Monday, November 7, 2022

IKEBANA - SZTUKA KWIATÓW

 MNICH ZNAD STAWU

Kwiaty w świątyni buddyjskiej

Ono-no Imoko pojechał do Chin w 607 roku i był tam kilka lat, pilnie obserwując obyczaje i kulturę. Przewodził on pierwszemu w historii oficjalnemu poselstwu wysłanemu z Japonii na dwór chińskiego cesarza. Był to czas, kiedy Japończycy pilnie uczyli się wszystkiego, co chińskie. Pilnie uczyli się buddyzmu; książę Shotoku, który wysłał Ono-no Imoko do Chin, był wielkim protektorem tej nowej wówczas nauki. Pod koniec życia Imoko sam zgolił głowę i został mnichem, przyjmijąc zakonne imię Senmu. Zamieszkał w świątyni nad stawem, dlatego zwano go często Ike-no Bo, co znaczy "Mnich znad Stawu". Zasłynął z tego, że pięknie potrafił układać kwiaty na buddyjskich ołtarzach. Układanie kwiatów na ołtarzu należy do buddyjskiego rytuału; podobno mnisi przyjęli ten zwyczaj, by zerwać z praktyką krwawych ofiar ze zwierząt. Ikenobo Senjun uważał się za potomka słynnego posła do Chin; świadczyć o tym miało nie tylko jego nazwisko (ród Ikenobo miał być odgałęzieniem starożytnego rodu Ono), ale też sylaba 'Sen', którą Senjun i jego potomkowie włączyli do swego imienia. Senjun żył w XV wieku, a więc blisko tysiąc lat później, tym niemniej również on słynął ze sztuki układania kwiatów. Proszony był przez możnowładców o tworzenie dekoracji kwiatowych na oficjalne okazje; z zaproszeń tych korzystał, bowiem w owym czasie starożytny ród Ono nie był już rodem możnowładców. Potrafił tworzyć układy może niekoniecznie kwiatowe, ale roślinne, o wysokości kilku metrów. Uważa się go za twórcę monumentalnego stylu rikka, kontynuowanego później przez jego potomków. Bowiem jego potomkowie zorganizowali się w szkołę układania kwiatów, zwaną Ikenobo. Szkoła ta istnieje do dziś i do dziś uważana jest za główną szkołę ikebany. Niestety układ kwiatowy jest dziełem sztuki znacznie mniej trwałym niż architektura czy malarstwo, dzieła wczesnych mistrzów szkoły Ikenobo nie dotrwały do naszych czasów. Wyobrażenie o tych dziełach możemy mieć tylko na podstawie tego, czego uczą dzisiejsi mistrzowie.

A uczą oni nadal monumentalnego stylu rikka, którego Senjun był twórcą. Istnieje kilka wariantów rikka, różnią się one kształtem głównej pionowej gałęzi, zwanej shin (czyli "wiara" lub "wierność"). Najstarszy jest podobno styl sugushin (czyli "prosta wiara"), gdzie główna pionowa gałąź jest strzelista i stanowi oś symetrii. Stosowanie różnych stylów zależy w dużej mierze od oświetlenia; w tokonoma z bocznym oświetleniem stosuje się raczej styl nokijin (noki znaczy "omijanie"), gdzie główna gałąź łagodnym łukiem omija centrum układu. Kierunek oświetlenia jest istotny: wygięcie jest zawsze w kierunku przeciwnym, niż źródło światła. Stylem rzadko stosowanym i szczególnie trudnym do wykonania jest aioijin, czyli "bliźniaczy shin" (aioi znaczy dosłownie "wzrastać i starzeć się razem"); w tym przypadku są dwie główne gałęzie, obie idealnie proste i pionowe, a cały układ zbudowany jest tak, że przez środek z góry na dół jest szpara, przez którą można przesunąć dłoń nie dotykając ani gałązki. Styl sunamono (dosłownie "układ piaskowy") zbudowany jest w szerokim płaskim naczyniu wypełnionym piaskiem, szerokość układu jest większa niż wysokość, a gałęzie są rozdzielone na dwie oddzielne grupy, acz tylko w jednej z tych grup jest gówna gałąź shin.


Rikka - rycina z dawnego podręcznika

W układach rikka jest zawsze ściśle określona ilość gałęzi, z których każda posiada ściśle określoną funkcję oraz nazwę. W klasycznym stylu nokijin ("omijającym") gałęzi jest z reguły dziewięć. Główna gałąź (shin) łagodnym łukiem omija centrum układu, acz na samej górze wraca do punktu bezpośrednio nad wazonem. Komplementarne wobec shin są gałęzie soe ("towarzysz") oraz uke ("odbiorca"), zazwyczaj z tego samego lub podobnego materiału, tworzą one trzy punkty asymetrycznej równowagi. Soe jest towarzyszącą gałęzią po tej stronie, w którą wygięty jest shin, odchylając się tylko pod niewielkim kątem, uke natomiast, po przeciwnej stronie, odchylone pod szerokim kątem stanowi optyczną przeciwwagę. Główna gałąź omija wprawdzie centrum, ale w tymże centrum znajduje się gałąź zwana shoshin (czyli "mała wiara"), prosta i w osi symetrii, kończąca się poniżej punktu, w którym shin wraca do tejże osi; jest ona zazwyczaj z innego materiału niż shin. Nisko ponad wazonem ku przodowi wysuwa się szeroka gałąź zwana maeoki ("wprowadzenie"), a wysoko, nieco poniżej shin, ku tyłowi wychyla się gałąź dodająca głębi, zwana mikoshi (dosłownie "spojrzenie na drugą stronę"). Poniżej uke, poziomo i nieco ku przodowi wysuwa się gałąź zwana nagashi ("strumień"), a po przeciwnej stronie, poniżej soe, jest krótsza od nagashi gałąź zwana hikae ("podstawa"). Wreszcie w samym centrum znajduje się gąszcz, z którego wychodzą wszystkie gałęzie; zwie się on do, czyli "tułów". Istnieją ścisłe reguły dotyczące doboru materiału. Gałęzie shin ("wiara"), soe ("towarzysz") oraz uke ("odbiorca") są zawsze solidne i mocne, z reguły są to gałęzie drzewa, na przykład sosny. Wijący się poziomo nagashi ("strumień") jest również z gałęzi drzewa, ale innego niż shin. Podkreślająca głębię gałąź mikoshi musi być z wiotkiego materiału, może to być na przykład kilka traw. Słowo rikka znaczy dosłownie "stojące kwiaty", ale kwiaty jako takie używane są jedynie w gałęziach shoshin (mały shin), maeoki ("wprowadzenie") i do ("tułów"). Różne rodzaje materiału używane są w różnych porach roku i przy różnych okazjach, ale ścisłe reguły określają co może być użyte. Charakterystyczne dla rikka jest również unikanie jaskrawych kolorów.

Układy rikka są pełne dostojeństwa, osiągają niekiedy rozmiary kilku metrów, a do ich konstruowania potrzeba mnóstwo czasu i niemałej wprawy. Układa się je na specjalnie uroczyste okazje w monumentalnych wnętrzach. Mniejsze wnętrza i mniej uroczyste okazje wymagają czegoś skromniejszego. Szkoła Ikenobo uczy prostszego stylu zwanego shoka, pasującego do skromniejszych wnętrz. Wedle tradycji twórcą tego stylu był również Ikenobo Senjun. Shoka jest właściwie bardzo uproszczoną wersją nokijin rikka, zredukowaną w zasadzie do trzech głównych gałęzi: shin ("wiara"), soe ("towarzysz") i uke ("odbiorca"). Zredukowana została także różnorodność materiału; klasyczny układ shoka zbudowany jest albo w całości z jednego materiału (wówczas nazywa się isshu-ike shoka), albo najwyżej z dwóch rodzajów (nazywa się wtedy nishu-ike shoka). W ishhu-ike shoka gałęzie tworzą asymetryczny trójkąt; w nishu-ike najniższa gałąź, z innego materiału, ma na uzupełnienie dwie mniejsze gałęzie, z którymi tworzy analogiczny trójkąt w mniejszej skali. Dwa materiały muszą należeć do dwóch różnych kategorii: dwie większe gałęzie należą do kategorii drzew, natomiast niższa grupa do kategorii ziół. Istnieje jeszcze jeden podział (z jakiegoś względu analogiczny do kaligrafii) na styl oficjalny, płynny i skrótowy. W szkole Ikenobo nie oznacza to bynajmniej stopnia rozluźnienia dyscypliny, a jedynie głębokość wygięcia głównej gałęzi. W układach shoka, podobnie zresztą jak w rikka, wszystkie gałęzie muszą wychodzić z wazonu w jednej ciasnej grupie, idealnie pionowo, a rozchylać się dopiero kilka centymetrów nad krawędzią. A owo łagodne wygięcie gałęzi, choć może przyjemne dla oka, nie jest bynajmniej naturalne i w przypadku większości roślin trzeba się sporo napracować by osiągnąć pożądany łuk. Do układów rikka używa się piły i gwoździ, gałęzie powyginane z gracją są w rzeczywistości nierzadko sztukowane, choć połączenia są oczywiście starannie maskowane. Jest to sztuka w najpełniejszym tego słowa znaczeniu sztuczna.


Tu wkracza Sen-no Rikyu, nieprzejednany demaskator sztuczności. Arbiter dobrego smaku, który najdostojniejszych gości sadzał na miejscu wyróżnionym nieociosanymi pniami drzewa, ceremonię herbaty prowadził w pomieszczeniach, gdzie w tokonoma stały kwiaty nawrzucane do wazonu byle jak. No, może niezupełnie byle jak, ale w każdym razie naturalnie, bez sztucznego wyginania gałęzi, bez skomplikowanego stawiania ich pionowo pośrodku wazonu. Do dziś mistrzowie herbaty dekorują wnętrza do ceremonii tak, by uwagę skupiał sam kwiat, a nie sposób jego ułożenia. Wkładają więc do wazonu jedną lub dwie gałązki z kilkoma kwiatuszkami, albo jeden większy kwiat z towarzyszącym mu liściem. Często sam wazon jest większy niż włożone do niego gałęzie. Taki maksymalnie uproszczony styl używany do herbacianej ceremonii nazywa się chabana, czyli "kwiaty do herbaty". Natomiast szkoła Ikenobo, oprócz stylów rikka i shoka, uczy również stylu nageire (dosłownie "nawrzucanego"). Nie jest to styl zupełnie pozbawiony reguł, jednakże dyscyplina jest tu znacznie mniejsza, podkreślana jest też naturalność. Gałęzie mogą się opierać o brzeg wazonu i w tym punkcie się rozchodzić, pozostawia się ich naturalny kształt, mogą się nawet krzyżować. Zachowana jest natomiast asymetria trzech głównych gałęzi, nierzadko można wyraźnie rozpoznać gałąź wiary, gałąź towarzysza i gałąź odbiorcę. Zachowane są również proporcje: wysokość głównej gałęzi powinna być nie mniejsza niż wysokość plus szerokość wazonu, a nie większa niż podwójna wysokość plus szerokość. Boczne gałęzie powinny być odpowiednio krótsze.


W epoce Tokugawa sztuka ikebany zyskała dużą popularność. Wśród dziewcząt z zamożnych domów umiejętność układania kwiatów należała nawet do dobrego tonu. W odpowiedzi na zapotrzebowanie powstały nowe szkoły. W XVII wieku powstała szkoła Enshu; wedle tradycji jej twórcą był słynny mistrz herbaty Kobori Enshu, choć jak się zdaje nie potwierdzają tego pisane źródła. W XVIII wieku niejaki Imai Sofu założył szkołę Koryu. Szkoły te nie uczą stylu rikka, uczą natomiast analogicznego do shoka stylu, który nazywają terminem seika. Oba terminy znaczą to samo: "żywe kwiaty", różna jest tylko wymowa pierwszego ideogramu; te same ideogramy można również odczytać jako ikebana. W kwestii terminologii szkoły te różnią się drastycznie: w szkole Enshu trzy główne gałęzie nazywają się ten ("niebo"), jin ("człowiek") i chi ("ziemia"), natomiast w szkole Koryu owe gałęzie zwą się shin ("wiara"), nagashi ("strumień") oraz uke ("odbiorca"). Wizualnie natomiast style te są bardzo podobne, główna różnica polega na tym, że w seika gałęzie wychodzą z wazonu nie pionowo i pośrodku, lecz ukosem, oparte o krawędź. Podobnie jednak jak w shoka gałęzie rozchodzą się kilka centymetrów powyżej krawędzi, a główna gałąź łukiem powraca do miejsca nad środkiem wazonu. Inna też jest klasyfikacja układów na oficjalne, płynne i skrótowe; w szkole Koryu na przykład pod uwagę bierze się nie tyle głębokość wygięcia głównej gałęzi, co kąt rozchodzenia się gałęzi bocznych i ich relatywna długość.


Wydawać się może, że przy tak licznych ograniczeniach i regułach jest to sztuka półmartwa. To pozór; klasyczna ikebana to sztuka o ogromnych możliwościach. Istotny jest nie tyle sam układ, co jego współgranie z otoczeniem i sytuacją. Powtarzane są liczne tematy ilustrujące anegdoty z życia dawnych mistrzów. Na przykład shogun Yoshimasa pewnego ranka rozmawiał z Soami o wiadrach przy studni, a po południu w domu znalazł układ kwiatowy w studziennych wiadrach, jednym stojącym na ziemi, drugim wiszącym na studziennym sznurze. Hideyoshi podczas spaceru z Rikyu komentował gałęzie kwitnącej śliwy zanurzone w wodach rzeki, a wieczorem zobaczył gałęzie śliwy ułożone w płaskim szerokim naczyniu tak, że jedna gałąź zanurzała się w wodzie i kawałek dalej znów wynurzała. Oba te motywy - układy w studziennych wiadrach i "nurkujący śliwa" - popularne są i dziś. Innym popularnym motywem są "żeglujące dżonki", układane w wiszących wazonach w kształcie łodzi. Rano są to zawsze defune - dżonki wypływające - dziobem zwrócone w kierunku okna, układ z małej ilości materiału, sugerujący lekkość; wieczorem zawsze irifune - dżonki powracające - dziobem zwrócone od okna, układ z dużej ilości materiału, sugerujący pełnię. Do mistrzowskich kompozycji zalicza się "górę Fuji", gdzie cieniutka główna gałąź najpierw powraca do punktu nad wazonem, a następnie wygina się skosem w dół, tworząc zarys wulkanicznego stożka.


Chabana

Od czasu rewolucji Meiji tradycyjne sztuki Japonii albo ulegały zamrożeniu i istnieją dziś na zasadzie cepelii, albo też ulegały całkowitej europeizacji. Styl
shoin w architekturze w ciągu kilkudziesięciu lat ustąpił najpierw ceglanemu europejskiemu klasycyzmowi, a później konstrukcjom ze szkła i żelbetonu. W malarstwie pojawił się najpierw impresjonizm, a potem abstrakcja. Sztuka układania kwiatów nie miała w Europie konkurenta, który mógłby ją zastąpić, tym niemniej i ona przeszła radykalną transformację. Pod koniec XIX wieku niejaki Ohara Unshin wynalazł kenzan, czyli najeżoną gwoździami ołowianą podstawę, w której stosunkowo łatwo układać kwiaty w płaskim naczyniu; na początku XX wieku założył on własną szkołę, zwaną Ohara. Dokonał on rewolucji w sztuce ikebany używając ogrodowych kwiatów przywiezionych z Europy, a więc w Japonii zupełnie egzotycznych. Dał sobie spokój z klasycznym wyginaniem gałęzi, uczył w zasadzie dwóch stylów: heika, układu w wysokim wazonie analogicznego do nageire szkoły Ikenobo, oraz moribana, czyli stylu w szerokim płaskim naczyniu z użyciem świeżo wynalezionego kenzanu. Oba style trzymają się zasady trzech głównych gałęzi charakterystycznej dla dawnych szkół, acz użyte mogą być na przykład czerwone róże, rzecz w dawnych szkołach niesłychana. Wkrótce pojawił się jeszcze bardziej niesłychany Teshigahara Sofu, japoński kwiatowy Picasso, który w 1925 roku założył szkołę Sogetsu i nauczał, że wszelkie reguły dotyczące proporcji, krzywizny, kątów itd. należy rzucić w kąt i budować kompozycje kwiatowe wyłącznie na wyczucie.


Mistrzowie tradycyjnych szkół układania kwiatów twierdzą, że ich sztuka ma silny związek z buddyzmem Zen. Ciekawe, że w Japonii kto może, ten się powołuje na związek z Zen: malarstwo tuszem, kaligrafia, sztuka parzenia herbaty, garncarstwo, walka na miecze, walka na kopniaki i bo ja wiem co jeszcze? Ostatnio zdaje się sztuka utrzymywania motocykla w czystości. Gdzie jest ten związek? Zwyczaj układania kwiatów w tokonoma wywodzi się z praktyki dekorowania buddyjskiego ołtarza, ale dlaczego właśnie Zen? Inni buddyści też przecież dekorują ołtarze. Teshigahara Sofu powiada, że nieistotny jest efekt, istotne jest samo tworzenie. Układ kwiatowy trzeba tworzyć w najwyższym skupieniu. Być może to skupienie przelane będzie w dzieło. Być może dzieło będzie widzowi zapierało dech i odbierało mowę. Mowa jest może srebrem, ale milczenie prowadzi do skupienia. Być może o to właśnie chodzi.




Więcej na temat sztuk Japonii nieuznawanych za sztuki w Europie w mojej książce "CZARKA GORZKIEJ HERBATY"


Tuesday, July 26, 2022

Opowieści ludu Gitksan

 

Wieś Ksan w Kolumbii Brytyjskiej

Pewnego dnia w 1919 roku człowiek o skórze jasnej jak odarty z kory kij wierzbowy przybył do kraju nad rzeką Skeena w północno-zachodniej Kanadzie. Nie był on pierwszym przybyszem o tym kolorze skóry, ale dwie cechy go wyróżniały. Po pierwsze – był przyjaźnie nastawiony do pierwotnych mieszkańców tej ziemi, ludzi o nieco ciemniejszym kolorze skóry. Po drugie (a znacznie rzadsze w tamtych rejonach) był historykiem. Wyróżniała go ponadto jeszcze jedna, wśród historyków absolutnie wyjątkowa cecha – wiedział on, że najlepszym sposobem na dowiedzenie się czegoś, o czym się wcześniej nie miało pojęcia, jest niezadawanie pytań. W pytaniu zawarte jest oczekiwanie odpowiedzi, więc pytający usłyszy to, czego się spodziewa. Jedynym sposobem na dowiedzenie się rzeczy nieoczekiwanych jest niepytanie.

Człowiekiem, o którym mowa, był Will Robinson. On sam swoje niezadawanie pytań uzasadniał inaczej, ale to w sumie na jedno wychodzi. Podczas swojego pobytu w Terrace, górniczego miasteczka nad rzeką Skeena, zaprzyjaźnił się on z wodzem pobliskiego szczepu Indian Kitselas. Wódz nazywał się Walter Wright, a szczep Kitselas był częścią ludu mówiącego językiem Gitksan. Lud ten, mieszkający w dolinie rzeki Skeena przełamującej się przez Góry Skaliste w kierunku Pacyfiku, należał do kręgu kultury Indian z zachodniego wybrzeża Kanady, budujących solidne domy z desek, rzeźbiących fantastyczne totemy, wydających wystawne uczty zwane potlaczami. Will Robinson zaprzyjaźnił się z wodzem, ale wiedział, że zadawanie pytań byłoby kontrproduktywne. Najpierw trzeba było zdobyć zaufanie Indianina, a tego się nie zdobywa pytaniami. I pewnego razu wódz opowiedział jedną historię, innego razu inną, w końcu sam zaproponował, by spisać całą dotąd ustnie przekazywaną historię szczepu. Ustanowili rytm pracy, wódz przychodził, siadał na fotelu i opowiadał, a Will Robinson siedział przy stole i spisywał wszystko na maszynie zdanie po zdaniu, tak jak to słyszał. Działo się to wszystko jesienią 1936 roku. Przed gwiazdką praca została zakończona, historia szczepu Kitselas spisana.

Poczem o całej sprawie zapomniano. 

Wiele wiele lat później, na początku kolejnego tysiąclecia, Barry Robinson rozmawiał ze swoją kuzynką Enid DuPais na temat zapomnianej książki spisanej niegdyś przez ich wspólnego dziadka. Kuzynostwo postanowiło wydać ten maszynopis, nie zmieniając w nim niczego, nawet czcionka pozostała taka jak w starej maszynie do pisania. W 2002 roku wyszła książka pod tytułem „Men of Mdeek and Wars of Mdeek, by Will Robinson as told by Walter Wright”.

Kolejnych kilkanaście lat później przejeżdżałem przez kraj Ksan, byłem w dolinie rzeki Skeena i odwiedziłem wieś tamtejszych Indian. Dziś ci Indianie mieszkają w takich samych domach jak inni Kanadyjczycy, ale na użytek takich turystów jak ja zbudowali oni rekonstrukcję starej wsi indiańskiej z domami z desek pomalowanymi w fantazyjne stwory. Pośród domów tej wsi stoją rzeźbione totemy prezentujące się malowniczo na tle ośnieżonej góry Stekyawden. Jak zwykle w takich miejscach, jest tam sklep z pamiątkami, w którym można sobie także kupić książki na lokalne tematy. 

Moją uwagę zwróciła książka wydrukowana całkowicie czcionką dawnej maszyny do pisania. Zacząłem ją czytać gdzieś w środku (jak to zwykle robię), napisana była nietypowymi zdaniami, brzmiącymi trochę dziwnie po angielsku. Postanowiłem ją kupić i przyjrzeć się je bliżej dopiero po skończonej podróży. W ciągu tej podróży odwiedziłem również inne zamieszkałe przez Indian miejsca,  bywałem na zgromadzeniach, słyszałem jak publicznie przemawiają. Indianie zachodniego wybrzeża Kanady mówią dziś po angielsku, ale nadal mają charakterystyczną manierę przemawiania, charakterystyczny sposób formułowania zdań. Jest w tym coś poetyckiego w tej manierze, w przywoływaniu dawnych wydarzeń i legend. Kiedy po skończonej podróży zajrzałem do tej książki drukowanej czcionką maszyny do pisania i zacząłem ją czytać, zdało mi się, że gdzieś już coś takiego słyszałem. Zdania tej książki ułożone były tak, jak zdania indiańskich publicznych przemów. W dużej mierze poetycki, choć bez rymu i metrum. Ta książka to była mówiona opowieść, tyle że zapisana. Dziś jest jakby listem z przeszłości, adresowanym przede wszystkim do Indian Gitksan, do dzisiejszej młodzieży. 

Jestem pod wrażeniem tego tekstu i jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, postanowiłem parę fragmentów spolszczyć, ot tak sobie. Poniższe jest tego spalszczania efektem.



OPOWIEŚCI LUDU GITKSAN


Totem we wsi Ksan, góra Stekyawden w tle

Koziołek

W całym kraju Ksan obowiązki pojawiały się z rytmem pór roku. 

Polowanie, łowienie ryb, wszystko miało swoją porę w uporządkowanym życiu ludzi.

Ale jesienią, kiedy nadchodził wrzesień, był okres spokojny, czas na nabranie oddechu pomiędzy obowiązkami. Czas świętowania, składania wizyt, czas ucztowania.

W taki właśnie czas grupa młodych myśliwych udała się na polowanie na wielką górę  Stekyawden. Uzbrojeni w łuki, oszczepy i maczugi wspinali się na wysokie skały szukając kozic na mięso i wełnę. 

Udało im się znaleźć stado. Niektóre zwierzęta zostały zabite i przyniesione do wsi, inne uciekły. 

W zamieszaniu mały koźlak oddzielił się od stada. Zobaczył go młody myśliwy i widząc że jest sam, złapał go i przyniósł do wsi. Tu przy swoim domu przywiązał go do palika.

Dzieci ze wsi przyszły zobaczyć małe dzikie zwierzątko. 

Stały tam i patrzały, jak próbowało się uwolnić. 

Ale patrzenie to było dla nich za mało. Dziecięca ciekawość spowodowała, że podeszły bliżej, a potem jeszcze bliżej do koźlaczka.

Mały krok i bawili się z nim. Jego reakcje na ich ruchy były dla nich zabawne. Próbowały jednej rzeczy po drugiej, co odważniejsze były szorstkie w zabawie. 

W końcu odwiązały sznur, którym był przywiązany do palika. W zabawie biegli ulicami ciągnąc zwierzątko za sobą. 

Tego dnia nad rzeką inne dzieci zbierały drzewo wyrzucone na brzeg, bo wieczorem zamierzały zrobić piknik przy ognisku.

Kiedy dzieci tańczące z koźlęciem wybiegły na ulicę, zobaczyły płonący ogień. 

Koziołek był przerażony.

Wszystkie dzikie zwierzęta panicznie boją się ognia. 

Próbował się wyrwać, ale dzieciom wydawało się to jedynie zabawne.

Ciągnęły go bliżej i bliżej. Im bardziej on się wyrywał, tym bardziej one były podniecone. 

Jeszcze bardziej był przerażony, kiedy wylatujące z żaru iskry na niego opadały. Wtedy jeden z chłopaków wpadł na pomysł: z ogniska podniósł kawałek żarzącej się kory i wrzucił na grzbiet koziołka. 

Wydawało się, że koźlak oszaleje ze strachu po dotknięciu rozżarzonej żagwi. Dzieci się śmiały, a starsi, których uwagę zwrócił ten tumult, też się uśmiechali. 

Jedno prowadziło do drugiego. Pewien pomysłowy chłopak przyniósł pęk chrustu sosnowego, przywiązał do rogów i ogona koziołka i podpalił. Puszczono sznur a tłum się śmiał z koziołka szaleńczo próbującego uciec. 

Próbując uciec, ale nie wiedząc gdzie, zwierzaczek podbiegł do ognia. Jeden z chłopaków stał na jego drodze. Kiedy koźlak próbował przemknąć pomiędzy nim, a ogniem, chłopak popchnął go w ognisko.

I tak trwała ta zabawa. Koziołek był wyczerpany, sierść miał osmaloną, na skórze pojawiły się bąble, nadchodziła śmierć.

W tym momencie przechodził tamtędy pewien człowiek.

Nie był on z rodziny wodzów. Był to prosty człowiek, ale mądry. 

Zobaczył co się dzieje i zainterweniował: „ Wstydźcie się, dzieci, Jak można tak traktować zwierzę? ”

„ Wstydźcie się ludzie ”, dodał. „ Jak można tak patrzeć i śmiać się, widząc że dzieci są okrutne? ”

„ Dość tego! ”, rozkazał. „ Koziołek prawie wyzionął ducha! Pozostawiony samemu sobie umrze. Ja go zabiorę ze sobą i zaopiekuję się nim. ”

Skończywszy pochylił się i wziął zwierzątko w ramiona.

Okrył je kocem i przytulił do ciała. Odwrócił się i poszedł do domu.

To był ubogi człowiek, ale mądry. W ciągu swych długich lat życia nauczył się sztuki leczenia. Uczył się wiele lat jak przyrządzać lecznicze mikstury.

Kiedy dotarł do domu, znalazł pojemnik, w którym była mieszanka niedźwiedziego sadła i łoju ze świstaka. 

