Saturday, February 10, 2024

Europa ma romańskie kościoły, Nowa Zelandia ma wharenui

 

Figura na dziobie waka taua
Nad brzegiem Zatoki Wysp na wielkiej wyspie Aotearoa mieszkał lud Nga Puhi. Był to lud w miarę wojowniczy. Po zbiorach, zaopatrzeni w prowiant złożony przede wszystkim z patatów, wojownicy wsiadali do ozdobnie rzeźbionych łodzi, zwanych waka taua, i wyruszali na wojnę. Po napotkaniu nieprzyjaciela obrzucano go obelgami, przy czym ów nieprzyjaciel nie pozostawał dłużny i zapraszał, by wylądować na brzegu, to się przybyszom rozłupie czaszki. Z reguły obie strony wykonywały też strasznie groźnie wyglądający taniec haka. Rzecz w tym, że niewiele tych czaszek było rozłupywanych, ponieważ nikt na wyspie Aotearoa nie znał ani żelaza ani brązu i cała broń wykonana była z drewna. Nikt na wyspie Aotearoa nie znał też łuku, tak że wszelkie wojny toczyły się na pałki. Wojownicy natomiast nie mieli żadnych oporów z rozłupywaniem czaszek swoich nieprzyjaciół. Tych ofiar jednak nie było zbyt wiele. Wiązało się to z oprowiantowaniem - głównym pożywieniem Nga Puhi była kumara, czyli pataty, a te wymagały długiej pracy w polu, a zebrane nie trzymały się zbyt długo. Ograniczało to czas możliwych wypraw wojennych.

Na tych wyprawach wojennych ginęli głównie mężczyźni, kobiety były raczej brane w niewolę, choć zdarzali się też niewolnicy płci męskiej. Ci niewolnicy czasem również stanowili prowiant, bowiem ludy mieszkające na wyspie Aotearoa nie znały zwierząt domowych, źródłem białka były ryby i ewentualnie niewolnicy.

Natomiast bogato rzeźbione łodzie były istnymi pływającymi dziełami sztuki. Na dziobie siedziało stworzenie patrzące gdzie łódź płynie. Na rufie siedział osobnik bez żadnej wątpliwości płci męskiej. Ponadto i dziób i rufę zdobiła starannie wyrzeźbiona filigranowa plecionka. Te cudeńka sztuki snycerskiej były o tyle niewiarygodne, że ani Nga Puhi, ani też nikt inny na wyspie Aotearoa, nie znał żelaza ani brązu, tak że te wszystkie cudeńka wyrzeźbione były kamiennymi narzędziami. To prawda, że do rzeźbienia używane szczególnie twardego kamienia zwanego pounamu (gdzie indziej jest on zwany jadeitem lub nefrytem), ale mimo wszystko to tylko kamień.

Nga Puhi pływali po morzu w pięknie zdobionych wojennych łodziach popychanych wiosłami, ale nie pływali daleko. Na pewno nie wybierali się nigdy za morze. Wprawdzie dawne legendy głosiły, że przodkowie Nga Puhi przybyli zza morza, ale musieli mieć chyba jakieś inne łodzie, na pewno nie takie popychane tylko wiosłami. Nga Puhi w swoich łodziach pływali tylko wzdłuż brzegu na wyprawy wojenne przeciwko innym ludom.

Rufa waka taua

Oczywiście ludy zamieszkujące wyspę Aotearoa nie tylko wojowały ze sobą. Niektóre ludy były w przyjaźni i ich przedstawiciele składali sobie przyjazne wizyty. Wizytujący wodzowie podejmowani byli jedzeniem, natomiast na noc dawano im do towarzystwa dziewczyny. Była to oczywista forma gościnności; seks przedmałżeński w żadnym razie nie wiązał się z poczuciem winy.

Pewnego dnia, ponad dwieście lat temu, do Zatoki Wysp przypłynęła łódź ewidentnie zza morza. Nie była popychana wiosłami, lecz miała nad sobą rozwieszonych kilka płócien, które łapały wiatr, i to wiatr ją popychał. Nga Puchi swoim zwyczajem wysłali ozdobnie rzeźbioną łódź pełną wojowników, by ludziom na tej dziwnej łodzi naubliżać, odtańczyć haka, a także zaprosić na brzeg, by im rozłupać głowy. Wrzucono też na tę łódź kilka włóczni. Wtedy ludzie na tej dziwnej łodzi wyciągnęli coś, co wyglądało jak kije, ale robiło wielki huk i wtedy jeden z wojowników Nga Puhi padał trupem. Ludzie na tej dziwnej łodzi wydawali z siebie jakieś dźwięki, ale nic z tego nie można było zrozumieć. Tylko jeden nich mówił wprawdzie jakoś dziwnie, ale zrozumiale. Ten ktoś powiedział, że jak przestaną włócznie lecieć, to również podłużne przedmioty przestaną huczeć i będzie można pokojowo zamieniać różne przedmioty na - na przykład - żywność.

Była to dziwna sytuacja, bowiem wszystkie ludy mieszkające na wyspie Aotearoa mówiły w zasadzie tak samo. Czy to Nga Puhi na północy, nad Zatoką Wysp, czy Waikato na zachodnim wybrzeżu, czy Te Arawa mieszkający wśród gorących źródeł, czy Taranaki mieszkający daleko, u stóp wysokiej dymiącej góry. Tymczasem Tupaia (tak się przedstawił) mówił jakoś dziwnie, choć można go było zrozumieć. Twierdził on, że sam pochodzi z kraju za morzem zwanego Hawai'ki (tak się właśnie nazywał kraj, z którego według legend przybyli przodkowie Nga Puhi). Wyspa Hawai'ki była stosunkowo niedaleko, tylko kilka tygodni żeglugi, natomiast reszta załogi dziwnej łodzi pochodzi z kraju odległego o parę lat podróży.

Nga Puhi byli ludem bitnym. W pewnym momencie doszło do bijatyki z nowoprzybyłymi. Wtedy się okazało, że walczą oni nie drewnianymi pałkami, lecz przedmiotami wykonanymi z czegoś bardzo twardego i tak ostrego, że przy uderzeniu rozcinało ciało. Mieli też te podłużne przedmioty potrafiące zabić kogoś na odległość. Nga Puhi nie byli w ciemię bici, wiedzieli że te cudeńka to po prostu narzędzia, których obsługi można się nauczyć. No tak, ale trzeba je (te cudeńka) najpierw posiąść. Jak? Najprostszy sposób to byłoby po prostu rozłupanie czaszek ich dotychczasowym użytkownikom. Skoro jak dotąd nigdy nie przypłynęli, to jaka jest szansa, że jak się im rozłupie czaszki, to przypłyną jacyś inni? Tylko niestety trudno im jest te czaszki rozłupać, bo skubani nie tylko umieją tych cudeniek używać, ale co gorsza w razie potrzeby używają. A mają się, skubani, na baczności.

Tak się jednak złożyło, że po pierwszej łodzi zza morza zaczęły coraz częściej przybywać inne. Na przykład takie, których załoga polowała na wieloryby, a które musiały na jakiś czas rozbić się na brzegu, żeby z wielorybów wytopić tran. Nga Puhi robili wiele, by z owymi przybyszami kultywować przyjazne kontakty. Nie można przeciw nim wysłać wojowników, trzeba ich spróbować jakoś inaczej przekonać, by wymienili na coś te podłużne przedmioty zabijające człowieka na odległość. W końcu znalazł się sposób. Owi wielorybnicy to byli sami faceci, co niepomiernie dziwiło Nga Puhi, bo przecież ich własne społeczeństwo składało się w połowie z kobiet. Tyle że ci faceci z zamorskich łodzi chcieli jak najbardziej korzystać z usług kobiet Nga Puhi. Lud Nga Puhi nie miał tu oporów, przedmałżeński seks nie wiązał się u nich z poczuciem winy, a gościnność rozumiana jako dostarczanie dziewcząt gościom płci męskiej była rzeczą normalną. W dodatku ci faceci z zamorskich łodzi ofiarowali coś w zamian. Dlaczego nie zażądać owego podłużnego przedmiotu, co z wielkim hukiem potrafi zabić człowieka z odległości stu metrów? Tak się właśnie zaczął ten zwyczaj: wielorybnicy zawijali do brzegów Zatoki Wysp na kilka tygodni, brali sobie tymczasowe żony i taka żona dostawała w zamian suknię oraz muszkiet. Przy okazji przechodziła szybki kurs zwyczajów i języka przybyszów zza morza.

Przodek płci męskiej 
To kobiety. Mężczyźni mogli się nauczyć co się robi na takim statku i zatrudnić się w roli członka załogi. To też był błyskawiczny kurs zwyczajów i języka. Można było przy takiej okazji pojechać do kraju po drugiej stronie morza. Niektórzy to właśnie zrobili i w ten sposób odkryli dla Nga Puhi ów kraj.

Pierwszym, który pojechał do kraju zwanego Anglią był Moehanga. Tyle, że Moehanga nie był wodzem, tylko zwykłym członkiem ludu Nga Puhi i kiedy po kilku latach wrócił, nie bardzo mu wierzono. Opowiadał jakieś farmazony o wsiach, w których domy były z kamienia, a pomiędzy tymi domami poruszały się inne domy, z drewna, ciągnione przez zwierzęta większe od psów. Opowiadał coś o ludziach, którzy coś mówili, potem stawiali jakieś znaki na liściu, potem jakiś inny człowiek, który tego pierwszego nawet nie widział, potrafił spojrzeć na te znaki i powiedzieć to samo. Opowiadał też przedziwne rzeczy o tamtejszych zwyczajach kulinarnych. Mieszkańcy tego kraju nie jedli niewolników, ale mieli coś, co wyglądało jak skrzyżowanie niewolnika ze szczurem: chodziło na czterech nogach jak szczur i nie umiało mówić, ale było duże jak niewolnik i też różowe; to wolno było jeść. Opowiadał też coś o bulwach podobnych do kumary, których uprawa wymagała mniej pracy, a plon był znacznie większy. Wszystko to brzmiało bardzo ciekawie, tyle że Moehanga był nikim i nawet jeśli niektórzy mu wierzyli, nie miało to większego znaczenia.

Co innego, jeśli za morze pojechał syn wodza. Na przykład Ruatara, który pojechał tam następny. Ten nie marnował czasu, tylko uczył się jak hodować ziemniaki, co robić ze świniami, a przede wszystkim jak obsługiwać muszkiet. Był to czas, kiedy stosunkowo niedaleko za morzem, zaledwie kilka dni żeglowania, powstawało miasto Sydney. W tym mieście byli misjonarze, których można było namówić do przyjazdu do Zatoki Wysepek na stałe, a nie tylko na jakiś czas, jak to robili wielorybnicy. Wprawdzie misjonarze nie byli skłonni dostarczać Nga Puhi muszkietów, a już na pewno nie korzystali z usług tymczasowych żon, tym niemniej stanowili stałe łącze z zamorskim krajem Anglia. Bardzo cenne łącze, które znakomicie potrafił wykorzystać następca Ruatary, imieniem Hongi Hika.

Hongi Hika popłynął za morze, był w Londynie, spotkał nawet króla. Sam był uważany za króla wyspy Aotearoa, zwanej przez Anglików Nową Zelandią. Tej ostatniej informacji Hongi Hika nie prostował. W Londynie dostał mnóstwo prezentów, które przybywszy do Sydney wszystkie sprzedał i kupił za to muszkiety. Kiedy wreszcie wrócił nad Zatokę Wysepek, miał ich ponad trzysta. Dzięki temu Nga Puhi stali się potęgą militarną.

Nie czekali, aż inne ludy się dozbroją, tylko od razu ruszyli na wojnę. Tym razem to Nga Puhi w odpowiedzi na haka nieprzyjaciela mogli strzelić z muszkietu i zabić kogoś z odległości. I nie było z nimi żadnego Tupai, który by wytłumaczył, że wszystko może się skończyć pokojowym handlem wymiennym. To nie była już wojna na pałki, tylko na muszkiety i stalową broń białą.

Maoryska Matka Boska z Dzieciątkiem

To znaczy tylko Nga Puhi mieli tę broń, pozostali przegrywali wszystkie bitwy i kończyli jako prowiant. Na przykład lud Waikato na zachodnim wybrzeżu. Te Wherowhero, wódz ludu Waikato, zaczął szukać kontaktu z przybyszami zza morza, by zbroić się w muszkiety, a także dostosowywać obronne wsie do broni palnej. Kiedy Waikato się dozbroili, też wyruszyli na wojnę, ale nie przeciw uzbrojonym po zęby Nga Puhi, tylko przeciw mieszkającym dalej na południe Ngati Toa. Ci najpierw uciekli, ale dozbroiwszy się pod wodzą Te Rauparaha, zaatakowali inne ludy. Natomiast ludy Te Arawa mieszkające wśród gorących wód i Ngati Porou na wschodnim wybrzeżu dozbroili się stosunkowo późno; to z nich rekrutowali się niewolnicy pracujący na polach u Nga Puhi.

Tak toczyły się te wojny zwane "wojnami muszkietów", podobno najkrwawsze wojny w historii wyspy Aotearoa.

Misjonarze byli przerażeni. Nie dość, że mieszkańcy wyspy Aoteatoa mordowali się wzajemnie w celach kulinarnych, to jeszcze w niemoralny sposób zdobywali muszkiety używane do tego mordowania. Misjonarze głosili religię zakazów: nie wolno zdobywać muszkietów uprawiając przedmałżeński seks, nie wolno jeść pieczeni z niewolnika, nie wolno pracować w niedzielę. Mieszkańcy wyspy Aotearoa rozumieli zakazy same w sobie, ich własne życie było ich pełne, w ich własnym języku zwane były tapu, tylko że to były zupełnie inne zakazy. Wojownik z Aotearoa nie miał żadnych problemów z wypożyczeniem własnej córki lub siostry za muszkiet. A wielorybnicy traktowali tę ziemię jako ziemię niczyją, żadbych władz nie trzeba było pytać o zgodę o rozbicie się na brzegu.

Ale była nadzieja. Wodzowie poszczególnych plemion bardzo chcieli mieć własny kontakt z zamorskim krajem, by mieć niezależny dostęp do Wielkiego Świata. Dlaczego nie namówić mieszkańców wyspy, by przyjęli królową Wiktorię jako swoją protektorkę? Wtedy przyjechaliby osadnicy i stworzyliby osiedla takie jak Sydney, nie trzeba będzie wybierać się za morze. Trzeba by też do tego pomysłu namówić rząd Jej Królewskiej Mości, który zdaję się nie miał zbyt wielkiej ochoty kolonizować kolejnego kraju. W końcu jednak rząd Jej Królewskiej Mości się zgodził, większość wodzów - już dozbrojona i zmęczona ciągłą jatką - też się zgodziła i w roku 1840 w miejscowości Waitangi nad Zatoką Wysepek podpisano traktat przekazujący wyspę Aotearoa, zwaną też Nową Zelandią, pod protektorat królowej Wiktorii.

Kościół w Rotorua

Wtedy niektórzy mieszkańcy wyspy zaczęli się zastanawiać: jak to jest, że ci przybysze zza morza mówią jednym językiem, nazywają się Anglikami, mają swoją królową i zachowują się, jakby podlegali jednej władzy, a my na Aotearoa też mówimy jednym językiem, ale ciągle się między sobą tłuczemy, nawet nie mamy jednej nazwy, tylko nazwy plemion. Może by wybrać dla nas jakaś nazwę, na przykład Maori, i wybrać spośród wodzów jednego króla wszystkich Maorysów. I tak się stało, część wodzów wybrała spośród siebie Te Wherowhero, wodza ludu Waikato i kombatanta wojen muszkietowych, na swojego króla. Ale wcale nie wszyscy go uznali. Na przykład Nga Puhi znad Zatoki Wysepek nie widzieli powodu, by przywódca ludu, który zupełnie niedawno dostał od Nga Puhi niezłe lanie, miałby być nad nimi królem. A w ogóle to wojny pomiędzy plemionami wcale się nie skończyły wraz z traktatem w Waitangi, tylko we wszystkich późniejsze konfliktach angielskie wojsko popierało jedną ze stron, zatem można je zaklasyfikować jako wojny Maorysów z angielskim okupantem. Oczywiście strona popierana przez angielskie wojsko zawsze wygrywała. Wolni i nieujarzmieni Maorysi chcieli tak jak zawsze prowadzić wojny, a angielscy kolonialiści im na to nie pozwalali.

Skończył się wzmożony handel muszkietami, natomiast wzmógł się handel ostrymi stalowymi przedmiotami ułatwiającymi zwykłe życie. Na przykład dłutami. Narzędzia z pounamu nie miały nawet porównania ze stalowym dłutem, rzeźbienie przy pomocy dłuta było bez porównania łatwiejsze. Rzecz w tym, że wraz z coraz powszechniejszym użyciem żaglowych statków malało także zapotrzebowanie na ozdobnie rzeźbione łodzie. Zatem maoryscy snycerze zaczęli swymi rzeźbami dekorować inne rzeczy. Na przykład kościoły. Tylko tu pojawił się problem.

Hongi Hika miał pod swoją opieką anglikańską misję, ale ani on, ani jego wojownicy nie śpieszyli się z przyjęciem nowej wiary z jej przedziwnymi zakazami. Pozwolił jednak swoim niewolnikom (ostatnio, w wyniku wojen z użyciem muszkietów, całkiem licznych) na naukę w misyjnej szkole. Niektórzy z nich byli pilni i nawet nauczyli się czytać i pisać.

To właśnie było dla nich chrześcijaństwo: nowe tabu, ale też czytanie i pisanie. A dla misjonarzy, zwłaszcza protestanckich, nauka czytania i pisania była bardzo istotna, bo przecież każdy powinien móc czytać Biblię. Kiedy wojny wszystkich ze wszystkimi się skończyły i plemiona zawierały pokój - niewolnicy byli zwalniani i mogli wrócić do domu. I wracali, również ci wyszkoleni w misyjnych szkołach. Oni głosili Dobrą Nowinę wśród swoich. Całą Dobrą Nowinę: nowe tabu, ale i naukę czytania i pisania.Dobra Nowina to było też budowanie kościołów, czyli budynków znacznie większych i solidniejszych, niż tradycyjne domostwa Maorysów. Kościół był oczywiście miejscem świętym, ale pod dachem. Dotychczas Maorysi mieli miejsca święte, gdzie się zbierali w ważnych momentach, te miejsca nazywały się marae, ale były one pod gołym niebem. Kościół natomiast mógł pomieścić całą ludność wsi, a był pod dachem. Można by go pewnie udekorować, byłoby wtedy to miejsce do popisu dla snycerzy. Tylko...

Tradycyjne maoryskie domostwo

Misjonarze niekoniecznie chcieli tę tradycyjną maoryską rzeźbę w kościele. Protestanci mieli problem z figuratywną rzeźbą w ogóle, choć nie mieli nic przeciw abstrakcyjnym wzorom. Katolików mniej raziły postacie, natomiast inne rzeczy były problematyczne. Na przykład : Maorysi zaznaczali płeć przedstawianej osoby wyraźnie rzeźbiąc jej genitalia, ale czy można taką rzeźbę wstawić do kościoła? Albo tatuaż na twarzy Maorysa był oznaką statusu, ale czy można wyrzeźbić Matkę Boską z wytatuowaną twarzą i w dodatku wstawić tę rzeźbę do kościoła?

Ale był jeszcze inny problem, który nie był problemem Maorysów, tylko misjonarzy. Maorysi byli tego lub innego wyznania tylko dlatego, że w danej okolicy pojawił się misjonarz tego akurat wyznania. Spory teologiczne sprzed iluś tam stuleci prowadone po drugiej stronie globu nie miały żadnego znaczenia dla Maorysów. Tym niemniej w owym czasie misjonarze głosili dodatkowe tabu: nie wolno wchodzić do kościoła innego wyznania nawet jeśli są to również chrześcijanie. Zatem budynek kościelny mógł być miejscem zebrań całej wsi tylko tam, gdzie cała wspólnota była jednego wyznania, a wcale nie zawsze tak było. Stąd pojawiło się zapotrzebowanie na domy spotkań, zwane wharenui, które byłyby neutralne wyznaniowo, zatem nie nazywano ich świątyniami, choć były tapu. Stawiano je przy marae, które też były tapu, acz pod gołym niebem. Te domy można było dekorować na sposób tradycyjny.

W XIX wieku zaczęło tych domów powstawać sporo, zwłaszcza we wschodniej części północnej wyspy. Takie domy były budowane w podobny sposób, co zwykłe domostwa Maorysów. Dziś oczywiście nikt w takich domach nie mieszka, ale jeden można zobaczyć w Wellingtonie w muzeum Te Papa Tongarewa. Jest on sporo niższy od stojącego człowieka, zatem można się domyślać, że służył głównie do spania. Zarówno dach jak i ściany mają tam ramową konstrukcje z drewna, natomiast ściany wypełnione są trzcinową plecionką, a dach kryty strzechą. Wharenui były z reguły większe i bardziej ozdobne, w wielu miejscach miały rzeźby, a ściany plecione były w charakterystyczny wzorek. Ustalił się schemat gdzie w takich domach powinna się pojawiać rzeźba, a gdzie dobrze by się pojawiła, a także gdzie powinny być ozdobne ściany plecione z trzciny, które również stały się stałym elementem. Praktycznie zawsze na szczycie dachu wyrzeźbiona jest twarz, nad nim często też stoi postać wojownika. Nazywa się on tekoteko i ma przedstawiać przodka, którego imieniem nazwany jest ten dom. Pionowo stojące drewniane elementy ściany nazywają się poupou i są zwykle płaskorzeźbione. Przedstawiają przodków, więc wokół domu jest cała genealogia. Czasem ci przodkowie nie są rzeźbieni tylko malowani, a czasem poupou pozostawione jest bez niczego. Pomiędzy poupou są ozdobie plecione z trzciny panele zwane tukutuku. Belki więźby dachowej są pomalowane charakterystycznym abstrakcyjnym wzorem, zwanym kowhaiwhai.

Z wharenui wiąże się skomplikowany rytuał. Tu odbywają się najważniejsze momenty w życiu wspólnoty. Na przykład pogrzeby; przez kilka dni trumna ze zmarłym stoi w wharenui, a krewni i znajomi przyjeżdżają (dziś czasem z daleka), by spędzić choć jedną noc śpiąc w obecności zmarłego. Jeśli przyjeżdża grupa gości z daleka, jest skomplikowana ceremonia powitania, zwana powhiri, w czasie której kobiety witają gości na progu krzycząc jak przy porodzie, a wewnątrz budynku mężczyźni wygłaszają mowy szukając wspólnego przodka.

Wharenui w Rotorua

Takie domy budowano na pewno już w latach czterdziestych XIX wieku, bowiem wtedy powstał najstarszy z istniejących do dziś. Nazywa się on Te Hau Ki Turanga, a stanął we wsi o nazwie Orakaiapu niedaleko Gisborne. Jest niewątpliwie bardzo ozdobny. W tym właśnie rejonie budowano takie domy. Budowano je także w okolicach gorących źródeł w Rotorua. Te gorące źródła w drugiej połowie XIX wieku stały się miejscem, gdzie zamożniejsza część populacji Nowej Zelandii jeździła "do wód". Oznaczało to ruch turystyczny, a turyści widzieli bogato rzeźbione domy w maoryskich wioskach. Wkrótce zaczęła się moda na odwiedzanie tych domów, co zwęszyli ich właściciele i pobierali za to opłaty. Oczywiście dla białych turystów sztuka widziana w bogato rzeźbionych domach Maorysów w Rotorua to była sztuka maoryska.

Bo dla białych Nowozelandczyków Maorysi to po prostu Maorysi, nie rozróżniali oni (i do dziś nie rozróżniają) różnych maoryskich plemion. A tymczasem Nga Puhi to wcale nie Te Arawa. Nga Puhi w tym okresie zaczynali budować domy takie jak ich biali sąsiedzi, pokryte rzeźbą domy spotkań to były dla nich jakieś obce nowinki. Podobnie było na południowej wyspie, gdzie Ngati Tahu owszem budowali domy spotkań, ale były to solidne domy na wzór domów białego człowieka. Ale biali Nowozelandczycy jeździli do wód do Rotorua i byli pod wrażeniem tamtejszych rzeźbionych domów.

A skoro tak, to przecież te domy trzeba otoczyć specjalną opieką. Najstarszy z domów spotkań, bardzo ozdobny, niszczał na powietrzu, a dzieła sztuki powinny być chronione w muzeum. W 1867 roku jakieś władze zadecydowały, że Te Hau Ki Turanga powinien zostać przewieziony do muzeum w Wellingtonie. Do dziś można go tam zobaczyć.

Nie bardzo to rozumiem, ale niewątpliwie można go tam zobaczyć. Czytałem gdzieś, że do 1017 roku powinien być on zwrócony prawowitym właścicielom, kimkolwiek oni są, ale najwyraźniej muzeum w Wellingtonie nie jest prawowitym właścicielem. Nigdzie nie znalazłem informacji że on tam jest, ale jest. Jeśli się wejdzie do Te Papa Museum w Wellingtonie, można go zobaczyć. Jest tylko informacja, że nie należy robić zdjęć. Może on stoi w muzeum, ale muzeum nie jest właścicielem? Nie wiem o co chodzi, ale widziałem go tam jesienią 1024 roku (więc sporo lat po tej dacie zwrotu).

Wnętrze Hotonui

To oczywiście nie jedyny dom spotkań wart tego, by go wystawić w muzeum. W Auckland w War Memorial Museum jest (oprócz pamiątek z Wielkiej Wojny) kolekcja rzeźby maoryskiej i tam jest też dom spotkań, zwany Hotonui. Był on zbudowany w 1878 roku przez lud Ngati Maru tam, gdzie dziś jest miasto Thames. Kiedy w 1920 roku stał raczej zniszczony, muzeum w Auckland zaproponowało przywódcom ludu Ngati Maru, by wypożyczyli ten dom do muzeum. Stoi tam do dziś i o ile wiem nikt nie ma z tym problemu. Tyle, że dziś jest tabliczka informująca, że nie wolno robić zdjęć (ale kiedy tam byłem w 2018 roku, tej tabliczki nie było, bo zdjęcia mam).

Niektóre z tych rzeźbionych domów spotkań wylądowały bardzo daleko, nawet na antypodach. Tak było w przypadku domu zwanego Hinemihi, który wylądował w Anglii. Zbudowano go w 1881 roku w Te Whairoa niedaleko Rotorua, jako atrakcję turystyczną. Powstał on wprawdzie na zamówienie szczepu Hinemihi, ale niewątpliwie żeby zwabić turystów. Ci turyści podobno przyjeżdżali w tak dużej ilości, że ten dom zasłynął jako "dom o złotych oczach", bowiem niektóre rzeźbione postacie miały złote monety wstawione w miejsce oczu (zamiast masy perłowej, używanej normalnie do tego celu). To trwało do 1886 roku, kiedy wybuchł pobliski wulkan i zasypał wieś. Co ciekawe, kilka osób schroniło się w domu spotkań i dzięki temu ocalało. Tym niemniej wieś przestała istnieć, turyści nie przyjeżdżali, a dom kupił gubernator Nowej Zelandii William Onslow, który go zabrał do Anglii. Postawił go przy swojej rezydencji w parku Clandon pod Londynem. Nie można jednak go tam zobaczyć. Ostatnio potomkowie jego twórców się o niego upomnieli mimo tego, że ich przodkowie go najzwyczajniej sprzedali. Nie wiem nic o ewentualnych wątpliwościach dotyczących legalności tej sprzedaży, no ale taka jest teraz moda. Ktoś żąda, to trzeba zwrócić.

O dom zwany Rauru nikt nie powinien się upominać, bowiem nigdy nie był on domem spotkań żadnej społeczności, tylko od razu był zamówiony przez białego Nowozelandczyka (w roku 1900), niejakiego Charlesa Nelsona, właściciela hotelu. Stał początkowo w Rotorua, później (w 1912 roku) został zakupiony przez Museum für Völkerkunde w Hamburgu. Tam go można do dziś zobaczyć.

Wharenui w centrum Auckland

Inny dom spotkań, zwany Ruatepupuke, można też do dziś zobaczyć w Chicago w Field Museum. Otwarty był w 1881 roku w pobliżu Gisborne, ale dziesięć lat później podupadł i też był kupiony. Jak dotąd nie słyszałem o żadnych wątpliwościach dotyczących jego miejsca pobytu.Jak wspomniałem, Nga Puhi woleli w tym czasie naśladować zachowania białego człowieka i budowali domy takie jak biali sąsiedzi. Ale wcale nie tylko Nga Puhi naśladowali zachowania białych. Na Nowej Zelandii Maorysi mają zagwarantowanych kilka miejsc w Parlamencie trochę tak, jak mniejszość niemiecka w Polsce, tak że maoryskich posłów jest więcej, ale jeden z członków Ngati Porou został nawet ministrem w rządzie i dziś jest jego portret na banknocie pięćdziesięciodolarowym. Był to urodzony w 1875 roku Apiranta Ngata. Wychował się on w okolicach Gisborne, czyli tam, gdzie bogato rzeźbione wharenui były rzeczą normalną. Jednocześnie obracał się w świecie białych ludzi i niejako patrzał na sztukę maoryską ich oczami. Jeśli dla białych turystów odwiedzających Rotorua rzeźba widziana w tamtejszych domach spotkań jest przejawem kultury Maorysów, to trzeba tę ją podtrzymywać. Na przykład finansując z rządowych pieniędzy szkołę maoryskiego snycerstwa. Apiranta Ngata otworzył właśnie w Rotorua taką szkołę, która istnieje do dziś. Można też budować zdobione rzeźbą wharenui w okolicach, gdzie dotychczas były nieznane, na przykład nad Zatoką Wysepek (czyli na terenach Nga Puhi). W 1940 roku nadarzyła się okazja - setna rocznica traktatu w Waitangi - i wykwintny wharenui został tam zbudowany. Apiranta Ngata zaczął też budować wharekai, czyli budynki przeznaczone do tego, by w nich jeść. Rzecz w tym, że wharenui jest tapu (czyli święte) i w żadnym razie nie wolno nic w nim jeść. Jedzenie jest noa (czyli nie-tapu) i powinien być odrębny budynek do tego celu. Albo namiot. Do czasów Ngaty w przypadku wspólnego posiłku stawiano wielki namiot, dziś przy marae buduje się wharekai, które jest podobnie zdobione płaskorzeźbą przedstawiającą przodków. Często częścią marae jest kościół, też w końcu miejsce święte. Apiranta Ngata był rónież inicjatorem budowania anglikańskich kościołów dekorowanych podobnie, jak warenui. W 1924 roku powstał maoryski anglikański kościół poświęcony Maorysom poległym w Wielkiej Wojnie. Oczywiście nie było tam takich rzeźb, gdzie płeć postaci można było natychmiast zidentyfikować, tym niemniej były jak najbardziej maoryskie w stylu. Później powstało więcej takich kościołów.

Najciekawsza była jednak inna inicjatywa Ngaty: zdecydował on udekorować swój gabinet tak, jak wharenui, czyli płaskorzeźbami przodków i plecionkami tukutuku pomiędzy nimi. Nie wiem, czy miał tam szafkę z bibelotami, ale mówiąc szczerze - mi ten cały gabinet wygląda jak jeden wielki bibelot (ale jeśli ktoś chce sobie kupić dzieło maoryskiego rzemiosła artystycznego w sklepiku z pamiątkami, żeby w takiej szafce sobie postawić, to takie sklepiki na Nowej Zelandii również są).

Maoryskie rękodzieło na sprzedaż

Zdaniem Ngaty sztuka maoryska powinna być prawdziwie maoryska. Farby kupione w sklepie nie powinny być używane, należy użyć naturalnych barwników - Apiranta Ngata odnawiając wharenui potrafił zastąpić stare plecionki farbowane sztucznymi barwnikami - nowymi, farbowanymi naturalnie. Stalowe dłuta były najwyraźniej OK, dom Te Hau Ki Turanga (o którym wiadomo, że był wykonany przy użyciu stalowych dłut) stanowił nawet wzór do naśladowania. Gorzej było z dachami z falistej blachy. Były przypadki zastępowania falistej blachy strzechą podczas renowacji. Ciekawy jest też jego nacisk na snycerstwo, a niechęć do malowanych przodków w wharenui. Podobno zwolennikiem malowanych wharenui był Te Kooti, który zwalczał rząd, ale plemię, do którego należał Apiranta Ngata, walczyła z Te Kooti po stronie rządowej i stąd się brała niechęć do tego, co Te Kooti popierał.

Imiona snycerzy tworzących rzeźby przed przybyciem białych nie są znane. W XIX wieku imiona snycerzy są gdzieś zapisane, ale najwyraźniej istotniejsza była informacja kto był inicjatorem powstania tego czy innego obiektu, niż informacja o samym twórcy. Tak jak Apiranta Ngata, o którym wiadomo, że zainicjował budowę kościoła w Tikitiki, a znalazł do tego snycerza imieniem Hone Ngatoto. Kiedy w 1940 roku powstawał wharenui w Waitangi, również z inicjatywy Ngaty, snycerzem był Pine Taiapa. Obecnie jest moda na identyfikowanie artysty, więc ktoś szpera po starych dokumentach, by zidentyfikować imię (i ewentualnie nazwisko) snycerza.

Apiranta Ngata zmarł w 1950 roku, ale zapoczątkował ruch, który ciągle nabiera rozpędu.

Tak jak na całym świecie, również na Nowej Zelandii ludzie przenoszą się ze wsi do miast, tyle że na Nowej Zelandii to są w dużej części Maorysi. Zaczęły więc powstawać wharenui w miastach. Nie są to wioskowe domy spotkań, ale są za to tak samo jak tamte bogato udekorowane rzeźbą. Jeśli jacyś Maorysi z północnej wyspy emigrują w poszukiwaniu pracy na południową wyspę, to i tam można zbudować wharenui, mimo że tamtejsi Ngati Tahu tej tradycji nie znali; w 1960 roku otwarto w Christchurch pierwszy wharenui zbudowany na południowej wyspie w XX wieku. Spora część maoryskiej młodzieży studiuje, dlaczego więc nie zbudować wharenui na uniwersytecie? W 1986 roku zbudowano pierwszy uniwersytecki wharenui na Victoria University w Wellingtonie. Można przypuścić, że owa studencka młodzież pochodzi z różnych szczepów, więc i rzeźby na poupou muszą przedstawiać rozmaitych przodków, ale dla białych widzów, a także dla maoryskich widzów wychowanych w białej kulturze, to nie ma znaczenia. Rzeźby są maoryskie w stylu, to jest istotne.

Ale to wcale nie koniec. Najwyraźniej maoryscy snycerze dostają zamówienia od władz miejskich, o czym świadczą wolno stojące figury w różnych miejscach miast. Kilka takich figur, bez żadnej wątpliwości przedstawiających postacie płci męskiej, stoi nawet w porcie lotniczym w Auckland, wszyscy przybysze zza morza muszą obok nich przejść. Nowa Zelandia jest krajem anglojęzycznym, ale ze swoją specyfiką. Europa ma swoje romańskie kościoły, Kolumbia Brytyjska ma totemy, Australia ma obrazy złożone z kropeczek; Nowa Zelandia też ma coś.


Męskie powitanie na lotnisku w Auckland



Tuesday, September 12, 2023

Na czym polega buddyzm?

Tangen Roshi
Znam wielu buddyjskich mnichów, ale Tangen Roshi jest zupełnie nie­zwykły", mówił do mnie mój japoński przyjaciel, a ja zgadzałem się, że w tym coś jest, sam bowiem byłem w Bukkokuji przez całe cztery tygodnie i dwa dni. Po co tam pojechałem? Pewnie żeby się dowiedzieć, na czym polega buddyzm. W każdym razie to pytanie wisiało w powietrzu, kiedy przecho­dziłem przez bramę Bukkokuji pierwszy raz; pojechałem do Obama auto­stopem, odnalazłem świątynię na samym skraju miasta, u stóp góry wyrasta­jącej jak głowa cukru z płaskiej jak stół równiny, przeszedłem przez bramę i znalazłem się na dziedzińcu. Na wprost mnie stał zabytkowy budynek o papierowych ścianach, z tyłu za nim wznosiło się pokryte bambusowym gajem zbocze, z lewej i prawej też budynki oraz cmentarzyk z kamiennymi pagodami, wszystko bardzo urocze, ale absolutna cisza i ani żywej duszy mimo że drzwi wszystkie porozsuwane. Stałem przez chwilę zdezoriento­wany, kiedy z budynku po lewej stronie (zendo - jak się później dowiedziałem) zaczęli wychodzić ludzie. Pierwszym był starszy mnich o lśniącej łysi­nie, ubrany w szarą szatę; podszedł do mnie i ująwszy za rękę, w milczeniu wyprowadził za bramę. Nic nie mówił, ale zdawał się pilnować żebym nie uciekł, tymczasem przywołując kogoś z dziedzińca; znikł dopiero kiedy zja­wił się Jikaku-san, młody mnich w zwykłym czarnym habicie, i kiepską angielszczyzną wyjaśnił, że w tym momencie nie mogę się zatrzymać, ponieważ mają tygodniowy sesshin. Zapytałem, czy mógłbym się włączyć w sesshin, na co Jikaku-san znikł za bramą i po chwili wrócił z odpowie­dzią: w tej chwili nie ma miejsca w zendo, mogę przyjechać po tygodniu, kiedy część ludzi wyjedzie. Na czym polega buddyzm? Byłem pod wraże­niem tego milczącego dotknięcia. Już sam fakt jest niezwykły w Japonii, gdzie unika się nawet wzroku nieznajomych, ale w dotknięciu Tangen Roshi było coś specjalnego, jakieś przesłanie czy coś.

Kiedy przyjechałem po tygodniu, pierwszą rzeczą, jaką mi Jikaku-san powiedział, było, że mam iść do zendo i siedzieć w zazen tak długo, aż mnie Roshi-sama nie zawoła. Zaprowadził mnie, pokazał mi miejsce gdzie mam siedzieć i powiedział: Możesz iść jedynie do toalety, poza tym nie wolno ci opuszczać tego miejsca; pokazał mi jeszcze toaletę, pomieszczenie lśniące czystością, z ołtarzykiem bodhisattwy oczyściciela na ścianie, i zostawił mnie przez następne prawie dwie godziny siedziałem twarzą do ściany i do­świadczałem po raz pierwszy, na czym polega buddyzm: polega na bólu w kolanach. Owszem, umiałem już wówczas siadać w półlotosie, ale siadać to nie znaczy siedzieć; po dziesięciu minutach przyszedł pierwszy ból, prze­szedł po piętnastu, wrócił po półgodzinie i wkrótce stał się nie do wytrzyma­nia, zmiana nogi pomogła tylko na krótko, wyjście do toalety też, wszystko czego się naczytałem o zenistycznej koncentracji przestało mieć znaczenie, całe moje siedzenie było jedynie wytrzymywaniem bólu; cóż, zostałem za­szczycony namiastką tradycyjnej zenistycznej próby czekania, która w daw­nych klasztorach trwała wiele dni; co to jednak znaczy w porównaniu z Drugim Patriarchą, który tygodniami siedział ignorowany przed jaskinią Bodhidharmy, gdzie już go śnieg przysypywał, i który w końcu, by zwrócić na siebie uwagę, obciął sobie jedną rękę i wrzucił ją do jaskini?

Ulga, że można wreszcie zrobić kilka kroków, była głównym odczu­ciem, kiedy Jikaku-san po mnie przyszedł i zaprowadził mnie do hondo, gdzie trzeba było jednak znowu usiąść po japońsku na podłodze. Pod ścia­ną, przy niziutkim stoliku, czekał na nie Roshi-sama.

  • Po co przyjechałeś do Bukkokuji?

  • Chciałbym się nauczyć zazen.

  • Po co chcesz się uczyć zazen? Będziesz tu sobie siedział jakiś czas, a potem wrócisz do domu i znowu będziesz robił pieniądze?

Te pozornie nieprzyjazne słowa Roshi-sama wypowiadał takim tonem, jakby witał syna marnotrawnego, miałem wrażenie, że się za chwilę rozpłacze.

  • Jak długo chcesz się zatrzymać?

  • Miesiąc, jeśli możliwe. Ale jest jeden problem: mam bardzo mało pie­niędzy i nie mógłbym płacić za swój pobyt.

  • Jeżeli szczerze przyszedłeś tu, by się uczyć zazen, możesz zostać bez pieniędzy, ale jeśli chcesz zatrzymać swoje ego, jeżeli nie chcesz być w har­monii, nic zostawaj. Tylko miesiąc? Dobrze, na początku przyszłego mie­siąca mamy znowu tygodniowy sesshin, to będzie dla ciebie dobry począ­tek. Ale musisz być cierpliwy - to jest biedna świątynia i nie zawsze jest dosyć jedzenia...

Posiłek w Bukkokuji

Następnego dnia miałem przydzieloną poduchę do siedzenia i kawałek ściany w zendo, miałem przydzielone zadanie w czasie samu, czyli pracy (bez której zazen jest nieważne), było nim opróżnianie szamba; robiłem to z Avishaiem, chłopakiem z Izraela, który naczytał się o Zen i przyjechał z zamiarem osiągnięcia Przebudzenia; szambo było typowo japońskie, malutkie i opróżniane ręcznie za pomocą wielkiej chochli na długim kiju, substancję przelewało się do dwudziestolitrowego wiadra, zawieszanego na­stępnie na bambusowym drągu i wynoszonego do ogrodu celem użyźniania grządek; miałem też przydzielone oryoki używane do rytualnych zenistycznych posiłków. A w Bukkokuji wszystkie trzy posiłki dnia są rytualne, spożywane w całkowitym milczeniu i skupieniu, poprzedzane śpiewaniem sutry, w czasie którego oryoki - trzy miseczki włożone jedna w drugą i za­winięte w chustkę-rozwija się, nakłada się potrawy i odkłada kilka ziare­nek ryżu na ofiarę dla Głodnych Demonów; posiłki są też w Bukkokuji nad­zwyczaj skromne, iście żebracze: rano wodnisty ryż z japońską kiszoną mordką, do tego koniecznie plasterek kiszonej rzodkwi, w południe brą­zowy ryż, zupa z pasty sojowej i jakieś warzywo; koniecznie też ten plaste­rek rzodkwi używany po posiłku do mycia miseczek - rozlewana jest gorąca woda - i tym plasterkiem trzymanym w pałeczkach czyści się wszystkie miseczki i następnie zawija, wszystko przy stole.

Posiłki są iście żebracze. Buddyzm bowiem polega na żebraniu.

Przynajmniej raz w miesiącu, a bywają okresy, że co trzeci dzień, Buk­kokuji wychodzi na takuhatsu: wszyscy wychodzący ubrani w specjalne habity, w plecionych kapeluszach, w których wyglądają jak wielkie grzy­by, w słomianych sandałach, podzwaniając dzwoneczkami idą ulicą; tylko jeden z mnichów trzyma żebraczą miseczkę. Zatrzymują się przed pierw­szym domem, śpiewają sutrę; bez stukania w drewnianą rybę, ale równie rytmicznie:

Kan-ji-zai bo-satsu gyo-jin Han-nya Ha-ra-mi-ta ji... (Słuchający-głosów-świata bojownilc-o-przebudzcnie zgłębiwszy Przekraczającą Mądrość...)

Drzwi się otwierają staruszka z miną osoby zaszczyconej wizytą wrzu­ca monetę do żebraczej miseczki. Lecz sutra śpiewana jest do końca:

...shiki fu i ku, ku fu i shiki, shiki soku ze ku, ku soku ze shiki... (...forma nie różni się od pustki, pustka nie różni się od formy, forma dokładnie odpo­wiada pustce, pustka dokładnie odpowiada formie...)

Grzyby kłaniają się staruszce w pas, podzwaniają dzwoneczki. Przed następnym domem ta sama sutra od nowa; jest krótka, to Hannya shingyo, czyli „Serce Mądrości”.

Takuhatsu

...mu hen ni bi zes shin i, mu shiki so ko mi soku ko, mu ken-kai nai-shi mu i-shiki-kai... (...niczym jest ucho oko nos język ciało umysł, niczym bar­wa dźwięk zapach smak dotyk przedmiot, niczym świat widzialny, niczym świat uświadomiony...)

Długo nikt nie otwiera drzwi, dopiero z sąsiedztwa przybiega gospodyni w fartuszku i wrzuca banknot. Grzyby kłaniają się i idą dalej uliczką pomię­dzy domkami w ogródkach, gdzie kępy bambusów i sosenki tresowane, by rosły nisko i krzywo. Przed jednym z domów nikt nie wychodzi, by wrzucić pieniążek, lecz ukłon po odśpiewaniu sutry taki sam...

...mu mu-myoyaku, mu mu-myo jin... (...niczym ignorancja, niczym ko­niec ignorancji...)

A może buddyzm polega nie na żebraniu, tylko na czymś wręcz przeciw- nym? Cóż może znaczyć owa czarka do herbaty najwyższej jakości? Było to w „dzień kąpielowy”, co piąty dzień nie ma samu, a jest ofuro, czyli japońska gorąca kąpiel, oraz czas wolny i w czasie tego wolnego czasu Roshi-sama siedział na stopniach hondo z kimś rozmawiając, podczas gdy przez dziedzi­niec przebiegał najpierw w jedną potem w drugą stronę Kornelius z czarką do herbaty w dłoni; Roshi-sama skomentował: Kornelius tak biega tam i sam, to nie jest dobre dla zazen. Korneli us słysząc to zbliżył się ze zwieszoną głowią Rozumiem, na co Roshi-sama podskoczył: O! Czarka z mojego skarbczyka!, Z jakiego skarbczyka? Roshi-sama sam mi ją dal kiedy byłem tu ostatnim razem!, Tak? To mam bardzo podobną w skarbczyku Roshi-sama wstał, wszedł do hondo i po chwili wrócił z drewnianym pudełkiem w dłoni, otwarł je i wyjął czarkę, rzeczywiście podobną w kolorze i bardzo piękną seledyno­wą i pokrytą mnóstwem ciemnozielonych pęknięć na glazurze. Najwyższa kla­sa. Kiedyż lego pijesz, zawsze z wewnętrznym spokojem. Bez biegania tam i sam. Kornelius oglądał ją przez chwalę z podziwem, obracał w dłoniach; Roshi-sama wyjął mu ją z ręki, włożył do pudełka, zamknął je i podał Korneliusowi mówiąc: Napisz tu na pudelku datę, kiedy ją ode mnie dostałeś.

Recytacja sutr

Tak czy owak Bukkokuji żyje, jak Budda przykazał, wyłącznie z żebra­nia oraz darów, które są przynoszone do świątyni, często są to dary w natu­rze, które stoją czas jakiś przed ołtarzem w hondo, wielkie pudło ryżu albo butelka oleju, kiedyś stała przez dzień pralka, niekiedy jest to wielkie pudło ciastek i wtedy robiony jest dodatkowy nieformalny posiłek, podwieczorek, bez sutr, bez milczenia. Roshi-sama też czasem przychodzi i łatwo się daje wyciągnąć na pogaduchy, bo lubi opowiadać; jak wtedy kiedy w przedsion­ku między hondo a kuchnią przy zielonej herbacie i ciastkach z kremem zapytany o to, jaką lubi muzykę, opowiadał o Beethovenie: W ostatni wie­czór przed moim odejściem do armii, w czasie wojny, było rodzinne przyję­cie w głównym pokoju, a potem wszyscy rozeszli się do swoich pokojów, a ja siedziałem u siebie i słuchałem gramofonu, takiego starego, nie elek­trycznego, słuchałem Beethovena, symfonii nr 9, i jeszcze raz, i jeszcze, a o drugiej w nocy napisałem na kopercie: ,,Słucham tego teraz, być może ostatni raz”. Byłem w lotnictwie i dokładnie jeden dzień przed moim ostat­nim lotem wojna się skończyła. Gdyby mój ostatni lot był o jeden dzień wcześniej, nikt z was by tutaj nie siedział. Ale ja wróciłem do domu, płyta leżała na stole tak jak ją zostawiłem i napis na kopercie był: „może ostatni raz”. Ale już nie słuchałem więcej. Po wojnie spotkałem mniszkę, która wprowadziła mnie w naukę Buddy. Byłem na zazen w świątyni Kannon w Tokyo i kiedy usłyszałem sutrę SHISEIGANDO, minio że nie rozumiałem znaczenia słów, bo nie miałem tekstu, wiedziałem, że to jest harmonia, któ­rej szukałem. Nie mogłem powstrzymać łez, padało kiedy wracałem do domu, ale deszcz moich łez był jeszcze większy. Już nie słuchałem klasycz­nej muzyki. Beethoven jest potężny, ale milczenie jest potężniejsze. To jest Dziesiąta Symfonia Beethovena.

Milczenie; na czymkolwiek buddyzm polega, milczenie jest głównym za­jęciem w Bukkokuji: w zwykły dzień pięć razy po czterdzieści minut, od czwar­tej rano począwszy, o trzeciej pięćdziesiąt jeden z mnichów przebiega wszystkie korytarze z dzwonkiem, a o czwartej wszyscy mają być już w zendo, czterdzieści minut milczenia z prostym kręgosłupem, twarzą do ściany, gdy za plecami powolutku, powolutku chodzi jeden z mnichów z kijem kyosaku w dłoniach. Tylko chodzi, uderzy wyłącznie gdy ktoś go o to poprosi: należy, czując jego obecność za plecami, złożyć dłonie i skłonić się. ku przodowi; ostry ból uderzenia pomaga w skupieniu, kiedy myśli rozbiegają się niczym stado małp. W czasie drugiego porannego zazen Roshi-sama daje znak dzwonkiem z hondo i wtedy kto chce zrywa się i biegnie, i czeka w milczeniu na swoją kolej w przedsionku między hondo a kuchnią bowiem tylko jedna osoba może wejść na dokusan do pomieszczenia za ołtarzem, gdzie Roshi-sama siedzi przed portretem swojego mistrza, Harada Sogaku; w pozy- cj i lotosu, na kolanach kyosaku, z zamkniętymi oczyma, z zagadkowym uśmie­chem; otwiera oczy, każda wchodząca osoba jest dla niego niespodzianką uśmiech staje się ciepły. Mój pierwszy dokusan: na nic zadane pytanie Roshi- -sama odpowiedział: Zawsze koncentruj się tutaj, to mówiąc uderzył się pię­ścią w brzuch. Obserwuj swój oddech. Oddychaj powoli. Wdech, wydech, wdech, wydech, ale nie tylko powietrze. Duch. Co zrobić z bólem w kola­nach, Roshi-sama? Ból jest, ale ciało jest puste. Jeżeli nie możesz wytrzy­mać, spróbuj siedzieć inaczej. Malutkim dzwoneczkiem Roshi-san daje znać, że dokusan skończony, następna osoba wchodzi. Niekiedy Roshi-san wcho­dzi do zendo i przechodzi między rzędami, czasem z własnej inicjatywy przy­łoży komuś kijem, jak wtedy kiedy zatrzymawszy się na chwilę za nami-po mojej lewej stronie siedział Avishai, po prawej Klaus - ryknął niczym nie­dźwiedź: Zawsze jak wielka góra! Zawsze jak wielka góra!, podszedł do Klausa, leciutko dotknął jego ramienia, a potem CHLAST, CHLAST, przez jedno ramię i CHLAST, CHLAST, przez drugie; potem tak samo z Avishaiem: CHLAST, CHLAST przez jedno, CHLAST, CHLAST przez drugie, z całej siły, nawet z okrzykiem, myślałem, że mu się kij złamie. W czasie sesshinu jest jeszcze więcej milczenia, jedenaście razy po czterdzieści minut dziennie, a do tego zakaz wszelkich rozmów przez cały tydzień, z wyjątkiem dokusanu. Przez cały czas sesshinu w czasie południowego zazen jest teisho, czyli buddyjskie kazanie; rozpoczyna się czytaniem z księgi koanów, a potem godzinna mowa, Tangen Roshi lubi mówić. Z księgi koanów Roshi-san czy­ta zmienionym głosem, śpiewnie: Mistrz Gutei zapytany o Naukę Buddy zawsze tylko w milczeniu podnosił wskazujący palec. Pewnego razu pod nieobecność mistrza jego służący, chłopiec, odpowiedział przybyszom w ten sam sposób. Gdy Gutei, wróciwszy, dowiedział się o tym, obciął chłop­cu palec ostrym nożem. Chłopiec zaczął z krzykiem uciekać, lecz Gutei zawołał za nim:,,Zaczekaj! ”. Chłopiec się obejrzał, Gutei podniósł wska­zujący palec i chłopiec doznał Przebudzenia.

Dzwonnica i hondo w Bukkokuji

Wskazujący palec? No tak, gdzieś już kiedyś czytałem, że lepiej sobie nawet oko wyłupać, jeżeli stoi na przeszkodzie. Ale co było dalej w tym kaza­niu? Było w nim takie zdanie: Kyorei podnosi rękę i góra Kansan rozpada się na dwoje. Było też inne: Jeśli jest choćby jedna osoba, która płacze i ty czujesz jej ból jak własny, mogę przerwać ten wykład i już nic nie mówić.

Wdech, wydech, ale nie tylko powietrze... Na czym polega buddyzm? To pytanie nie padło w czasie mojego ostatniego dokusanu, kiedy Roshi-san py­tał: Gdzie jest twój kwiat? (nawiązując do poprzedniej rozmowy), ja odpowie­działem: Roshi-sama mówił, że nie... (nawiązując do jego odpowiedzi), na co on zatoczył ręką wielki krąg i powiedział: Wielki kwiat...; to pytanie nic padło, kiedy po zakończeniu sesshin u rozmawiałem z Tomem i Tom mówił: To mój siódmy sesshin, ale psychicznie najcięższy, przedtem miałem fizyczny ból w kolanach, jak ty, ale teraz prawie się modliłem, żeby ból wrócił, szczegól­nie po trzecim dniu, kiedy rzeczy zaczynają wypływać: przeżyłem już różne rzeczy, na Węgrzech byłem w komunistycznej armii, sam wiesz co to znaczy, w Australii przez dziesięć lat ćwiczyłem karate i czasem na treningach my­ślałem, że flaki wypluję, ale to wszystko jest nic w porównaniu z tym tutaj, a tu cię nic nie trzyma, w każdej chwili możesz wstać i iść, tylko że nie uciek­niesz, bo to wszystko to tylko twój własny śmietnik... To pytanie nic padło w czasie mojego ostatniego pożegnania z Roshim; Roshi-san, który z równą radością wszystkich wita i z równą łatwością żegna, mówił: Idź już, idź, bo zaraz tu zaczynamy ceremonię herbaty, i kiedy z plecakiem wychodziłem przez bramę, z hondo dobiegał głos bębna wzywającego na ceremonię; szedłem uliczką pomiędzy ogródkami z kępami bambusów i skarłowaciałymi sosenkami, wszyst­ko było mokre po nocnym deszczu. Na czym polega buddyzm?

Na sośnie kropla 

        zwiesza się nad przestrzenią, 

                upływa chwila.



Tę opowieść, a także parę innych, można znaleźć w mojej książce Pytania Obieżyświata. Wszystkie opowieści w niej zawarte są na niniejszym blogu. Jednakże witryny mają to do siebie, że są czas jakiś, potem znikają, a książka raz wydrukowana, już zostanie. Nikt tej książki nie wydał, ale lulu.com wydrukuje egzemplarz, jeśli się go zamówi.  






Tuesday, May 16, 2023

Dobra Nowina Pięknego Jeziora

Royaneh konfederacji irokeskiej
w czapce z rogami - oznace godności
Irokezi mieszkają dziś w klimatyzowanych domach, jeżdżą cadillacami, zarabiają pracą przy budowie wysokościowców, ale tego wszystkiego nie uważają za wielkie osiągnięcia cywilizacji. W oczach Irokezów największym osiągnięciem cywilizacji było powstanie Konfederacji Pięciu Narodów i zasadzenie Wiecznie Rosnącego Drzewa Pokoju. Dla białych historyków Konfederacja była tylko zaczepno-odporną koalicją kilku plemion. Dla Irokezów powstanie Konfederacji było początkiem Dobrej Myśli, którą przyniósł Przynosiciel Pokoju, syn Stwórcy i kobiety z ludu Huronów. Od tego czasu Dobra Myśl rozprzestrzenia się na cały świat.

Czym jest Dobra Myśl? W skrócie można powiedzieć, że jest zrozumieniem, iż zło jest złem. Albo że jest chęcią porozumienia z drugim człowiekiem. Konfederacja Irokezów nie powstała dlatego, że jedno plemię zwyciężyło inne. Powstała dlatego, że przywódcy plemion doszli do wniosku, iż bezustanne wojny są dziełem Leworęcznego Bliźniaka i nie mają sensu. Wedle irokeskiej mitologii Matka ziemia nosiła kiedyś pod sercem bliźniaki, z których jeden, ten Praworęczny, urodził się normalną drogą, a drugi, Leworęczny, wydostał się przez brzuch i spowodował jej śmierć. Praworęczny Bliźniak to Stwórca świata, a jego Leworęczny brat to psuja, który podsuwa ludziom Złą Myśl, chciwość, gniew i chęć zemsty. To z powodu Leworęcznego Bliźniaka przodkowie Irokezów toczyli między sobą bezustanne wojny, a nawet polowali na siebie wzajemnie w celach kulinarnych. Przynosiciel Pokoju przyniósł Dobrą Myśl, ale nie rozpowszechniał jej słowem. Nie posiadał on, wysoce cenionego wśród Indian, daru wymowy; przeciwnie, wedle tradycji był on jąkałą. Stawiał on jednak swych rozmówców w sytuacjach, w których sami oni zadawali sobie pytania i sami sobie na nie odpowiadali.

Historia powstania Konfederacji Pięciu Narodów przekazywana była przez stulecia ustnie z pokolenia na pokolenie. Przekazywana jest i dziś. W rezerwatach Irokezów raz w roku odbywa się kilkudniowa recytacja całej tradycji. Inaczej niż wśród ludów indoeuropejskich, tradycja ta nigdy nie została ułożona w wersety, każdy recytator opowiadał ją własnymi słowami, objaśniając jedynie wampumy upamiętniające dawne wydarzenia. Motyw ludożerstwa jest ważnym elementem tej narracji. Najbardziej nieprzejednanym przeciwnikiem Przynosiciela Pokoju był Tadodaho, wódz szczepu Onondaga i słynny ludożerca. Tadodaho miał podobno węże wplecione we włosy, a złość powyginała mu stawy tak, że cały był pokrzywiony. Przynosiciel Pokoju nigdy nie stosował przemocy, twierdził on, że nie ma takiego człowieka, w którym nie można obudzić Dobrej Myśli. Tadodaho został pokonany Pieśnią Pokoju, wyczesano mu z włosów węże i naprostowano stawy a w końcu został on mianowany najwyższym rangą wodzem Konfederacji. Do dziś najwyższy rangą royaneh nosi tytuł Tadodaho.

Royaneh, czyli członkowie Rady Konfederacji, nie prowadzili swego ludu do wojen. Słynni wodzowie wojenni, tacy jak Joseph Brant (który u boku Anglii walczył przeciw nowopowstałym Stanom Zjednoczonym) nie byli członkami rady. Funkcją royaneh jest zażegnywanie konfliktów. 

Zjednoczeni w Konfederacji Irokezi przestali walczyć między sobą, ale wojny z otaczającymi ludami prowadzone były nadal. Najwyrażniej Dobra Myśl nie zawsze była w pełni wprowadzana. Zjednoczone szczepy Irokezów stanowiły poważną siłę militarną, którą do swoich celów próbowali wykorzystać biali osadnicy. Irokezi dawali się nierzadko wciągać w nieswoje wojny, co skończyło się tragedią, kiedy po wojnie o niepodległość Stanów Zjednoczonych bliscy unicestwienia Irokezi zmuszeni byli do zamieszkania w maleńkich rezerwatach. W desperacji nierzadko sięgali po alkohol. 

Edward Cornplanter
Wtedy pojawił się nowy przynosiciel Dobrej Myśli imieniem Piękne Jezioro. Pewnego dnia w 1799 roku prawie się zapił na śmierć, leżał przez kilka dni nieprzytomny i już przygotowywano się na pogrzeb, ale Piękne Jezioro nagle ożył i powiedział, że był w Niebie i rozmawiał z czterema wysłańcami Stwórcy Świata przynoszącymi Dobrą Nowinę. Wkrótce opowiedział swą wizję dokładnie na radzie w Długim Domu, a potem głosił ją wśród swego ludu do śmierci w 1815 roku. Dobra Nowina Pięknego Jeziora popierała przyjęcie niektórych elementów „drogi białego człowieka", takich jak europejskie uprawy, hodowla zwierząt, budowa europejskich domów, wprowadzała też jednak kilka surowych zakazów, wśród których szczególny nacisk był na zakaz uprawiania czarnej magii, picia alkoholu i stosowania sztucznych poronień. Przemoc nie była bezwzględnie zakazana, zalecany był jednak pacyfizm. Ponadto podtrzymane zostały dawne pieśni i obrzędy, a także dawny kalendarz świąt: Święto Poziomek, Święto Klonu, Święto Zielonej Kukurydzy, Święto Dziękczynienia. I podobnie jak Dobra Nowina Przynosiciela Pokoju, tak Prawo Pięknego Jeziora jest dorocznie recytowane w Długich Domach Irokezów. 


Przez kilkadziesiąt lat przesłanie zwane Prawem Pięknego Jeziora recytowane było z pamięci. Na początku  wieku royaneh Edward Cornplanter postanowił spisać to w języku Seneka w zeszycie, aby nie zaginęło ono gdyby przypadkiem zmarli wszyscy Strażnicy Wiary. W 1903 roku zauważył ten zeszyt Atrhur C. Parker, związany z New York State University w Albany i zasugerował przekład na angielski. Przekład ten wydany został w Albany przez wydawnictwo uniwersytetu w 1913 roku. W 1990 roku irokeskie wydawnictwo IROQRAFTS wydało przedruk w serii Iroquois Reprints, a ja ten przedruk nabyłem kiedy kilka lat później byłem w Ohsweken w rezerwacie Irokezów nad Grand River w Ontario. 

Poniżej fragment opowieści Edwarda Cornplntera fragment o tym, jak Piękne Jezioro prawie zapił się na śmierć.



GAIWIIO, CZYLI DOBRA NOWINA PIĘKNEGO JEZIORA

Opowiedziane przez Edwarda Cornplantera


ROZDZIAŁ PIERWSZY: POWOŁANIE

Początek był w miesiącu yai’kni, we wczesnej fazie księżyca, w roku 1800.

Teraz się zaczyna.


KŁOPOTY

Miejscem jest Ohi’io, wieś Diono’sade’gi.

Teraz jest czas żniw, tak powiedział.

Teraz grupa ludzi wyrusza. Płyną w czółnach w dół rzeki Allegany. Zamierzają polować jesienią i zimą.

Teraz lądują w Ganowon’go i rozbijają obóz.

Pogoda się zmienia i wyruszają znów. Płyną dalej w dół rzeki. Lody topnieją otwierając rzekę, więc płyną dalej. Lądują w Diondega (Pittsburgu). To jest wieś naszych młodszych braci (białych ludzi). Tu wymieniają skóry, suszone mięso i świeżo upolowaną zwierzynę na mocne napitki. Ładują beczkę napitku na swoje czółna. Teraz wiążą wszystkie czółna jak tratwę.

Teraz wszyscy są wypełnieni mocnym napitkiem. Wrzeszczą i śpiewają jakby byli niespełna rozumu. Ci którzy są w wewnętrznych czółnach tak się zachowują.

Teraz jadą do domu.

Teraz dobijają do miejsca, gdzie zostawili żony i dzieci, by też je zabrać do domu. Płyną w górę potoku Awe’gaon.

Teraz kiedy wszyscy są w domu, mężczyźni piją mocny napitek i są bardzo kłótliwi. Dlatego ich rodziny się boją i uciekają dla bezpieczeństwa. Dlatego w wielu miejscach w lesie wznosi się dym obozowych ognisk.

Teraz pijani mężczyźni biegną wrzeszcząc przez wieś, w której nie ma nikogo prócz pijanych mężczyzn. Teraz są jak zwierzęta, biegają wkoło bez ubrania , ale mają broń, którą ranią kogo napotkają.

Teraz nie ma drzwi w domach, bo wszystkie wypadły otwierane kopnięciem. Od wielu dni nie ma też ognisk we wsi. Mężczyźni pełni mocnego napitku zadeptali ogniska. Tylko oni tam są, ognisk nie ma a w paleniskach są tylko ślady stóp.

Teraz psy są głodne i wyją i szczekają we wszystkich domach.

Tak się właśnie dzieje


CHORY CZŁOWIEK

A teraz pewien człowiek choruje. Opanowała go jakaś potężna siła.

Teraz kiedy leży złożony chorobą, rozmyśla i tęskni do dnia, kiedy będzie mógł wstać i znów chodzić po ziemi.

Woła więc do Najwyższego by dał mu siłę by mógł znów chodzić po ziemi. Myśli o tym jak zły i obrzydliwy jest przed obliczem Najwyższego. Myśli o tym jaki był zły odkąd miał siłę chodzić po świecie i jak szerzył zło odkąd miał siłę pracować. Tym niemniej prosi o to by mógł znowu chodzić.

Oto co śpiewa: Pieśń Śmierci, Pieśń Kobiet i Pieśń Żniw. Teraz kiedy śpiewa ma ze sobą mocny napitek.

Teraz myśli że może zło powstało z powodu mocnego napitku i postanawia nigdy więcej go nie pić. Teraz bez ustanku myśli o tym każdego dnia o każdej godzinie. Tak, bez ustanku myśli o tym. Wreszcie przychodzi czas kiedy znów pragnie napitku bo myśli, że bez niego nigdy nie odzyska sił.

Teraz myśli o dwóch rzeczach: co kiedyś zrobił i czy kiedykolwiek odzyska siły.


MYŚLI O DWÓCH RZECZACH 

Teraz myśli o rzeczach, które widzi w świetle dnia.

Przychodzi światło słońca, on je widzi i mówi: “Stwórca spowodował, że jest światło słońca.” Tak myśli. Teraz kiedy myśli o świetle słońca i o Stwórcy, który je spowodował, czuje w sobie nową nadzieję i czuje, że może jeszcze będzie mógł chodzić na własnych nogach po tym świecie.

Teraz stracił już nadzieję na życie, prosi by mógł zobaczyć światło jeszcze jednego dnia. Myśli tak, bo noc nadchodzi. Teraz prosi, by mógł przetrwać noc.

Teraz przeżywa noc i widzi nowy dzień. Prosi, by mógł zobaczyć noc i tak się staje. Dlatego myśli, że Najwyższy usłyszał go i dziękuje mu.

Teraz łoże chorego jest koło ogniska. W nocy patrzy w górę i przez otwór w dachu widzi gwiazdy, więc dziękuje Najwyższemu że może je widzieć, bo wie, że to on – Stwórca – stworzył je. Teraz przychodzi mu do głowy, że z powodu tych nowych myśli może otrzymać pomoc by wstać i znów chodzić po świecie. 

Teraz znów boi się, że może nie zobaczyć nowego dnia z powodu swej wielkiej słabości.

Teraz znów wierzy, że zobaczy nowy dzień, więc żyje i widzi.

Dziękuje za wszystko, co widzi. Myśli o Stwórcy i dziękuje mu za wszystko, co widzi. Teraz słyszy śpiew ptaków i dziękuje Najwyższemu za ich muzykę.

Teraz myśli, że wdzięczność serca mu pomoże.

Ten człowiek był chory przez cztery lata, ale myśli, że wyzdrowieje.

Tym chorym człowiekiem jest royaneh Piękne Jezioro, członek Wielkiej Rady Konfederacji.


DZIWNA ŚMIERĆ CHOREGO CZŁOWIEKA

Teraz córka chorego człowieka i jej mąż siedzą w szopce przed domem, a chory człowiek leży w domu sam. Drzwi są uchylone. Córka i jej mąż płuczą fasolę przed sadzeniem. Nagle słyszą krzyk chorego człowieka: “Niech tak będzie!” Teraz słyszą go jak wstaje z łóżka i myślą że po czterech latach leżenia została z niego tylko żółta skóra i suche kości. Słyszą jak idzie po podłodze w kierunku drzwi. Teraz córka podnosi głowę i widzi swojego ojca w drzwiach. On się chwieje, więc córka podrywa się, by go złapać kiedy upada w śmiertelnej konwulsji. Teraz podnoszą go i wnoszą do domu i ubierają na pogrzeb.

Teraz nie żyje.


LUDZIE ZBIERAJĄ SIĘ WOKÓŁ ZMARŁEGO

Teraz córka mówi do swego męża: “Biegnij szybko i powiadom jego bratanka, Łamiącego Szydła że ten, który leżał tyle lat, odszedł. Powiedz mu, by natychmiast przyszedł.”

Mąż biegnie z nowiną do Łamiącego Szydła. Łamiący Szydła mówi: “Zaiste. Teraz biegnij do Siewcy (Cornplantera) brata zmarłego, i powiedz mu, że ten, który leżał chory przez wiele lat nie żyje. Biegnij teraz i powiedz mu to.”

Mąż biegnie sam do miejsca gdzie Siewca mieszka i żona Siewcy mówi: “Siewca jest na wyspie i sieje.” Więc on tam idzie i mówi: “Siewco, twój brat nie żyje! Ten, który leżał chory przez wiele lat nie żyje. Chodź szybko do jego łoża.”

Siewca odpowiada: “Zaiste, ale muszę skończyć obsiewać ten zagon. Przyjdę kiedy go okopię.”

Teraz wszyscy, którzy usłyszeli o śmierci chorego człowieka, przychodzą do jego łoża.

Pierwszy przychodzi Łamiący Szydła. Dotyka każdej części ciała zmarłego. Czyje ciepłe miejsce na piersi i mówi: “Poczekajcie ze smutkiem, przyjaciele.” Mówi tak, bo znalazł ciepłe miejsce i ma nadzieję, że jeszcze odżyje. Teraz niektórzy płaczą, a Łamiący Szydła siedzi u wezgłowia.

Teraz po jakimś czasie przychodzi Siewca i bada ciało zmarłego, on również czuje ciepłe miejsce, ale nie mówi nic i siada w milczeniu u stóp łoża.

Przez wiele godzin nikt nic nie mówi.

Teraz jest poranek i rosa zaczyna wysychać. Teraz zaczyna się kłopot, bo on nie żyje.

Teraz Łamiący Szydła co chwilę bada ciało zmarłego. Zauważa, że ciepłe miejsce się poszerza. Teraz jest południe i czyje ciepłą krew pulsującą w żyłach. Teraz zaczyna oddychać i otwiera oczy.


ZMARŁY ODŻYWA

Teraz Łamiący Szydła mówi: “Jak się czujesz? O czym myślisz?”

Teraz zebrani widzą, że człowiek porusza ustami jakby mówił, choć żadnych słów nie słychać. Teraz jest prawie południe. Teraz wszyscy są cicho, a Łamiący Szydła pyta: “Wujku, jak się czujesz?”

Wreszcie przychodzi odpowiedź: “Tak, myślę, że czuję się dobrze.” To były pierwsze słowa Pięknego Jeziora.

Teraz mówi znów: “Nigdy nie widziałem tak wspaniałych rzeczy! Najpierw słyszałem, jak ktoś coś mówił. Ktoś powiedział: ‘Wyjdź na chwilę’, powiedział to trzy razy. Nie widziałem nikogo i myślałem, że w chorobie ja sam mówiłem, ale pomyślałem znów i doszedłem do wniosku, że to nie jest mój głos. Więc zawołałem głośno: ‘Niech tak będzie!’, wstałem i wyszedłem i zobaczyłem trzech mężczyzn w pięknych czystych szatach stojących w czysto wymiecionym miejscu. Twarze mieli pomalowane na czerwono, wyglądali, jakby pomalowani byli dnia poprzedniego. Na czapkach mieli tylko kilka piór. Byli bardzo do siebie podobni i wyglądali na średni wiek. Nigdy przedtem nie widziałem tak pięknych wojowników, każdy miał w ręce łuk i strzały. W drugiej ręce każdy miał krzaki jagód, których owoce były we wszystkich kolorach. 

Wówczas owe istoty odezwały się do mnie: ‘Ten, który stworzył świat na początku, wysłał nas na ziemię. To nie jest nasza jedyna wizyta. Rozkazał nam mówiąc: Idźcie znów na ziemię i odwiedźcie tego, który o mnie myśli. Jest on wdzięczny za moje stworzenie i pragnie podnieść się z choroby i chodzić znów po ziemi. Idźcie i pomóżcie mu wyzdrowieć. Posłańcy rzekli do mnie: ‘Weź te jagody i jedz z każdego koloru. One dadzą ci siłę, a twoi bliscy pomogą ci wstać.’ Wziąłem więc jagody i jadłem je. Następnie istoty rzekły: ‘Jutro spowodujemy, że w lesie będzie ogień i lekarstwo przyrządzone, by dać ci siłę. Wyznaczamy Suchy Przysmak i Mokry Tytoń , męża i żonę, by przyrządzili lekarstwo. Oni są najlepszymi lekarzami. Odwiedzimy ich wczesnym rankiem i wtedy będziesz miał lekarstwo, a czego nie zużyjesz do południa, wyrzucisz, będziesz bowiem zdrów. Co więcej, zanim będzie południe wielu ludzi zgromadzi się w domu rady. To będą twoi krewni, przybyli, by cię zobaczyć. Nazbierają wczesnych malin i przygotują święto malin, przyrządzą też słodki malinowy napój. Wszyscy będą pić napój z malin i dziękować będą Stwórcy za twoje uzdrowienie i kilkakrotnie wzywać będą twoje imię jako swego krewnego.

Teraz przyszedł dzień jak powiedzieli i wszyscy zebrani widzieli mój powrót, jak było przepowiedziane. 


PRZESŁANIE CZTERECH POSŁAŃCÓW

Posłańcy odezwali się do mnie i powiedzieli jak powinno być na ziemi. Powiedzieli: ‘Nie pozwól nikomu mówić, że miałeś szczęście, że odzyskałeś siły. Stwórca obdarza łaską nie tylko ciebie, on jest gotów pomagać wszystkim ludziom.’

 Tego samego dnia Taniec Wielkiego Pióra oraz Taniec Żniw mają być wykonane, w ten sposób moi krewni przywrócą mi zdrowie, tak powiedziały istoty.  ‘Twoje uczucia są osłabione i muszą być rozbudzone, wtedy odzyskasz siły.’ Tak naprawdę powiedzieli słudzy Stwórcy. Powiedzieli również, że odtąd te tańce mają być wykonywane i dziękczynienie składane każdego roku, kiedy pierwsze poziomki dojrzewają. Powiedzieli też, że napój poziomkowy mają pić dzieci i starcy i wszyscy ludzie. Wszyscy mają pić sok poziomkowy, bowiem ich sok jest lekarstwem, a wczesne poziomki to wielkie lekarstwo. Kazali mi powtarzać opowiadać to mojemu ludowi kiedy będę znów chodził po ziemi. Powiedzieli: ‘Będziemy cały czas objawiać tobie nowe rzeczy. Jesteśmy sługami tego, który nas stworzył i wysłał nas, byśmy tobie objawili jego wolę, a ty masz ją przekazać swemu ludowi. My jesteśmy tymi których stworzył na początku świata i naszym zadaniem jest strzeżenie ludzkości. Jest nas czterech, ale czwarty nie jest z nami obecny. Kiedyśmy ciebie wołali po imieniu i ty usłyszałeś, on wrócił, by przekazać wiadomość. Wywoła ona radość w niebiańskiej siedzibie naszego Stwórcy. Tak więc czwarty z nas nie jest z nami, ale zobaczysz go kiedy przyjdzie na to czas. Musimy ci również przypomnieć o całym twoim złym życiu i musisz pokutować za wszystko, co uważasz za złe. Uważasz, że źle zrobiłeś śpiewając Pieśń Śmierci, Pieśń Kobiet i Pieśń Żniw i pijąc jednocześnie mocny napitek. Zaiste musisz pokutować jeśli tak sądzisz, bowiem wszystko co uważasz za złe, jest złe.


PIĘKNE JEZIORO MA GŁOSIĆ DOBRĄ NOWINĘ

‘A teraz spójrz! Spójrz na dolinę pomiędzy dwoma wzgórzami. Popatrz pomiędzy wschodem a południem!’

Spojrzałem tam i w dolinie zobaczyłem głębokie miejsce, z którego unosił się dym i kłęby pary, jakby poniżej było gorące miejsce. Wtedy posłańcy zapytali mnie ‘Co widzisz?’

Odpowiedziałem: ‘Widzę miejsce w dolinie, z którego unosi się dym i kłęby pary, jakby poniżej było bardzo gorąco.’

Posłańcy powiedzieli: ‘Powiedziałeś prawdę. To jest prawda. Tam pochowany jest człowiek. Leży pomiędzy wzgórzami w głębi doliny, a z nim pochowana jest Dobra Nowina. Rozkazaliśmy temu człowiekowi głosić tę nowinę, ale on odmówił. Nigdy nie podniesie się już z tego miejsca, bowiem odmówił posłuszeństwa. Dlatego mówimy tobie: głoś nowinę, którą usłyszałeś, rozgłaszaj ją całemu ludowi.’

‘Teraz skończyliśmy rzecz pierwszą i pozostaje nam odsłonić przed tobą całe zło.’ Tak powiedzieli.



więcej spolszczonych tekstów z różnych kulturmożna znaleźć w książce "ZIELNIK LITERATURY":

Friday, April 21, 2023

Czarny Łoś - wizjonej Lakotów

Widok ze szczytu Harney Peak
Czarny Łoś był wizjonerem Lakotów Ogallala, jego kuzynem był słynny wódz Tashunka Uitko - Szalony Koń. Czarny Łoś nie był wielkim wodzem prowadzącym wojowników do walki, ale pełnił funkcję bodaj ważniejszą: był strażnikiem Świętej Fajki podarowanej Lakotom przez wysłanniczkę Najwyższego. Mowy Czarnego Łosia spisane były przez Johna Neihardta, poetę wyczulonego na poetycką wartość języka. John Collier, w latach 1933-45 Komisarz do Spraw Indian w rządzie Stanów Zjednoczonych, w swojej książce "Indians of Americas" przyznał, że początkowo podejrzewał Neihardta o podkolorowanie wypowiedzi Czarnego Łosia. Później jednak, po latach komunikowania się z przedstawicielami wielu indiańskich ludów, przekonał się, że to nie Neihardt był tu poetą. Jest to, twierdzi Collier, zwykły indiański sposób formułowania myśli w oficjalnych sytuacjach, i to nie tylko wśród Siuksów.

Czarne Góry uważane są przez Indian Północnej Ameryki za centrum świata (znajdują się one istotnie mniej więcej w centrum kontynentu północnoamerykańskiego), a jej najwyższy szczyt, zwany Harney Peak (ostatnimi laty także Black Elk Peak), to miejsce święte. Za święte ziele uważany jest także tytoń, którego dym przenosi modlitwy ludzi do Najwyższego.

Przetłumaczone przeze mnie mowy Czarnego Łosia pochodzą z książki "Black Elk Speaks" wydanej po raz pierwszy w 1932 roku; egzemplarz w moim posiadaniu wydany jest przez University of Nebrasca Press w 1993 roku. Natomiast fragment zatytułowany "Święta Fajka" pochodzi z książki "The Sacred Pipe". Jest to opowieść Czarnego Łosia, którą nagrał i spisał oraz w 1953 roku wydał Joseph Epes Brown.



Mowy Czarnego Łosia


Mowa Czarnego Łosia przy zapalaniu fajki pokoju.

Teraz zapalam fajkę, a kiedy ją poświęcę mocom, które są jedną Mocą, i kiedy poślę do nich głos, zapalimy wspólnie. Poświęcając cybuch przede wszystkim Najwyższemu, wysyłam głos:

Hej hej" Hej hej" Hej hej" Hej hej"

Praojcze, wielki duchu, Ty byłeś zawsze, a przed Tobą nikogo nie było. Tylko do Ciebie się modlimy, nikogo innego nie ma. Ty sam i wszystko co widzisz - przez Ciebie było stworzone. Narody gwiazd w całym wszechświecie Ty stworzyłeś. Dzień i noc Ty stworzyłeś. Cztery strony ziemi Ty stworzyłeś. Praojcze, Wielki Duchu, skłoń się nisko nad ziemią by usłyszeć głos, który wysyłam. Wy, w których stronę zachodzi słońce: Istoty Gromu, spójrzcie na mnie! Wy, u których Biały Olbrzym mieszka w potędze, spójrzcie na mnie! Wy, u których słońce świeci bez ustanku, skąd przychodzi gwiazda poranna i dzień, spójrzcie na mnie! Wy, u których mieszka lato, spójrzcie na mnie! Ty, w głębi niebios, Orle Mocy, spójrz! I ty, Matko Ziemio, jedyna Matko, która zlitowałaś się nad swymi dziećmi!

Usłyszcie mnie, Cztery Strony Świata, jestem waszym krewnym! Dajcie mi siłę chodzenia po miękkiej ziemi, kuzynowi wszystkich istot! Dajcie mi oczy bym widział i siłę rozumienia, bym był jak wy! Tylko dzięki Waszej mocy mogę stawić czoła wiatrom!

Wielki Duchu, Wielki Duchu, mój Praojcze, na całej ziemi twarze żyjących istot są takie same! W swej dobroci pozwól im wyjść z ziemi! Spójrz na twarze tych nieprzeliczonych dzieci z dziećmi na ramionach, by mogły stawić czoła wiatrom i iść dobrą drogą aż do dnia spoczynku! To moja modlitwa, wysłuchaj jej. Słaby jest głos który wysyłam, choć wysyłam go z żarliwością! Usłysz mnie!

Skończyłem! Hetczetu Aloh!

Teraz, przyjacielu, zapalmy razem aby pomiędzy nami było tylko dobro.

Czarny Łoś z fajką


Święta fajka

Pewnego ranka wiele zim temu dwaj młodzi Lakotowie wyruszyli na polowanie z łukami i strzałami. Kiedy stali na wzgórzu wypatrując zwierzyny, zauważyli w oddali kogoś zbliżającego się do nich w dziwny i piękny sposób. Kiedy ten ktoś zbliżył się do nich, zobaczyli że jest to nadzwyczaj piękna kobieta ubrana w białe jelenie skóry, niosąca na plecach małe zawiniątko. Była ona tak piękna, że jednemu z Lakotów przyszła do głowy niedobra myśl, powiedział o tym swemu towarzyszowi. Ten jednak odpowiedział, że nie można mieć takich myśli, bo ta kobieta na pewno pochodzi od wakan, Świętej Mocy. Tajemnicza osoba była już bardzo blisko, położyła na ziemi swoje zawiniątko i kazała mężczyźnie o złych zamiarach podejść. Skoro tylko podszedł, oboje zostali zasłonięci przez chmurę, a skoro chmura się rozwiała, święta kobieta nadal tam stała, a u jej stóp leżała kupka kości obgryzanych przez okropne węże.

"Słuchaj", powiedziała dziwna kobieta do drugiego wojownika, "Przybywam do waszego ludu i chcę rozmawiać z wodzem Stojącym Pustym Rogiem. Udaj się do niego i powiedz mu, by przygotował wielki namiot, w którym zbierze się cały lud, i niech przygotują się na moje przyjście. Chcę wam powiedzieć coś bardzo ważnego."

Młody człowiek wrócił do namiotu swego wodza i opowiedział mu o tym wydarzeniu: o tym że Kobieta Świętej Mocy ma do nich przybyć i że wszyscy mają się na to spotkanie przygotować. Wódz Stojący Pusty Róg kazał złożyć kilka mniejszych namiotów i zrobić z nich wielki namiot, zgodnie z pouczeniem świętej kobiety. Rozesłał gońców, by kazali ludziom ubrać najlepsze skóry jelenie i zebrać się w wielkim namiocie. Wszyscy byli podnieceni czekając na przybycie świętej kobiety, wszyscy byli ciekawi co ona ma do powiedzenia.

Wkrótce młodzi mężczyźni wypatrujący przybycia świętej osoby donieśli, że widzą kogoś zbliżającego się w dziwny i piękny sposób. Nagle ona weszła do namiotu, obeszła go wokół zgodnie z ruchem słońca i stanęła naprzeciw Stojącego Pustego Rogu. Zdjęła z pleców zawiniątko i trzymając je w dwóch rękach przed wodzem powiedziała: "Spójrz! To należy otaczać szacunkiem i miłością. To jest lela wakan, bardzo święte, i jako takie musicie to traktować. Nikt nieczysty nie może tego oglądać, bowiem w tym zawiniątku jest Święta Fajka. Z jej pomocą będziecie w ciągu przyszłych zim wysyłać głos do Wakan Tanka, waszego Ojca i Praojca.


Mowa Czarnego Łosia na szczycie świętej góry Harney Peak

Hej-a-ahej! Hej-a-ahej! Hej-a-ahej!

Praojcze, Wielki Duchu, raz jeszcze spójrz na mnie na ziemi i skłoń swe ucho, by usłyszeć mój głos! Ty żyłeś przed wszystkimi, jesteś starszy niż wszystkie potrzeby, starszy niż wszystkie modlitwy. Wszystko należy do Ciebie: dwunożne istoty, czworonożne istoty, uskrzydlone istoty, zielone istoty, wszystko co żyje. Ty ustanowiłeś moce czterech stron świata by się przecinały. Dobrą drogę i drogę trudności Ty ustanowiłeś by się przecinały; święte jest miejsce gdzie one się przecinają! Dniem i nocą, na zawsze, Ty jesteś życiem wszystkiego!

Dlatego wysyłam głos, mój Praojcze, nie zapominając o niczym co stworzyłeś, ani o gwiazdach wszechświata, ani o ziołach ziemi. Powiedziałeś mi, kiedy byłem jeszcze młody i mogłem mieć nadzieję, że w trudnym czasie mam wysłać głos czterokroć, raz w każdą stronę świata, wtedy mnie usłyszysz.

Dziś wysyłam głos zrozpaczonego ludu.

Dałeś mi fajkę, z jej pomocą miałem złożyć ofiarę. Teraz ją zobaczysz.

Z Zachodu dałeś mi czarkę żywej wody i święty łuk, moc dawania życia i niszczenia. Dałeś mi święty wiatr i ziele ze strony gdzie mieszka Biały Olbrzym, to moc oczyszczania i uzdrawiania. Gwiazdę poranną i fajkę dałeś mi ze Wschodu, a z Południa święty okręg ludu i drzewo, które miało zakwitnąć. Zabrałeś mnie w miejsce pośrodku świata i pokazałeś mi dobroć i piękność i dziwność zieleniejącej ziemi, jedynej Matki i tam pokazałeś mi duchowe kształty wszystkich rzeczy takie, jakimi powinny być, i widziałem je. Powiedziałeś, że w środku świętego kręgu mam posadzić drzewo, by kwitło.

Ze łzami, o Wielki Duchu, o Wielki Duchu, mój Praojcze, ze spływającymi łzami muszę teraz powiedzieć, że drzewo nigdy nie zakwitło. Nieszczęsny starzec, takim mnie tu widzisz, mój czas przeminął i nie zrobiłem nic. Tu, w centrum świata, gdzie zabrałeś mnie gdy byłem młody i gdzie mnie uczyłeś, tu stoję, starzec, a drzewo zwiędło, o Praojcze, o Praojcze!

Znów, być może ostatni raz na tej ziemi przypominam sobie wielką wizję, którą mi zesłałeś. Być może jeszcze gdzieś maleńki korzeń świętego drzewa pozostaje żywy. Chroń go więc, by wypuścił liście i kwiaty i by wypełnił się śpiewającym ptactwem. Wysłuchaj mnie, nie ze względu na mnie, lecz ze względu na mój lud; ja jestem stary. Spraw, by mógł kiedyś powrócić do świętego kręgu i odnaleźć dobrą drogę, i cieniste drzewo. W smutku wysyłam słaby głos, o sześć mocy świata! Usłyszcie mnie w mym smutku, być może już więcej nie zawołam. Sprawcie, by mój lud żył!



więcej spolszczonych tekstów z różnych kulturmożna znaleźć w książce "ZIELNIK LITERATURY":