś, co media zazwyczaj nazywały ”oblężeniem”. Dziwne to było oblężenie. Pikiety sił zbrojnych teoretycznie nie przepuszczały nikogo, ale niekiedy przepuszczały ciężarówki z żywnością. Do wsi można też było przejść przez pola i młodzi gniewni Indianie z całej Ameryki emigrowali do nowej republiki. Wieś jest na terenie rezerwatu Pine Ridge należącego do Lakotów, ale wśród przywódców Ruchu Indian Amerykańskich byli też Odżibweje, a wśród oblężonych przybysze z kraju Nawajów, z Irokezji, a nawet z ludu Mikmak mieszkającego na wschodnim wybrzeży Kanady. Teoretycznie były okopy i nawet wymiana ognia, ale nie było żadnej próby zajęcia wsi siłą, żadnego szturmu i chyba tak naprawdę nikt nie chciał nikogo zabić. Owszem, były dwie ofiary śmiertelne wśród „oblężonych”, ale to raczej w wyniku zbłąkanej kuli, w dodatku śmiertelnie rannych natychmiast przewieziono do szpitala i pikiety sił zbrojnych nie oponowały. A kiedy wreszcie podpisano porozumienie w wyniku którego przywódcy republiki mieli być aresztowani, okazało się, że ich we wsi nie ma, bo uciekli przez krzaki.
Ale za to obecne były media, prasa, telewizja. Powstanie Indian w drugiej połowie dwudziestego wieku, to dopiero gratka! Niektórzy dziennikarze przedostali się nawet do oblężonej wsi. Czas antenowy i łamy prasy pełne były Zranionego Kolana. Nie tylko w Ameryce, ale na całym świecie, czytałem o tym nawet w prasie w komunistycznej Polsce. Dzielni wojownicy ciągle się trzymają! Ha!
Cmentarz w Wounded Knee
Ale to było „Drugie Zranione Kolano”. Pierwsze, w 1890 roku, wyglądało zupełnie inaczej. Tutaj miała miejsce ostatnia „bitwa” indiańskich wojen XIX wieku. Bitwa? Nazwa tak samo myląca, jak owo „oblężenie” z 1973 roku. Grupa kilkuset Indian, w tym kobiet i dzieci, tańczyła nowy „taniec ducha”, który miał sprawić, że biali ludzie w cudowny sposób znikną z Ameryki. Dowódcy stacjonującej w pobliżu armii uznali, że jest to powstanie, otoczyli tańczących i kazali im złożyć broń. To, że Indianie mieli broń, nie powinno nikogo dziwić, do dziś w Ameryce posiadanie broni jest rzeczą normalną. Wódz Wielka Stopa zgodził się na złożenie broni, ale podobno nie wszyscy wojownicy byli tego samego zdania, padły jakieś strzały, a skoro padły strzały, to dowódcy uznali, że to jest bitwa i też zaczęli strzelać. Tyle że w tym przypadku układ sił był dokładnie odwrotny niż w przypadku o kilka lat wcześniejszej bitwy nad Little Bighorn, gdzie zginęło kilkuset żołnierzy i dwudziestu paru Indian. W Zranionym Kolanie zginęło dwudziestu paru żołnierzy, a ofiary wśród Indian szacuje się pomiędzy 150 a 300. Była wtedy zima, ziemia zmarznięta, trudno było kopać groby, więc wykopano tylko jeden wielki rów i tam wrzucono wszystkie ciała.
Nie mogłem tu nie przyjechać. Ale najwyraźniej nie tylko mnie wabi to miejsce. Ten cmentarz, gdzie w jednym rowie zakopano ciała kilkuset Indian jest chyba atrakcją turystyczną. Jest tu duży parking, obok parkingu stragany, na których Indianki sprzedają bibeloty. Przyjechałem na parking, zaparkowałem, a straganiarka kiwała na mnie, że mam do niej podejść. Zapytałem, czy jej zdaniem zwiedzanie cmentarza powinienem zacząć od jej straganu. Nie bardzo wiedziała co odpowiedzieć, ale przynajmniej wskazała mi cmentarz na pagórku.
Jak złudne są pierwsze kontakty. Ci, co chcą przyjezdnego koniecznie pierwsi spotkać, wcale niekoniecznie dobrze reprezentują mieszkańców tego miejsca.
Poszedłem na pagórek. Pośrodku cmentarza jest duży podłużny grób otoczony płotem z siatki. Do płotu przywiązanych jest mnóstwo kolorowych wstążek. Takie wstążki Indianie przywiązują, kiedy się modlą. Wokół tego wielkiego grobu jest wiele indywidualnych grobów, w tym jeden bardziej okazały. Tam leży Buddy Lamonte, który zginął w 1973 roku podczas owego „oblężenia”. Przy wejściu na cmentarz widzę wielki transparent z napisem: NIE CHCEMY WIĘCEJ KALANIA NASZEJ ŚWIĘTEJ ZIEMI. Najwyraźniej znów jakiś protest, ale nie wiem o co chodzi.