Delikatnie wtarł leczniczą miksturę w poparzoną skórę. Delikatnie jego palce wykonały to zadanie.

Wkrótce ból zaczął ustępować. Wściekła gorączka zaczęła ustępować ze skóry koziołka. Upływała godzina za godziną. Siły wracały, a potem znów uciekały. 

W końcu po północy stan zdrowia koziołka poprawił się. 

Znów ten mądry człowiek podniósł go i przytulił do ciała.

Potem wyszedł.

Przeszedłszy przez rzekę wszedł w las, aż w końcu dotarł do stoków góry Stekyawden.

Tam postawił koziołka na nogach. Tam go zostawił wiedząc, że odwieczny zew dziczy poprowadzi go w górę aż do turni, gdzie odnajdzie swoich.


Totem we wsi Ksan

Posłaniec

Do wsi Tum-l-Hama przybył pewnego dnia posłaniec w stroju kogoś, kto przynosi dobre wieści.

Miał on zaszczyt przekazać zaproszenie od mieszkańców innej miejscowości dla wodzów i starszyzny nadrzecznej wsi, by przybyli złożyć wizytę. 

Przekazał on wiadomość, że planowana jest wielka uczta, a zaproszeni goście mieli zająć na niej miejsca honorowe. 

Takie zaproszenia były rzeczą normalną, zwłaszcza wtedy, kiedy była chwila wytchnienia od prac wykonywanych w innych porach roku. 

Wodzowie z Tum-l-Hama nie znali tego człowieka ani nie słyszeli o miejscowości, o której mówił, ale to też nie było niezwykłe w kraju, w którym było wiele wsi. 

Takie zaproszenia zdarzały się często. Zwyczajem było przyjmowanie ich bez zadawania pytań. 

Posłaniec miał być również przewodnikiem. On prowadził gości szlakiem sobie znanym, bezpiecznie doprowadzał ich do swojej wsi. 

Pokój i dobra myśl panowały w kraju Ksan, nikomu nie przyszło do głowy spodziewać się zasadzki. 

Tak więc następnego dnia wodzowie, starszyzna i mędrcy z Tum-l-Hama wyruszyli w drogę. Towarzyszyli im też tragarze, bowiem ceremonialne szaty były ciężkie. Każdy wódz miał pomocnika, który niósł szaty przygotowane na ucztę. 

Dlatego też ten ubogi człowiek – ten, który był mądry – został wybrany, by swojemu wodzowi nieść bagaż.

Wesoła i pewna siebie grupa ruszyła na szlak, wesołe rozmowy rozbrzmiewały w lesie. Próbowano się domyślić, czym gospodarze będą ich zabawiać. 

Jakie nowe rzeczy będzie można zobaczyć w domu gościny? Jak duża jest wieś, do której zmierzają? Gdzie to miejsce się znajduje?

Przewodnik wiedział co robi. Znał szlaki łatwe do przejścia i po jakimś czasie przyprowadził ich do podnóża góry  Stekyawden.

Na niższych stokach góry szlak wił się przez las i niezbyt stromo prowadził w górę. 

Stopniowo jednak doprowadził na taką wysokość, gdzie wiatry i mgły powodowały, że pnie drzew były skarlałe, a potem jeszcze wyżej, gdzie poskręcane pnie i gałęzie były znakiem, że bliska jest granica lasu.

W końcu minęli wielką granitową turnię i ujrzeli w całej okazałości wieś zbudowana na skalnej półce.

Na ścieżce prowadzące do wsi szedł ku nim główny wódz tego miejsca. 

Był przepysznie odziany, a w rękach miał ceremonialne powitalne grzechotki. Na ramionach miał śnieżnobiałą kapę z gronostajów, śnieżnobiałą, o kolorze takim, jaki te zwierzątka maja w czasie mroźnych zimowych dni. Czarne ogonki układały się w łagodny wzór na srebrzystym tle. 

Na głowie wodza spoczywała korona ze skóry lwa morskiego, okalały ją piękne pióra kołyszące się w rytm tańca, w rytm grzechotek ślących powitalne pozdrowienie. 

Tak wódz górskiej wsi witał swoich gości. Następnie obróciwszy się tańczył powitalny taniec prowadząc ich do wielkiego przygotowanego dla gości domu stojącego we wsi. 

Dom ten stał na skraju urwiska. 

By go zbudować użyto potężnych pni. Długi był na dziewięćdziesiąt stóp, szeroki na sześćdziesiąt. 

Wielkie pnie wycięte z nisko położonych lasów stanowiły narożne słupy. Kalenicą był pień potężnej tui. Mniejsze pnie, zręcznie połączone, stanowiły ściany.

Tujowa kora położona wielkimi pasami stanowiła dach, chroniła przed deszczem.

Do tego domu zaprowadzono gości. wchodzili wszyscy po kolei w zależności od godności. 


Tańce w Długim Domu

Uczta

Z wnętrza domu dochodził głęboki głos bębnów.

Chór kobiet śpiewał w rytm uderzeń powitalną pieśń. 

Wielki dom gościnny był znakomicie przygotowany.

Przygotowano miejsca do siedzenia dla spodziewanych gości. 

Za każdym siedziskiem stał służący, którego zadaniem było usługiwanie osobie siedzącej przed nim. 

Pierwszy wszedł najwyższy rangą wódz Tum-l-Hama. 

Skoro tylko przekroczył próg, usługujący powitał go zgodnie z tradycją i zaprowadził go, by usiadł na honorowym miejscu. Za głównym wodzem wszedł wódz następny rangą. On również został powitany i posadzony zgodnie ze swoją godnością. 

Tak po kolei wchodzili goście i usługujący się nimi zajmowali. Na końcu weszli tragarze. 

Dom był wielki, ale mimo to nie było dość miejsc siedzących dla ludzi niższego stanu. Stali oni pod ścianami albo przy wielkich filarach podtrzymujących dach, sadowili się gdzie się dało. 

Tak się złożyło, że ten ubogi ale mądry człowiek stał obok filara. Zaraz przy nim były inne drzwi wiodące na zewnątrz. Obok niego stanąl młody mieszkaniec tej górskiej miejscowości. 

Kiedy goście przybyli do wsi, słońce chyliło się ku zachodowi i zaszło, zanim wszystkich posadzono na miejscach. 

Tej nocy mieszkańcy górskiej wsi zabawiali swych gości w świetle ogniska płonącego pośrodku.

Kiedy goście wchodzili śpiewano pieśni powolne i dostojne.

Kiedy wszystkich posadzono, tempo przyśpieszyło i zaczęto śpiewać żywsze pieśni. 

To był zawsze czas oczekiwania. Każda wieś, która wydawała przyjęcie, rywalizowała z sąsiadami i chciała pokazać coś niezwykłego, coś lepszego niż wszystko, co widziano wcześniej. 

Dlatego kiedy wzrosło tempo bębna, wśród gości zapadła cisza. 

Wtedy przez drzwi wszedł wielki kozioł, ale taki, jakiego nikt nigdy nie widział. 

Zamiast dwóch rogów na głowie miał tylko jeden, wystający ze środka czoła. Z boku głowy wzdłuż policzka miał czerwoną smugę.

Zwierzę poruszało się powoli i z uwagą. W rytm bębna podeszło do najbliższego rogu domu. 

Wtedy muzyka zamilkła, a kozioł podniósł kopytko i tupnął.

Od tego tupnięcia budynek zadrżał i zakołysał się a potem pochylił się, jedna jego strona była niżej. 

Bębny znów zaczęły bić, a kozioł powoli podszedł do następnego narożnika. 

Znów muzyka umilkła, znów tupnięcie kozła spowodowało, że budynek się zakołysał i pochylił jeszcze bardziej. 

W rytm bębna i chóru kozioł przeszedł do trzeciego rogu.

Znów muzycy zamilkli i znów wielki dom zadrżał na tupnięcie kopytka. Kiedy wszystko się uspokoiło, dom się niemal chylił ku przepaści. 

Pozostał jeszcze jeden narożnik. W tym kierunku podążył czarodziejski kozioł w rytm rozbrzmiewających bębnów. 

Tu, przy ostatnim narożniku, budynek znów się zachwiał od tupnięcia kozła. Goście trzymali się kurczowo swoich siedzeń. Ci co stali trzymali się słupów bojąc się, że mogą się ześlizgnąć po podłodze. 

Znów muzycy zaczęli grać, a kozioł się obrócił wracając do trzeciego narożnika. 

Na tupnięcie kopytka dom znów się zachwiał, ale powrócił do bardziej wyrostowanej pozycji.

Kozioł przeszedł do drugiego narożnika. Znów tupnięcie, zamieszanie i sprzypienie drewnianych pni. 

Wszystko ucichło i dom stał bardziej wyprostowany. 

Przy następnym narożniku znów było to samo, a kiedy wszystko ucichło, dom stał prawie prosto. 

Pozostał jeszcze jeden narożnik. Kozioł odwiedził ich już siedem, pozostał jeszcze jeden, by dopełnić podwójne okrążenie.

Tu, przy ostatnim narożniku, kopytko tupnęło specjalnie mocno, a kiedy wszystko się uspokoiło, dom stał wzniesiony na poziomym gruncie, jak poprzednio. 

Ucztowanie trwało długo w noc. 

Dom był pełen kolorów, ludzi ubranych w szaty zgodne z rangą, o twarzach wymalowanych w barwy przypominające dzieje ludu. Dostojność równoważyła wesołość. W końcu nadszedł koniec i jeden z mężczyzn wstał. 

To był mistrz ceremonii oznajmiający co będzie dalej. 

Jego zadaniem było skierowanie gości do domów, w których mieli dalej mile spędzać czas, znalezienie dla każdego gościa domu, w którym mieszkaniec gór podjąłby go dalszym poczęstunkiem i rozmową. 

Po dwie osoby wychodziły z domu – gość i podejmujący go u siebie gospodarz. Pierwszy wyszedł główny wódz Tum-l-Hama, za nim wyszedł ten, który miał go podejmować przez resztę nocy. 

Wódz wychodził za wodzem, członek starszyzny wychodził z członkiem starszyzny, mędrcy zgodnie z zasadą pierwszeństwa. Każdy wychodził z towarzyszem o odpowiedniej randze. Ubogi ale mądry człowiek stał ciągle koło filara. Był on niskiego stanu, jego kolej na wyjście byłaby przy końcu. Kiedy tam stał, usłyszał, że ktoś mu coś szepce do ucha. 

„Nie wychodź z nimi”, szeptał stojący obok młodzieniec. „Zostań ze mną. Ja się tobą zaopiekuję.”

Stali obok siebie, mądry człowiek i młodzieniec. Obok nich przepływał tłum wesołych ludzi oczekujących dalszego mile spędzonego czasu. 

Światło poranka muskało górskie szczyty, kiedy wyszła ostatnia para i młodzieniec ze swym gościem zostali sami w pustym domu. 

Kiedy wszyscy wyszli, wielki dach znikł i gasnące gwiazdy patrzały na tego człowieka, który zaopiekował się rannym koziołkiem. 

Wielkie pnie rozwiały się w powietrzu.

Wielkie filary i potężna kalenica znikły, a mądry człowiek stał na skraju przepaści. 

Urwisko przed nim sięgało podnóża góry, a za nim pionowa ściana wznosiła się ku niebu. 

Uwięziony na skalnej półce, człowiek ten rozglądał się, jak się stamtąd wydostać. Rozglądał się nadaremnie i śmiertelny strach ścisnął mu gardło. 

Znów usłyszał głos szepczący mu coś do ucha. Obejrzał się i zobaczy stojącego obok koziołka. Koziołek miał czerwone pasmo wśród białych włosów po prawej stronie głowy. „Nie bój się, ja się tobą zaopiekuję. Sprowadzę cię bezpiecznie w dół.”

„Damach, mój przyjacielu,” mówił dalej koziołek. „Połóż rękę na moim grzbiecie, idź za mną. Krok po kroku sprowadzę cię z tej półki.”Posłuszny wezwaniu ten mądry człowiek położył rękę na owłosionym grzbiecie zwierzęcia. Koziołek posuwał się naprzód, ale ten człowiek przesunął stopę, ale nie znalazł oparcia.

Szybko cofnął stopę i bał się, co mogłoby się stać, gdyby się choć poruszył. Łzy płynęły mu z oczu. Czuł stojącą obok śmierć.

Czując, że coś było nie tak, koziołek zatrzymał się.

„Damach” powiedział. „Pożyczę ci moje futro.”

Koziołek rozwiązał rzemienie, którymi przywiązane było jego futro, i podał je temu człowiekowi. 

Mówił podając je: „Daję ci mój 'wais', mój płaszcz. Ubierz go, on ci pomoże.”

Drżącymi rękoma ten człowiek zarzucił go na ramiona i zawiązał rzemienie, tak ze płaszcz dobrze się trzymał.

Powiedz 'yahallo hous', co znaczy 'piaszczyste zbocze'.”

Po tych słowach łagodne zbocze piasku pojawiło się u stóp tego człowieka. 

Rozciągało się ono aż do dna doliny, po tym zboczu ten człowiek wraz z koziołkiem zjechali na sam dół. 

Dzięki temu ten mądry człowiek był bezpieczny. Tam, na dnie doliny, odwiązał on 'wais' i podał go właścicielowi. 

„Um goos waal – dziękuję”, powiedział z wdzięcznością.

Kiedy to mówił, piaszczyste zbocze znikło, a w jego miejscu ukazało się dzikie urwisko nad wąwozem pełnym głazów. Na głazach widać było czerwone plamy. 

„Podejdź bliżej”, powiedział koziołek. „Podejdź bliżej i zobacz co to są za plamy.” Ten człowiek podszedł tam z lękiem, krok po kroku.

Zobaczył tam to. czego się obawiał. Oczom jego ukazali się ludzie, a raczej to, co pozostało z ludzi, roztrzaskane na skałach i głazach.

„Widzisz?” mówił koziołek. „Widzisz? To ludzie z twojej wsi. Wczoraj wieczór widzieli Czarodziejskiego Kozła tupiącego w czasie uczty. 

Widziałeś jak ludzie z twojej wsi wychodzili, by spędzić resztę gościny w domach mieszkańców wsi w górach.

Nigdy tam nie doszli. Każdy z nich, skoro tylko wyszedł za próg, spadł w przepaść. Wszyscy się roztrzaskali na tych skałach.

Nikt z nich nie żyje, tylko ty pozostałeś. Spotkała ich zemsta koziego ludu.

Zginęli, ponieważ nie uczyli swoich dzieci dobroci. Ponieważ śmiali się, kiedy koziołek w twojej wsi był przypalany i torturowany. Zignorowali prawo, jakie dał im Gymak, Bóg Stworzyciel. 

Wiedzieli co jest właściwe, ale pozwolili, by działo się zło. Dlatego zginęli.

Ale ty zlitowałeś się nad cierpiącym koziołkiem, zatroszczyłeś się o niego i wyleczyłeś go. Kiedy wróciły mu siły, zabrałeś go do  Stekyawden i wypuściłeś go na wolność. 

Dlatego żyjesz.

Dlatego ja się o ciebie zatroszczyłem i przywiodłem w bezpieczne miejsce. 

Ja jestem tym koziołkiem, o którego się zatroszczyłeś. Idź do swojej wsi i powiedz pozostałym tam ludziom co się wydarzyło. 

Powiedz im, by przestrzegali prawa, które które dał nam Gymak, by mieli współczucie i by nie zabijali bez potrzeby.”

Jedyny ocalały poszedł do wsi Tum-l-Hama nad brzegiem rzeki Skeena.

Tam nastała wielka żałoba. 

Ten mądry człowiek przyprowadził mieszkańców do owego nieszczęsnego wąwozu.

Na własne oczy zobaczyli co się stało z ich dumnymi wodzami, ze starszyzną, z mędrcami.

Nazwali to miejsce L-la-Matte, czyli miejsce, gdzie górskie kozy podejmowały ludzi ucztą. Do dziś to miejsce nosi tę nazwę. 

Od tego też dnia lud Mdeek nosi na nakryciu głowy herb jednorogiego kozła.

Wnętrze jednego z domów we wsi Ksan



więcej spolszczonych tekstów z różnych kulturmożna znaleźć w książce "ZIELNIK LITERATURY":



Friday, July 2, 2021

EMIGRACJA '81

 

Nic nie ma. Co jest?

     Mięsa nie ma. Masła nie ma. Sera nie ma. Co jest? Krowy wzdychały? Kolejki są. Za czym pani stoi? Za margaryną, panie. Za wolność waszą i naszą. Mieli rzucić. Jak psu, panie. Ale Bezpieczeństwo jest. Uważaj pan, może capnąć. Ściany mają uszy. Nie, dzisiaj już nie. Dzisiaj mikrofony. Chodzą z teczuszką. Tamten w szarym prochowcu. Już piąty raz dzisiaj. Patrzy w witrynę. Rzeźnika. Puste haki. Ale łypie kątem oka.

Nędza jest, panie. Spójrz pan na ulicę. Szarzy ludzie. Wszyscy szarzy. Muszą robić w pocie. Pensja ledwo starcza. Złotówka gówno warta. Ale muszą robić. Kuchwale ojczyzny. Socjalistycznej oj. Kiem radzieckim na czele. Nie da się zeskrobać. No z tego czoła. Ale robić muszą. Jacy tam współwłaściciele. Robią co im każą. Armatki wodne. Broń dla Bezpieczeństwa. Tarcze dla ZOMO.

Ale ostatnio, proszę pana, ludzie mają trochę nadziei. To ta wiosna osiemdziesiątego pierwszego. Były strajki, były pertraktacje, trochę popuścili. Przyznali trochę wolności. Z centralnej puli porozdzielali, najwięcej na Gdańsk i Katowice.

Tylko marnie ta ich wolność się przedstawia. Jakby ją psu z gardła wyciągnięto. Wolność drugiej świeżości, proszę pana. Mięsa nie ma. Masła nie ma. Sera nie ma. Podobno wyrzucają w lesie. Sąsiadka mówiła. Do rowu. Przyjeżdżają ciężarówką i wyrzucają masło do rowu. Przecież pani kochana wszystkie krowy naraz nie wyzdychały.

Niestety, komuna stoi. Mocarstwa ościenne są. Oferują bratnią pomoc militarną. Bezpieczeństwo jest. Przyjdzie czas, to wkroczy. Milicjanciki na ulicach są. Chodzą parami. Różowe policzki. U boku dynda biała pała. Niestety, komuna stoi, tylko na razie siedzi i czeka. Przegrupowanie.

Mi nie dadzą. Nie sądzę. Rok temu odmówili. I skreślili pieczątkę w dowodzie. No tak, złożyć zawsze można. Wypisanie formularza kosztuje tylko dziesięć złotych. Próba nie strzelba. Podanie nie broń. Można złożyć.



1.

Poznań o poranku

...to lekkie podniecenie które towarzyszy mi zawsze kiedy rozpoczynam nową ważną podróż, to lekkie podniecenie o poranku, był miły i świeży poranek w połowie czerwca kiedy szliśmy raźnym krokiem w kierunku dworca mijając nieświeże czynszowe kamienice a potem świeży i zielony o poranku park, szliśmy raźnym krokiem ku dworcowi i ja miałem w plecaku wszystko co potrzebne w ciągu kilkuletniej podróży, w kieszeni wprawdzie tylko pięć zachodnich marek, ale co tam, byle się wydostać, tam już człowiek sobie jakoś poradzi, Marysia tym razem była bez plecaka bo miała dojechać do Tybingi za miesiąc, teraz mnie tylko odprowadzała... Tak, dostałem paszport, śliczny niebieski zeszycik ze złotymi literkami na okładce, jacyś panowie w cywilu zezwolili mi na nową ważną podróż, odczekałem swoje kilka godzin w nieprzyjemnym marmurowym wnętrzu policyjnego urzędu, bez wielkiej nadziei, co piętnaście minut ktoś wchodził do pokoju za żółtobrązowymi drzwiami i potem wychodził i albo miał paszport albo nie, jakaś dobrze ubrana i pewna siebie kobieta wyszła bez i potem jeszcze przez pół godziny siedziała w hallu, piekliła się, nie mogła uwierzyć, przecież ona powinna dostać, już zaplanowała całą podróż a tu jej odmawiają, więc nie miałem specjalnej nadziei, ale wszedłem za te sraczkowate drzwi i tam siedział za biurkiem gładko ogolony i krótko przystrzyżony pan w cywilu, ten sam co rok wcześniej mi powiedział że mu "bardzo przykro" (już wierzę, szczególnie w to "bardzo") "ale odpowiedź negatywna", ale tym razem wstał, pogrzebał w pudełku i wyjął zeń granatowy zeszycik przeznaczony dla mnie, musiałem mu dać w zamian zielony zeszycik który nie jest już taki śliczny bo nie umożliwia żadnej podróży ani nic, a jedynym jego zadaniem jest być zawsze przy mnie na wypadek gdyby jakiś uliczny patrol zwątpił w moją tożsamość i zażądał jej dowodu; dostałem paszport, miałem go teraz w specjalnej dżinsowej sakiewce zawieszonej na szyi, dyndał w okolicy serca... Świeży poranek, jeszcze lekka mgiełka, wchodziliśmy na Most Dworcowy i widzieliśmy jak w krzaczkach obok wygramoliwuje się z nocnego leża Hemingway, w tych samych niemożliwie brudnych waciakach co zawsze, z tym samym plecaczkiem co zawsze, ze swoją siwiutką hemingwayowską brodą tak samo brudną jak zawsze; po moście jechał tramwaj szybkobieżny, czternastka, na Górczyn.

Lubię Poznań o poranku! Lubię Poznaniaków o poranku! Tych Poznaniaków co skrzętnie wyrzucają śmieci do koszy i dlatego ulice miasta są jako tako czyste, Poznaniaków dumnych ze swych międzynarodowych targów których budynki bielały przed nami na wprost Mostu Dworcowego, pracowitych Poznaniaków jadących rano do roboty czternastką na Górczyn i tych jadących w przeciwnym kierunku, w przegubowym wagonie szóstki na Maltę, lubię Hemingwaya i wszystkich penerów w okolicy dworca i także tych w okolicy Rynku Łazarskiego cedzących berbeluchę przez chleb w bramach przy ulicy Lodowej, i tego co mrugał do mnie porozumiewawczo widząc jak dwóch różanolicych milicjantów sprawdza moje dokumenty, jego wylegitymowali moment wcześniej i potem mrugał do mnie z uśmieszkiem w swoich zakiranych oczkach; powiedziałbym nawet, że darzę pewną sympatią tego ubeka co chodził za mną krok w krok w odległości pięciu metrów i ja go co chwila obśmiewałem, chodziłem zygzakiem i w pętelki i pokazywałem palcem spotkanym znajomym, a on mi w końcu powiedział: "Panie Władziu, tak nas pan nie lubi, a przecież gdyby pana napadli chuligani, to byśmy pana obronili"; ba, darzę nawet pewną sympatią tego pana w cywilu za sraczkowatymi drzwiami co mi wręczał mój śliczny paszporcik, nie z wdzięczności, o to mnie proszę nie podejrzewać, darzę tego pana sympatią z tego powodu, że on również, mimo wszystko, jest człowiekiem. I lubię ten poznański Dworzec Główny na który raz po raz wjeżdżają międzynarodowe pociągi i dlatego zawsze pobudzał moją wyobraźnię, szczególnie w takich momentach jak kiedy pracowałem nocami na dworcowej poczcie przy rozwożeniu paczek na pociągi i kierowca transportera z którym pracowałem zatrzymywał się o drugiej nad ranem na peronie drugim, wtedy akurat wjeżdżał pociąg z Hoek van Holland do Warszawy, z pociągu wysiadał jakiś Niemiec z kupą bagażu i prosił żebyśmy mu ten bagaż zawieźli na postój taksówek i potem wręczał nam po zachodniej marce... Tym razem ja miałem wsiąść do międzynarodowego pociągu jadącego ku zachodowi.

Zeszliśmy z mostu, nie wchodząc już do budynku dworca weszliśmy prosto na peron pierwszy. Na peronie ludzie już czekali, ale niezbyt było tłoczno, bo to mimo wszystko pociąg międzynarodowy. W umówionym miejscu, pod tablicą informacji turystycznej, nad górą bagażu czekali Jacek i Piotr.

"Cześć Włodek, cześć Marysia" przywitał nas Jacek nie wyjmując rąk z kieszeni.

Jacek stał z rękami w kieszeniach, ze wzrokiem utkwionym gdzieś w nieokreślonej dali, proste blond włosy opadały mu na oczy; Piotr przechadzał się tam i sam, wokoło. Dziwiłem się tej ich kupie bagażu, było tam pięć kawałków, Jacka plecak i jamnikowa torba którą sobie kupił jak był w Tybindze w zeszłym roku, Piotra tłusto wypchany plecak i dwie równie tłusto wypchane torby, a my tymczasem pociągiem mieliśmy jechać tylko do Berlina, dalej autostopem. Pokazałem chłopakom tabliczkę, jaką przygotowałem w domu na autostop: dużymi czerwonymi literami z czarnym cieniem napis BUNDESREPUBLIK, to po to żeby wydostać się z Berlina, wszystko jedno czy w stronę Hanoweru, czy Norymbergi. Tymczasem na peron wjechał pociąg ciągniony przez polską zieloną lokomotywę, którą po chwili wymieniono na bordową enerdowską. Wśród ludzi na peronie poruszenie, łapanie za walizy, myśmy również złapali za nasze liczne toboły, podeszli do naszego wagonu kiedy pociąg był jeszcze w ostatnim wolniutkim ruchu...

Lata osiemdziesiąte na poznańskim dworcu

     Pożegnania, pożegnania, ostatnie słodkie buzi, jeszcze na peronie, potem ostatni dotyk ręki przez okno powoli ruszającego pociągu, potem ostatnie pomachanie... Marysia stała na peronie i wiaterek poruszał jej znakomite długie jasne włosy...

Więc znów na drodze. Lubię być znów na drodze, choć rzadko mi się zdarza jechać ekspresowym pociągiem z miejscówką w przedziale z miękkimi siedzeniami. Dwa tygodnie temu też jechałem pociągiem, trzysta kilometrów ku wschodowi, czyli do Warszawy, była to noc a pociąg był pocztowy, nie przeznaczony dla pasażerów, ale jeśli się o nim wie, przyjdzie na czas na dworzec i da konwojentowi w łapę to można pojechać, wypada to taniej bo konwojentowi starcza połowa ceny normalnego biletu, a do tego unika się tłoku; jechałem takim pociągiem dwa tygodnie wcześniej, leżałem na workach z pocztą bo konwojent mnie tam wpuścił żebym się mógł przespać, wracałem trzy dni później do Poznania tym samym pociągiem; moja podróż trzysta kilometrów ku wschodowi była również w ramach załatwiania mnóstwa rzeczy po to, bym teraz mógł jechać międzynarodowym pociągiem dwieściekilkadziesiat kilometrów na zachód, jechałem po niemiecką wizę, żeby dostać tę wizę trzeba było czekać trzy dni w kolejce na ulicy przed konsulatem Erefenu, Niemcy dawali wizę praktycznie każdemu tylko mieli taką samą procedurę co zawsze, jakoś ich nie wzruszało że w Polsce nagle zrobiło się liberalnie i tysiące ludzi dostało paszporty, więc byłem w Warszawie trzy dni po to żeby zamienić pięć słów z urzędnikiem, Jacek załatwił sobie to samo dopiero przedwczoraj i wczoraj wieczorem przyszedł do mnie z Piotrem, swoim kumplem z którym miał wspólnego bzibzia na punkcie fotografii i z którym coś robił w jakiejś pracowni fotograficznej; przyszli o siódmej, pukanie do drzwi, "Włodas, wszystko załatwione, jedziemy kupić bilety, jedziesz z nami? Taryfa czeka na dole" stali w drzwiach, Jacek niski blondyn, proste włosy opadające na oczy, Piotr słusznego wzrostu i dobrze odżywiony, z krótkimi brązowymi loczkami; taryfa była rozklekotaną warszawą, ale kiedy jechaliśmy na dworzec niebo nad miastem było fioletowe i już wtedy zaczęło się to lekkie podniecenie, a teraz jechaliśmy w przedziale dalekobieżnego międzynarodowego pociągu jadącego dwieściekilkadziesiąt kilometrów na zachód... NA ZACHÓD, to dwieściekilkadziesiąt kilometrów (do zachodniego Berlina) było tak daleko, że ledwo wyobrażalnie, to już kraina legendarna, kraina z bajki, z literatury science-fiction...

W naszym przedziale siedziały dwie dziewczyny ale obie były jakieś takie niezbyt mrawe, błękitna u jednej a zielonkawa u drugiej powieczka, puderek na nosku i szmineczka na usteczkach, (no jakżeby inaczej, przecież trzeba jakoś wyglądać na Zachodzie), na obie już ktoś miał w Berlinie czekać na stacji Zoo. Za oknem przesuwał się zielony i płaski krajobraz Wielkopolski oświetlony przedpołudniowym słońcem. Podnieśliśmy się z naszych miękkich siedzeń by pójść do "Warsu" na piwo, ostatnie za złotówki. W "Warsie" prawie pusto, barman z wąsami jak Wałęsa miał poznańskie "Ratuszowe" w ćwierćlitrowych buteleczkach. Piotr coś gadał z pewną ilością sensu, ale niezbyt dużą; Piotr był szczególnie podniecony, bo jeszcze nigdy nie był na Zachodzie. Przejechaliśmy Zbąszynek i Rzepin, potem wróciliśmy do przedziału. Pociąg wtoczył się na stację w Kunowicach.

Kunowicie, Kunowice, odetną cię jak nożyce. Za oknem zielono i płot z drutem kolczastym. Pewien lęk wisiał w powietrzu, jeszcze się mogło przypierdolić Bezpieczeństwo, wyjąć z pociągu, nigdy nic nie wiadomo dopóki się jest w komunie. Czekanie: pół godziny, trzy kwadranse. Ale w końcu i przez nasz pociąg przeszedł zielony żołnierz i sprawdził paszporty, a szarozielony celnik pytał ile mamy dewiz. Ja miałem pięć marek, wedle przepisów powinienem mieć trzysta, ale można wyjechać na kumpla, a Jacek miał tysiąc. Celnik nie miał obiekcji i poszedł dalej.

Kunowice, Kunowice; w końcu pociąg ruszył i przejechaliśmy most na "granicy pokoju", minęliśmy klockowate bloki na przedmieściach Frankfurtu, potem jechaliśmy przez zielony krajobraz Brandenburgii, w większości przez las, a wjechaliśmy na przedmieścia wschodniego Berlina i jechaliśmy nad dachami tej połowy miasta w której życie jest szare i komunistyczne, ale tym niemniej pełne zwykłych ludzkich pasji; zawsze mi to przychodzi na myśl kiedy patrzę z wysoka na wielkie miasto albo tak jak teraz, mijając je z wysokości kolejowego nasypu i patrząc w głąb ulic sennych w sobotnie przedpołudnie, na powoli sunące beżowe tramwaje, na wielkie napisy popierające w języku niemieckim komunizm i produkcję oraz na przechodniów, z których większość prawdopodobnie ma dupie produkcję i komunizm, za to ma swoje ludzkie pasje, których się mogę tylko domyślać. Jechaliśmy przez Berlin, przedmieścia zmieniły się w wielkie miasto, potem już z okien było widać tylko szerokie torowisko i wjechaliśmy na Ostbanhof, szary i nieprzyjemny dworzec pod zasyfionym szklanym sklepieniem. Tu odczepiono wagony przeznaczone do wschodniego Berlina, a nas przewleczono kawałek dalej, na Friedrichstrasse, gdzie jest przejście graniczne i gdzie znowu jakieś celniki sprawdzały cały pociąg. Lęk jeszcze wisiał w powietrzu, to przecież jeszcze komunistyczny aparat przemocy, nigdy nie obliczalny, wyjrzawszy przez okno można było zobaczyć w obu końcach peronu sylwetki enerdowskich żołnierzy z kałaszami w rękach stojących nieruchomo w lekkim rozkroku, z rozszerzonymi nieco w udzie nogawkami, pod kołami całego pociągu przebiegał policyjny pies, na dachu też było słychać jakiś tupot nóg. W końcu Enerdowcy skończyli swoją ścisłą kontrolę, pociąg ruszył i po chwili, przylepieni wszyscy do okna, patrzeliśmy jak pod nami przesuwa się ku wschodowi...

...największa popelina Europy naszego czasu! Cięcie przez żywą tkankę! Beton wmurowany w żołądek! Elektryczne ogrodzenie i karabiny strzelające automatycznie do wszystkiego co się rusza! Popelina! Popelina! Odwaga tych co próbowali i trupy tych co nie zdołali! Skurwielstwo tych co pilnują! Bezwstyd tych co twierdzą że tak powinno być "dla dobra Europy i świata"! ...środkiem szerokiego pasa między zasiekami jechał powoli pancerny samochodzik.



A potem była już stacja Belin Zoo, to już Zachód, odczucie ulgi, nie ma komuny, Bezpieczeństwo nie zagraża, to trochę tak, jakby się człowiek wydostał z wsysającego bagna na twardy brzeg. Dziewczyny z naszego przedziału wychylały się przez okno, machały rękami, na peronie ktoś odmachał, podbiegł, jakieś wzruszenie; my z tobołami na plecach (Piotr także z tobołami w rękach) wyszliśmy na peron, w dół do hallu, ale dalej nie wiedzieliśmy jak się ruszyć, to znaczy wybieraliśmy się na autostradę ku zachodowi, ale nie mieliśmy pojęcia jak tam dotrzeć. Na ścianie wisiała mapa całego Berlina; wynikało z niej, że powinniśmy pojechać do Wannsee, ale nie wynikało z niej jak. Jacek zapytał jakiegoś przechodnia: "Verzeihung, nach Wannsee fahren?", a na to tamten (po polsku)

"Do Wannsee? Do Wannsee to panie najlepiej esbaną, ale uważaj pan, bo esbana jest prowadzona przez komunistów ze wschodniego Berlina."

Więc nie zwlekając, bo już było południe a myśmy mieli przed sobą daleki autostop, a w dodatku była sobota, czyli w tej części świata wochenenda, wyszliśmy na peron kolejki nadziemki, Jacek kupił nam bilety (bo Piotr akurat taki sam bogaty jak ja); peron był cichy i pusty, poza nami tylko dwie osoby, czysto ale nie błyszczało Zachodem, tylko kilka reklam na ścianie poczekalni, reklama DEUTSCHE BUNDESBAHNEN: pociąg sunący przez malowniczy krajobraz Szwabii, jakiś zamek na skale... Nadjechała kolejka, wsiedliśmy, pasażerów w naszym przedziale było zaledwie kilku, kolejka śmigała nad dachami, parkami, autostradami przecinającymi miasto...

Wansee, przedmieście pełne zieleni, słoneczne wczesne popołudnie, chłopak zapytany o drogę na autostradę wskazał nam ręką mówiąc że to pół kilometra wzdłuż parku, że wyjdziemy tam na dużą stację benzynową akurat przed przejściem granicznym i że gdzie mamy stopować to zobaczymy, bo na pewno będzie mnóstwo autostopowiczów. Poszliśmy aleją przez park, schludnie ubrani Niemcy przechadzali się spacerowym krokiem czyli tak właśnie jak należy w sobotnie wczesne przedpołudnie; piszę "schludnie ubrani", ale na nas to robiło wrażenie dodatkowe, ci przechodnie byli ubrani w każdym centymetrze inaczej niż ludzie w kraju w którym byliśmy trzy godziny temu, tu każdy guzik lśnił lepszością, ulicą za drzewami mknęły lśniące auta z krainy przyszłości, a my, z naszymi tobołami wypchanymi wałówą do granic możliwości (żeby nie wydawać pieniędzy na żarcie tak długo jak to możliwe), my w naszych ubraniach gorszej jakości - czuliśmy się jak prawdziwe penery, które na dodatek zabłąkały się do nie swojej bajki.

Istotnie wyszliśmy na stację benzynową z jaskrawoczerwonym budynkiem restauracji, ale wszystko było pozamykane i puściutkie. Nie dziw, bo autostrada i przejście graniczne były, ale nic tam nie jechało. Ale tłumek autostopowiczów był, stał tam, gdzie autostrada się kończyła, a przejście jeszcze nie zaczynało, my też tam zeszliśmy, rzuciliśmy nasze toboły pod barierką oddzielającą stację benzynową od pobocza autostrady, mniej więcej pośrodku tłumku, wyjęliśmy naszą tabliczkę z kolorowym napisem BUNDESREPUBLIK i... nie jechało żadne auto, nic, wyglądało to trochę nierealnie, ta opuszczona stacja benzynowa, ta autostrada o absolutnie doskonale utrzymanej nawierzchni ale ruchu nie większym niż autostrada ze Szczecina do Chociwela, te drogowskazy do Hanoweru i Norymbergi i ta wielka tablica ostrzegawcza że amerykańska strefa okupacyjna się kończy i za przejściem granicznym obowiązują enerdowskie przepisy drogowe, przede wszystkim ograniczenie prędkości do stówy, i ten tłumek autostopowiczów... Na początku tłumku doskonały punk w czarnej skórzanej kurtce, z łańcuchem na szyi, z pasem o wystających srebrnych kolcach, włosy ufarbowane na ogniście rudo i z przodu przystrzyżone na jeża, a z tyłu opadające na plecy; obok dwóch niskich chłopaków ubranych też na czarno ale bez łańcuchów, na nogach lśniące glany, głowy całe na zapałkę, tylko każdy pół głowy miał ufarbowane na zielono; dalej dwóch chłopaków o ruchach (rzekłbym) miękkich, ubranych całkowicie na biało, w sandałach, z bagażem w postaci foliowego worka oraz dwóch kasetofoników, z słuchawkami na uszach, drgali w rytm muzyki przez nich tylko słyszanej; chłopak ubrany od dołu do góry na beżowo z drobniutką dziewczyną w zbyt dużym czarnym płaszczu i wspaniale rudych (nie farbowanych) włosach; jeden chłopak miał wygląd sprzed dekady: długie włosy, rozciągnięty sweter, połatane dżinsy, boso; inny był schludny, krótko przystrzyżony, z przystrzyżoną bródką, w czerwononiebieskim swetrze z wzorkiem i ciężkich górskich butach, stał na końcu tłumku, a przy jego nodze schludny czerwony plecak... To lubię: kolorowość, fantazja, pluralizm. Niech żyje anarchia w ubiorach! Niech żyje anarchia we fryzurze i kolorze włosów! Autostop? Auta nie jadą? Czym się przejmować? Byliśmy w wolnym kraju, nie musieliśmy się bać że nas capnie Bezpieczeństwo bo Bezpieczeństwa tutaj nie ma. Czym się przejmować? Czas się nie liczył, byliśmy w kraju przyszłości, stacja benzynowa, choć nieczynna, lśniła żółtą i czerwoną farbą made in West Germany...

Nadjechało auto, pierwsze od dziesięciu minut, groszkowozielone BMW, tłumek się poderwał, każdy wystawił swoją tekturową tabliczkę z nazwą jakiegoś miasta w Republice Federalnej: Nürnberg, Dortmund, Köln, Hannover, ktoś miał nawet Tübingen, myśmy wystawili naszą BUNDESREPUBLIK, ale auto minęło nas nie zatrzymując się i tłumek zaraz się uspokoił, niektórzy usiedli na krawężniku (my między innymi), po dziesięciu minutach jechało następne auto, czerwony volkswagen golf, tłumek się poderwał, volkswagen nas minął... W końcu po pół godzinie ktoś zabrał tych z zielonymi głowami, ale za to na szosę przyszło dwóch nowych, po następnych czterdziestu minutach znów ktoś został zabrany, ale znów ktoś inny doszedł i tak czas przepływał, robiło się późne popołudnie...

Rozmawialiśmy z tymi chłopakami co słuchali kasetofoników, urządzenia z krainy przyszłości, nieznanego w kraju w którym byliśmy kilka godzin wcześniej, jechali do Hiszpanii, to że auta nie jechały nie wzruszało ich specjalnie, mieli całe wakacje czasu, w foliowym worku mieli płatki owsiane wymieszane z orzechami i rodzynkami, jedli tę mieszaninę garściami, częstowali nas... jednemu znudziły się słuchawki i dał mi posłuchać i przez następne pół godziny siedziałem na krawężniku kiwając głową w rytm muzyki, Dire Straits, wspaniała muzyka, kolorowe samochody, kolorowi autostopowicze, wszystko stało się jeszcze bardziej nierealne, popołudniowe słońce, wszystko to niemożliwe, czułem się jak w filmie, albo jak w bańce mydlanej: ja, nie z tej rzeczywistości...

Chłopak ubrany na beżowo siedział na ziemi, a ruda dziewczyna w płaszczu na nim, ale nie całkiem siedziała, tylko miarowo się poruszała w górę i w dół, w górę i w dół... (ale nie niepokój się czytelniku, oboje byli w spodniach). Na autostradzie pojawiła się dziewczyna na motocyklu, nadjechała, przed przejściem zawróciła i ruszyła z powrotem z maksymalnym przyśpieszeniem, po jakimś czasie znów się pojawiła... gigantyczna maszyna yamaha, dziewczyna była na niej bardzo pochylona, właściwie leżała, widać było jak się rozkoszuje szybkością; Jackowi błyszczały oczy, mówił że swojej tak by nie pozwolił, ale za tą wodził wzrokiem, dziewczyna była ubrana na czarno, spod kasku wypływały długie blond włosy...

Popołudnie robiło się coraz późniejsze, całkiem późne, słońce zaszło; chłopak jadący do Hanoweru został zabrany i swoją tabliczkę zostawił na szosie, podniosłem tę tabliczkę i zacząłem łapać na nią rozumując, że o tej porze tam mamy największą szansę, bo to najbliżej. Widać rozumowanie było słuszne bo po pół godzinie (już było ciemno, ale w miejscu gdzie staliśmy były latarnie) zatrzymało się auto, zielony volkswagen jetta, kierowca zapytał kto do Hanoweru, wiara z tłumku zawołała do nas że mamy auto, kierowcą był chłopak w naszym wieku z kędzierzawą brodą, który widząc nasze toboły wysiadł i otworzył bagażnik, ale i tak wszystko się nie zmieściło (och ten Piotr) więc dwię torby musieliśmy trzymać na kolanach, Jacek usiadł na przednim siedzeniu, my z Piotrem z tyłu. Kierowca się przedstawił, miał na imię Hans.

Wjechaliśmy na przejście, znów dokładna enerdowska kontrola. "Polnische Paßen?" spytał zdziwiony Enerdowiec w szarym mundurze, sprawdzał dokumenty dokładnie, porównując każde zdjęcie z każdą twarzą, ale w końcu oddał nam paszporty i kazał jechać.

Hans ruszył, wjechaliśmy na enerdowską autostradę. Oznakowana prawidłowo, ale jakaś taka mroczna w porównaniu z kawałkiem na którym przed chwilą staliśmy, papierki odblaskowe przylepione do przydrożnych słupków ledwo było widać w ciemności.

Poczucie powtórnego wdepnięcia w gówno. Znów w komunie, coś w rodzaju mdłości. A tymczasem Hans jechał powoli, nie przekraczając stówy, tu taki przepis, a czy można się dziwić, że nie chciał mieć do czynienia z enerdowską skowernią? Powoli mijaliśmy skrzyżowanie z autostradą do Rostoku, potem mijaliśmy Brandenburg. Rozmawialiśmy z Hansem o Solidarności, bardzo go to interesowało, mówił że chciałby mieć przypinany znaczek Solidarności, miałem przy sobie znaczek z pomnikiem poznańskiego Czerwca, dałem mu jeden. Za Magdeburgiem Hans chciał się zatrzymać na enerdowskim serwisie, ale okazało się, że zamknięty w sobotę, widzieliśmy go tylko z zewnątrz: czysty, ale szarawy. W toku rozmowy Hans spytał gdzie zamierzamy się zatrzymać w Hanowerze, powiedzieliśmy że nie mamy pojęcia, że wyjeżdżając z Poznania w ogóle nie wiedzieliśmy w jakim mieście zatrzymamy się na noc (tego, że w Hanowerze mieszkała moja stara przyjaciółka Krzysia nie chciałem mówić, tak czy owak nie poszlibyśmy do niej w tej sytuacji: penerów szukających noclegu). Hans myślał o czymś, ale nic nie mówił.

W końcu po trzygodzinnej jeździe mroczną enerdowską autostradą (stanowczo zbyt długo biorąc pod uwagę poczucie mdłości) dojechaliśmy do Marienborn, przejścia granicznego do Republiki Federalnej. To wreszcie miało być ostateczne przejście na Zachód, za nim można już było jechać nie zatrzymując się aż dopiero nad brzegiem Atlantyku, już prawie czułem zapach atlantyckiej bryzy... Przejście graniczne jaskrawo oświetlone różowym światłem jarzeniówek, Hans podjechał do budyneczku kontroli, Enerdowiec zabrał dokumenty, "Polnische Paßen?" sprawdzał je dokładnie strona po stronie, przyglądał się zdjęciom z odległości wyciągniętej ręki, pochylając się zaglądał do auta czy zdjęcia zgadzają się z twarzami...

Wiatr Atlantyku?

Enerdowiec w mundurze mierzy mnie wzrokiem...

Krajobraz komuny



Tu są tylko fragmenty, całość w formie książki można zamówić w portalu lulu.com: