Tuesday, January 22, 2019

Czerokisi

Wódz Czerokisów Bill Baker na mustangu

Wodzowie jadą na czele na mustangach.
Pierwszy mustang maści niebieskiej, jedzie na nim wódz Czerokisów Bill John Baker i jego małżonka. Siedzą z tyłu, wysoko, kłaniając się tłumom i machając im ręką. Drugi mustang szary, jedzie na nim wice-wódz Joe Crittenden, z małżonką. Na trzecim mustangu jedzie gość z sąsiedniego szczepu, wódz Muskoginów James R. Floyd. Dalej jedzie rada szczepu, reprezentacje różnych czerokiskich organizacji, potomkowie Murzynów-wyzwoleńców, czerokiscy sędziowie, czerokiska policja, młodzież z czerokiskich szkół. Są nawet czerokiskie orkiestry dęte. Wszyscy defilują główną ulicą miasta Tahlequah, przed budynkiem czerokiskiego Kapitolu.
Później jest orędzie do narodu wygłaszane przez wodza Bakera na skwerze przed Kapitolem. Spotkanie otwiera ceremonia wciągnięcia na maszt dwóch flag: Stanów Zjednoczonych i szczepu Czerokisów. Zaraz potem chórek dziewcząt ubranych w kwieciste suknie śpiewa hymn Stanów Zjednoczonych w języku czerokiskim. Te kwieciste suknie wyglądają trochę jak stroje gospodyń wiejskich z XIX wieku, ale najwyraźniej tu są uważane za czerokiski strój ludowy. Po odśpiewaniu hymnu głos zabiera przywódca duchowy szczepu.
"Widzicie tego ptaka wydrukowanego na ulotkach? To jest żuraw, symbol dzisiejszego święta. Żuraw był zawsze czczony przez Czerokisów. Wielcy wojownicy ubierali jego pióra, kiedy udawali się na medytację. Pióra żurawia nie były używane do ozdoby, tylko do medytacji. Pozyskiwano je łapiąc ptaka żywcem, potem go wypuszczano. Żuraw mieszka zawsze w pobliżu wody i to ma związek z tematem dzisiejszej ceremonii: WODA JEST ŚWIĘTA. A teraz błogosławieństwo. Niech was błogosławi Bóg Ojciec, Bogini Matka, Boże Dziecię i Duch Święty".
Oficjalna część święta Czerokisów
Wódz Baker też podejmuje wątek świętości wody. "Woda jest święta, a my jesteśmy tu po to, by naszym potomkom w siódmym pokoleniu zapewnić taką samą wodę, jaką my pijemy. Dlatego też niektórzy spośród Czerokisów pojechali wspierać obrońców wody w rezerwacie Standing Rock na północy." Ale większość orędzia dotyczy budżetu szczepu i tego, jak dobrze jest on wykorzystywany. Wsparcie dostała grupa młodzieży, która rowerami wybrała się odtworzyć trasę szlaku łez. Chata Sequoi, obecnie muzeum, została wykupiona z rąk prywatnego właściciela, który chciał muzeum zamknąć z powodu zbyt małej liczby odwiedzin. Przyjęto również do szczepu potomków Murzynów, których Czerokisi musieli wyzwolić po wojnie secesyjnej. Murzyni owi nie byli członkami szczepu, ale ostatnio Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych orzekł, że mają do tego prawo, a następnie Sąd Najwyższy Czerokisów przyznał im obywatelstwo.
Zaraz zaraz, chwila moment. Jacyś Murzyni domagają się, żeby ich przyjąć do indiańskiego szczepu? To by znaczyło, że ten budżet jest rzeczywiście całkiem dobrze zarządzany. Najwyraźniej bycie członkiem szczepu Czerokisów niesie ze sobą jakieś korzyści. Ale jakie?
I jeszcze jedno zaraz zaraz. Jak to - wyzwoleńcy? Czyżby to znaczyło, że Czerokisi przed wojną secesyjną mieli niewolników?


***
W historycznym centrum miasta Tahlequah stoi budynek Kapitolu. Jest to imponujący budynek z czerwonej cegły, zbudowany na planie kwadratu, z wielkimi oknami i sygnaturką na dachu. W latach 1869-1907 służył on jako siedziba władz Republiki Czerokisów.
Tu trzeba dopisać tę irytującą wstawkę, ponieważ wszyscy czytelnicy spodziewają się, że wodzowie szczepu Indian w XIX wieku powinni się spotykać w namiocie rady, a nie w jakimś Kapitolu z czerwonej cegły. W końcu to Oklahoma, terytorium Indian, którzy powinni ganiać po prerii w pióropuszach. Konieczna jest więc ta wstawka rozwiewająca mit stworzony przez Buffalo Bila i podtrzymywany przez pop-kulturę, w tym również takie pozornie sprzyjające biednym Indianom książki jak "Pochowaj me serce w Wounded Knee". Książki takie, skierowane do potencjalnego lewicowego nabywcy, podtrzymują obraz Indianina jako cywilizacyjnie prymitywnego. Jest to obraz oparty na wyrywkowych informacjach i dlatego fałszywy.
Czerokisi to największy szczep Indian w Stanach Zjednoczonych, ale jego historia nijak nie pasuje do stereotypu. Jest to jeden z tak zwanych "pięciu cywilizowanych szczepów", klasyfikowanych tak, ponieważ już w XVIII wieku ich członkowie przejęli metody gospodarowania swoich białych sąsiadów. W ciemię bici nie byli i przyuważyli dość szybko, że pole zaorane wołami i nawiezione tym, co woły po sobie zostawią daje większy plon i przy mniejszym nakładzie pracy, niż pole na kawałku lasu karczowanym na nowo za każdym razem, kiedy stare pole wyjałowieje. Przyuważyli również, że wołowinę pasącą się na łące za domem łatwiej wrzucić do gara niż jeleninę, za którą trzeba się uganiać po lesie. Na domiar wszystkiego przekonali się, że do pracy w polu można wysłać kupionego Murzyna.
Ale nie tylko o gospodarkę chodzi. Czerokisi na początku XIX wieku stworzyli republikę na wzór Stanów Zjednoczonych, z konstytucją, parlamentem (który tylko w nazwie był "radą szczepu") i prezydentem (tylko w nazwie "wodzem").W konstytucji, uchwalonej w 1827 roku, jest jasny zapis, że ziemia szczepu jest wspólna i ktokolwiek ją sprzedaje komuś spoza szczepu, ten podlega karze śmierci. Zapis ten powstał dlatego, że w XVIII wieku biali kupowali ziemię od wodzów poszczególnych wsi, w wyniku czego terytorium szczepu niebezpiecznie się kurczyło. Było to w czasach, kiedy Czerokisi mieszkali w górach na terenie dzisiejszych stanów Georgia i Północna Karolina. Stolicą kraju Czerokisów była miejscowość New Echota w dzisiejszej Georgii. Funkcję prezydenta pełnił wówczas wódz John Ross.
Kapitol w Tahlequah

Wódz John Ross wyjątkowo nie pasuje do stereotypu wodza Indian. Nie dość że chodził w surducie i cylindrze, ale też zamiast wojować ze Stanami Zjednoczonymi wytoczył im proces, który wygrał. Orzekający wówczas sędzia Marshall stwierdził, że szczep Indian stanowi byt polityczny odrębny od Stanów Zjednoczonych, od którego rząd Stanów może kupić ziemię, ale nie może go zmusić do sprzedaży. Orzekł on również, że ponieważ szczep jest odrębnym bytem politycznym, na terenie przezeń zajmowanym nie obowiązuje prawo stanowe, tylko prawo tego szczepu. Tymczasem prezydent Andrew Jackson, prowadzący politykę wysiedlania Indian za Missisipi, orzeczenie to zignorował. Wprawdzie prezydent republiki czerokiskiej, czyli wódz John Ross, nie chciał mu sprzedać ziemi szczepu, ale czy to problem? Prezydent Jackson i tak znalazł kogoś, kto mu podpisał odpowiedni dokument. Dokument ten obiecywał Czerokisom ziemię w Oklahomie (którą Stany Zjednoczone kupiły parę lat wcześniej od Napoleona) w zamian za ziemię na terenie stanu Georgia. Dokument podpisał Major Ridge, który był wprawdzie wpływową postacią wśród Czerokisów, ale nie miał kompetencji by taki dokument podpisać. Jednym z sygnatariuszy był też Elias Boudinot, redaktor czerokiskiej gazety, który jako redaktor też był oczywiście wpływową postacią, ale nie nie miał większych kompetencji do podpisywania takich dokumentów, niż powiedzmy Adam Michnik.
Bo Czerokisi (ach te stereotypy) mieli wtedy swoją gazetę. Nazywała się ona "Cherokee Phoenix" i wydawana była synoptycznie w dwóch językach. Część anglojęzyczna przeznaczona była dla przyjaznego czytelnika w amerykańskich miastach, część czerokiska była dla Indian, którzy nie znali angielskiego, ale umieli czytać w swoim języku. Bo Czerokisi w XIX wieku mieli własne pismo (ach te stereotypy), które opracował im nie żaden misjonarz, tylko Indianin imieniem Sequoya.
Major Ridge i inni sygnatariusze spakowali manatki i wyjechali do Oklahomy dobrowolnie, natomiast wódz John Ross oraz większość szczepu postanowili stosować bierny opór. Wysłana celem przeprowadzenia akcji armia musiała poszczególnych Indian dosłownie wynosić z domów. Prezydent Jackson teoretycznie zorganizował logistykę całej akcji, ale albo była ona niedopracowana, albo po części rozkradziona, dość że w wyniku niedożywienia zmarło kilka tysięcy osób. Był to słynny "Szlak łez" Czerokisów.
Teoretycznie klęska, ale to właśnie orzeczenie sędziego Marshalla jest podstawą do tego, że dziś rezerwaty Indian traktowane są niejako eksterytorialnie. Prawo stanowe w nich nie obowiązuje, więc można na ich terenie budować kasyna, mimo że w większości stanów obowiązuje purytański zakaz hazardu. A republika Czerokisów bynajmniej nie przestała istnieć. Odbudowana została w nowym miejscu, nowo założone miasto Tahlequah zostało stolicą, zbudowano Kapitol, w którym spotykała się rada szczepu. Rada ta uznała (wbrew opinii wodza Johna Rossa), że ci, co podpisali dokument sprzedający cały kraj Amerykanom powinni ponieść śmierć. Zginęli oni jednej nocy, 22 czerwca 1839 roku. Tylko ostrzeżony wcześniej Stand Watie, syn Majora Ridge'a, zdołał uciec.
Czerokisi przybyli do Oklahomy razem ze swoimi czarnymi niewolnikami. Niewykluczone, że u Czerokisów niewolnikom było generalnie lepiej, niż u białych plantatorów, ponieważ zdarzało się, że murzyńscy uciekinierzy z białych plantacji przyłączali się do "szlaku łez" i dotarli do Oklahomy. Tym niemniej Czerokisi mieli swoich niewolników, którzy pracowali na polach, i wcale nie chcieli się ich pozbywać. Kiedy wybuchła wojna secesyjna, wódz John Ross próbował prowadzić politykę neutralności, ale wielu Czerokisów sprzyjało południowym stanom i przyłączyło się do ich armii. Stand Watie został nawet generałem. Jednakże okazało się, że Czerokisi walczyli po przegranej stronie i musieli swoim niewolnikom przyznać wolność.
Kapitol kapitolem, niewolnicy niewolnikami, w jednym Czerokisi różnili się bardzo od swoich białych sąsiadów: w ich republice nie było prywatnej własności ziemi. Każdy obywatel mógł uprawiać każdy dostępny kawałek ziemi, ale jeśli przestał ją uprawiać, to nie miał do niej żadnych praw. Taki stan rzeczy był niezrozumiały dla białych sąsiadów, którzy uważali, że w republice Czerokisów zbyt dużo ziemi marnuje się leżąc odłogiem. Powstała propozycja, by utworzyć stan Oklahoma, w którym biali i Indianie mieliby równe prawa, ziemia uprawiana przez Indian byłaby im przydzielona na własność, a nadwyżka przyznana białym farmerom. Republika Czerokisów wcielona byłaby do stanu Oklahoma. Propozycję wcielono w życie w 1907 roku. Przeprowadzono spis ludności republik indiańskich (również innych "cywilizowanych szczepów"), wszystkim obywatelom przyznano pewną ilość ziemi na własność, a resztę rozparcelowano między białych osadników.
Można powiedzieć, że tak się skończyła historia ludu Czerokisów. Taka była w każdym razie moja pochodząca z literatury wiedza w momencie, kiedy jechałem do Tahlequah zobaczyć Kapitol, który zdecydowanie nie wygląda jak namiot rady.
Tylko że tu zdecydowanie więcej rzeczy nie wygląda tak, jak powinno wyglądać. O co chodzi z tą paradą? Skoro historia szczepu się skończyła, to skąd ci wodzowie jadący na mustangach? Skąd sędziowie, policjanci, wódz naczelny wygłaszający orędzie do narodu w cieniu Kapitolu?



***
Hymn śpiewany w języku Czerokisów
"Tradycyjny taniec kobiecy, tancerki prosimy do kręgu". Tubalny głos mistrza ceremonii słychać przez wszystkie głośniki. "Southern Thunder, prosimy o muzykę".
Chłopcy z mikrofonami na drągach podbiegają do kręgu bębnistów o tej właśnie nazwie. Kilku mężczyzn siedzących wokół bębna zaczyna w niego walić najpierw delikatnie, potem coraz głośniej, w końcu zaczynają śpiewać. Nie śpiewają tak wysokimi głosami, jak w rezerwatach Sjuksów na północy, ale linia melodyczna jest generalnie podobna. Kobiety w kręgu tańczą dostojnie, stawiając małe kroczki i uginając nogi przy każdym kroku tak, że wiszący na przedramieniu szal kołysze się jak wahadło. Większość tańczących kobiet jest ubrana w stroje do tańca tradycyjnego takie jak u Sjuksów, ale jest też grupa kobiet ubrana w kwieciste suknie, narodowy strój Czerokisek.
Generalnie tutejszy powwow jest bardzo podobny do tych w rezerwatach na północy, u Odżibwejów i Sjuksów. Inaczej niż na północy, gdzie powwow zawsze zaczyna się w południe, tu Wielkie Wejście jest dopiero o szóstej wieczorem, kiedy słońce już zachodzi. Większość tańców odbywa się przy świetle boiskowych latarń. Inaczej niż u Sjuksów, gdzie kobiety tańczą w kręgu poruszającym się w kierunku przeciwnym niż mężczyźni, tu wszyscy obchodzą krąg w kierunku zgodnym z ruchem słońca (tak jak u Odżibwejów). Z kolei inaczej niż u Odżibwejów, u których grupy bębnistów i śpiewaków są zawsze w środku kręgu tancerzy, tu bębny są wokół kręgu (tak jak u Sjuksów). Inaczej niż u szczepów na północy, gdzie mężczyźni śpiewają wysokimi falsetami, a towarzyszące im kobiety jeszcze o oktawę wyżej, tu mężczyźni śpiewają zwykłymi, znacznie niższymi głosami. Tym niemniej jest to podobna linia melodyczna, czasem śpiewana bez tekstu, tylko z jedną powtarzającą się sylabą. Jest to niewątpliwie muzyka do powwow, w żaden sposób niepodobna do muzyki białego człowieka.
Tymczasem na niedalekim boisku sportowym odbywa się coś, czego nigdzie na północy nie widziałem: mecz piłki zwanej tu "stickball". Nazwa jest taka dlatego, że piłeczkę można łapać tylko malutkimi rakietami na długich kijach, przy czym każdy zawodnik ma dwie takie rakiety. Celem nie jest bramka, tylko pojedynczy słup. Zawodników na boisku jest kilkudziesięciu, dużo więcej niż w piłce nożnej, tłum kłebi się i po chwili błyskawicznie rozbiega goniąc za piłeczką. Przy czym zawodnicy mogą się najwyraźniej traktować tak jak w rugby, popychając się i przewracając, tylko piłki nie mogą dotknąć inaczej, niż tylko rakietą.
Obserwując mecz siadam na ławeczce obok Murzyna, który jest całkiem rozmowny, a mówi akcentem takim jak Muddy Waters albo John Lee Hooker. Mówi, że nie jest potomkiem tutejszych wyzwoleńców, tylko przyjechał tu z Missisipi ze swoją żoną Indianką. Tam gdzie mieszka jest rezerwat Czoktawów i tam właśnie znalazł żonę. Czoktawowie przeszli szlak łez podobny do Czerokisów i większość mieszka w Oklahomie, zupełnie niedaleko. Sama nazwa Oklahoma pochodzi z języka Czoktawów. Najwyraźniej jednak nie wszyscy przeszli szlak łez, niektórzy zostali w swoich starych siedzibach. Najwyraźniej też grają w stickball i jest to tam na tyle popularne, że mąż Indianki przychodzi popatrzeć na mecz.



***
"Heritage center" (czyli "Centrum tradycji") to właściwie muzeum na wolnym powietrzu, gdzie głównym obiektem jest zrekonstruowana tradycyjna wieś czerokiska z czasów sprzed przesiedlenia. Z okazji święta narodowego Czerokisów przed tym muzeum jest jarmark, kłębią się tam tłumy, które również wchodzą zwiedzić ową wieś. Nie wolno zwiedzać samemu sobie, trzeba chodzić z grupą i przewodnikiem. Normalnie nie lubię trajkotania przewodników, ale tym razem mam szczęście: przewodnikiem jest urodzony gawędziarz. Ubrany jest w strój Czerokiza z XVIII wieku, łącznie z 'irokezem", czyli fryzurą, która wcale nie tylko u Irokezów była wtedy w modzie.
Demonstracja gry w stickball
Porusza różne tematy, opowiada ciekawie. Na przykład o zasadach gry w stickball. Są dwa rodzaje gry, w jedną grają sami chłopcy, a w drugą chłopcy przeciw dziewczętom. Jeśli grają tylko chłopcy, to mogą dotykać piłki tylko rakietami, mogą się dowolnie popychać i przewracać. Zawodników może być dowolna ilość, byle było po równo. Jeśli grają tylko chłopcy, to cele stanowią pojedyncze słupy po obu stronach boiska. Jeśli jednak grają chłopcy przeciw dziewczynom, to cel jest jeden, drewniana ryba na wysokim słupie. Chłopcy mogą dotykać piłki tylko rakietami, a dziewczyny mogą łapać rękami. Chłopcom nie wolno popychać i przewracać dziewczyn, natomiast dziewczyny mogą popychać i przewracać chłopaków. Przewodnik demonstruje jak się tych rakiet używa. Przypominają trochę rakiety do lacrosse, ale koszyczek do łapania piłeczki jest mniejszy, a każdy zawodnik trzyma dwie rakiety, jedną w każdej ręce.
Przewodnik demonstruje też użycie trzcinowych dmuchawek, jakich niegdyś chłopcy używali do polowania na ptaki. Zadaniem młodych chłopców było pilnowanie pól, żeby ptaki nie wyjadały ziaren kukurydzy. Strzały dmuchawek nie były zatrute, ale dla małych ptaków i tak śmiertelne. Te ptaki były następnie przynoszone i zostawiane przy wejściu do domu rady i jeeśli ktoś we wsi chciał sobie zrobić rosół, to mógł je po prostu wziąć. Co ciekawe, dawni podróżnicy zwrócili uwagę, że wszystkie te ptaki miały przestrzelone oko, co by świadczyło o umiejętnościach owych chłopców.
Świadomie napisałem "dom rady", bo w czerokiskiej wsi próżno byłoby szukać tipi czy wigwamów. Czerokisi w XVIII wieku mieszkali w solidnych chatach, przy czym każda rodzina miała dwie, jedną letnią, druga zimową. Letnia chata miała dach, ale nie miała ścian, natomiast zimowa chata miała ściany i palenisko. Dom rady był centralnym miejscem wsi, miał siedem ścian i stożkowaty dach. Ścian było siedem, bo siedem było czerokiskich klanów, i każdy klan miał swoje miejsce pod jedną ze ścian. Każdy Czerokis należał do jednego z siedmiu klanów, przynależność dziedziczył po matce. Każdy, kto miał matkę Czerokiskę i należał do klanu, uważany był za Czerokisa, nie miało znaczenia kim jest ojciec. W XVIII wieku biali osiedlali się czasem w kraju Czerokisów i brali sobie Indianki za żony. Wódz John Ross miał podobno tylko jedną ósmą krwi indiańskiej, ale nikt nie kwestionuje tego, że był Czerokisem.



***
Kapitol w Tahlequah stoi pośrodku zielonego skweru ocienionego drzewami i otoczonego budynkami. Jeden z tych budynków, z grubo ciosanego kamienia, zwany jest zbrojownią. Z okazji święta jest tam wystawa sztuki, oczywiście czerokiskich artystów. Nie jest to sztuka najwyższego lotu, nie przykuwa mojej uwagi. W rogu sali jakaś Indianka sprzedaje płyty z muzyką, chórki dziewczęce ubrane w kwieciste suknie. Pytam, czy mógłbym trochę posłuchać. Pani nie ma sprzętu, ale znajduje mi te chórki w internecie i demonstruje na telefonie. Brzmią trochę jak ten chórek co śpiewał hymn ameryki po czerokisku, też nie najwyższego lotu, ale nawiązuje się rozmowa. Bardzo ciekawa rozmowa, w końcu dowiaduję się jak to jest, że nie ma rezerwatu, ale jest szczep, który ma i sędziów i policję i najwyraźniej jakąś jurysdykcję. Tylko gdzie ta jurysdykcja obowiązuje?
"Te działki, które Indianie otrzymali w 1907 roku, traktowane są jako ziemia indiańska", mówi moja rozmówczyni. "Na tej ziemi można prowadzić działalność gospodarczą i nie płacić podatków. Jest to tak zwana 'restricted land', czyli ziemia z ograniczeniami. Nie można jej sprzedać komukolwiek, można ją sprzedać wyłącznie innemu członkowi szczepu. Dlatego nie można na takiej ziemi wziąć pożyczki z banku na hipotekę, bo bank nie mógłby przejąć tej ziemi w razie niespłacenia pożyczki. Jeśli się chce wziąć pożyczkę, trzeba wnieść do szczepu o zdjęcie ograniczeń. Ale na takiej ziemi stoi kasyno przy wjeździe do miasta, tam też są sklepy z tytoniem bez podatku.
Wyzwoleńcy Czerokisów
"Ale ziemia z restrykcjami ma też swoje korzyści. Na przykład szczep doprowadza wodę. Myśmy niedawno właśnie mieli doprowadzoną wodę. Do niedawna mieliśmy tylko wodę ze studni. Była oczywiście elektryczna pompa, ale to i tak uciążliwe, bo nie można było jednocześnie używać pralki i brać prysznica, bo jeśli się opróżniło studnię, to trzeba było czekać aż się napełni, co mogło trwać godzinę lub dwie. A teraz jest woda z wodociągu i nie ma takich problemów. Członkowie szczepu mają wodę doprowadzoną za darmo. ale sąsiedzi, nawet jeśli nie są członkami szczepu, i tak na tym korzystają, bo płacą tylko za doprowadzenie wody do swojej posesji.
"Szczep ma także własną służbę zdrowia. Nie jest ona może na takim poziomie, jak w innych, prywatnych szpitalach, ale czerokiski szpital może wysłać pacjenta do innego szpitala na wykonanie konkretnej operacji. Większość Czerokisów ma też prywatne ubezpieczenia, ale za to nie musimy płacić Obama-care. Tylko musimy udowodnić, że jesteśmy członkami szczepu. Dlatego mamy szczepowe dowody osobiste.
Ci potomkowie wyzwoleńców chcieliby mieć te wszystkie udogodnienia, ale nie powinni być przyjęci do szczepu. To nie są Indianie, nie znają naszej tradycji. Widziałam ich w telewizji, udają Indian, noszą jakieś pióra, ale to nie nasza tradycja. Oni nie są Czerokisami. Ale to rząd Stanów Zjednoczonych chce nas ukarać za to, że braliśmy udział w wojnie secesyjnej po złej stronie.
Powwow to nie nasza tradycja. Organizujemy tylko jeden powwow w ciągu roku, międzyplemienny, przyjeżdżają do nas przedstawiciele innych szczepów z Oklahomy. Ale to nie nasza tradycja. Naszą tradycją jest stomp dance. W czasie stomp dance kobiety mają przywiązane do ud po kilka grzechotek ze skorup żółwia, tak że muszą tańczyć w rozkroku. Mężczyźni tańczą z takimi grzechotkami w rękach. Wczoraj i przedwczoraj był stomp dance w specjalnym miejscu przy Centrum Tradycji, ale nie wiem czy dziś też jest.
Ale idź do John Ross Museum, tam pracuje mój syn, on ci więcej opowie. No i odwiedź też domek Sequoi.



***
Domek Sequoi jest dość daleko poza miastem i oczywiście nie ma tam transportu publicznego, trzeba dojechać samochodem. Jest to nie tyle atrakcja turystyczna, co skarb narodowy, ostatnio wykupiony z rąk prywatnych, o czym wspomniał wódz Baker w swoim orędziu. Sequoia to geniusz na skalę światową: niepiśmienny Indianin, który postanowił wymyślić pismo dla swojego języka i dopiął swego. Mieszkał w chacie z pni drzewnych i ta chata pozostała po nim jako pamiątka. Dziś jest to muzeum.
Geniusz, który wymyślił pismo dla swojego języka. Innego języka zresztą nie znał. Wprawdzie elita Czerokisów w owych czasach posyłała swoje dzieci do angielskich szkół, ale Sequoia do tej elity nie należał. Angielskiego nie znał. Zachowane są opowieści, jak w grupie wojowników była rozmowa o tym, że Stwórca dał białym ludziom pismo, a Indianom nie dał, na co Sequoia zareagował: "Co tam Stwórca nie dał, ja wymyślę pismo dla Indian!" Podobno przez kilkanaście lat coś kombinował, rysował jakieś znaki na skórze lub korze, ludzie go uważali za dziwaka. Ale miał córeczkę, z którą się często bawił i która się tych znaków nauczyła. Pewnego dnia ktoś oskarżył Sequoię o uprawianie czarów, a on postanowił udowodnić, że to nie czary, tylko logiczny system, którego nawet dziecko potrafi się nauczyć. Kilku zebranym osobom kazał wymyślić słowo, zapisał te słowa i polecił zanieść je córce, która w tym momencie nie była obecna, a ona wszystkie te słowa poprawnie odczytała. Wtedy ktoś doszedł do wniosku, ze taki wynalazek może być dla szczepu bardzo przydatny.
Sequoia należał do grupy Czerokisów, którzy dali się namówić do dobrowolnego opuszczenia dawnych siedzib w Georgii i osiedlenia się w dzisiejszej Oklahomie. Odległość między tymi stanami to pół kontynentu i trudno wpaść z wizytą do rodziny ot tak sobie. Ale przecież można - skoro jest taki wspaniały wynalazek - pisać listy! A skoro dziecko może się tego alfabetu nauczyć, to może i dorosły. Nagle wśród Czerokisów nastała mania uczenia się alfabetu i pisania listów, a biali kupcy ze zdumieniem odkryli, że wśród Indian jest popyt na papier i atrament.
Stół w domku Sequoi
W czasie kiedy Sequoia próbował na własną rękę wymyślić alfabet, niektórzy Czerokisi postanowili iść na skróty i posłali dzieci do angielskich szkół. Takim był wódz Górski Grzbiet, który swego syna Johna Ridge i bratanka Eliasa Boudinot posłał do szkoły w Conneticut. Kiedy w 1828 roku Rada Szczepu postanowiła zacząć wydawać regularne pismo, Elias Boudinot został jego redaktorem. Pismo miało tytuł "Cherokee Phoenix" i wydawane było synoptycznie w dwóch językach, część czerokiska zapisana była alfabetem Sequoi. Rok wcześniej tym alfabetem zapisana została Konstytucja Republiki Czerokisów. To była właśnie ta konstytucja, której jeden z punktów głosił: "Ktokolwiek sprzedaje ziemię komuś spoza szczepu, ten podlega karze śmierci".
Rok 1836 to dla Czerokisów rok tragedii narodowej. Wódz Górski Grzbiet (znany po Angielsku jako Major Ridge), jego syn John Ridge i bratanek Elias Boudinot, sądząc że nie ma innego wyjścia, podpisali traktat w New Echota, na mocy którego zrzekli się swoich ziem na rzecz stanu Georgia, w zamian otrzymując tereny w dzisiejszej Oklahomie. Nie mieli oni uprawnień do podpisywania takiego dokumentu. Wedle Czerokiskiej konstytucji jedynym upoważnionym do takiego podpisu był wódz John Ross, który złożenia swojego podpisu kategorycznie odmawiał.
Był to rok Szlaku Łez, kiedy większość szczepu wbrew swojej woli musiała opuścić swój dawny kraj w dzisiejszym stanie Georgia i przenieść się do Oklahomy. To spowodowało nowe konflikty, bowiem Czerokisi, którzy osiedlili się w Oklahomie dobrowolnie przybywszy tam wcześniej uważali, że to ich kraj i nie widzieli powodu, by nowi przybysze (których była przytłaczająca większość) mieli teraz rządzić. Podobno Sequoia - który nie był już uważany za dziwaka, lecz miał autorytet dobrodzieja narodu - wychodził z siebie, by zwaśnione strony pogodzić. W końcu w 1839 roku uchwalono nową konstytucję godzącą interesy obu stron.
A sam Sequoia wybrał się, by odznaleźć jeszcze jedna grupę Czerokisów, która osiedliła się w Teksasie, ale wygnana stamtąd wyruszyła do Meksyku. Sequoia podróżował po Meksyku by ich odnaleźć, ale z tej podróży już nie wrócił.
Pozostała po nim chatynka, dziś skarb narodowy. Stoi z dala od miast, pośród pól i lasów wschodniej Oklahomy, w sporym parku, do którego wejście jest po mozaice układającej się w słowo "witamy" w czerokiskim alfabecie. Sama chatynka ukryta jest w większym budynku obudowującym ją całkowicie. W budynku porozwieszane są tablice z informacjąmi kim był Sequoia, bo zapewne przeciętny odwiedzający to miejsce Amerykanin nie ma pojęcia. Wystawionych jest też kilka wyrobów żelaznych, bo Sequoia oprócz wszystkiego był kowalem, a jeszcze oprócz tego warzył sól z pobliskich słonych źródeł.
Do chatynki, zbudowanej z potężnych bali drewnianych, można wejść. Jest tam biureczko, na nim kałamarz, gęsie pióro i wyprawiona skóra jelenia, na której wypisane są litery czerokiskiego alfabetu. Coś jakby taki mały testament.
Trochę smutny testament. Dziś w zasadzie nikt tego alfabetu nie używa. Wykształcona po angielsku czerokiska młodzież jest w zasadzie całkowicie anglojęzyczna, a język i pismo Czerokisów powoli odchodzą w zapomnienie.



***
Muzeum Johna Rossa jest na obrzeżach Tahlequah, tuż przy cmentarzu, na którym jest grób wielkiego wodza. Zmarł on wprawdzie w Washington DC, ale szczep zorganizował sprowadzenie jego zwłok tutaj. Dla większości Czerokisów jest on bohaterem narodowym numer jeden.
Samo muzeum nie przybliża postaci Johna Rossa jako człowieka, jest to raczej muzeum jego publicznej działalności. Można zobaczyć pisane jego ręką dokumenty i komentarze do nich dotyczące historii szczepu. Jest też trochę o historii szczepu po śmierci Johna Rossa.
Bruce Ross
Kiedy odwiedzam to miejsce, przy wejściu siedzi starszy mężczyzna z siwą brodą, który chętnie nawiązuje rozmowę. Przedstawia się jako Bruce Ross, potomek wielkiego wodza. Ma dar gawędziarza i tak naprawdę po to tu jest, by gawędzić z takimi gośćmi jak ja. Pytam go o stomp dance, czy gdzieś tu w pobliżu można na taką ceremonię pójść.
"Stomp dance w Tahlequah to zabawa, prawdziwa ceremonia ma miejsce tylko na Redbird Smith Stomp Grounds. Do ceremonii konieczny jest Święty Płomień, a tylko tam on jest. Święty płomień przywieziony był w czasie Szlaku Łez w siedmiu częściach, każda część cały czas płonęła, każdy klan miał ze sobą głownie. Te głownie zostały po przyjeździe scalone. Redbird Stomp Grounds jest na terenie działki, którą dostał Czerwony Ptak, kiedy dzielono rezerwat Czerokisów w 1906 roku. Czerwony Ptak odmówił przyjęcia działki i podpisał odpowiedni dokument dopiero, kiedy go w kajdankach przyprowadzono do sądu. Dziś na terenie jego działki odbywają się ceremonie Keetowah Society, czyli stowarzyszenia, które jest jakby kościołem tradycyjnej religii czerokiskiej. Ale nie ma sprzeczności między naszą religią a chrześcijaństwem. Ja sam byłem w seminarium i miałem zostać katolickim księdzem, chociaż końcu nim nie zostałem. Ale Czerwony Ptak skłaniał się ku chrześcijaństwu. Syn Czerwonego Ptaka chciał się odciąć od chrześcijaństwa, skradł trochę Świętego Ognia i założył własny stomp ground, ale Świętego Ognia nie można ukraść. Ja tam byłem tylko raz, kiedy mój przewodnik duchowy Hickory Starr tam pojechał i zabrał mnie ze sobą. Ja tam od razu poczułem się niedobrze, a po powrocie musiałem się umyć. I nie tylko ja taką reakcje miałem, inni tak samo.
"Kiedyś miałem konflikt z prawem i byłem aresztowany, ale szeryf rano mnie wypuścił i nie dał mi zarzutu. Poszedłem do domu i chciałem zmyć z siebie ten areszt, a żona mówi, ze mam natychmiast zadzwonić do Hickory Starra, teraz, a nie po umyciu. Zadzwoniłem, a Hickory mnie pyta gdzie jestem. Mówię, że w domu, a on pyta gdzie w domu, bo mam wyjść na werandę. Kabel od telefonu był długi, wyszedłem, a on mnie pyta co widzę. Mówię mu że sowa siedzi na drzewie. On pyta czy tylko jedna. Przyjrzałem się lepiej i zobaczyłem drugą też. On mi na to, że tylko sprawdza czy doleciały.
"Kiedyś na stomp ground spotkałem takiego bardzo starego człowieka, którego nigdy wcześniej nie widziałem, a on mi mówi, że mnie już raz spotkał. Kiedy się dziwiłem, powiedział, że widział mnie, kiedy ojciec mnie tu przyniósł malutkiego i na rękach wokół ognia nosił.
"Jeśli chcesz, to możesz pojechać do Redbird Smith Ceremonial Grounds. To jest niedaleko Tenkiller State Park. Może tam kogoś spotkasz, kto ci więcej opowie.



***
Za radą Bruce Rossa jadę do Redbird Smith Ceremonial Grounds. Bruce dokładnie opisał mi drogę, inaczej w żadnym razie bym tu nie trafił. To nie jest atrakcja turystyczna, nie ma drogowskazów jak dojechać. Od szosy trzeba jechać kawałek przez las drogą gruntową. Miejsce stanowi spory trawnik okolony drzewami, pośrodku trawnika popiół i cztery niedopalone kłody, a wokół ogniska siedem zadaszeń. Nieopodal stoi wysoki słup z drewnianą rybą na czubku. Panuje tu zupełna cisza. Z dala od autostrad i miast. Przejmująca niemal cisza. Ciche serce kraju Czerokisów.

Redbird Smith Ceremonial Grounds


Jeśli kto woli czytać z papieru, to zarówno niniejsze opowiadanie, jak i wiele innych na temat amerykańskich Indian,

 znajduje się w papierowej książce:





Saturday, December 1, 2018

Czy godzi się podeptać serce Australii?

Obserwacja wschodu słońca nad Uluru

Uluru, serce Australii. Czerwona góra o okrągłych kształtach i nieziemskiej piękności. O wschodzie i zachodzie słońca nabiera krwistego koloru. Wtedy autobusy pełne turystów podjeżdżają na punkt widokowy, gdzie czekają już na nich stoły z zakąskami i szampanem. Serce Australii. Czy można takie coś podeptać? Dla ludów, które tu mieszkają od tysiącleci, jest to miejsce święte. Jest to ołtarz, przed którym odbywają się święte ceremonie, nawiązywane jest kontakt z niewidzialnym światem praprzodków. Ze światem śnienia. Opowiadane są opowieści z czasów śnienia. Wokół góry Uluru prowadzi ścieżka dla turystów. Turyści jak t turyści, pstrykają zdjęcie za zdjęciem, ale w niektórych miejscach są tablice z napisem: „Proszę tu nie robić zdjęć, to jest miejsce święte.” Zdarzają się nawet turyści, którzy do tych próśb się stosują.
Serce Australii. Czy można coś takiego podeptać? Przed szlakiem prowadzącym na szczyt jest tablica z napisem: „Proszę nie wchodzić na szczyt, to jest święte miejsce”. Zdarzają się turyści, którzy stosują się do tej prośby. Tym niemniej kiedy szlak jest otwarty – a nie zawsze jest, a to nie ze względu na świętość, tylko dlatego, że ta góra bywa groźna, kilkadziesiąt osób zmarło na tym szlaku – wspinający się na górę tłum wygląda z daleka jak sznureczek mrówek. No bo kto by się przejmował zabobonami ludzi z epoki kamiennej? Góry są przecież po to, żeby na nie wchodzić. Kogo może obchodzić fakt, że gdzieś niedaleko mieszka jakiś „właściciel śnienia” związanego z tą górą? I że to śnienie mówi, że na tę górę nie należy wchodzić?
Kto by się przejmował zabobonami ludzi z epoki kamiennej?Przecież ci Aborygeni to chyba najprymitywniejszy lud na świecie! Nie dość, że chodzili nago po pustyni i nie wznosili żadnych budowli z kamienia, ale nie mieli żadnej politycznej organizacji, żadnych przedstawicieli, od których można by kupić ziemię. Korona Brytyjska zawsze starała się działać legalnie i tam, gdzie to było możliwe, kupowała ziemię pod swoje kolonie od lokalnych przedstawicieli. Nawet Indianie w Ameryce Północnej mieli swoich wodzów, z którymi można było pertraktować i kupić od nich ziemię. Tymczasem australijscy Aborygeni nie mieli nawet wodzów. Panowała kompletna anarchia, każda rodzina działała na własną rękę. Przedstawiciele rodziny byli właścicielami śnienia, każde śnienie było jakoś związane z konkretnym miejscem w krajobrazie, ale czy można kupić śnienie? A nawet jeśli by się dało, to czy śnienie jest tytułem do posiadania ziemi? Te wszystkie śnienia były zdecydowanie poza horyzontem myślowym dziewiętnastowiecznych przedstawicieli Korony Brytyjskiej, którzy po prostu uznali, że ziemia tu nie ma właścicieli i jest do wzięcia.
Aborygeni obserwujący białych obserwujących zachód słońca nad Uluru
I była brana. Najpierw pod uprawy, a potem – na obszarach, gdzie deszcz padał zbyt rzadko by coś uprawiać – pod pastwiska. Okazało się, że wypas owiec to dobry biznes. Ktoś tam już mieszkał? Żył z polowania? Nie musiał żyć z polowania, mógł pracować jako kowboj na ranczo. Przecież pozycja kowboja to chyba awans dla koczownika żywiącego się jaszczurkami? Jaszczurkami, bo kangury znikły z terenów, gdzie wypasano owce.
Niektórzy z tych, co tam już mieszkali, istotnie zaczęli pracować jako kowboje (w Australii kowboj to nie kowboj tylko stockman), ale nie wszyscy. Niektórzy uciekli jeszcze dalej na pustynię, tam, gdzie nie opłacało się nawet owiec hodować. Woleli żywić się jaszczurkami niż mieć coś do czynienia z tymi intruzami, co przyjeżdżają i zabierają ziemię tak, jakby była niczyja, co nie mają szacunku dla świętych miejsc i po prostu je depczą. Albo, co jeszcze gorzej, stawiają na nich jakieś budynki i ogrodzenia z drutu kolczastego.
W 1901 roku Australia uzyskała niepodległość. To znaczy niepodległość uzyskali intruzi, a tych ludzi, którzy wcześniej tam mieszkali, nie uznano nawet za obywateli nowego państwa. Uznano, że są zbyt prymitywni i nie będą rozumieć, co to znaczy być obywatelem. Uznano też, że państwo będzie się nimi opiekować aż do czasu, kiedy to zrozumieją. Trzeba ich ucywilizować. Zbudowane zostały specjalne osiedla, w których owo cywilizowanie miało się odbywać. Największym z tych osiedli, a na pewno najbardziej znanym, była Papunya, położona 240 km na zachód od Alice Springs. Zgromadzono tam dawnych koczowników z różnych, często bardzo odległych ludów. Z ludu Arrente, którego tereny znajdowały się niegdyś na wschodzie, w okolicach Alice Springs. Z ludu Piczańdżara, których tereny były na południu, wokół świętej góry Uluru. Z ludu Pintupi, mieszkających niedawna daleko na zachodzie, na pustyni Gibsona. Przywieziono ich ciężarówkami i cywilizowano. Dano ubrania, bo przecież chodzenie nago jest w Australii nielegalne. Dano jedzenie i kazano je spożywać przy stole, bo przecież jedzenie z podłogi jest oznaka dzikości. I nie pozwalano spożywać alkoholu, bo przecież podopieczni są jak dzieci. Biali obywatele Australii mogli oczywiście spożywać alkohol, ale pierwotni mieszkańcy tego kontynentu nie byli obywatelami. Dostarczanie alkoholu osobom nieuprawnionym do jego spożywania było nielegalne, można było za to iść do więzienia.
Kościół w Hermannsburgu
W ramach cywilizowania krajowców na pustynię przyjechali misjonarze. Zabobony z epoki kamiennej trzeba przecież wykorzenić! W pobliży Papunyi powstała misja luterańska o nazwie Hermannsburg. Misjonarze to byli dobrzy ludzie, widzieli niedolę koczowników wygnanych ze swoich terenów przez owce i nieśli im pomoc materialną, ale w tym przypadku ta pomoc materialna wiązała się z troską o zbawienie duszy. W rozumieniu misjonarzy ta troska wiązała się z nietolerancją dla zabobonów. Wobec jakichś śnień, wedle których jakaś góra stworzona była przez praprzodków (a przecież stworzona była przez Pana Boga), wobec jakichś dzikich tańców na cześć tego praprzodka i traktowaniu tej góry jako jego ołtarza. W rozumieniu krajowców oznaczało to, że lepiej misjonarzy nie informować o tradycyjnych ceremoniach. Dawne praktyki religijne zeszły do podziemia, odbywano je w sekrecie przez misjonarzami, a na wszelki wypadek przed wszystkimi niebiorącymi w nich udziału. I tak trwało cywilizowanie – krajowcy przejmowali zewnętrzne zachowania intruzów. Jeśli im to szczególnie dobrze wychodziło, mogli nawet dostać obywatelstwo Australii.
Hermannsburg położony jest w malowniczej okolicy, pośród różowych gór i matowo zielonych eukaliptusów. Nic tylko przyjechać z farbkami i malować. Tak właśnie zrobił w 1930 roku Rex Battarbee, artysta malarz. Jeździł po okolicy z akwarelami i malował. Zrobił nawet w Hermannsburgu wystawę swoich akwareli. Wystawę tę oglądali również krajowcy, a jeden z nich, niejaki Albert Namatjira, zapytał artystę, czy on też mógłby się tej sztuki nauczyć. I nauczył się. Miał wystawy nawet w dalekich miastach na wybrzeżu. Zdobył sławę, bo był żywym dowodem na to, że czarnoskóry krajowiec może się nauczyć malować obrazki takie same, jak jego biały nauczyciel. W 1954 roku zawieziono go do Canberry, by go pokazać królowej, a w 1957 roku przyznano mu obywatelstwo Australii. No i kupowano jego akwarelki.
Obraz Alberta Namatjiry
Być może Albert Namatjira mógłby być bogaty, ale odwieczne prawo krajowców każe natychmiast dzielić się tym, co się posiada. Mięso z upolowanego kangura rozdzielane jest pomiędzy krewnych, podobnie rozdzielane są pieniądze ze sprzedaży akwarelek. Zgodnie z prawem Australii Albert Namatjira mógł nabyć alkohol, ale zgodnie z odwiecznym prawem pradawnych mieszkańców tego kontynentu nie miał prawa sam go skonsumować. I tu pojawił się problem. Pewnego dnia świętował z rodziną nabywszy uprzednio sporą ilość ognistego trunku, poczem został aresztowany z paragrafu mówiącego o dostarczaniu krajowcom alkoholu. I poszedł siedzieć. Taki pożytek z obywatelstwa.
Albert Namatjira dzielił się nie tylko tym co zyskał, ale też umiejętnościami. Tak jak ojciec uczy synów władać włócznią, tak Albert Namatjira uczył synów malować. Nie tylko zresztą synów. Tak powstała tak zwana „Szkoła Hermannsburgu”. Szkoła ta tworzyła akwarele przedstawiające krajobraz pustynnego serca Australii. Dziewiczy krajobraz, bez ludzi i bez śladu działalności białego człowieka.
Albert Namatjira zdobył sławę, ale raczej jako kuriozum niż jako wielki artysta. Jego uczniowie nie zdobyli sławy wcale. Jest to sztuka uważana za wtórną, nadająca się może do tego, by sprzedawać ją turystom jako pamiątki. Niewątpliwie w tradycyjnym społeczeństwie krajowców nie było miejsca na takie obrazy. No bo gdzie miał wieszać obrazy koczownik, który nie budował nawet domu? No i po co koczownikowi malowane obrazy, skoro on cały czas przebywa w najprawdziwszym krajobrazie?
Ale jednak w tych krajobrazach ukryty jest sekret, którego biali nabywcy nie mogli zrozumieć, nie było nawet sensu im tego tłumaczyć. Albert Namatjira nie wybierał za temat swoich obrazków po prostu ładnych widoczków. Tak się mogło wydawać białym nabywcom, ale to nie tak było. Albert Namatjira malował to, do czego miał prawo. Był dziedzicem śnień związanych z konkretnymi miejscami i to te miejsca malował. Krajobraz to nie jest po prostu krajobraz, góra to nie jest po prostu bryła z piaskowca. Góra to jest miejsce święte, ołtarz uczyniony nie ręką ludzką, tylko ręką praprzodków, a to czyni go bardziej świętym.
A czym jest akwarela przedstawiająca świętą górę? Czy nie jest jak ikona próbująca w sposób niedoskonały przedstawić nam świat niewidzialny? Czy nie jest jak ikona przypominająca święte miejsce tym, którzy nie mieszkają w jego pobliżu?
Krajobraz w pobliżu Hermansburga


Zarówno ten tekst, jak i inne na podobny temat, można przeczytać w mojej książce "ART ETNO"
 

Monday, November 26, 2018

Selfie z artystką

Busz austalijski z lotu ptaka

Czerwone serce Australii jest usiane kropkami. Tak wygląda z wysoka, czerwona ziemia i mnóstwo różnokolorowych kropek. Jasnobrązowych, ciemnobrązowych, prawie czarnych, szarozielonych, a kiedy spadnie deszcz, to także żywozielonych. Kiedy spadnie deszcz, wtedy suchymi korytami zaczyna płynąć woda, a na płaskich terenach pojawiają się rozlewiska. Kiedy spadnie deszcz, wtedy brzegi rzek i rozlewisk na krótko się zielenią, a z mułu na dnie wygrzewają się śpiące żaby. Nie trwa to długo, woda z rozlewisk szybko wysycha lub wsiąka w ziemię, żaby zakopują się w mule, a żywozielone kropki stają się znów szarozielone. Woda w niektórych miejscach zostaje, ale jej nie widać, bo ukryta jest głęboko pod ziemią. Jest tam, gdzie ukryli ją praprzodkowie.
Wśród tych kropek od pokoleń, od tysiącleci mieszkają ludzie. Oni wiedzą, gdzie ukryta jest woda, bowiem praprzodkowie zostawili im mówiące o tym śnienia. Praprzodkowie zostawili śnienia, które trzeba regularnie opowiadać i tańczyć, żeby następne pokolenia wiedziały jak żyć. Na przykład jak znaleźć ukrytą w ziemi wodę, jak się nią dzielić i na jak długo ona starczy. W niektórych miejscach ukryta jest w ziemi woda, ale nie ma jej tam wiele, dla biwakującej rodziny starczy jej zaledwie na kilka dni. Nie wolno się nią myć, mycie to marnowanie drogocennego surowca. Prać? Kiedyś nie było czego prać, bo ludzie mieszkający na pustyni chodzili nago. Od święta malowali ciało kolorową ziemią, bo przecież trzeba odświętnie wyglądać. Malowali ciało w kropeczki, w kreseczki, w paski albo w kółeczka, na każde święto był odpowiedni wzorek. Istniała cała sztuka malowania ciała przekazywana z pokolenia na pokolenie. Ale to tylko od święta, na co dzień mieszkańcy pustyni chodzili nago. To było racjonalne zachowanie. Racjonalne wykorzystanie tego, co natura dała.
Odświętnie przybrana musiała być też ziemia, na której tańczone były śnienia. Każde śnienie związane było z jakimś miejscem, na ziemi usypany był wzorek z kolorowej ziemi przedstawiający to miejsce. Śnienia były własnością poszczególnych rodzin, nie każdy miał prawo tańczyć każde śnienie. W rodzinach śnienia przekazywane były z pokolenia na pokolenie, to te właśnie rodziny opiekowały się miejscami, które powierzyli im praprzodkowie. Takie było odwieczne prawo.
Mniej więcej dwieście lat temu zaczęli do Australii przybywać ludzie, którzy nie znali odwiecznego prawa. Ci ludzie mieli inne prawo, które głosiło, że ziemię można kupić za pieniądze, a nabywca może potem na tej ziemi robić co chce. Może tam wyciąć wszystkie drzewa, może zastrzelić wszystkie zwierzęta, może wywiercić dziurę w ziemi i wyssać wszystką wodę, która jest tam ukryta. Nie musi się przejmować tym, że wtedy woda zniknie też z innych miejsc, w których wcześniej była ukryta.
Zresztą w Australii ci nowoprzybyli kupowali ziemię nie od tych ludzi, którzy mieszkali tam od tysiącleci, tylko od własnej królowej. No bo jak kupić ziemię od koczowników, którzy chodzą po pustyni w małych grupkach, a przy jednym źródełku zatrzymują się zaledwie na kilka dni? Chodzą nago, nie myją się, nie wznoszą żadnych budowli i w ogóle są niewiarygodnie prymitywni.
Obraz Emily Kame Ngwareye
Ci nowoprzybyli nie byli prymitywni, o nie. Potrafili cały świat opłynąć na wielkich statkach. Potrafili robić narzędzia z żelaza i tymi narzędziami wycinać lasy. W swoim własnym kraju wycięli lasy po to, by mieć gdzie wypasać owce. Owce wypasali, bowiem w swoim kraju ci ludzie nie chodzili nago, tylko sporządzali sobie ubrania z włosia ukradzionego zwierzętom. Owce się do tego nadawały, bo miały ciepłe futerko, a właściciele regularnie strzygli je na łyso i sami użytkowali tak pozyskane włosie. W dodatku to włosie mogli sprzedawać i zarabiać na tym pieniądze, dlatego chcieli hodować jak najwięcej owiec. Kiedy już wycięli wszystkie lasy w swoim kraju, przenieśli się do Australii, gdzie nawet nie musieli lasów wycinać, bo duża część kraju porośnięta była tylko trawą. Kupowali więc tę ziemię od swojej królowej i hodowali owce.
Nowoprzybyli nie mieli w zwyczaju malowania ciała, dla nich ważniejsze było wdziewanie ubrania zrobionego ze zwierzęcego włosia. Tak jak krajowcy malowali odpowiednie wzory na odpowiednie okazje, tak przybysze wdziewali na każdą okazję odpowiednie ubrania. Mieli też swoje śnienia uczące ich jak należy postępować w życiu, ale te śnienia nie mówiły nic na temat tego gdzie znaleźć wodę na pustyni (trudno się temu dziwić, w ich własnym kraju ciągle padało i znalezienie wody nie stanowiło żadnego problemu). Nie usypywali też na ziemi obrazów z piasku ilustrujących śnienia, ilustracje do ich śnień malowane były na deskach albo na płótnie rozpiętym na ramie. Obrazy tak powstałe umieszczane były pionowo w specjalnych budynkach z kamienia, w których odbywały się ceremonie związane ze śnieniami.
Tych stawianych pionowo obrazów nie niszczono po zakończeniu ceremonii, zostawały one w tym samym miejscu długo, przez wiele lat. Dla samej ceremonii wszystkie obrazy były tak samo ważne, ale niektóre z nich były szczególnie piękne, czasem tak piękne, że ludzie przybywali z daleka tylko po to, by zobaczyć ten właśnie a nie inny obraz. Z czasem twórcy takich szczególnie pięknych obrazów zdobywali sławę i dostawali zamówienia, by malować obrazy w konkretnych miejscach, dostawali za to dużo pieniędzy. Dostawali również zamówienia na malowanie innych obrazów, nie tylko takich związanych ze śnieniami. Na przykład portretów tych osób, które sprzedawszy dużo zwierzęcego włosia miały dużo pieniędzy. Kiedy te osoby umarły, ich bliscy wieszali sobie te portrety na ścianach dla przypomnienia chwil z nimi spędzonych. A kiedy coraz więcej ludzi zaczęło mieszkać w miastach, niektórzy zamawiali sobie portrety pięknych krajobrazów poza miastem, dla przypomnienia dalekich wycieczek i pięknych chwil w tych miejscach spędzonych.
Świat białego człowieka zmieniał się, nie trwał niezmiennie przez tysiąclecia. Nie tylko, że wymyślono nowe, szybsze sposoby przeróbki zwierzęcego włosia na ubrania, tak że zwiększał się popyt na to włosie (a tym samym na ziemię, na której można by hodować owe zwierzęta). Wymyślono także maszynę, która potrafiła namalować portret w ciągu kilku sekund, i to bardzo wierny portret, wierniejszy niż jakikolwiek portret namalowany ręką malarza.
Wtedy niektórzy malarze zaczęli malować inaczej. Pewna grupa zaczęła malować krajobrazy rozmazane, bardzo różniące się od tego, co mogłaby zrobić maszyna. Ci malarze byli kontrowersyjni, pisano o nich duża w gazetach, a skoro o nich pisano, stali się sławni. Skoro stali się sławni, wiele osób chciało kupować ich obrazy, w związku z tym ceny tych obrazów rosły. Następne pokolenia malarzy widząc, że kontrowersyjność można przełożyć na pieniądze – zaczęły malować obrazy przedstawiające nie rozmazany krajobraz, tylko po prostu nic, czyste abstrakcje. Jeśli dzięki tym obrazom byli kontrowersyjni, a co za tym idzie sławni, ich obrazy rosły w cenie. Te obrazy nie przedstawiające nic wieszane były na ścianach domów bogatych ludzi.
Fragment Obrazu Emily

W tym momencie zeszły się ścieżki dwóch kultur pozornie zupełnie do siebie nieprzystających.
Pierwotni mieszkańcy Australii też przeszli ewolucję, w dużej mierze pod wpływem tego, co robili ci nowoprzybyli. Kiedy hodowcy kupowali od swojej królowej ziemię i wprowadzali się ze swymi owcami, pierwotni mieszkańcy musieli stamtąd uciekać, a to dlatego, że owce zjadały całą trawę i z tej okolicy znikały kangury, które dla krajowców stanowiły podstawę pożywienia. Rząd Jej Królewskiej Mości wcale nie chciał być okrutny i gotów był karmić wygnanych pierwotnych mieszkańców, a żeby to umożliwić, budował osiedla skupiające wypędzonych koczowników. Rząd chciał też tych dzikusów ucywilizować, posłać dzieci do szkoły. I na szkolnym podwórku nastąpiło pierwsze spotkanie. Pierwsze rzeczywiste spotkanie, a nie tylko wzajemne przyglądanie się sobie z daleka.
Pierwsze z tych spotkań miało miejsce w 1971 roku w osiedlu Papunya położonym paręset kilometrów na zachód od Alice Springs. W tamtejszej szkole nauczycielem zajęć plastycznych był Geoffrey Bardon, który zachęcał dzieci do rysowania tradycyjnych wzorów. Na te zachęty odpowiedzieli przede wszystkim ojcowie tych dzieci, na murze szkoły namalowali Śnienie Miodnej Mrówki. Bardon nie przestawał zachęcać, a dodatku przywiózł dużą ilość farb akrylowych, w związku z czym owi ojcowie malowali dalsze śnienia, już nie na ścianach, tylko na przenośnych płytach pilśniowych, albo i na płótnie. Te śnienia na płótnie bardzo przypominały abstrakcyjne obrazy, w dodatku były bardzo wyważone kompozycyjnie i znakomicie nadawały się na to, by je powiesić na ścianie rezydencji. A na dobitkę pojawiła się kontrowersja, która przysporzyła autorom sławy. Kontrowersja dotyczyła podejmowanego tematu, acz zrozumiała była tylko dla australijskich krajowców, biali zupełnie nie rozumieli o co chodzi. Te obrazy tylko przypominały abstrakcje, w rzeczywistości przedstawiały one jak najbardziej konkretne rzeczy, w dodatku takie, które mogli oglądać tylko wtajemniczeni. Kiedy w Alice Springs zorganizowano wystawę tych obrazów, w mieście wybuchły zamieszki. Wtajemniczonymi mogli być tylko dorośli mężczyźni, kobiety w żadnym razie nie powinny tych obrazów oglądać. Wystawę zamknięto po paru dniach, obrazów więcej nie pokazywano, ale o autorach pisano w gazecie, więc od razu podskoczyły ceny ich malowideł. Malarze ci zmienili temat i nie podejmowali tematów objętych tajemnicą, ale sława kontrowersji robiła swoje i ceny obrazów rosły. Najsłynniejsi malarze z Papunya, tacy jak Clifford Possum i Johnny Warrankula, sprzedawali obrazy za dziesiątki, a czasem nawet za setki tysięcy dolarów.
Drugie spotkanie miało miejsce w osiedlu Utopia położonym paręset kilometrów na północny wschód od Alice Springs. Tam nauczycielki w szkole zauważyły, ze kobiety odprowadzają dzieci do szkoły, a następnie czekają na te dzieci cały dzień na szkolnym podwórku. Może by w takim razie wymyślić jakiś program dla mam? Może na przykład mogłyby robić coś, co by potem mogły sprzedać? Byłyby wtedy mniej zależne od państwowych zasiłków. Na przykład farbować wzorki na koszulkach metodą batiku? Kilka kobiet entuzjastycznie podjęło ten pomysł i farbowało koszulki w fantazyjne wzory. Potem te koszulki sprzedawane były turystom w sklepie w Alice Springs.
Tymczasem Rodney Gooch, kierownik tego sklepu w Alice Springs, uznał że te wzory są znakomite, można by z nich zrobić wystawę i pokazać w wielkich miastach na wybrzeżu, tylko lepiej zrobić je nie na koszulkach, tylko na całym zwoju jedwabiu. Projekt został omówiony, jedwab i wszelkie materiały dostarczone uczestniczkom i w 1988 roku wystawa była gotowa. Na jedwabiach pojawiłysię nie pstre wzorki, tylko (jakżeby inaczej) śnienia. Wystawa okazała się niezwykłym sukcesem, pokazywana była nie tylko w miastach Australii, ale także w Europie i w Ameryce. Ale nie na tym koniec.
Emily Kame Ngwareye
Rodney Gooch uważał, że trzeba iść za ciosem. Malarze z Papunya (ci, których obrazów nie powinny oglądać kobiety) byli już wtedy znani w świecie, za ich obrazy płacono tysiące dolarów. Tak się jednak składa, że w świecie białego człowieka batik uważany jest za rzemiosło artystyczne, mimo że jest znacznie trudniejszy do wykonania niż obraz malowany farbami akrylowymi. Obraz akrylowy uważany jest za prawdziwą sztukę i można go sprzedać za znacznie większe pieniądze, nawet jeśli przedstawia to samo, co batik. A przecież batik to nie jest tradycyjne rzemiosło australijskich krajowców, technika ta została podsunięta kobietom z Utopii przez osoby z zewnątrz. Dlaczego nie podsunąć im farb akrylowych? Następna wystawa objazdowa mogłaby się składać z obrazów malowanych akrylem przez mamy z Utopii.
Pomysł zrealizowano, efekt był piorunujący. Szlak był już przetarty przez tatusiów z Papunya, więc pewnie trochę można się było tego spodziewać, tym niemniej dla samych autorek musiało to być zaskoczenie – w ciągu krótkiego czasu z mam nie wiedzących co zrobić ze swoim czasem i czekających przed szkołą na dzieci zmieniły się w artystki o światowej sławie. Zwłaszcza niektóre z nich, a zwłaszcza tak naprawdę jedna.
Do osiedli krajowców na pustyni zaczęli przyjeżdżać właściciele galerii z miast na wybrzeżu, przywozili farby i płótno i płacili za godzinę pracy. Płótno zresztą rozkładane było na podłodze, krajowcy stawiali na nim kropki tak samo jak wtedy, kiedy usypywali śnienie z piasku do ceremonii. Właściciel galerii następnie rozpinał namalowany już obraz na blejtramie i sprzedawał go w swojej galerii za tysiące. Za tysiące, bo skoro sława była międzynarodowa, to i cena musiała być odpowiednia.
Emily Kame Kngwarreye brała udział w pracach grupy tworzącej batiki od samego początku, jej prace przedstawiające śnienia były na zbiorowej wystawie w 1988 roku. Malować zaczęła dopiero rok później, kiedy Rodney Gooch przywiózł do Utopii farby. Miała wtedy około 70 lat (dokładna data urodzin nie jest znana). Od tego momentu do swojej śmierci we wrześniu 1996 roku namalowała kilka tysięcy obrazów. Są to płótna pokryte kropkami lub kreskami, podobnie jak w przypadku innych twórców z serca Australii, ale w tych obrazach jest coś, czego nie da się zdefiniować, ale co powoduje, że można się w nie wpatrywać jak w obrazy Cezanna.
Daty tej zawrotnej kariery zaczętej w późnym wieku (nigdy nie mów, że na coś jest za późno): w 1988 roku pierwsza zbiorowa wystawa batiku, która objechała świat; 1989 – pierwsza zbiorowa wystawa malarstwa akrylowego; 1990 – pierwsza indywidualna wystawa w Sydney; później szereg wystaw zbiorowych i indywidualnych, a w roku 1997 (po śmierci) Biennale w Wenecji.
Historia kołem się toczy, etnologia czasem też. W latach siedemdziesiątych biali entuzjaści dostarczali krajowcom materiałów do malowania i okazało się, że tak powstałe obrazy znakomicie się sprzedają. Później właściciele galerii sami zaczęli szukać artystów w osiedlach na pustyni, by sprzedawać ich obrazy w wielkich miastach. Dziś te kropkowane obrazy są tak popularne, że postrzegane są niemal jak tradycyjna sztuka ludowa australijskich krajowców. Oferują je turystom galerie w Alice Springs i w miasteczku turystycznym pod górą Uluru. Obrazy oferowane w galeriach kosztują po parę tysięcy dolarów, ale wszędzie tam, gdzie przyjeżdżają turyści, krajowcy z pobliskiego osiedla przyjeżdżają starymi samochodami i siedząc na ziemi oferują podobne obrazki po kilkadziesiąt dolarów.
Jak tu czegoś takiego nie kupić? Zwłaszcza że przy okazji można sobie zrobić seflie z artystką.

Selfie z atrystką


Zarówno ten tekst, jak i inne na podobny temat, można przeczytać w mojej książce "ART ETNO"
 


Sunday, November 18, 2018

Czy możemy się czegoś nauczyć od Aborygenów?



Krajobraz centralnej Australii widziany z lotu ptaka
W XIX wieku karawany odkrywców z wielbłądami wyprawiały się na pustynię Gibsona. Odkrywcy ci uznali, że te tereny nie nadają się do zamieszkania. Rosły tam wprawdzie kępy drzewek i traw, ale te drzewa to tylko pustynne eukaliptusy, którym starczał deszcz raz do roku. A deszcz tam padał tylko wtedy, kiedy nad Oceanią szalały cyklony niosące ze sobą wyjątkowo gęste chmury. Chmury te przełamywały się przez góry i wtedy nad pustyniami były powodzie. Woda spływała do okresowych jezior, ale te wkrótce wysychały i przez resztę roku panowała susza. Jak mieszkać w takim klimacie? Nawet owiec nie da się tu hodować. Uznano ten teren za bezludny i zostawiono go w spokoju.
Spokój został zakłócony, kiedy w połowie XX wieku Wielka Brytania chciała wypróbować swoją świeżo skonstruowaną bombę atomową i szukała do tego celu jakiegoś bezludnego miejsca. Nad pustynią Gibsona zaczęły latać samoloty i widziano z góry, że to miejsce nie jest tak zupełnie bezludne, że jednak ktoś tam mieszka. W takim razie trzeba coś zrobić, żeby teren jednak był bezludny. Znów zorganizowano wyprawy, tym razem samochodami terenowymi, by tych tajemniczych mieszkańców pustyni odnaleźć i gdzieś przesiedlić. Okazało się, że ci ludzie tam mieszkają niezupełnie legalnie. Po pierwsze, chodzą po pustyni na golasa, a w Australii chodzenie nago w miejscach publicznych jest nielegalne. Ponadto ci ludzie znajdują się na terytorium Australii, ale nie mają australijskiego obywatelstwa, nigdzie nie ma ich aktów urodzenia, nie znają też urzędowego w Australii języka angielskiego.
W kręgach antropologów wywołało to pewną sensację, bowiem najwyraźniej odkryto ludzi z epoki kamienia gładzonego, którzy jak dotąd nie mieli żadnego kontaktu z cywilizacją. Pisano o nich jak o ludziach pierwotnych nie posiadających prawie żadnej wiedzy, choć jednocześnie podziwiano ich za umiejętność nie tylko przeżycia, ale nawet utrzymania rodziny na pustyni, gdzie mieszkaniec Sydney zostawiony samemu sobie nie przeżyłby nawet tygodnia. Wraz z tym odkryciem pojawił się problem: przecież nowoczesny kraj w połowie XX wieku nie może sobie pozwolić na to, by jacyś jego mieszkańcy chodzili nago po pustyni i żywili się jaszczurkami. Trzeba dla nich stworzyć osiedla, gdzie mogliby jeść jakieś cywilizowane potrawy siedząc przy stole, trzeba im też dać ubrania, bo przecież za chodzenie nago mogą być aresztowani. No i dzieci trzeba do szkoły posłać, bo w cywilizowanym kraju takim jak Australia istnieje obowiązek szkolny. Nieposyłanie dzieci do szkoły jest nielegalne.
Aborygeni jedzący do syta
Stworzono kilka takich osiedli. Największym z nich, a także najbardziej znanym, jest Papunya, położona 240 km na zachód od Alice Springs. Papunya jest najbardziej znana, ponieważ w 1971 roku przyjechał tam Geoffey Bardon, by pracować w szkole jako nauczyciel sztuk plastycznych. Bardon był jednym z niewielu, dla których praca w takim miejscu nie była czymś w rodzaju zesłania. Przybyszom z pustyni Papunya była przedstawiana jako mlekiem i miodem płynąca, istotnie mogli tu codziennie jeść do syta, co na pustyni nie zawsze miało miejsce. Ale mimo oficjalnych dobrych chęci, nie było zrozumienia międzykulturowego. Przybysze z pustyni nie widzieli związku z jedzeniem, które wszyscy dostają w stołówce, a wykonywaniem innych, zupełnie niezwiązanych z jedzeniem czynności. Takich jak zamiatanie podwórza, doglądanie ogródka (w którym jedzenie wcale nie rośnie), albo mycie zamkniętych pomieszczeń, w których kazano im robić kupę. Kto to w ogóle widział, żeby kupę robić w zamkniętym pomieszczeniu! Tymczasem zdaniem zarządu przybyszów z pustyni trzeba było nauczyć, że na jedzenie trzeba zarobić i wyznaczył rezydentom zadania do wykonywania. Zdaniem zarządu przybysze powinni się nauczyć mieszkać w domach, które specjalnie dla nich zbudowano, tymczasem przybysze, jeśli się już dali namówić do spania w zamkniętych pomieszczeniach, traktowali te pomieszczenia tak jak każde inne miejsce na pustyni, gdzie się przebywało ledwie kilka dni i gdzie śmieci się wyrzucało byle gdzie. Zarząd uważał, że domostwa przybyszów są zaśmiecone, a przybysze uważali, że to wina zarządu, który każe im tak długo w jednym miejscu przebywać. Zarząd uważał, że przybysze z pustyni są brudni, nie myją się i nie piorą odzieży, a przybysze nie mogli zrozumieć, jak można cenną wodę marnować na mycie, nie mówiąc o praniu. Zresztą to zarząd kazał im te ubrania nosić.
Tak czy owak biali przybysze z wielkich miast woleli ograniczać kontakt z czarnymi przybyszami z pustyni do godzin służbowych, dla czarnych przybyszów z pustyni był nawet zakaz wstępu na osiedle, gdzie mieszkali biali przybysze z miast. Czarni przybysze z pustyni także ograniczali ten kontakt do minimum. Nawet nie próbowali przekonać białych przybyszów, że ci mogliby się jeszcze czegoś nauczyć. Było oczywiste, że biali przybysze nie wykazują nawet cienia zainteresowania tym, co mężczyzna powinien wiedzieć.
Dzieci mają iść do szkoły, ale jak tu uczyć dzieci, które nawet nie znają angielskiego? Szwargocą między sobą w jakimś nieznanym narzeczu i są nieposłuszne, ale też jak mają być posłuszne, skoro nie rozumieją co się do nich mówi? Rodzicom też nie można powiedzieć, żeby wpłynęły na swoje pociechy, bo rodzice też nie znają angielskiego. A w takim razie co, nauczyciele mają się uczyć języków Pintupi albo Piciandziara? Albo obu i jeszcze paru innych, bo w Papunya zgromadzono ludzi z różnych rejonów i mówiących różnymi językami. Jeszcze z ludźmi Arrente, pochodzącymi z terenów wokół Alice Springs, można się jakoś porozumieć, bo oni zetknęli się z przybyszami z miast wcześniej, niektórzy pracowali nawet jako kowboje na farmach, ale Pintupi zostali przywiezieni prosto z pustyni i świat białego człowieka to dla nich zupełna abstrakcja. Czy można się dziwić nauczycielom, że pracę na takiej placówce traktowali jak zesłanie?
Clifford Possum - malowidło na ścianie muzeum w Alice Springs
Geoffrey Bardon był inny, on właśnie chciał pracować z krajowcami, nawet się nauczył trochę języka Pintupi. Był nauczycielem plastyki świeżo po studiach, pełen nowych teorii na temat tego jaką rolę sztuka może odegrać w edukacji. Zgodnie ze współczesnymi teoriami sztuka ma wyrażać osobowość tego, kto tę sztukę tworzy, nie ma być naśladownictwem. Kiedy Bardon zaczął pracować w szkole w Papunya, zauważył coś ciekawego: tamtejsze dzieci w klasie rysowały kowbojów w stylu zupełnie europejskim, ale kiedy bawiły się na podwórku, rysowały w piasku zupełnie inne, skomplikowane wzory. Bardon mówił dzieciom, że w klasie też powinny rysować w swoim tradycyjnym stylu. Dzieci poszły do domu, a rano przyszły z ojcami. Ojcowie powiedzieli, że dzieci tego nie mogą zrobić, ale oni mogą i zrobią. Powiedzieli, że Papunya stoi w miejscu związanym ze Śnieniem Miodnej Mrówki, dlatego oni namalują Śnienie Miodnej Mrówki na ścianie szkoły. Okazało się, że czarni mieszkańcy Papunya to wytrawni plastycy, malowali zgodnie z prastarą tradycją, tylko medium było nowe. Takie plastyczne przedstawienie śnienia istnieje trochę na takiej zasadzie jak utwór muzyczny, który wykonywany jest w odpowiednim momencie, ale to nie znaczy, że kiedy nie jest wykonywany to nie istnieje. Ilustracje śnień wykonywano od pokoleń tylko na czas ceremonii na ziemi, w miejscu gdzie odbywały się tańce. Usypywano je z kolorowego piasku, często był to bardzo skomplikowany wzór, na którym następnie tańczono, tak że w końcu z tego śnienia nic nie zostawało. Tym razem Śnienie Miodnej Mrówki namalowane zostało na ścianie szkoły i zostało na nieco dłużej.
   Ale ani Bardon, ani twórcy malowidła nie zamierzali na tym poprzestać. Dla krajowców czymś niezwykłym było, że ktoś z białych przybyszów zainteresował się tym, co oni naprawdę mają do powiedzenia. Dla Bardona niezwykłym odkryciem było, że krajowcy maja dawną tradycję tworzenia obrazów i namawiał twórców, by tworzyli w bardziej trwałej materii. Kupował im farby akrylowe i płyty pilśniowe, obrazy powstałe w ten sposób krajowcy mogliby sprzedać i mieć w ten sposób własny dochód, nie musieliby żyć z zasiłków. A styl malowanych śnień idealnie pasował do panującej wówczas na rynku sztuki mody na abstrakcję. Na piasku śnienia usypywane były z malutkich kupeczek piasku, na płycie pilśniowej były to charakterystyczne kropeczki układające się we wzór. Bardon dostarczał materiałów, twórcy przychodzili do szopy za szkołą i tam malowali akrylami na płytach pilśniowych. Kiedy powstała pewna ilość tych obrazów, Bardon załadował je do samochodu i zawiózł do Alice Springs, gdzie znalazł galerię gotową te obrazy wystawić i sprzedać. W ciągu roku 1971-12, kiedy pracował w Papunya, Bardon był kilka razy w Alice Springs, za każdym razem z nowym ładunkiem obrazów. Obrazy te kupowali przejezdni turyści po kilkadziesiąt albo i sto kilkadziesiąt dolarów. To była spora suma dla twórców, z których niektórzy ledwie kilka lat wcześniej przyszli z pustyni, gdzie nie zarabiali nic (i tak naprawdę nie wiedzieli co to są pieniądze). 
Johnny Warnakula - obraz w muzeum w Alice Springs
Co ciekawe, obrazy te nie były kupowane jako ciekawostki etnograficzne tylko jako dzieła sztuki współczesnej. Idealnie się wpisywały w nurt modnej wtedy abstrakcji. W Alice Springs w 1971 roku sensację wzbudził niejaki Kaapa Tjampitjimpa, też mieszkaniec Papunya, który wygrał główną nagrodę w konkursie na współczesny obraz. Nie był to bynajmniej konkurs dla krajowców, startowali w nim najzupełniej biali artyści z regionu, a jury też się składało z najzupełniej białych ekspertów. Rok później Muzeum w Darwin, które kupiło kolekcję kilku twórców z Papunya, zorganizowało objazdową wystawę pokazywaną w kilku miastach Australii. Była ona w Sydney i w Melbourne, a w 1974 roku wystawiono ją w Alice Springs. Okazało się, że po paru dniach trzeba ją zamknąć. Dlaczego? Bo krajowcy z innych osiedli demonstrowali, rzucali kamienie i włócznie. Takie rzeczy absolutnie nie powinny być wystawiane na widok publiczny! Biali przyjaciele krajowców nie mogli tego zrozumieć. Jak to? To przecież chyba dobrze, że doceniana jest sztuka Aborygenów, że robione są wystawy? Nic z tego nie rozumiejąc organizatorzy wystawę zamknęli i sprawa przycichła. Wystawione obrazy na wszelki wypadek zamknięto w piwnicy muzeum w Darwin.
Jednakże galerie na wybrzeżu nadal wystawiały te obrazy, a ich ceny powoli rosły. Właściciele galerii, widząc że można na tym zarobić, wysyłali swoich agentów do Alice Springs, dostarczali artystom płótno i farby, kupowali od nich obrazy, a następnie sprzedawali na wybrzeżu po sporo wyższej cenie. Ceny rosły i rosły, wokół artystów z pustyni zaczynała się tworzyć legenda. W końcu w latach dziewięćdziesiątych agent domu aukcyjnego Sotheby wpadł na pomysł, by znaleźć te najwcześniejsze obrazy z Papunya, które przygodni turyści kupowali po kilkadziesiąt dolarów, i sprzedać je na aukcji. Rezultat przeszedł wszelkie oczekiwania, obrazy się sprzedawały po kilkadziesiąt tysięcy. Liderem początkowo był Clifford Possum Tjapaltjarri, którego obraz „Love Story”, sprzedany w 1972 roku za 60 dolarów, na aukcji w 1995 zmienił właściciela za prawie sześćdziesiąt tysięcy. Pięć lat później rekord pobił Johnny Warangkula Tjupurula, którego obraz „Water Dreaming at Kalipinypa” z 1972 roku sprzedany został za ponad czterysta tysięcy. Kupił go milioner z Ameryki.
Obrazy Aborygenów na sprzedaż
Tu pojawił się problem: jak to, najcenniejsze arcydzieła mają opuszczać granice kraju? Wiadomo, że Amerykanie mają najwięcej milionerów, ale co w takim razie zrobić? W europejskich krajach są przepisy zakazujące wywozu dziedzictwa narodowego za granicę. W Australii wprawdzie nie ma dzieł mistrzów renesansu, ale może sztuka Aborygenów może być jakoś odpowiednikiem? Tylko na jakiej podstawie wydać zakaz wywozu? Przecież to nie są zabytki sprzed kilkuset lat, artyści nierzadko jeszcze żyją. Komisje rządowe powołały ekspertów z muzeów etnograficznych, ale dla tych ekspertów to też była zagadka, obrazy malowane akrylem na płycie pilśniowej nie mają miejsca w kulturze koczowników. W końcu ktoś wpadł na pomysł, by zapytać samych twórców, co na ten temat myślą. Do Alice Springs wybrały się dwie panie, jedna przedstawicielka komisji rządowej, druga ekspertka, ale nie z muzeum etnograficznego, tylko historyk sztuki, która w ramach pracy naukowej spisała biografie głównych twórców z Papunya i znała ich osobiście.
Panie spotkały się z jednym z malarzy w lokalu w Alice Springs. Pani ekspert otwarła komputer, żeby omówić poszczególne obrazy, które właśnie miały być sprzedawane na aukcji. Skoro tylko pojawiły się na ekranie, malarz powiedział ostro:
   „Zamknij to. Nie będziemy na ten temat rozmawiać. Nie mieliście jakiegoś faceta, żeby z wami przyjechał?”
Okazało się (kiedy w końcu znalazł się facet), że obrazy, które pani ekspert miała w komputerze, mogą oglądać tylko mężczyźni. Są to obrazy usypywane z kolorowego piasku w czasie inicjacji młodych mężczyzn. Kobiety i dzieci nie powinny w ogóle tego widzieć.
A w takim razie dlaczego oni w ogóle malowali te obrazy, wieszali w galerii, sprzedawali?
Zaszło jedno wielkie nieporozumienie. Artyści, którzy ledwie kilka lat wcześniej po raz pierwszy zobaczyli białego człowieka, nie wiedzieli co to jest galeria, nie mieli pojęcia co biali ludzie zrobią z ich obrazami. Zupełnie prawdopodobnym jest, że za oczywiste uważali, że to co robią mężczyźni pozostanie między mężczyznami, nie będzie wystawiane tam, gdzie zobaczyć to będą mogły kobiety. Publiczna wystawa w Alice Springs spowodowała zamieszki, od tego czasu malarze z Papunya zmienili tematykę, odtąd tematy tabu nie pojawiały się w ich obrazach. Ale te najwcześniejsze obrazy zostały już sprzedane i ich autorzy nie mieli wpływu na to, co się z nimi działo.
Obraz, który twórca sprzedał za kilkadziesiąt dolarów po kilkudziesięciu latach sprzedany został za setki tysięcy, ale twórca nie dostał z tego ani grosika. Zapewne coś jednak zyskał, przypuszczalnie podskoczyły ceny jego nowych obrazów. Ale tu wcale nie o ceny chodzi. Raczej chodzi oto – jak to się stało, że obraz, którego temat był tabu (czyli święty) stał się po prostu towarem, który się kupuje i sprzedaje. Czego tu nie rozumiemy? Może możemy się od koczowników z pustyni czegoś nauczyć? Może zamieszki w Alice Springs miały znaczenie również dla nas?
A może po prostu tak musi być, świat zmierza w tym kierunku i już niedługo nadejdzie czas, kiedy Matkę Boska Częstochowska będzie można sprzedać, jeśli ktoś wyłoży odpowiednie pieniądze?


Matka Boska Cz estochowska


Zarówno ten tekst, jak i inne na podobny temat, można przeczytać w mojej książce "ART ETNO"
 

Friday, October 12, 2018

Mistrzowie z Ziemi Arnhema

Krajobraz Ziemi Arnhema

W 1912 roku odkryto a Ziemi Arnhema tradycję malarstwa trwającą od czasów niepamiętnych.
Zaskakujący jest sam fakt, że akurat w tym kraju istniała wielowiekowa tradycja. Jest to kraj dziki i niegościnny, gdzie przez trzy miesiące w roku leje nieprzerwanie, pełne krokodyli rzeki występują z brzegów, a potem przez dziewięć miesięcy nie pada wcale i rzeki zamieniają się w rządek zatęchłych bilabongów. Trudno tam nawet bydło wypasać. Biali nie chcieli się tam osiedlać i jeszcze na początku XX wieku był to kraj ciemnoskórych koczowników polujących na kangury. I - co właśnie zdumiewające, - kultywujących odwieczną tradycję malarstwa.
W 1912 roku antropolog Baldwin Spencer, profesor uniwersytetu w Melbourne, przyjechał do Oenpelli prowadzić badania naukowe. Zauważył on, że mieszkający tam członkowie ludu Kakadu malują różne zwierzaki i inne postacie na ścianach wznoszonych w porze deszczowej szałasów z kory eukaliptusa. Profesor Spencer zamówił nawet kilka takich malowideł na osobnych wyciętych kawałkach kory i zabrał je do muzeum w Melbourne. Znajdują się tam do dziś.
Oenpelli to była farma na pograniczu cywilizacji. Założył ją w 1906 roku poszukiwacz przygód Paddy Cahill. Paddy Cahill to był człowiek pogranicza, znał Aborygenów, nauczył się kilku ich języków i niektórych zatrudniał na swojej farmie. Ale było do dosłownie pogranicze, dalej na wschód było bezdroże pośród fantastycznych skał, pośród których trudno było nawet podróżować. Mieszkali tam Aborygeni nie znający jeszcze białego człowieka. Były to ludy o przedziwnych zwyczajach, prawdziwa gratka dla antropologów.
Zwyczaje były iście zdumiewające. Był to jeszcze na początku XX wieku kraj bezustannie toczonej wojny na włócznie rzucane przy pomocy miotacza i mogące przebić człowieka z odległości kilkuset metrów. To akurat nie było zdumiewające, natomiast jak najbardziej zdumiewające były zwyczaje związane z zawieraniem pokoju. Wszyscy się gromadzili na ceremonii, a na znak pokoju wodzowie wymieniali żony, przy czym ta wymiana konsumowana była natychmiast, na oczach zgromadzonych. Do konsumpcji takiego znaku pokoju nie trzeba się było rozbierać, bo wszyscy i tak chodzili nago cały czas. Ale też ani chodzenie nago, ani ten oryginalny znak pokoju nie oznaczały rozpustnego życia. Żony wymieniane były tylko na moment ceremonii, poza tym wszyscy dobrze wiedzieli kto jest czyja żoną. Wszyscy też wiedzieli, że za kradzież żony można być przebitym włócznią. Odzyskana żona karana była łagodniej, przebijano jej włócznią tylko udo, a ona bynajmniej nie narzekała na taki los. Raczej odwrotnie, gdyby jej takiej kary odmówiono, to mogłaby podejrzewać, że nie jest dość atrakcyjna. Okazywanie szacunku też mogło zdumiewać przybysza z innej cywilizacji. Jeśli zmarł czcigodny członek klanu, to jego ciało było pieczone i zjadane przez wszystkich jego krewnych, a kości następnie umieszczane w trumnie, którą koczowniczy mieszkańcy tej ziemi przenosili wszędzie tam, gdzie się przemieszczali. Tak że na tym tle malowanie ścian domostw było zachowaniem zrozumiałym, nawet jeśli te domostwa były tylko tymczasowe i nawet, jeśli malowane stwory były dziwaczne dla oka przybysza z innej cywilizacji.
Bilabong
Ziemia Arnhema to był jeszcze w XX wieku kraj nieznany. W czasie drugiej wojny światowej toczono o nią bitwy lotnicze i morskie, ale dopiero w 1948 roku wysłano australijsko-amerykańską wyprawę naukową, by dokładnie kraj zbadała. Wyprawa ta, pod kierownictwem C.P. Mountforda, prowadziła również badania antropologiczne i kolekcjonowała malowidła. Zebrano wtedy największą kolekcję malowideł na korze z okresu przed powstaniem rynku sztuki aborygeńskiej. Dzięki tym zbiorom można dziś zaobserwować jak się ta sztuka zmieniała, kiedy ten rynek powstał.
Antropolodzy zauważyli, że szałasy były wprawdzie malowane, podobnie jak te przenoszone z miejsca na miejsce trumny, ale było bynajmniej bez znaczenia co było na nich namalowane. Tylko członek konkretnego klanu mógł malować pewne wzory, te wzory były własnością klanu i nikt inny nie mógł ich malować. Podobnie było z wzorami malowanymi na ciele. Od święta trzeba się było odpowiednio wymalować, tak samo jak członkowie europejskiej cywilizacji od święta się odpowiednio ubierają. I tak jak Europejczycy po ubraniu mogą natychmiast poznać z jakiej kto jest grupy społecznej, tak na Ziemi Arnhema krajowcy po malowanym na ciele wzorze natychmiast poznają z jakiego kto jest klanu.
Ale to nie wszystko - krajowcy z Ziemi Arnhema tworzyli na korze malowidła ilustrujące mity (w Australii zwane zwykle "śnieniami"), które służyły do instrukcji w czasie ceremonii inicjacji dorastających chłopców. Przy czym każde malowidło miało znaczenie zewnętrzne, które wyjawiano chłopcom, i drugie, głębsze znaczenie wewnętrzne, które wyjawiano dopiero dojrzałym mężczyznom. Po ceremonii malowidło było wyrzucane. Chyba że namalowane było na ścianie jaskini. W zachodniej części Ziemi Arnhema sporo jest takich jaskiń z malowidłami, z których niektóre udostępnione zostały do oglądania dla turystów, inne nadal są dostępne tylko wtajemniczonym. Czasem takie malowidło kupił jakiś antropolog, w takim przypadku wylądowało w muzeum w którymś z wielkich miast na wybrzeżu. W każdym razie jedno było jasne: na Ziemi Arnhema malarstwo było sztuką jak najbardziej rodzimą. Malowano na korze eukaliptusa pędzlem zrobionym z patyka, jako barwników używano minerałów białych, czarnych, żółtych i czerwonych, a jako spoiwo używany był sok rodzimej orchidei.
Malowidło naskalne z Ziemi Arnhema
Ale nie tylko antropolodzy chcieli jechać do tego tajemniczego i niegościnnego kraju. Ten kraj golasów, którzy nigdy nie słyszeli o Chrystusie, był polem do popisu dla misjonarzy. W 1925 roku kościół anglikański wysłał misjonarzy do Oenpelli, dziesięć lat później kościół metodystów założył na wschodnim wybrzeżu Ziemi Arnhema misję o nazwie Yirrkala. Misjonarzem, który wybrał odpowiednie miejsce płynąć stateczkiem wzdłuż wybrzeża był Wilbur Chaseling. Wkrótce to właśnie te dwa ośrodki stały się głównymi punktami spotkania między cywilizacjami.
Dla pierwszych misjonarzy wyzwaniem była panująca wśród krajowców moda na chodzenie w stroju adamowym. Dzielny misjonarz może pojechać w dzikie miejsce i zbudować tam kościół, ale przecież nie może do tego kościoła wpuścić ludzi chodzących na golasa! To przecież oczywiste! Acz moda, jak to moda, się zmienia. Już Wilbur Chaseling w swojej książce "Yulengor" pisał, że w latach dwudziestych XX wieku wśród młodzieży nastała moda na ubieranie się. Oczywiście golas z buszu nie mógł tak po prostu pójsć do sklepu w Darwin u kupić ubrania. Odzież noszona przez krajowców Ziemi Arnhema w latach dwudziestych uzyskana była zupełnie przypadkowo i bardzo różnorodna. I jakże różne były reakcje na tę modę w zależności od tego, kto patrzał! Starszyznę plemienną zapewne gorszył fakt, że młodzież próbuje coś ukryć, a misjonarza zdumiewał na przykład rosły wojownik z dzidą odziany w damską japońską piżamkę. Ale też to tylko młodzież tak szpanowała, starsze pokolenie utrzymywało, że uczciwy człowiek nie ma nic do ukrycia i nadal preferowało strój adamowy. No ale moda się pojawiła i aby jej ulegać trzeba było mieć jakąś siłę nabywczą. A skąd tę siłę nabywczą posiąść? Może od antropologów, sprzedając im malowidła na korze? Jednakże antropolodzy to rynek bardzo ograniczony, wyprawy badawcze nie co roku są organizowane. Pomysł jednak podjęli misjonarze, którzy zaczęli kupować obrazy na korze od swoich potencjalnych owieczek i sprzedawać w miastach na wybrzeżu. Tylko jak płacić artyście za takie dzieło? Niektórzy misjonarze postanowili płacić za czas pracy konieczny do wykonania obrazu oraz jego "kunsztowność". A skoro nabywcy tak chcą, to artyści się dostosują. Współcześni krytycy zwracają uwagę na ilość kreseczek, która dramatycznie się zwiększyła na obrazach malarzy z Ziemi Arnhema w latach pięćdziesiątych. Zwierzęta namalowane prostą plamą w obrazach zebranych w Oenpelli przez Spencera i Mountforda, od lat pięćdziesiątych pokryte są siateczką drobniutkich kreseczek.
Ale nie tylko taki wpływ mieli misjonarze na dzieła powstające na zamówienie. Mityczne postacie praojców i pramatek tradycyjnie malowane były z wyolbrzymionymi genitaliami, co było naturalne, skoro chodziło o podkreślenie rozrodczości. Dla artysty z Ziemi Arnhema na obrazie przedstawiającym pochodzenie jego klanu wargi sromowe pramatki były święte i dlatego wyolbrzymione. Dla chrześcijańskiego misjonarza żadne wargi sromowe nie mogły być święte. A poza tym jak wywiesić postać kobiecą z wyolbrzymionymi wargami sromowymi w szanującej się galerii? Na takie dzieło trudno znaleźć nabywcę, zatem trzeba zamówić obraz pramatki bez wyolbrzymionego sromu, a najlepiej w majtkach.
A z drugiej strony czy to ma znaczenie, że twórca malowidła chodzi normalnie na golasa, ponieważ - jak twierdzi - jest uczciwym człowiekiem i nie ma nic do ukrycia? Otóż jak najbardziej ma. Jest to dokładnie tak, jak z tureckim astronomem z bajki o Małym Księciu, którego nikt nie traktował poważnie póki chodził w śmiesznym tureckim stroju. Czy do wyobrażenia byłoby zabranie zupełnie gołego, w dodatku nieuczesanego i kudłatego, artystę na wernisaż w Sydney? Ale na szczęście moda mieszkańców Ziemi Arnhema wyszła naprzeciw właścicielom galerii, dawne obyczaje upadły i krajowcy zaczęli chodzić w ubraniach.
Obraz szkoły Oenpelli 
Prawdę powiedziawszy ta zmiana mody była trochę wymuszona. Tak się bowiem złożyło, że właściciele Australii, czyli biali jej mieszkańcy przybyli stosunkowo niedawno zza oceanu, w swojej większości uważali, że po drugiej stronie cywilizacyjnej granicy jest nie inna cywilizacja, a brak cywilizacji. Chodzenie na golasa jest przecież oczywistym znakiem braku cywilizacji. Ale dodatkowo wedle obowiązującego w Australii prawa chodzenie nago w miejscach publicznych było nielegalne. Nielegalne było również nieposyłanie dzieci do szkoły, dlatego też dla rdzennych mieszkańców Ziemi Arnhema zorganizowano szkoły. Był to przymus, dzieci odbierano rodzicom i zamykano w szkołach z internatem. W pierwszej połowie XX wieku takie szkoły prowadzili misjonarze, tak że misje stały się ośrodkami, wokół których gromadzili się koczowniczy do niedawna mieszkańcy. Misje takie jak Oenpelli czy Yirrkala.
Ukończywszy szkoły, krajowcy zaczynali rozumieć świat białych ludzi. Zaczynali rozumieć co to są sądy. Być może w sądzie będzie można udowodnić, że tak naprawdę właścicielami Ziemi Arnhema są jej pierwotni mieszkańcy i że powinna ona być im zwrócona. Dowodem klanów na prawo własności danej ziemi były opowieści przekazywane z pokolenia na pokolenie z mnemotechniczną pomocą malowideł na korze eukaliptusa. Inne klany rdzennych mieszkańców Ziemi Arnhema respektowały tak przekazywane prawo, ale czy sądy białych właścicieli Australii mogą takie prawo respektować? W 1963 roku klany skupione wokół misji Yirrkala wysłały do australijskiego parlamentu spisaną na korze petycję protestującą przeciw działalności firmy górniczej eksploatującej złoża boksytu. Władze przyznały owej firmie prawo eksploatacji, a przecież nikt nie zapytał nawet o zdanie klanu będącego tej ziemi właścicielem. Petycja spisana została po angielsku, ale wokół wymalowana została w obrazach historia udowadniająca prawo własności klanu. W tej konkretnej sprawie władze nie przyznały racji krajowcom, ale medialny hałas z tą sprawą związany spowodował, że w późniejszych sprawach decyzje były bardziej im przyjazne.
Australijskie prawo nie mogło uznać, że jakiś klan był właścicielem jakiejś ziemi od czasów niepamiętnych, bowiem prawo białych ludzi w Australii opierało się na założeniu, że przed ich przybyciem tej ziemi nikt nie posiadał. Tak się wprawdzie składało, że jacyś ludzie tam koczowali, ale skoro chodzili na golasa, to nie mieli prawa do australijskiego obywatelstwa. Uznano ich za "podopiecznych" państwa, których najpierw trzeba nauczyć chodzić w ubraniu. Ale lata sześćdziesiąte to czas rewolucyjnych przemian, również w Australii. W 1967 roku w wyniku uprzednio przeprowadzonego referendum uznano rdzennych mieszkańców kontynentu za obywateli tego kraju.
Lata sześćdziesiąte to czas rewolucyjnych przemian nie tylko w Australii. Tak się złożyło, że pierwsza połowa XX wieku, czyli akurat czas pierwszych kontaktów z cywilizacją Ziemi Arnhema, to w Europie czas kubizmu, ekspresjonizmu i im podobnych awangardowych ruchów w malarstwie. Dla kubistów sztuka egzotycznych ludów była nie tylko godna uwagi ale wręcz była wzorem do naśladowania. Podobno sam Picasso, widząc obrazy malarza imieniem Yirawala, stwierdził że sam chciałby umieć tak malować. A skoro dla twórców tak sławnych jak Picasso to jest wzór do naśladowania, to widocznie jest to prawdziwa sztuka. Można by dzieła takich twórców wystawić w galerii i sprzedawać bogatym firmom, żeby sobie powiesiły takie w gabinecie dyrektora.
Ciekawe, jak różne rzeczy interesują ludzi z różnych cywilizacji. Dla mieszkańców Ziemi Arnhema istotne jest, czyje kości są w trumnie wymalowanej w takie czy inne symbole, albo kto mieszka w tak wymalowanym szałasie. Przedstawicieli przyjezdnej cywilizacji takie rzeczy nie interesują. Dla nich istotne jest kto pomalował trumnę albo szałas, albo kto namalował zwierzaka na specjalnie wyciętym kawałku kory. To znaczy ściślej - dopóki zwierzaki malowane na kawałku kory traktowane były jak eksponaty etnograficzne, nikt się nie przejmował jak miał na imię twórca, który dany eksponat wykonał. Eksponat etnograficzny był wytworem "ludu". Ale zupełnie inaczej sprawa wygląda, jeśli eksponat wisi w galerii sztuki, wówczas należy artystę znać z imienia. A najlepiej, jeśli to możliwe, z imienia i nazwiska. Yirawala znany był z imienia, a ponieważ nie miał nazwiska, w niektórych katalogach pojawia się jako "Billy Yirawala". Sam Yirawala protestował, ale widać twórcy katalogu uznali, że artysta nie może się pojawić w katalogu bez nazwiska. Przecież to tak, jakby się nago pojawił na wernisażu!
Obraz szkoły Yirrkala
Yirawala jest najbardziej znanym przedstawicielem malarstwa Ziemi Arnhema, miał wystawy w miastach na wybrzeżu i nawet w Europie, jeździł na wernisaże. Jego obrazy traktowane były jako dzieła sztuki takie jak obrazy Picassa. Dla białej publiczności był to zapewne awans, ale sam Yirawala protestował twierdząc, że jego obrazy są w istocie religijne, że jest to jakby wykład wiedzy duchowej ludu Kunwindżku, do którego należał. Twierdził, że tak jak biali mają książki, w których przekazują wiedzę następnym pokoleniom, tak Kunwindżku mają obrazy, które stanowią ilustracje przy wtajemniczaniu młodzieży. Twierdził też, że każdy obraz ma kilka poziomów znaczeń, te najgłębsze są wyjawiane tylko najbardziej wtajemniczonym. Sandra Holmes, która go promowała i mocno się przyczyniła do jego sławy, pisała, że malując swoje obrazy śpiewał święte pieśni. Można powiedzieć, że jego obrazy były w pewnym sensie jak ikony, które mają pośredniczyć w kontakcie ze światem niewidzialnym. Ale też tak jak ikony, obrazy Yirawali stały się towarem. Dla białego nabywcy nie są niczym więcej.
Yirawala uważany jest za głównego przedstawiciela tzw. szkoły z Oenpelli. Malarstwo Ziemi Arnhema zazwyczaj dzieli się na dwa wyraźnie różne style, tak zwaną "szkołę Oenpelli", czyli styl malarzy z zachodniej części kraju, oraz wyraźnie od niej stylowo różną "szkołę Yirrkala" ze wschodniego wybrzeża.. Szkołę Oenpelli cechuje malowanie przedstawianych postaci na jednolitym tle. Postacie malowanych zwierząt przedstawiane są często razem z wewnętrznymi narządami, na przykład jelitami i szkieletem, jakby były prześwietlone. Takie prześwietlone postacie zwierząt pojawiają się także w malowidłach naskalnych, jakich jest sporo w zachodniej części Ziemi Arnhema. Uważa się, ze malarstwo na korze to bezpośrednia kontynuacja malarstwa naskalnego i że niektóre z naskalnych malowideł powstały zupełnie niedawno. Postacie malowane na korze wypełnione są też siatką drobniutkich kreseczek.
Obrazy szkoły Yirrkala różnią się wyraźnie stylowo, choć dla postronnego obserwatora mogą wyglądać podobnie. Też są pokryte siecią kreseczek w czterech kolorach ochry, są jednak w pewnym sensie odwrotnością. Tutaj wzorami z kreseczek, zawsze będących własnością klanu autora, pokryte jest tło, natomiast pojawiające się na tym tle postacie są często jednolicie czarne. Często obraz jest ilustracją śnienia składającą się z kilku scen w sąsiadujących na obrazie polach. Zauważyć też można ciekawy proces: w latach czterdziestych antropolodzy zebrali takie ilustracje mitów wykonane na papierze kredkami we wszystkich możliwych kolorach, na przykład zielono niebieskie. Mając dostęp do nowych technologii twórcy widzieli możliwość poszerzenia palety. Jednakże rynek sztuki nie cenił sobie tego rodzaju udoskonaleń, na rynku sztuki cenione były "autentyczne" obrazy wykonane na korze w kolorach ochry. Począwszy od lat pięćdziesiątych artyści znani są z imienia, acz żaden z nich nie osiągnął statusu podobnego do Yirawali. Może na użytek niniejszego tekstu można wymienić jednego artystę, który był współtwórcą petycji na korze do parlamentu; jest to Malawan Marika. Był on też współtwórcą podwójnego panelu dla kościoła w Yirrkala. Te panele, powstałe w 1963 roku, ilustrują mityczną historię ludu Yolngu mieszkającego w tej okolicy. Było to dzieło zbiorowe, poszczególne sceny malowali artyści, którzy mieli prawo je malować. Powstały one dla nowego kościoła w czasach, kiedy rezydujący tam pastor wspierał kulturę krajowców. Późniejszy pastor uznał pogańskie mity za dzieło diabła i usunął panele z kościoła. Swego czasu było o tej sprawie głośno i pewnie panele z Yirrkala bylyby najbardziej znanym dziełem artystów z Ziemi Arnhema gdyby nie to, że aby je zobaczyć, trzeba pojechać aż do Yirrkala, a to wcale nie jest takie proste.
Bo Ziemia Arnhema to nadal dziki kraj. Krajowcy wprawdzie chodzą dziś w ubraniach i posyłają dzieci do szkoły, ale nadal wolą mieszkać w małych osiedlach w buszu, gdzie nie ma dróg. Gruntowych dróg jest w całej Ziemi Arnhema niewiele, asfaltowych nie ma wcale. Najłatwiej pewnie dojechać do Oenpelli, która leży 16 kilometrów od Ubirr, gdzie turyści dojeżdżają asfaltową drogą oglądać naskalne malowidła. Z Ubirr do Oenpelli prowadzi droga gruntowa, ale najpierw trzeba przekroczyć w bród East Alligator River, gdzie czyhają krokodyle. Bród jest wprawdzie betonowy, przeznaczony dla pojazdów, ale prąd w rzece bywa wartki i czasem porywa samochody. Wiem to, ba sam stałem przed tym brodem i zdecydowałem się go nie przekraczać.

Droga do Oenpelli


Zarówno ten tekst, jak i inne na podobny temat, można przeczytać w mojej książce "ART ETNO"