Za cmentarzem stoi coś, co wygląda na kościół, ma nawet krzyż n sygnaturce. Przed kościołem zgromadzona grupa ludzi, podchodzę do nich. Jeden z nich przedstawia mi się jako przewodniczący rady wsi i bez pytania o cokolwiek zaczyna mi wszystko wyjaśniać.
Świetlica w Wounded Knee
To jest nasza świetlica. Kiedyś tu był kościół katolicki, ale księża przekazali go władzom rezerwatu, a te przekazały go nam. Teraz jest tu wiejska świetlica prowadzona bez żadnego dofinansowania. O, tu mamy kuchnię, wspólnie gotujemy posiłki dla starszych ludzi, moja matka tu przychodzi. A może ty byś nas mógł wspomóc finansowo. O, choćby kupując taką koszulkę upamiętniającą bitwę nad Little Bighorn?”
Pytam o to, gdzie był protest z 1973 roku, i tu się zaczyna. Oni, zebrani tu przed kościołem, są mieszkańcami tej wsi. Wtedy nie byli ani po jednej, ani po drugiej stronie, a najwięcej ucierpieli. „Ale więcej ci powie Bernadette Pustyróg, zaraz ci ją przedstawię. Ona pamięta tamte czasy.”
Indianki Bernadette nie trzeba namawiać. Opowiada, że wtedy miała naście lat, musiała z matką uciekać z domu, bo nie było co jeść, A jak po skończonym oblężeniu wrócili, to dom był zdemolowany. To działacze AIM zdemolowali jej dom, jak mówi. A teraz jacyś ludzie spoza rezerwatu, z miast, chcą tu organizować jakiś protest podobny do niedawnego protestu w Standing Rock w Północnej Dakocie. Tylko że tam był budowany rurociąg, a tu nie ma żadnego rurociągu, tu są tylko groby przodków. „To jest miejsce sławne tylko dlatego, że zostali tu pochowani nasi przodkowie. Widzisz tamte namioty przy budynku muzeum? Ci ludzie chcą tu zrobić 'obóz jedności'. Mówią, że są z AIM, ale my ich tu nie chcemy. Oni nie są stąd. Nie chcemy, żeby znowu ktoś wykorzystywał nazwę Zranionego Kolana i robił na tym jakiś interes. Tu spoczywają nasi zamordowani przodkowie i trzeba ich zostawić w spokoju.”
Nie wiedziałem, że tu jest jakieś muzeum. Owszem, widziałem kolorowy budyneczek, ale wokół niego było pusto, nie przypuszczałem, że jest tam coś godnego uwagi. (Tak naprawdę, czego dowiedziałem się później, nie ma tam nic godnego uwagi, tylko na ścianach kilka kiepskich zdjęć z 1973 roku)
Rozmowa wśród zgromadzonych na werandzie przed świetlicą-kościołem toczy się w dwóch językach. Starsze kobiety mówią w języku mi nieznanym, acz domyślam się oczywiście, że to Lakota. Młodsi mówią tylko po angielsku, ale chyba rozumieją co jest mówione po indiańsku. Młodsi mówią o tych starszych kobietach grandmothers, co po polsku dosłownie znaczy „babcia”, ale w tym przypadku w żadnym razie nie da się tak przetłumaczyć. Grandmother, w każdym razie w ustach Indianina, to tytuł pełen powagi. To co mówi grandmother należy wykonać. To nie jest demokracja, nikt nie wybiera grandmother, nie pełnią one żadnych oficjalnych funkcji, tym niemniej jeśli grandmothers coś dobitnie mówią, Indianie ich słuchają. Protest w Standing Rock w zeszłym roku zaczął się od tego, że pewna grandmother nie chciała pozwolić, by jakiś rurociąg przechodził przez miejsce pochówku jej przodków. Tutaj jest dokładnie odwrotnie, tutejsze grandmothers nie chcą dopuścić do tego, by jakiś kolejny protest zakłócał spokój ich pochowanym tu przodkom.
W pewnym momencie słyszę ciekawe zdanie wypowiedziane przez starszą Indiankę” „W dawnych czasach kobiety nie były wodzami, ale to kobiety wychowywały wodzów, by byli odpowiedzialnymi ludźmi.”
