Saturday, January 16, 2021

Londyn lat 80tych - ikonosfera miasta

1. ENTROPIA ULICY


Miasto pulsuje obrazami.

Nie w muzeum. Sztuka w muzeum nie pulsuje. Suche powietrze, którym trudno oddychać, w tym powietrzu zasuszone dzieła wyrwane ze swego środowiska. Ususzone ołtarze mistrzów średniowiecza. Ołtarze, które mistrz Memiling malował, by przed nimi klękano. Malował je, by pomóc klęczącemu w dostrzeżeniu obecności Przekraczającego Wszystko. Któż klęka przed ołtarzem mistrza Memlinga w londyńskiej Galerii Narodowej? Czy Przekraczający Wszystko może być obecny w tak suchym powietrzu? Sztuka w muzeum ma się tak do sztuki żywej, jak motyle w gablotach muzeum przyrody do motyli w dżungli. Ołtarze mistrza van der Weyden były jadowite, ale w Galerii Narodowej nie są bardziej jadowite od żmii w słoju z formaliną. Puls sztuki muzealnej nie jest większy niż puls wypchanego niedźwiedzia.

Sztuka pulsuje na ulicy. Jest oznaką żywego miasta. Oto ulica handlowa: tysiące obrazów przenikających się wzajem. Witryny sklepów przemieszane z odbiciem w szybie. Niekiedy wciśnięty między nie trzeci poziom znaków: napis na szkle. Dziwaczne witryny, wabiące oko przechodnia. Przemieszane z odbiciem w szybie, same z kolei odbijające się w lśniących maskach samochodów. A i same maski samochodów też godne nieprzeoczenia. Staroświeckie maski londyńskich autobusów: mit przeszłości. Mit jeszcze dalszej przeszłości: maska rolls-royce'a w kształcie frontonu greckiej świątyni.

Sztuka religijna? Pewnie tak, przed rolls-royce'em należy przyklęknąć.


FOLKLOR UBIORÓW

Mieniąca się barwami gama. Penerstwo: zużyta prostytutka na Kings Cross, żyjący z miejskiego zbieractwa łachmaniarz z brodą rosyjskiego patriarchy - obok zawsze się spieszących maklerów w prążkowanych garniturach albo matowych prochowcach. Ktoś ma wątpliwości, że prążkowany garnitur to stój ludowy? Ja nie. Ten sam schemat myślenia: „Trza być w garniturze w prążki na giełdzie”. Wolny wybór stroju? Chyba jedynie w zestawieniu z policjantem, który musi nosić przepisany nocnik na głowie, czy mu się to podoba, czy nie. Makler nie musi nosić melonika i dziś już bardzo rzadko go nosi, ale garnitur w prążki musi być. Jeśli zimno na ulic - wyłącznie prochowiec. W Niemczech urzędnicy w upał mogą zdjąć marynarkę, ale nie jest to w zwyczaju w Anglii. Podobnie tzw. sznurkowy krawat, czyli coś w rodzaju sznurowadła wokół szyi, choć spotykany w Ameryce iw Japonii-w Anglii wywołałby jedynie drwiące uśmieszki. ole twórczej inwencji pośród ludku maklerskiego jest naprawdę niewielkie.

O ileż bardziej wolni są punki, ludek bez szmalu. Lata osiemdziesiąte to wciąż okres radosnej twórczości na polu punkowej głowy. Reguł jest niewiele: włosy winny sterczeć w górę, kawałek czaszki powinien być wygolony, ubiór raczej czarny z metalowymi elementami, poza tym pole do popisu. Kolor włosów dowolny: czerwony, zielony, jakikolwiek. Może być grzebień włosów wzdłuż czaszki albo w poprzek, albo dwa grzebienie, albo tylko parę włosków nad czołem. Jakieś włosy powinny być, na łyso są skiny, tatuaże na czaszce to też skiny. Głowa punka to czysta sztuka, tworzona wyłącznie po to, by być oglądaną, Jest to sztuka czasu wolnego, ulice zapełniają się punkami wieczorem albo w weekendy, w szczególnym zagęszczeniu na koncertach punk rocka lub reggae. Dobrze zrobiona głowa może być nawet źródłem zarobku, jak w przypadku owych Mohikanów siedzących przed Buckingham Palace w roli atrakcji turystycznej i dających się fotografować za opłatą tak jak upióropuszony wódz w rezerwacie Siuksów.


Harikriszna: zgolona głowa z pozostawionym jedynie z tyłu kosmykiem, odcinający się od otoczenia ubiór; ale analogia z punkami jest tylko pozorna. Pomarańczowe dhoti harikrisznów wygląd egzotycznie, bo zostało przywiezione z Indii, ale jego zadaniem jest uniformizacja:jest to zakonny habit. Łysa głowa z kosmykiem z tyłu jest znakiem paktu Bogiem. Mają swoją świątynię w Soho, na głównych ulicach West Endu można nierzadko napotkać ich brzęczący korowód, niekiedy także widać ich rozmawiających z przechodniami darmo książeczki swego guru. Na koncertach nie bywają, prędzej na demonstracjach na rzecz pokoju, choć i tam ich głównym zajęciem jest rozdawanie broszurek. W takich okazjach noszą na kijach portrety swego guru Prabhupadha, tak jak kiedyś się nosiło portrety Przewodniczącego Mao.

Ciekawe, jak różne mogą być znaki paktu z Bogiem na głowie rastafarianie właśnie z tego powodu włosów nigdy nie ścinają ani nawet nie czeszą. Ta fryzura też przybyła z Indii tyle że z Zachodnich. Rasta można spotkać najczęściej na Brixton, a także na koncertach, ale tylko reggae. Zawsze spokojni, przechodzą przez tłum niczym wodzowie. Ich imponujące dredy schowane są niekiedy pod niezwykle pojemną czapką lub beretem, pod turbanem w przypadku dziewczyn. Owo nakrycie głowy jest z reguły w rastafariańskich kolorach symbolizujących Lwa Judejskiego, Dża Rasty: czerwonym, żółtym, zielonym.


Barwne stroje ludowe z najodleglejszych zakątków świata, zaiste Londyn to stolica światowego imperium. Papuzie dzioby na twarzach Arabek z Jemenu, chińska jedwabna kufajka, mudżahedin w afgańskich portkach rozdający ulotki; sari jest tak pospolite, że nieomal nie odcina się w tłumie.


III. SZTUKA OBWOŹNA



Stworzenie Adama na chodniku: sztuka wyłącznie na tui teraz, żadni potomni nie zobaczą tego arcydzieła, zmyje je bowiem pierwszy deszcz. Można się domyślić, że twórca jest przybyszem zza morza, z Germanii, tam bowiem rysowanie na chodniku dla zarobku jest bardziej rozpowszechnione. W Londynie stale uprawia ten rodzaj sztuki chyba tylko jeden dziadek, który kiedyś siedział w przejściu podziemnym na Waterloo, a potem przeniósł się na pasaż poniżej poziomu ulicy Marble Arch. Rysuje zawsze takie same kiczykowate landszafciki i wydaje się, że jest to dla niego forma spędzania czasu raczej niż twórczości czy zarobku, najczęściej go można spotkać gadającego z przechodniami.

Londyn nie jest miastem plastyków. Londyn jest miastem muzyków. Tych można spotka wszędzie: na ulicach, w korytarzach kolejki podziemnej, wszędzie tam, gdzie przewalają się tłumy. Każdy rodzaj muzyki: jazz, blues, calypso, albo i skrzypek zasuwający Vivaldiego. Człowiek-orkiestra z bębnem na grzbiecie gitarą w ręku albo wieloosobowa kapela, łupiąca na pustych beczkach po ropie. Niekiedy wokół gromadzi się tłum słuchaczy, co wcale nie zależy od poziomu muzyki. Dość często w sobotnie wieczory, zwykle około północy, na Covent Garden pojawia się pewien Murzyn, który zestawia obok siebie dwa uliczne kosze na śmieci, wyjmuje z kieszeni pałeczki do perkusji i lupie na tych koszach monotonny rytm, czasem towarzyszy mu biała dziewczyna łupiąca w trzeci kosz - wokół nich gromadzi się niezmiennie gęsty tłum. Nawet w przypadku, gdy w innym rogu tego samego placu gra jazzowa kapela, nie wzbudza ona specjalnego zainteresowania. Oczywiście widowiskowa (czyli plastyczna) strona odgrywa dużą rolę.


Tłumy przywabia zawsze miniaturowy cyrk ustawiający się raz po raz na Leicester Square. Brodaty właściciel posiada dwa małe pieski i kilka papużek, które nie umieją właściwie żadnych sztuczek, ale pieski ciągną w zaprzęgu wielki kolorowy domek na kółkach, paradują w okularach, wszystko wygląda bardzo egzotycznie. Dokładne przeciwieństwo: czysta poezja współczesna. Tekst, którego nikt nie chce czytać, ale autor, przekonany o jego ważności, wciskać go będzie w oczy niemal przemocą. MNIEJSZA CHUĆ Z MNIEJSZEJ ILOŚCI BIAŁKA. MNIEJ RYB MIĘSA PTAKA SERA JAJA GROCHU FASOLI ORZECHÓW I SIEDZENIA. BROSZURKA Il PENSÓW. Zwięzłość stylu! Aktualność problemu! Dziadek bez wytchnienia głosi swoje przesłanie, obecny chyba zawsze na którejś z głównych ulic Londynu. Ciekawe, czy wzorem współczesnych poetów ma pretensję do świata, że nikt go nie chce słuchać?


IV. EGZOTYCZNA PRZYPRAWA

Londyn: stolica światowego imperium. Na jej ulicach obecna sztuka z najodleglejszych zakątków globu. W tym miejscu dla większości widzów nieczytelna, znaczenie ma tylko jedno, zawsze to samo: dodaje egzotycznego aromatu. Brixton: rejon Indii Zachodnich. Kolory Etiopii: zielony, żółty, czerwony; judejskie lwy, liście konopi jako ornament. To wszystko jest jeszcze stosunkowo bliskie. „ZALEGALIZOWAĆ KONOPIE!” jest w końcu hasłem również brytyjskiej kontrkultury. „JEGO WYSOKOŚĆ HAJLE SELLASJE AJ JEST WCIELENIEM BOGA" jest trudniejsze do zaakceptowania, ale jest zrozumiałe. Zresztą zdarzają się również biali rastafarianie o imponujących dredach koloru blond.


Gerard Street i okolica; londyńska Chinatown. Przywabia turystów, ale tu już mniej międzykulturowego zrozumienia. Chiński pejzaż - z całą swoją taoistyczną symboliką yin-yang, gór i wód, mgieł i sosen, z całym swoim kunsztem pędzla - dla przeciętnego przybysza z Hiszpanii czy z Polski, a także z innej dzielnicy Londynu, znaczenie będzie miał akurat takie samo, co rozpłaszczona kaczka w oknie restauracji: wonieje chińszczyzną. Nie jest mu znane znaczenie wielkiego szmacianego smoka lub tygrysa tańczącego na ulicy, co najwyżej, widząc, że wykonawcy należą do jakiejś szkoły kung-fu, tygrys będzie się kojarzył ze wściekłą energią. Zawodowy kaligraf - mistrz sztuki cenionej w Chinach najwyżej ze wszystkich - znajdzie klientów jedynie wśród współplemieńców; turysta, jeśli go w ogóle dostrzeże, może go minąć nieświadom, że to w ogóle jest sztuka.

Turysta z Polski zapewne nie wybierze się na Edgware Road, a jeśli się wybierze, to nie po to, by szukać wytworów arabskiej kultury. Chinatown jest, owszem, dla turystów; arabska okolica przy Edgware Road jest dla naftowych potentatów. Turysta, rzuciwszy okiem na arabską kawiarenkę, może się nie domyślić, że ten zygzak ponad nią to napis. A jeśli się domyśli, to czy będzie wiedział, że w Arabii kaligrafia jest, podobnie jak w Chinach, najwyższą sztuką? Szyld nad kawiarenką nie jest wprawdzie wielkim dziełem, ale zawsze...

Więcej zapewne rozumie przeciętny Anglik przejeżdżający przez Portland Street przed Ambasadą PRL i widzący trzy zbite z desek. Anglik rozumie więcej, bo ma tego po uszy w telewizorze, aczkolwiek dla niego to jest również tylko egzotyczna przyprawa...


V. SZTUKA SPRZEDAJNA


Tak jak prostytutka uprawiająca miłość nie po to, by doznać rozkoszy, ani też nie po to, by mieć dziecko - tak sztuka reklamy: wabi oko, jest atrakcyjna, lecz nie po to, by się sama podobać, przejść do historii; cel jest zupełnie inny, pieniężny. Tym niemniej reklama jest sztuką, i to nierzadko najwyższej klasy. Oto charakterystyczny dla Anglii, wielowiekową tradycją uświęcony gatunek: szyld pubu. Jego ostatecznym celem jest zwiększenie sprzedaży napojów alkoholowych, ale jego treść jest zupełnie z tym nie związana. Z reguły ilustruje nazwę pubu; tradycja sięga czasów, gdy nie wszyscy umieli czytać. Nigdy nie jest sztuką masową, zawsze pojedynczy, często ręcznie malowany obraz. Nie powinien być często zmieniany, powinien wisieć w jednym miejscu długo, dziesiątki, a najlepiej setki lat.

A oto inny gatunek, sporo młodszy od szyldu, ale też mający paręsetletnią historię: afisz uliczny. Raz w historii się nawet zdarzyło, że ten gatunek sztuki trafił do muzeów - przydarzyło się to japońskiemu drzeworytowi z XVIII wieku. Dzisiejsza japońska reklama fotograficzna jest jego bezpośrednią kontynuatorką, zmieniła się tylko technika. Ciekawe, że europejskie litograficzne lub inne afisze nie dostąpiły nigdy podobnej nobilitacji. Nie ma to zresztą znaczenia, nie po to powstawały, by wisieć w muzeum, japońskie drzeworyty też nie po to. Miejscem życia reklamy jest ulica, korytarz kolejki podziemnej, gazeta. Do jej produkcji wykorzystywana jest najlepsza dostępna technika, w dzisiejszych czasach fotografia i komputer. Nigdy nie jest w jednym egzemplarzu — zawsze produkowana masowo i rozlepiana po całym mieście. Nigdy nie wisi w jednym miejscu zbyt długo, z reguły zmienia się co parę tygodni. Z reguły też treść ma związek z towarem, którego sprzedaż ma wzrosnąć, acz bywa, że związek ten jest bardzo subtelny.


Lata osiemdziesiąte w Anglii to rozkwit kalamburu i surrealistycznego humoru. Wełniany telefon („ZADZWOŃ DO AUSTRALII), telefon z parówek („ZADZWOŃ DO NIEMIEC”) reklamują urząd telekomunikacji. Pejzażowi z nalepką od piwa w miejscu zachodzącego słońca towarzyszy slogan: DOSKONAŁE ZAKOŃCZENIE DNIA. Bywają bez sloganu, jak w reklamach papierosów, gdzie niekiedy jedynym tekstem jest czasem ostrzeżenie ministerstwa zdrowia: PALENIE MOŻE BYĆ PRZYCZYNĄ GROŹNYCH CHORÓB. Oto przeciętna tkanina, fioletowa i połyskująca: reklama papierosów SILK CUT (co znaczy JEDWABNE CIĘCIE), sprzedawanych we fioletowo-białych pudełkach. Oto skrawki z temperówki od ołówków, ze złotymi brzeżkami, na brzeżkach napis EDGES, co znaczy właśnie „brzeżki”, ale każdy londyńczyk wie, że jest to reklama papierosów BENSON 8.HEDGES, sprzedawanych w złotych pudełkach; jest to gra słów z wykorzystaniem lokalnego dialektu, który w wymowie opuszcza inicjalne H. Albo niby-uliczny artysta rysujący na chodniku wzorek z puszki tytoniu do skrętów GOLDEN VIRGINIA, robiący sobie właśnie przerwę na skręta. Jest to brytyjski styl, różny od np. amerykańskiego, gdzie w reklamach papierosów wciąż króluje Prawdziwy Mężczyzna, kowboj zapalający sobie marlboro czy też traper z camelem w ustach.

Bywa i reklama religijna. Oto ogłoszenie jakiegoś protestanckiego kościoła oferującego swoje usługi, z adresem i nazwiskiem wielebnego pastora: METROPOLITAN TABERNACIE, MINISTER: DR PETER MASTERS. Wielebny dr Masters doszedł najwyraźniej do wniosku, że w tym zlaicyzowanym społeczeństwie Pana Boga trzeba trochę podreklamować. Wielebnemu doktorowi Pan Bóg jawi się jako kolejny towar do sprzedania, choć mnie ten afisz jawi się jako artystycznie kiepski. Ostatecznie reklama Pana Boga mogłaby być trochę lepsza.


VI. SZTUKA NIESPRZEDAJNA


Na zaniedbanych murach na tyłach kamienie, na ścianach widzianych wyłącznie z okien przejeżdżających pociągów, na stojących nad. rumowiskiem filarach estakady - sztuka czysta, tworzona wyłącznie ze względu na siebie samą, bez nawet myśli o sprzedaniu czy o wiekopomnej sławie. Sztuka nastolatków - lata osiemdziesiąte to mania dzikich malowideł ściennych, niekiedy wielkich przestrzeni wyraźnie wymagających sporego nakładu pracy i środków. Medium: farba do samochodów w aerozolu. Spotykane w całym mieście, ale największa koncentracja jest na Westboume Park, na filarach pod estakadą. Zawsze wyraźnie ten sam styl, krótkie hasło w charakterystycznym, bardzo ozdobnym liternictwie, rysunki raczej jako dodatek. Ślad anonimowej subkultury Jedyny motyw twórców, jaki można sobie wyobrazi, jest ten sam, co motyw twórców wszystkich nowych nurtów w dziejach sztuki: stworzyć dzieło wspaniale od poprzednika. Inie jest to wandalizm ani chuligaństwo: malowidła pojawiają się z reguły na zaniedbanych murach, na tyłach kamienic, w miejscach mało uczęszczanych.

Ciekawa rzecz że niema w Angli tak charakterystycznych dla niemieckich Die Alternativen - i tą samą techniką wykonywanych - karykatur i kwiatków malowanych na murach domów od frontu. Nie widać też w Anglii samochodów malowanych w kwiatki.


Od frontu widać głowy Roba, ale to odrębny rozdział. Głowy Roba to charakterystyczne rysunki pojawiające się od kilku lat w centralnych punktach Londynu, ale nigdy na murach, lecz w miejscach gdzie jest jasne, że rysunek nie przetrwa długo, jak na pilśniowych obudowach rusztowań albo na chwilowo niewypełnionych miejscach na reklamę, Technika: szeroki mazak. Anonimowy twórca podpisuje swe dzieła imieniem, niekiedy także datując, choć wie, że długo one nie przetrwają. A także, Oczywiście, nie może, spodziewać się zarobku. Oto sztuka czysta, nie skażona korupcją.


VII. SZTUKA OSRANA

Pomniki bohaterów. Gatunek będący bezpośrednią kontynuacją greckiego heroionu, a więc w pewnym sensie sztuka religijna, należy do przeszłości. Nawet mimo stosunkowo nowych pomników Sir Winstona czy też jego półnagiego adwersarza - wydaje się to być sztuka XIX wieku. Owszem. pełno jej w mieście, acz racze mijana wzrokiem, mało czyją zwraca uwagę, Tym bardziej dotyczy to kariatyd podpierających ściany kościołów czy gmachów publicznych.


Zdaje się, że największe zainteresowanie tymi obiektami wykazują gołębie. Czapy żołnierzy stojących wokół pomnika Wellingtona to doskonale miejsce do przysiadania. Gołębie zostawiają białe oznaki swego zainteresowania, a rytuał mycia pomników nieczęsto się zdarza. Kariatydom nie pomoże nawet to, że są kopiami bogiń Erechtejonu. Królowa Victoria na pomniku przez pałacem Buckingham (odchudzona i z dodanymi skrzydełkami) jest złocona, ale czy bardziej zadbana - trudno orzec, Stoi zbyt wysoko, nie widać. Może zresztą taka wysokość nie odpowiada gołębiom. Alez drugiej strony może jest właśnie wygodnym miejscem. odpoczynku dla wron przelatujących z Green Parku do St James Parku albo i nawet do samego królewskiego ogrodu?


VIII. SZTUKA SAKRALNA

Wbrew pozorom próżno jej szukać w kościołach. Dawno minęły czasy, gdy obraz w ołtarzu był najwspanialszym dziełem wielkiego artysty, miał wprowadzać widza w niewidzialny świat transcendencji. Nawet w kościołach katolickich w najlepszym razie widzimy dziś jedynie dekorację wnętrza, czasem nawet nie sztukę, lecz masową produkcję gipsowych figur. W protestanckich zborach jeszcze mniej śladów sztuki, Często są one zaniedbane, dawno nie remontowane, brud się szwenda po kątach. Wyznawcy przybywają tu odśpiewać hymn, ale ze sfinansowaniem utrzymania budynku się nie spieszą, Szczególnie ruiniaście wyglądają zbory różnych drobnych wyznań typu Armii Zbawienia.


Sztuka religijna, ta wprowadzająca w niewidzialną transcendencję,znalazła schronienie we współczesnych galeriach. Tak jest, sztuka współczesna jest aktywnością religijna wielce przypominającą syberyjski szamanizm. Ogromnym niekiedy nakładem środków wykonuje się przedziwne przed mioty nie posiadające żadnej praktycznej funkcji, ich jedynym zadaniem jest wprowadzenie w niewidzialny,„Świat sztuk”, jakąś transcendentną rzeczywistość. Nie chodzi tu o „piękno”, przyjemność doznawaną w trakcie patrzenia na obiekt, bowiem przedmioty te czasem są okropnie brzydkie. Chodzi, podobnie jak w przypadku przedziwnych rekwizytów szamana, o medium kontaktu między nami a Niewidzialną Rzeczywistością, Nie jest też, podobnie jak w przypadku rekwizytów szamana, obojętne, kto wykona ów przedmiot; nożyczki z miękkiego plastiku może sobie zrobić każdy, ale em sztuki stają się dopiero kiedy wykona je Claes Oldenburg, utytułowany artysta, który ukończył akademie, czyli tak właśnie jak rekwizyt nabierający swego niezwykłego znaczenia w rękach szamana, który sam wiele lat uczył się u swojego mistrza A do tego jeszcze dochodzą owe przedziwne zachowania artystów, owe.„happeningi” i „performancje”, które jako żywo narzucają porównanie z tańcem szamana. Szaman w swoim tańcu wpada w trans, który tylko on potraf osiągnąć; artysta tworzy pod wpływem „natchnienia”, które, wszyscy to wiemy, nie każdemu jest dostępne. W średniowieczu możni tego świata fundowali kościoły, kaplice, ołtarze. Dziś możni tego świata łożą na nowoczesną sztukę, Zapaćkane płótna, dziwne włochate przedmioty i spiżowe rzeźby o nieokreślonych kształtach wiszą niczym tajemnicze amalety na ścianach gabinetów w budynkach międzynarodowych koncernów, zdobią klatki schodowe, stoją w City of London na placach należących do wielkich banków. Jak w przypadku każdej religii -są i u niewierni, obrazoburcy wykrzykujący zdania w stylu: To jest dzieło sztuki? Każde dziecko tak potrafi napaśkać!”. Spotyka ich zwykły los niedowiarków: nie zostaną oni przeniesieniwświat Niewidzianej Rzeczywistości.


IX. PARTER


Last but not least”, mówi angielskie powiedzonko, „ostatnie, lecz nie najmniej ważne”. Śmieci częścią ikonosfery miasta. Sztuka odrzucona, czekająca na wywózkę, nie przestaje oddziaływać. Przechodzień czekając na autobus i z nudów patrzący na wystające z kosza na śmieci opakowanie, pener budzący się gdzieś w zakamarku dworca King's Cross i spoglądający ma opróżnioną poprzedniego wieczoru puszkę, która wciąż kłuje w oczy. Doskonale o tym wiedzą fundatorzy reklam płacący ogromne sumy za umieszczenie ogłoszenia na okładce magazynu.

Śmierć sztuki? Wywózki? Smutek i nostalgia? Nie ma się co smucić. Jest czas tworzenia sztuki, czas odbioru i czas wyrzucania na śmietnik. Nie ma zgoła żadnego powodu, by rupiecie chować dla potomności. Po cóż komu za paręset lat reklama papierosów, których i tak nie będzie można kupić?


Więcej ilustracji tu 


Monday, December 28, 2020

Prowansja, 1981 rok

 


W Prowansji, w małej wsi Richerenches w pobliżu miasta Orange, byliśmy robotnikami w winnicy. Ewangeliczna praca, z sekatorem i wiaderkiem w ręku, w gęstwie liści winnego krzewu trzeba było znaleźć wszystkie ale to wszystkie kiście, ściąć i wrzucić do wiaderka, a pomiędzy dwoma rzędami krzewów stał ewangeliczny traktor z przyczepą do którego należało wrzucać zawartość wiaderka gdy było już pełne. Pracowaliśmy w pięć osób: Claude, Robert, Marysia, ja i Jean-Louis, jednocześnie obcinając cztery rzędy. Powoli przesuwaliśmy się wzdłuż rzędów, a gdyśmy się zbyt oddalali od traktora, Jean-Louis siadał za kierownicą i podjeżdżał kawałek. Krzewy rosły w rzędach rozpięte na drutach i tworzyły gęsty żywopłot, ale nigdy nie były wyższe niż półtora metra i bez problemu można było ponad nimi wrzucać zawartość wiaderka do przyczepy. Wokół nas jak okiem sięgnąć wzgórza, pokryte winnicami wzgórza Prowansji, ku zachodowi na horyzoncie masyw górski, przedgórze Alp, ku wschodowi na jednym z wyższych wzgórz widać było jakiś zamek, a za horyzontem, ostro odcinając się od lazurowego nieba, wznosił się słup białego dymu, czy też pary, pionowa chmura która była tam zawsze; Jean-Louis nam wyjaśnił, że to elektrownia atomowa nad Rodanem.

Pogoda była cały czas absolutnie słoneczna, śródziemnomorskie lazurowe niebo, ale tuż przed rozpoczęciem winobrania był tydzień deszczów i w winnicy było jeszcze błotniście, więc pracowaliśmy w kaloszach otrzymanych na ten cel od Jean-Louisa. Ubabrani przynajmniej do pół łydy, bliski dotykalny kontakt z ziemią i bliski dotykalny kontakt z chaszczami w które wdzieraliśmy się z sekatorem w ręku, rano liście mokre od rosy. W co dorodniejsze i dojrzalsze kiście można się było wgryźć przed wrzuceniem do wiaderka. Sok winogron farbował palce na ciemno i dziewczyny by chronić ręce pracowały w gumowych rękawiczkach. Claude, delikatna Paryżanka, studentka germanistyki która przyjechała popracować na wakacjach, do winnicy szła zawsze w chustce na głowie i w wyprasowanej kraciastej koszuli flanelowej którą przeznaczyła na to by była roboczą koszulą, miała też śliczne czerwone kaloszki które sobie specjalnie przywiozła. Robert był ubrany mniej więcej tak samo jak my: stare dżinsy, spłowiała koszula flanelowa. Robert był też studentem, ale z Holandii, nie umiał po francusku tylko po niemiecku i głównym środkiem porozumienia między nim a Jean-Louisem była Claude. No i pomiędzy nami, robotnikami w winnicy, rozmowy były po niemiecku. Marysia też się nie przyznawała do znajomości francuskiego, chociaż większość rozmów rozumiała. A ja się pilnie uczyłem, na żywo, wciąż pytając o nowe słówka, zresztą Marysia też się raz po raz pytała i Robert także, chwilami musieliśmy wyglądać śmiesznie pytając jak pięcioletnie dzieci: "Co to jest? Jak to się nazywa?" A naszymi nauczycielami było, oprócz paryżanki Claude, prowansalskie chłopstwo.

Prowansalskie chłopstwo nie mówiło po prowansalsku. Prowansalskie chłopstwo miało staranne francuskie wychowanie oraz wykształcenie. Matka Jean-Louisa oraz mieszkająca w tym samym domu jego ciotka zachowywały się wedle wszelkich zasad francuskiego savoir-vivre'u, matka nawet pisała wiersze, wręczyła mi pewnego wieczoru rękopis poematu jaki napisała pod wrażeniem wizyty papieża w Paryżu, uznała że my, Polacy, powinniśmy dostać jej poemat. Był pisany heksametrem, starannie rymowany. Sam chłop prowansalski Jean-Louis był po studiach rolniczych, a jego żona, Edith, uczyła francuskiego w szkole.


Prowansalskie chłopstwo używało wprawdzie czystej francuszczyzny, ale Jean-Louis mówił o sobie: "
Je suis pas français, je suis provençal." Po prowansalsku mówić nie umiał, znał język tylko trochę, tyle co się nauczył w liceum na lekcjach które były raz na tydzień, ale podręcznik cały czas miał, pokazywał nam. Z dumą opowiadał że na początku dwudziestego wieku pewien pisarz piszący po prowansalsku dostał nagrodę Nobla. A ja byłem dociekliwy i pytałem - kto umie mówić po prowansalsku? Rodzice Jean-Louisa mówili lepiej, potrafiliby się dogadać gdyby była potrzeba, ale nie było potrzeby. A czy ktoś w okolicy używa prowansalskiego w domu? Owszem, jedna rodzina w sąsiedniej wsi, dwie rodziny w innej.

Oboje Jean-Louis i Edith byli oboje w mniej więcej naszym wieku, Jean-Louis żywy i pełen humoru w sposobie mówienia, o czym wolną i wyraźną francuszczyzną informowały nas Claude i Edith, bo nasza znajomość języka była zbyt mała by chwytać śmieszne powiedzonka, Edith była dobrą katoliczką z włosami uczesanymi w kok i ubierająca się w brązowe sukienki z białymi kołnierzykami. Była nauczycielką w katolickiej szkole, a myśmy sobie myśleli, że biedne te dzieci. Owszem, z nami się śmiała, robotnicy w winnicy tworzyli śmiejące się towarzystwo - pierwszoroczni studenci Claude i Robert, my dwoje beztroskich włóczęgów po Europie, Jean-łouis z nieodłącznym wesołkowatym uśmiechem na twarzy - owszem, Edith ciągle była w tym wieku i śmiała się z nami, ale do własnej córeczki, pięcioletniej Emilie, mówiła co chwilę surowym głosem: "Emilie, TO WYSTARCZY!", powtarzała to zbyt często i z surowością nieprzystającą do sytuacji, prawie groteskową. Często chodziło o to, że Emilie chciała się bawić z nami, a Edith sądziła - niesłusznie - że my chcemy mieć spokój od dzieci. Biedna Emilie tak się cały czas zachowywała jakby nie była pewna czy nie robi czegoś źle.

Edith gotowała obiady. Jedliśmy je przy dużym okrągłym stole w domu Jean-Louisa, w południe wracaliśmy z winnicy siedząc na burcie wozu wypełnionego winogronami, zeskakiwaliśmy na skrzyżowaniu z którego było już tylko dwieście metrów do domu, my czworo szliśmy tam pieszo, a Jean-Louis odwoził jeszcze zawartość wozu do tłoczni. Dom Jean-Louisa stał nieco na uboczu, był to stary prowansalski chłopski dom, kamienny i nieotynkowany, wrota do sieni zwieńczone łukiem z dużych ciosów. Nad wejściem była pergola po której pięła się winorośl, duże niebieskie grona zwisały nad głową, a kiedyśmy po obiedzie siadali przed domem pijąc herbatę, siadaliśmy w półcieniu, pomiędzy plamami słońca. Obiady były, jak to we Francji, dwa i oba sute, każdy po kilka dań, zawsze do popijania było miejscowe wino Côte du Rhône, i zawsze na zakończenie podawane były sery, krążyła wokół stołu deseczka z różnymi ich rodzajami. A to picie herbaty po obiedzie wprowadziła Marysia, która bez herbaty żyć nie może i zawsze po obiedzie się o herbatę dopytywała, no a skoro ona to inni też; zaparzał tę herbatę Jean-Louis w srebrnym mauretańskim dzbanku który dostał od kogoś z Maroka.


Spaliśmy w domu rodziców Jean-Louisa. Dom rodziców był większy, miał dużo pustych pokoi. Claude i Robert dostali do spania osobne pokoje, a myśmy spali w pokoju z wielkim i miękkim podwójnym łożem w którym tonęliśmy pod pierzyną. Kiedyśmy wracali z winnicy wieczorem najpierw szliśmy do rodziców porządnie się umyć, przebrać, potem szliśmy do Jean-Louisa zawsze razem, tyralierą środkiem szosy, wygłupiając się i wymieniając po niemiecku doświadczenia na temat francuskich, holenderskich i polskich sposobów wygłupiania się. Natomiast śniadanie wcześnie rano przed wyjściem do pracy dostawaliśmy u rodziców: bagietki z masłem i kawa, tylko Marysia, jak to Marysia, zawsze robiła sobie herbatę. Claude przy tych śniadaniach zachowywała się jak prawdziwe rozpaskudzone dziewczę z dobrego paryskiego domu, z bagietki wyskubywała większość miękkiego wnętrza i jadła tylko to co przy skórce twierdząc, że to co wyrzuca szkodzi na żołądek.

Taki był więc rytm dnia: rano śniadanie u rodziców, potem przyjeżdżał po nas Jean-Louis i jechaliśmy do winnicy, potem na obiad jechaliśmy do Jean-Louisa, potem znów do winnicy, wieczorem umyć się do rodziców, ale na kolację znów do młodych i na spanie do starych. W sumie samej wsi niewiele widzieliśmy, tyle co kiedy przyjechawszy szukaliśmy domu Jean-Louisa i w niedzielę, kiedyśmy nie pracowali.

A była to bardzo ładna wieś, malownicza wieś południa Francji. Miała cztery ulice, z których jedna, główna, była przelotową szosą, druga, prostopadła do niej, była węższa, ale też była szosą prowadzącą w siną dal, a dwie pozostałe były wąziutkie i tworzyły prostokąt ciasno zabudowany starymi domami z kamienia, z przybudówkami i podwórzami, mury poobrastane bluszczem i winoroślą i pnącymi różami; pod murami tu i tam przesmykiwały się koty. Przy głównej ulicy były dwa sklepy oraz kawiarenka, taka ze stolikami na zewnątrz i parasolami, tam przesiadywali staruszkowie i grali w domino. Przy jednej z bocznych uliczek stał kościół, który wyglądał jakby był przebudowywany co dwieście lat, najstarsze kamienie pamiętały pewnie początki chrześcijaństwa w Prowansji, nieotynkowane mury ukazywały jakieś zamurowane łuki romańskie i gotyckie, jakieś renesansowe przybudówki, barokowy portal i klasycystyczne okna. Ale kościół był zaniedbany, wewnątrz tynk popękany i w kątach przybrązowiały, a na mszy w niedzielę (poszliśmy na tę mszę) było najwyżej trzydzieści osób. Nasi gospodarze tłumaczyli nam potem, że w Richerenches jest jak w całej Francji - religijność wychodzi z mody. A moda jest ważna we Francji.


Pogoda była, jak się powiedziało, przez cały czas absolutnie słoneczna, tak jakby socjalistyczny rząd prezydenta Mitteranda zorganizował słoneczko na winobrania, przez cały czas naszego pobytu tylko jedno przedpołudnie było deszczowe. Była burza z piorunami i oberwanie chmury, główną ulicą Richerenches rwał potok żółtej wody z winnic, wówczas siedzieliśmy w domu i czytaliśmy komiksy. W domu rodziców Jean-Louisa było mnóstwo komiksów, przede wszystkim Asterix i Lucky Luke; Robert z błyskiem w oku rzucił się na Asteriksy, była to literatura jego dzieciństwa i oglądał to teraz z zacięciem, wiedział wszędzie o co chodzi choć nie znał języka, wszystkie i tak już kiedyś czytał. Mnie wciągnął Lucky Luke (też literatura dzieciństwa), ale nie tyle akcja, zresztą zgrabna, co karykatury, świetne karykatury typów ludzkich takich widzianych na westernach i nie tylko, bogatych grubasów z cygarem i chudych i tchórzliwych obywateli miasta, albo dobrze zbudowanych i dzielnych obywateli miasta, albo chytrych przestępców w kamizelce ze złotym zegarkiem na łańcuszku, doskonałe karykatury gestów, wyjmowania peta z ust i rzucania za siebie, stukania palcami po stole w czasie gry w karty i chytrego przymykania oczu w czasie obmyślania złośliwego planu; kiedy po obiedzie już nie padało i jechaliśmy do winnicy miałem dziwne wrażenie powrotu z książki do rzeczywistości. Znów wyszło słonko i z winnicy unosiły się opary, ziemia pachniała deszczem. Niebo było mniej lazurowe niż zwykle, jakby za lekką mgiełką, wzgórza i winnice Prowansji też były za lekką mgiełką świeżych oparów unoszących się z ziemi. Ewangeliczna praca w mokrej winnicy.

A na horyzoncie, tak jak zawsze, niezmienny, starotestamentowy słup dymu. Budząca dreszczyk świadomość że on zawsze tam jest, obrócisz się i zobaczysz, zawsze w tym samym miejscu, biała puszysta łapka kota wzniesiona ku niebu.

Świeżość wieczoru.
Na liściach krople deszczu
Mgła z elektrowni.



Tu są tylko fragmenty, całość w formie książki można zamówić w portalu lulu.com:

Saturday, December 12, 2020

Londyn 13 grudnia 1981 roku

Na śliskim bruku w Londynie, a właścicie nie na bruku tylko na popękanych betonowych płytach pokrytych zlodowaciałym śniegiem który najpierw nadtopniał a potem znowy zamarzł w brudne grudy lśniące szaro w mgiełce i jakoś prześwitującym przez pokrywającą całe niebo warstwą chmur słońcu, z trzema walizami przytroczonymi do wózeczka przeznaczonego na jedną i jeszcze dwoma tobołami w rękach, mieliśmy chyba ze dwa kilometry po tej nawierzchni do miejsca gdzie przybija "Inowrocław", pomiędzy wielkimi halami wypełnionymi pod dach kontenerami, czuliśmy się tam zupełnie malutcy, ciągnęliśmy tan wózek który się nam ciągle wywracał bo nie dość że przeładowany to ciągniony po tej piekielnej nawierzchni, walizy się rozsypywały, musieliśmy je znów przytraczać, więc szliśmy powoli i moja matka się zaczęła denerwować czy aby zdążymy, a kiedyśmy się w końcu dotelepali okazało się, że nie tylko zdążyliśmy, ale że będziemy musieli czekać kilka godzin bo "Inowrocław" z powodu złego stanu wody na Tamizie jest jeszcze na pełnym morzu, więc czekanie godzinami w budce jakiegoś stróża bo Purfleet jest portem kontenerowym i nie ma pomieszczeń dla pasażerów, a tymczasem było zimno i zaczynał siąpić londyński zimowy deszczyk i stróż nam pozwolił siedzieć w budce w której nie było nic oprócz szarobrązowego stołu i paru krzeseł, moja matka próbowała z kupionego rano "Guardiana" doczytać się co ją czeka w Polsce, ale "Guardian" dobrze nie wiedział, bo komunikacja odcięta, telefony odcięte, granica zamknięta, prawdopodobnie masowe aresztowania, prawdopodobnie strajki w wielkich zakładach, ale nic dokładnie nie wiadomo poza tym że na ulicach wojsko i śnieg, wojsko i na pół roztopiony czarniawo-białawy (jak gazeta "The Guardian") śnieg...


Tak, był czternasty grudnia i to właśnie poprzedni dzień był tym niewiarygodnym dniem w który również i my nie chcieliśmy uwierzyć. Nie chcieliśmy wierzyć Sue, która zbudziła nas rano z przerażeniem w oku mówiąc że w Polsce coś się dzieje, jakiś zamach stanu, Sue zawsze słuchała rano wiadomości z radia, ale myśmy wpierw myśleli że to jak zwykle zachodni dziennikarze rozdmuchują jakiś mały incydent, ale po południu tego samego dnia byliśmy na Portland Place przed budynkiem peerelowskiej ambasady, był tam już tłum ludzi, spontaniczna demonstracja, jacyś faceci stali na cokole Sir George'a Stuarta White'a który był marszałkim pełnym zasług w budowie imperium i zasłużył sobie na to by mu odlać pomnik konny z czarnego metalu i postawić przed ambasadą Peerelu, otóż jacyś faceci stali na cokole pomnika marszałka White'a i wykrzykiwali hasła, po angielsku ale z polskim akcentem: "Down with Jaruzelski!", "We support Wałęsa!" (jeden z nich przy każdym haśle wyrzucał w górę zaciśniętą piąchę), potem jakiś grubas strzelił krótką przemowę; to właśnie dlatego kiedy kilka dni później spotkałem Miklosa i okazało się że on w Anglii poszukuje tego samego co ja przekazałem mu maszynę, to było w jakiejś księgarni na Charing Cross, przeglądałem książkę o Solidarności i miałem znaczek Solidarności przypięty do kurtki, podszedł do mnie nieznajomy facet i zapytał czy jestem z Polski, a kiedy potwierdziłem on zaczął mnie pytać co sądzę o tym wszystkim, postanowiliśmy pójść pogadać do jakiejś kawiarenki, po drodze minęliśmy kiesk z gazetami, ja chciałem tylko coś kupić więc wskoczyłem podczas gdy Miklos czekał na ulicy, w kiosku akurat jakiś chłopak kupował "Dziennik Polski", ja coś do niego mruknąłem po polsku a on się zaraz zrobił rozmowny, więc poszliśmy do kawiarenki wszyscy trzej, rozmawialiśmy jakąś godzinę i kiedy Istvan chciał już iść ten drugi Polak postanowił z nim wymienić adresy, a kiedy ja zobaczyłem co on pisze - Miklos Haraszti, Budapeszt - poderwałem się: "to ty pisałeś do polskich czasopism!", tak to był on, wtedy rozmowa przybrała zupełnie inny obrót, okazało się że Istvan też poszukuje poligrafii, powiedziałem mu że mam jeden bębnowiec który nie wiem kiedy w tej nowej sytuacji będę mógł przesłać i lepiej żeby on go zabrał; tymczasem pod pomnikiem przejeżdżał autobus wycieczkowy "Orbisu", zatrzymał się i ludzie z autobusu pytali o co chodzi, a kiedy im powiedziano nie chcieli wierzyć, przecież oni dopiero wczoraj wyjechali z Polski i wszystko było normalnie" Tylko ludzie w ambasadzie się nie dziwili, okna o żaluzje były zawarte na głucho, Obcy budynek z ciemnej wiśniowej cegły. Padał śnieg z deszczem.


Znów, jak co roku
Na okno ambasady
Pada mokry śnieg.



















Tu są tylko fragmenty, całość w formie książki można zamówić w portalu lulu.com:

Friday, October 16, 2020

Dlaczego araukańscy poeci piszą w zapomnianym języku?

W muzeum w Currarehue

Currarehue, wieś między górami w kraju Araukanów, niedaleko granicy w Argentyną. Wieś nie różni się specjalnie od innych wsi w Chile, takie same nieco zaniedbane domy, przed tymi domami stare nieco zaniedbane samochody. To znaczy nie różni się wyglądem, bo owszem jest dość istotna różnica: w Currarehue większość mieszkańców stanowią Indianie Mapucze, czyli Araukanie. Nieprzypadkowo napisałem, że jest to wieś w kraju Araukanów. Kraj ten został podbity przez Chile dopiero pod koniec XIX wieku.

Dziś kraj Araukanów to okolica, gdzie mieszkańcy Santiago wyjeżdżają na wakacje. Miasteczko Pucon, odległe od Currarehue o kilkanaście kilometrów, to stolica sportów górskich. Ale w górach jak to w górach, czasami pada i nie ma co robić. Wtedy można zainteresować się kulturą mieszkańców tego kraju i na przykład pojechać do Currarehue, by odwiedzić Muzeum Kultury Mapuczów.

W samym muzeum nie ma zbyt wiele do oglądania, ale przy wejściu siedzi pani, która wydaje darmowe bilety i jest bardzo rozmowna. Chętnie podejmuje się roli przewodniczki i z wielkim przejęciem opowiada to, co i tak jest wypisane na ścianach, bo w muzeum jest zdecydowanie więcej komentarzy, niż eksponatów. Ale też komu się chce czytać te wszystkie komentarze? A żywą przewodniczkę można pytać o inne rzeczy, o których napisy na ścianach nie wspominają. Na przykład jeśli przewodniczka mimochodem wspomni, ze jest poetką, to można ją zapytać o poezję. Na przykład czy można zobaczyć co ona pisze. W takim przypadku poetka może wykrzyknąć „No pewnie!” i otworzyć leżący na biurku zeszyt i pokazać wypisany ręcznie wiersz, a na pytanie czy można ten wiersz przepisać celem późniejszego ewentualnego przetłumaczenia poetka może wyrwać tę kartkę z zeszytu i ci ją wręczyć.

Myślicie, że to kompletna fantazja? Że to niemożliwe? Otóż jest to zupełnie możliwe, a w dodatku mi się to właśnie przydarzyło.

Mam ten wiersz ze sobą w rękopisie autorki. Jest on o araukańskiej krwi w jej żyłach. Kilka razy słyszałem w Chile stwierdzenie, że większość Chilijczyków ma wśród przodków jakichś Mapuczów, co najwyżej niektórzy chcieliby o tym zapomnieć. Trudno się takiemu stwierdzeniu dziwić wziąwszy pod uwagę, że konkwistadorzy wybierając się za ocean raczej nie zabierali ze sobą kobiet. Zapewne wychodzili z założenia, że jakieś kobiety znajdą się na miejscu. A wziąwszy pod uwagę wygląd większości Chilijczyków, którzy różnią się od Hiszpanów choćby ciemniejszą karnacją – zapewne mieli rację.



* * *

Poetki w Currarrehue

Chmury przepływają nad Currarehue. Góry wokół zielone, zza jednej wychyla się skała wyglądająca trochę jak czarci róg. Tak się zresztą nazywa, Cuerno del Diablo, dosłownie Czarci Róg. Trochę tak wygląda, jakby jakiś czart podsłuchiwał co się dzieje. A przecież nie dzieje się nic wielkiego. Ot, rozmowa o poezji w języku, którego mało kto już rozumie. To znaczy chodzi o poezję w tym języku pisaną, bo rozmowa odbywa się po hiszpańsku.

Poetka spotkana w muzeum zaprosiła mnie na spotkanie z inną poetką, dlatego jestem tej rozmowy świadkiem i poniekąd uczestnikiem. Poetki planują następne spotkanie, na którym będzie czytana poezja, ale moja obecność powoduje, ze padają bardziej podstawowe pytania. Jedna z poetek, imieniem Doris (ta spotkana wcześniej w muzeum), pisze tylko po hiszpańsku, ale druga, imieniem Sylvia, pisze w mapudungun, czyli języku Mapuczów. Ale kto czyta poezję w tym języku? Czy są ludzie, którzy znają tylko ten język? Nie ma takich ludzi, bo w Chile jest obowiązek szkolny, a cała edukacja jest wyłącznie po hiszpańsku. W ostatnich latach wprowadzono prawo, wedle którego w niektórych rejonach, tam gdzie Mapucze stanowią większość ludności, język araukański jest wykładany również, ale tylko jako język obcy, nie jest językiem wykładowym. Dzieci i w szkole i w domu mówią po hiszpańsku. W niektórych domach rodzice zakazują dzieciom mówić po araukańsku. Sylwia pracuje w szkole jako nauczycielka tego języka i opowiada o tym ze wzburzeniem.

Takim rodzicom mówię – nie chcę ograniczać twojej wolności, ale spójrz do lustra. Czy patrząc w lustro możesz powiedzieć, że nie jesteś Mapuczem?

W domu Sylwii mówiło się po araukańsku. Matka w ogóle nie znała hiszpańskiego. Matka uczyła ją obcować z naturą, brała ją nad rzekę i w góry, uczyła ziół. Sylwia mówi coś po araukańsku i nagle zaczyna płakać, a potem dodaje, że jej matka mówiła, że przyjdzie czas, kiedy ludzie będą się wstydzić tego, że są Mapuczami.

A przecież nie ma się czego wstydzić. Mapucze to jeden z niewielu indiańskich ludów, którzy nigdy nie dali się podbić Hiszpanom, a armia Chile potrafiła ich sobie podporządkować dopiero wtedy, kiedy miała automatyczną broń. Pierwsza próba podboju kraju Araukanów zakończyła się wielką ucztą, na której konkwistador Pedro de Valdivia został upieczony i zjedzony przez swojego byłego niewolnika, imieniem Lautaro. Branie araukańskich niewolników kończyło się tym, że niewolnik nauczywszy się sposobu funkcjonowania białych ludzi uciekał, a potem wiedział, jak się białym ludziom przeciwstawić. Ale oczywiście nie wszyscy się wstydzą araukańskiego pochodzenia, moje rozmówczynie w oczywisty sposób nie.

Sylwia ma ze sobą kilka kartek z wierszami, już w hiszpańskiej wersji językowej. Ma też tomik swojego przyjaciela Lionela Lienlfa, dwujęzyczny, na jednej stronie wiersz po araukańsku, na drugiej hiszpańskie tłumaczenie. W czasie rozmowy nie bardzo jest czas, żeby się w to wczytać, ale Sylwia pozwala mi to przefotografować, żebym mógł się wczytać później.



* * *

Uliczka w Valparaiso

Valparaiso nie jest w kraju Mapuczów. Jest to port, który dawno temu założył pierwszy konkwistador Pedro de Valdivia zanim został zjedzony. Dziś jest to miasto bardzo kolorowe w sensie zupełnie dosłownym – jest to chyba światowa stolica grafitti. Co druga ściana jest pstrokato pomalowana, zwłaszcza w dzielnicy zamieszkałej przez literacką bohemę. W tejże dzielnicy pomiędzy malowidłami można znaleźć małą księgarenkę, można do niej wejść i – mimo że nie jest to kraj Araukanów – można znaleźć tomik araukańskiej poezji. Tak samo synoptycznie wydany, jak ten, który przefotografowałem od poetki Sylwii, ale innego poety. To mi się również przydarzyło. Poeta nazywa się Elicura Chihuailaf, a tomik nosi tytuł „De Suenos azules y Contrasuenos”, czyli 'O snach niebieskich i snach przeciwnych'.



* * *

Krótkie spotkania, ledwie otarcie się o zjawisko, ale otarłszy się o zjawisko wiem, że ono istnieje. Ktoś pisze poezję po araukańsku, ktoś ją wydaje, a skoro ktoś ją wydaje, to zapewne ktoś ją również czyta. Jest to ciekawa poezja, bynajmniej nie grafomania. Pisana jest białym wierszem co zapewne nie jest zaskoczeniem, zważywszy, że tak pisał chilijski wieszcz Pablo Neruda. Tyle, że młodzi Mapucze piszą po araukańsku. Czy istniała tradycja pisania wierszy w tym języku? Na pewno nie, tradycyjnie nie było to język pisany, zasady pisowni zostały ustalone zupełnie niedawno. Sami poeci utrzymują, że wiersz zapisany traci część swego uroku. A zatem tradycja jest hiszpańskojęzyczna, ale podjęta w języku Mapuczów. Poeci araukańscy to ludzie z uniwersyteckim wykształceniem, którzy – jak chyba można założyć – czytali wiersze Nerudy. Żyją w świecie hiszpańskojęzycznym, zapewne po hiszpańsku mieliby więcej czytelników, niż w wymierającym indiańskim narzeczu. Dlaczego więc piszą po araukańsku?

Domyślam się, że jest to próba ratowania wymierającego języka. A język wymiera, ponieważ w Chile jest obowiązek szkolny, a cała edukacja jest po hiszpańsku, począwszy od szkoły podstawowej. Tak jest na całym świecie, młodzież porozumiewa się językiem używanym w szkole, a język rodziców wymiera. Młodzi araukańscy poeci muszą wydawać swoje książki synoptycznie w obu językach, bo nawet indiańska młodzież może mieć problemy ze zrozumieniem oryginału.

Tu pewnie powinien nastąpić tekst krytycznoliteracki analizujący tę poezję. Nie nastąpi jednakże, bowiem nie jestem krytykiem literackim. Jestem co najwyżej obieżyświatem, któremu zdarza się szperać po mało znanych kulturach. Czasami jestem również tłumaczem. Mogę zatem zaprezentować kilka tłumaczeń tego, co wyszperałem w mało znanej kulturze (ciekaw jestem, ilu z moich czytelników słyszało w ogóle, ze istnieje kultura Mapuczów). Tłumaczenia są oczywiście z hiszpańskiego, bo araukański jest dla mnie bardziej tajemniczy niż chińszczyzna.



KILKA WIERSZY POETÓW ARAUKAŃSKICH



Sylvia Navarro



Araukarie na górskim stoku nad Currarehue

WIATR

Wiatr przemija w pośpiechu

Przeczesuje gęstwę liści

Potem przystaje zdyszany

Przemija tak jak życie

Mieli wspomnienia

Zamierzchłych lat

Umarłych miłości


GÓRSKI STOK

Kiedy księżyc rośnie

Wybieram się na schadzkę

Z górskim stokiem


Na polanie nocy

Głogi i mirty

Widzą że przychodzę.

One są świadkami

Naszej schadzki.


Wietrzyk chłodny i miękki

Pieści me włosy

Prawie bose me stopy

Odpoczywają na ziemi

Tu jestem duchem życia

Przy kojącym górskim stoku

Który przy księżycu

Śpiewa w ciszy




Leonel Lienlaf


* * *

Moje wnętrze

w tych sennych pieśniach

śpi przy ogniu

podczas gdy na zewnątrz

wiatr

każe górom tańczyć


* * *

Pośród dawnych słów

płynie me serce

przy ogniu

przygarnia mnie


* * *

Duchy przybyły

wirując wokół ognia

przyniosłem im słowo

w lisiej pieśni


PEJZAŻ

Tam daleko

spomiędzy martwych drzew

wyłania się łagodny chłopiec

bezpieczny za wąwozem





Elicura Chihuailaf


SEN W DOLINIE KSIĘŻYCOWEJ

Jestem tu wśród Białych Skał

Wzgórza i chmury się plączą,

niczym walczące węże.

Moje ciało zdaje się być rozdzielone

pomiędzy wodę i ziemię.

Od mojego ogrodu jestem tak daleko,

nie chcę o tym myśleć.

W pamięci mam róg myśliwski

(brzmienie miłości).

Biorę jeszcze gitarę i wchodzę w sen.

Układam palce na napiętych strunach.

Będę czuł ich wibracje,

kiedy zadrżą na dźwięk leśnej pieśni.



KIEDY MOJE SNY ŚPIEWAJĄ O WODACH WSCHODU

Jestem zwiędłą trawą

dającą znaki deszczowi.

Później czuję pierwsze krople

padające na łąkę.

Jak tą wodą nasiąkam!”

słyszę siebie mówiącego,

gdy tańczę pośród kwiatów.

Kiedy się obudzę,

to mnie podniesie na duchu

i zachowa wokół mnie

aromat lawendy.




Wiersz Doris Sepulvedy

Doris Peña Sepulveda


* * *

Wśród zapomnianych kątów

historii żyjącej w legendach

czuć krew Mapuczów

pojawia się w echach ziemi

jak wiaterek lata

z lodów zimy

z jesieni zbłąkanych w czasie

z wiecznej wiosny

krzyczy: żyję!

W moich żyłach jest krew Araukanów

droga przez stulecia

opowieści przodków

pośród nici na krosnach

na których tka się me życie

na krosnach mego istnienia

ginie me pochodzenie

w szczelinach Kordylierów

niesie moją krew

kondor szybujący

wśród błękitu nieba

oraz białych szczytów

mego araukańskiego przedwczoraj



Inny mój blog, zapraszam:

https://szuszfolzeswarzyndza.blogspot.com/