Osiedle Wounded Knee
Słyszę też, że temat rozmowy schodzi na to, jak zorganizować najbliższy posiłek. Sugeruję, że mogę pojechać do supermarketu w Pine Ridge, odległego o kilka mil, i coś im kupić. Grandomthers bez wahania przystają. Phyllis Pustyróg (która jest, co wywnioskowałem z rozmowy, głównym prowodyrem protestu) jedzie ze mną w aucie, jej córka ze swym chłopkiem w dugim aucie za nami. Indianki wybierają jakieś burgery, kupujemy, wracamy.
W drodze powrotnej moim pasażerem jest Nathan, chłopak córki Phyllis. Mówi mi, że jeszcze nigdy nie spotkał nikogo z Anglii (nie mówiąc o Polsce, o której ledwie wie, że istnieje). Pyta mnie, czy znam taniec słońca, bo on od kilku lat jest tancerzem. W tym roku w tańcu wlókł po ziemi czaszki bawołów przyszyte długimi rzemieniami do skóry na plecach. Ofiarował to za wszystkich, którzy mają trudności w życiu. To jest właśnie taniec słońca: tancerze poddają się torturom, ale cierpienie ofiarują z innych. Nathan mnie namawia, żebym przyjechał na taniec słońca w przyszłym roku, żebym się za niego modlił, żeby on miał siły przez to przejść. Bo to nie jest takie łatwe. To jest cztery dni tańca bez jedzenia i picia. Brak jedzenia to jest nic, picie cały czas jest w głowie. Dlatego trzeba wsparcia innych, którzy jedzą i piją w imieniu tancerza. Pierwszy dzień jest fizyczny, drugi dzień jest psychiczny, trzeci dzień jest emocjonalny, czwarty dzień jest duchowy, ale po czterech dniach człowiek nie chce przestać. Czwarty dzień to jest dzień „przeszywania”, to znaczy nacinania skóry na piersi lub plecach i przewlekania pod nią rzemieni. Niektórzy z tancerzy przyszywają się tymi rzemieniami do centralnego słupa, od którego się w tańcu oddzierają. Inni – jak Nathan – mają do pleców przyszyte czaszki bawołów, które s wleczone po ziemi, aż się też w końcu oderwą.
Później, siedząc na werandzie przed cmentarzem, widzimy dwoje turystów, którzy przyjechali zobaczyć sławny cmentarz. Podchodzą do nas i rozmowa znów schodzi na taniec słońca. Oni nie mogą zrozumieć – jak to, czaszki bawołów przyszyte do skóry? Wtedy Nathan wstaje i zdejmując koszulkę pokazuje plecy poorane bliznami.
Nathan jest z innej miejscowości, ale mieszka w Zranionym Kolanie u teściowej razem ze swoją dziewczyną i jej pięciorgiem dzieci z poprzedniego związku. W rezerwacie jest budownictwo komunalne dla mieszkańców, ale za mało, w domach panuje przeludnienie. Tam gdzie mieszka Nathan są cztery sypialnie, ale śpi tam dziesięć osób. On i jego dziewczyna mają dostać własne mieszkanie, ale to się odwleka, od dłuższego czasu jest „już za dwa tygodnie”. On sam jest pół-Nawajem, część życia spędził u ojca w rezerwacie Nawajów, zna obie tradycje, ale ostatecznie wybrał tradycję matki, dlatego bierze udział w tańcu słońca. A w obecnym proteście bierze udział, bo ma zaufanie do swojej teściowej. Phyllis Pustyróg jest szanowana we wsi, jest taką grandmother, której opinie bierze się pod uwagę. Dzisiejszy spór o protesty przypomina czasy Czerwonej Chmury i Szalonego Konia. Szalony Koń szukał własnej chwały, toczył wojnę, w której mógł wygrać bitwę i osiągnąć wiekopomna sławę, ale nie mógł wygrać wojny, bowiem jedynym dostawcą broni i amunicji byli jego wrogowie. Dla Czerwonej Chmury ważniejsze było dobro szczepu i dlatego się do tej wojny nie przyłączył.
Tymczsem u stóp wzgórza zbiera się jeszcze jeden obóz, trzeci. „To jeźdźcy”, mówi grandmother Beradette. „Jutro będą jechać w proteście do Białej Gliny. W Białej Glinie jest też obóz protestujący, ale oni tam protestują przeciwko pijaństwu. To ciekawe miejsce, tam powinieneś pojechać.”

No cóż, skoro grandmother tak mówi, to trzeba będzie wykonać. Że nie jestem Indianinem? No niby nie, ale zawsze chciałem nim być. Powiedzmy sobie szczerze – kto z nas nie chciał być kiedyś Indianinem?

Pine Ridge supermarket


Jeśli kto woli czytać z papieru, to zarówno niniejsze opowiadanie, jak i wiele innych na temat amerykańskich Indian,

 znajduje się w papierowej książce: