Thursday, March 19, 2020

Dlaczego derwisze wirują?


Dla derwiszów najważniejsza jest obecność.
Dla nas, wychowanych w kulturze Zachodu, bywa to rudne do pojęcia. Jak to – obecność. Przecież chyba najważniejsza jest doktryna? Przecież jeśli derwisze zbierają się, by posłuchać swego mistrza, to chyba po to, by nauczyć się tego, co ten mistrz ma do powiedzenia. To chyba oczywiste, nieprawdaż?
Ano nieprawda. Ż.
W XIII wieku w mieście Konya w centralnej Turcji, prowadził swe wykłady jeden z najsławniejszych sufich w historii, znany jako Maulana Rumi. Derwisze przychodzili na jego wykłady, niektórzy je zapisywali i przetrwały one stulecia w rękopisach. Rumi do milkliwych nie należał, był jednym z najbardziej płodnych poetów wszechczasów, pozostawił po sobie ogromne tomidła, które dzisiaj tłumaczone są na wszystkie możliwe języki. Mało tego, dziś jest on najpopularniejszym poetą Ameryki, a skoro tak, to są pieniądze na to, żeby dokładnie badać jego twórczość. Odkryto zatem również te wykłady spisywane przez uczniów i one również przetłumaczone zostały na angielski, w dodatku więcej niż raz. Ja tę księgę wykładów czytałem i na początku wykładu drugiego znalazłem coś takiego (cytuję we własnym spolszczeniu):
Ktoś powiedział: Mistrz nic nie mówi. Powiedziałem: Ten człowiek znalazł się w mojej obecności, ponieważ miał w myśli mój obraz i ten obraz go tu przywiódł. Ten obraz w myśli nie mówił do niego. Nie pytał 'jak się masz', ani 'co u ciebie słychać'. Ten obraz w myśli przywiódł go tutaj bez słów. Cóż jest niezwykłego w tym, że ja rzeczywisty bez jednego słowa powoduję, że on przemieszcza się z jednego miejsca do drugiego? Słowa to cień rzeczywistości. Słowa to tylko gałąź rzeczywistości. Jeśli cień może tu człowieka przyprowadzić, o ileż bardziej może tego dokonać rzeczywistość. Słowa to tylko pretekst.”
Z tego by wynikało, że wykład, na który przychodzą derwisze, to tylko pretekst by być w obecności mistrza. Potwierdzeniem jest tytuł, jakim derwisze określają sławnych mistrzów: 'hadhrat', co dosłownie znaczy 'obecność'. Sama obecność mistrza powoduje, że łaski spływają na zebranych derwiszów. Ale rzecz w tym, że taki sufi, którego obecność powoduje spływanie łask, wcale nie musi być sławny. Może to być anonimowy derwisz w tłumie, jakiś szewc albo wyplatacz koszyków. Sława to tylko pretekst, powiedziałby Rumi. Sława to rzecz powierzchowna i tak naprawdę przypadkowa. Sam Rumi jest najlepszym przykładem tego, że sława zależy od przypadku.
Przy grobie Mistrza
Do połowy XX wieku był on sławny tylko w dwóch krajach: w Persji oraz w Turcji. W Persji, ponieważ wszystkie te jego ogromne tomidła napisane są po persku, jest to jeden z największych poetów tego języka, perski odpowiednik Kochanowskiego. W Iranie jest on znany jako Maulana Dżalaluddin Balchi, ponieważ urodził się w mieście Balch w dzisiejszym Afganistanie (tam też mówią po persku). Księgi jego kiedyś przepisywane były piękną kaligrafią, pojedyncze wykaligrafowane wiersze wieszane były na ścianach jak obrazy, pisano do nich muzykę i śpiewano z towarzyszeniem orkiestry. I tak jest do dziś – klasyczna muzyka perska to w dużej mierze śpiewana średniowieczna poezja.
W Turcji jest on sławny z zupełnie innego powodu. Poezje pisał w języku dla Turków obcym, ale mieszkał i działał w Turcji i znany jest tam przede wszystkim jako twórca bardzo w tym kraju rozpowszechnionego zakonu wirujących derwiszów. Czyli dla Turków jest od odpowiednikiem kogoś takiego jak święty Benedykt. To znaczy ściśle mówiąc sam Rumi nie zakładał zakonu, zorganizowali go jego najbliżsi uczniowie, ale to on miał być inspiracją i to on zapoczątkował praktykę wirowania. Podobno kiedy wirował po sali wykładów przychodziło do niego natchnienie i wykrzykiwał te swoje wiersze, które uczniowie skwapliwie zapisywali. Dla nas sytuacja, w której wykładowca w czasie wykładu kręci się w kółko jest raczej dziwna, ale nie wydawała się dziwna uczniom Rumiego, którzy praktykę wirowania uznali za godną naśladowania i naśladują ją do dziś. Zorganizowali się w zakon zwany po turecku 'mevleviya', a to od tytułu mistrza, który po turecku (we współczesnej pisowni) brzmi Mevlana Celaleddin Rumi. W imperium osmańskim zakon ten zdobył szerokie wpływy, podobno nawet niektórzy z sułtanów do niego należeli. W Persji natomiast wpływy miały inne zakony derwiszów, które praktyki wirowania nie stosowały (choć rozważały teksty Rumiego, zwłaszcza jego poezje).
Powiadają, że nawet władcy należeli do zakonu mevleviya. Podobno ostatni z sułtanów zarabiał na życie wyplataniem koszy, które ktoś ze służby sprzedawał na bazarze. Brzmi to niewiarygodnie dla naszego zachodniego ucha, nieprawdaż? Tym niemniej tak powiadają, ostatni sułtan dynastii jadł tylko to, co sługa kupił po sprzedaniu koszy. Tureccy rewolucjoniści tego czasu twierdzili, że źle prowadził sprawy państwa, obalili monarchię i zaprowadzili rządy republiki. Postanowili kraj zeuropeizować, a w ramach tej akcji zamknięto wszystkie klasztory derwiszów. Po co komu to dziwaczne wirowanie? Przecież to jakiś średniowieczny zabobon.
Gipsowi derwisze w muzeum
Po co komu? Jak to, a turyści?
Dla turystów można zrobić muzeum. Jeśli amerykańscy entuzjaści chcą przyjeżdżać do Konyi i szukać śladów po Rumim, to proszę bardzo, jest muzeum. Można kupić bilet i zobaczyć grobowiec wielkiego poety. Można zobaczyć 'tekke', czyli salę, w której derwisze niegdyś wirowali. Można też zwiedzić stojący obok klasztor, w którym wszystko jest dokładnie opisane. Są tam cele derwiszów, kuchnia, gipsowe figury derwiszów w wysokich czapach, przy czym gipsowe figury szejków mają wokół tych czap jeszcze zielony turban. Wszystko jest wyjaśnione: jak nowicjusz musiał przez trzy dni siedzieć w kuchni i obserwować życie klasztoru, jak przechodził przez srogi nowicjat, jak uczył się wirować albo grać na flecie, objaśnione są wszystkie funkcje poszczególnych osób w klasztorze. Można się wszystkiego dowiedzieć a potem kupić sobie w przymuzealnym sklepie koszulkę z obrazkiem. Albo płytę z muzyką sufich grana tylko na flecie.
Ciekawe, że większość tych co przybywają i za biletami wchodzą do sanktuarium to wcale nie entuzjaści z Ameryki tylko rdzenni Turcy, babuleńki zakutane w chusty jak Prorok przykazał, dziadkowie z sumiastymi wąsiskami, przychodzą tu nie gapić się tylko żeby się modlić. Bo to przecież grobowiec Mevlany, on tu jest OBECNY! Bo dla derwiszów najważniejsza jest obecność, a śmierć to tylko szczegół w biografii. Mało znaczący szczegół.
Zachodni entuzjaści pytają również, czy można zobaczyć taki taniec derwiszów. Klasztorów nie ma i derwisze ćwiczą w sekrecie, ale najwyraźniej ćwiczą, bo kiedy władze zezwoliły na sesje wirowania specjalnie dla turystów, znaleźli się derwisze, którzy to potrafili robić. Jest to dziwna sytuacja, bowiem zachodni turyści przychodzą obejrzeć spektakl, tymczasem dla derwiszów spektakl to tylko pretekst, najważniejsza jest obecność. Sama obecność sufich powoduje, że łaski spływają na zebranych, nawet jeśli przyszli oni na spektakl. A ten sufi, którego obecność powoduje spływanie łask, wcale nie musi być wszystkim znany. Może to był anonimowy derwisz w tłumie tych, co wirują. Anonimowy wyplatacz koszyków.
Jeszcze jeden wyjątek z księgi wykładów Rumiego (w moim spolszczeniu):
Pewien pobożny człowiek zamknął się na czterdziestodniowy post chcąc osiągnąć wzniosły cel. Wewnętrzny głos mu powiedział: tak wzniosłego celu nie da się osiągnąć przez czterdziestodniowy post. Przerwij swój post, aby pewien wielki święty mógł na ciebie spojrzeć, wówczas twój cel będzie osiągnięty. 'Gdzie znajdę tego wielkiego świętego?', zapytał ów człowiek. 'W wielkim meczecie', odpowiedział wewnętrzny głos. 'Jak rozpoznam kto to jest w tak wielkim tłumie ludzi?' Wewnętrzny głos odpowiedział: 'Idź, on ciebie rozpozna i spojrzy na ciebie. Znakiem tego że on na ciebie spojrzał będzie to, że upuścisz dzban i zemdlejesz. Wtedy będziesz wiedział, że on na ciebie spojrzał.' Człowiek ten zrobił to co mu nakazał wewnętrzny głos. Napełnił dzban wodą i chodził pomiędzy rzędami modlących się oferując każdemu wodę. Nagle poczuł, że spływa na niego dziwne uczucie, głośno krzyknął i upuścił dzban. Leżał w kącie meczetu, a wszyscy zebrani wyszli. Kiedy przyszedł do siebie, zobaczył że jest sam. Nie widział tego króla, który na niego spojrzał, ale swój cel osiągnął.”


Mauzoleum Rumiego w Konyi




Tę opowieść, a także parę innych, można znaleźć w mojej książce Pytania Obieżyświata. Wszystkie opowieści w niej zawarte są na niniejszym blogu. Jednakże witryny mają to do siebie, że są czas jakiś, potem znikają, a książka raz wydrukowana, już zostanie. Nikt tej książki nie wydał, ale lulu.com wydrukuje egzemplarz, jeśli się go zamówi.  


Monday, March 9, 2020

Gdzie mieszka Stwórca Świata?

Góra Baboquivari

Misja San Xavier Le Bac leży prawie na przedmieściach Tucson. Patrząc stamtąd na wschód widać autostradę i miasto, jeśli patrzeć na zachód, widać porośniętą kaktusami pustynię. Za pustynią, w oddali, widać błękitny zarys górskiego łańcucha, którego najwyższy szczyt sterczy wysoko ponad resztą jak wystający palec. Jest to góra Baboquivari, na której mieszka...
O tym potem, skupmy się na misji świętego Ksawerego. Po pierwsze temperatura, jaka tam panuje: jest to samo południe (sic) Arizony, najniżej położone tereny, a zatem najgorętsze – temperatura pod koniec września (wtedy tam jestem) spada do 40ºC. W Stanach jest więcej miejsc, gdzie temperatura tak spada, natomiast zupełnie wyjątkowy (jak na stany) jest kościół: jest to zupełnie autentyczny, niepodrabiany osiemnastowieczny barok. Poziom artystyczny figur może trochę prowincjonalny, ale też kiedy go budowano była to naprawdę daleka prowincja. W kontynentalnej Europie jest takich kościołów na pęczki, ale w Stanach? Ze świecą szukać (chociaż tutaj akurat słońce leje się z nieba żarem i świeca by się raczej redundowała). Ale jest jeszcze inny powód, dla którego ten kościół jest wyjątkowy. Jest on pod wezwaniem świętego Franciszka Ksawerego, jezuickiego misjonarza Dalekiego Wschodu, którego figura odziana w biała komżę (prawdziwą szytą, nie rzeźbioną) stoi w głównym ołtarzu. Do świętego Ksawerego licznie przychodzą się pomodlić tutejsi Indianie. Bo misja stoi na terenie rezerwatu Indian Papago, którzy przychodzą się pomodlić przy figurze świętego Ksawerego, ale nie tej w głównym ołtarzu. (Jak ja to napisałem? Indian Papago? Oj chyba muszę uważać, bo mogę po łapach dostać. „Papago” to nazwa ostatnimi czasy niepolitycznie poprawna, jakieś gryzipiórki uznały, że jest ona uwłaczająca godności i teraz należy używać nazwy „Tohono O'odham”. Co piszę na wypadek, gdyby ktoś szukał na mapie rezerwatu Papago; na nowszych mapach takiego nie będzie, będzie natomiast na jego miejscu rezerwat Tohono O'odham. Ja będę nadal używał nazwy Papago, a gryzipiórki mogą mnie ugryźć w piórko. Wracając...) W lewym transepcie jest leżąca figura tego świętego i to do niej przychodzą Indianie, przychodzą się pomodlić i podnieść świętego za głowę. Święty Franciszek Ksawery należał do tych świętych, których zwłoki się nie rozkładały (podobnie jak zwłoki niektórych papieży wystawione do dziś w szklanych trumnach w bazylice św. Piotra w Rzymie), dlatego czasem jest on rzeźbiony w postaci figury leżącej na katafalku. Tak właśnie jest on przedstawiany w sanktuarium w Magdalena del Kino w północnym Meksyku. Dla Papagów, zamieszkujących tereny po obu stronach granicy, sanktuarium w Magdalena jest czymś takim jak dla nas Częstochowa, pielgrzymują tam tłumnie, a leżąca figura świętego powielana jest w licznych kaplicach na terenach zamieszkałych przez Indian. Ale... Ale...
Pierwsze ale: na początku XX wieku w Meksyku zwyciężyła rewolucja i władzę przejęli antyklerykałowie, czego efektem była m.in. Oficjalna walka z kultem świętych. Całkiem ostra walka, w 1934 roku sanktuarium w Magdalenie zostało zamknięte, a wszystkie figury porąbane i spalone w piecu browaru.
Wszystkie?
Misja San Xavier Le Bac
Ha! Wcale nie wszystkie. Oni tylko myślą, że porąbali figurę świętego Ksawerego. Indianie twierdzą, że w St. Xavier le Bac, po amerykańskiej stronie granicy, leży ta właśnie figura, która kiedyś leżała w sanktuarium w Magdalenie. Figura w Bac nie ma nóg, bo pewnej nocy wstała i szła całą drogę aż tam, gdzie dziś leży, nogi jej się przy tym starły. Legenda? Pewnie tak, wedle innej legendy figura z Magdaleny ukryła się na czas represji, a kiedy te minęły, wróciła na swoje miejsce. A wedle jeszcze innej uciekła do miejscowości San Francisquito, (przy granicy ze Stanami), gdzie do dziś leży w kaplicy.
Do meksykańskiej Magdaleny nie pojechałem, ale w San Xavier le Bac byłem (pod koniec września, kiedy temperatura spada do 40ºC) i widziałem tamtejszą figurę świętego Ksawerego. Dwa rodzaje ludzi przychodzą do tego kościoła. Jest on opisywany w przewodnikach jako zupełnie autentyczny, niepodrabiany osiemnastowieczny barokowy kościół, zupełnie wyjątkowy w USA, zatem przychodzą tam turyści z aparatami fotograficznymi i robią zdjęcia (tak jak ja). Niektórzy z nich są katolikami (tak jak ja) i przyklękają wchodząc. Większość rozmawia po angielsku, ale są też przybysze zza granicy, którzy rozmawiają po francusku lub hiszpańsku. Przewodniki nic nie wspominają o leżącej figurze świętego Ksawerego, zatem większość turystów nie jest świadoma znaczenia, jakie ta figura ma dla drugiej grupy ludzi tam przychodzących. Kościół jest położony na terenie rezerwatu Papagów, którzy też tu przychodzą licznie. Wizualnie się specjalnie nie odcinają, ubrani są tak jak wszyscy Amerykanie, choć mają indiańskie rysy twarzy i czasem rozmawiają w języku, którego nie rozumiem. Ci wchodząc przyklękają przy wejściu i natychmiast kierują się do lewego transeptu, by pomodlić się przy leżącej figurze i podnieść ją za głowę. Przychodzą całe rodziny, małe dzieci są brane na ręce, żeby też mogły głowę świętego podnieść.
Pytam potem spotkanych Indian o co chodzi a tym podnoszeniem głowy. Młody człowiek w sklepiku z pamiątkami (przede wszystkim ręcznie plecionymi koszykami, z których Papago słyną) wyjaśnia: jeśli uniesiesz świętego, to znaczy że przyszedłeś z czystym sercem i modlitwa będzie wysłuchana. Inny Indianin, autostopowicz, którego podwozimy jadąc przez rezerwat, pyta o którego świętego chodzi. Ach, tego w San Xavier le Bac? To jest Francisco Kino, który ewangelizował ten kraj.
Zaraz zaraz, jak to Francisco Kino? Czy jest taki święty? Nie wiem nic o tym, by był on kiedykolwiek kanonizowany.
Może sekret jest ukryty w znaczeniu słowa kanonizacja. Kanonizacja to jest włączenie do kanonu, oficjalne uznanie przez władze kościelne że dany ktoś jest święty, nikt nie staje się świętym przez kanonizację. Kiedyś okoliczna ludność uznawała jakiegoś zmarłego za świętego i robiła pielgrzymki do jego grobu. Zdarzało się w średniowieczu, że świętym uznany został osobnik, którego Kościół za świętego uznać nie mógł ze względu na głoszoną doktrynę, na przykład kiedy ludność w pewnej miejscowości we Francji zaczęła czcić świętego Guineforta, Kościół musiał zakazać tego kultu, ponieważ święty Guinefort był psem, a wedle kościelnej nauki pies nie ma duszy, a więc nie może iść do nieba (czyli być świętym). Tym niemniej Kościół nikogo nie robi świętym, a tylko uznaje że dany zmarły jest już w niebie, a do procesu kanonizacyjnego konieczny jest jakiś udowodniony cud (bo tylko święci, którzy już są w niebie, mogą mieć bezpośredni kontakt z Bogiem, a sprawcą cudu jest Bóg, a nie święty). Zatem można, a nawet trzeba się modlić do zmarłych, którzy nigdy nie zostali kanonizowanie. Z tego prawa korzystają Indianie Papago modląc się do świętego Francisco Kino.
Indianie przy leżącej figurze świętego Ksawerego
Eusebio Francisco Kino był jezuitą, który pod koniec XVII wieku spędził dwadzieścia kilka lat w rejonie zwanym Pimeria Alta głosząc tam Ewangelię. Niestrudzenie jeździł po okolicy i zakładał misje, wśród nich w miejscowości Magdalena (dziś w meksykańskim stanie Sonora) i w San Xavier le Bac (w Arizonie). W 1711 roku zmarł w Magdalenie, gdzie go pochowano. W głównym kościele tego miasta jest figura zmarłego świętego, który też ma na imię Francisco. Czy można się dziwić, że niektórym się oni mylą? W końcu święty Franciszek Ksawery to odległa postać, zmarł gdzieś za ogromnym oceanem, pochowany jest za innym oceanem, natomiast ojciec Kino jeździł po tym właśnie kraju i to on zakładał tu misje i jest zupełnie naturalne, że to jego czci lokalna ludność. A żeby dodać jeszcze trochę zamieszania - wielka fiesta w Magdalena odbywa się w dzień świętego Franciszka, ale... tego z Asyżu.
Pimeria Alta to kraj przez długi czas ignorowany przez Hiszpanów. Nie było żadnych legend o ogromnych bogactwach, nie było też murowanych indiańskich wsi tak jak nad Rio Grande, była tylko pustynia, na której żyli jacyś Indianie mieszkający w szałasach. Skoro w szałasach, to pewnie prymitywni. Taka ocena, oparta na pozorach, była (jak to często bywa) złudna. Mieszkający tu Indianie Pima i Papago żyli z rolnictwa, a żeby z rolnictwa wyżyć na pustyni – trzeba nie lada umiejętności. Od niepamiętnych czasów ci Indianie uprawiali kukurydzę, starannie nawadniając pola. Tym niemniej prowadzili życie na poły koczownicze, schodząc w doliny dopiero kiedy temperatura spadała do 40ºC, gorętsze miesiące spędzając w wyższych rejonach gór. Papago nie przeszli do popularnej literatury o Dzikim Zachodzie, bo mieli na pieńku z Apaczami, którzy (jak mi powiedział młody człowiek w sklepie z pamiątkami) napadali na nich, zabijali mężczyzn i kradli kobiety. Aby ułatwić okiełznanie wspólnego wroga, Papago służyli jako wywiadowcy dla amerykańskich oddziałów uganiających się za Geronimem. No i dzięki wysiłkom ojca Kino byli to pilni katolicy, przychodzący do swego świętego pomodlić się i podnieść go za głowę. Udało im się wynegocjować duży rezerwat i w tym rezerwacie budują swemu świętemu kapliczki i zapalają w nich setki świeczek, tak że człowiek wchodzi z dworu, gdzie temperatura spadła do 40ºC, jak do rozżarzonego pieca. Co bardzo istotne – na terenie rezerwatu znalazła się też góra Baboquivari. Jest to bardzo istotne, ponieważ mieszka tam...
No właśnie, o to też pytałem napotkanych Indian. I nieodmiennie dostawałem odpowiedź – mieszka tam I'itoi, Stwórca Świata. Mieszka w jaskini na samej górze, Indianie przynoszą mu ofiary i kwiaty. Czasami można go spotkać, jawi się jako zgarbiony staruszek. A czy ja też mógłbym pójść do tej jaskini? Słyszę, że mógłbym, ale musiałbym dostać pozwolenie od władz rezerwatu. Niestety na takie pozwolenie trzeba czekać dwa tygodnie, a my za dwa dni mamy odlot. Więc nic z tego.
Tak że widziałem górę, na której mieszka Stwórca Świata, zrobiłem jej nawet zdjęcie, ale nie mogłem pójść do wrót jaskini, bo nie mogłem czekać na pozwolenie władz rezerwatu. A właściwie to ciekawe. Przecież z tego można by zrobić znakomitą atrakcję turystyczną. Spacer do miejsca, gdzie mieszka Stwórca Świata – to dopiero byłaby gratka! Władze Rezerwatu mogłyby zarabiać na wydawaniu pozwoleń za opłatą, a okoliczna ludność na sprzedaży ręcznie plecionych koszyków, albo podkoszulek z odpowiednim nadrukiem.
Tylko ze spotkaniem Stwórcy mógłby być kłopot. Powiadają, że żeby go spotkać, trzeba mieć czyste serce, a tego od władz rezerwatu kupić się nie da.



Jeśli kto woli czytać z papieru, to zarówno niniejsze opowiadanie, jak i wiele innych na temat amerykańskich Indian,

 znajduje się w papierowej książce:




Wednesday, February 5, 2020

Spojrzeć w oczy nieżyjących wojowników

Chief of Blood tribe

George Catlin czasem uciekał ze szkoły i bawił się w Indian. Wychowywał się w latach trzydziestych XIX wieku w Pensylwanii, gdzie wówczas już Indian nie było. Bawił się w Indian, ale nie tak jak my, nie miał plastikowej pukawki, tylko prawdziwa strzelbę, z którą mógł pójść do prawdziwego lasu i naprawdę polować na jelenie. W lesie w pobliżu jego domu była lizawka, czyli miejsce, gdzie jelenie regularnie przychodziły lizać sól. W takich miejscach Indianie czatują, a kiedy jeleń podejdzie dostatecznie blisko – powalają go jednym strzałem. George pewnej nocy wykradł się z domy żeby zapolować, czekał nieruchomo przy lizawce pół nocy, w końcu zobaczył sylwetkę jelenia, a kiedy ten zbliżył się na tyle, że George chciał strzelić – nagle rozległ się huk, a z krzaków wyskoczył Indianin, żeby zastrzelonego jelenia oprawić. Najprawdziwszy Indianin! Skąd się tutaj wziął? Geroge nie pytał, tylko leżał nieruchomo w krzakach następne pół nocy, a kiedy rano wrócił do domu, cieszył się że uszedł ze skalpem. Tego samego ranka służący, niedawny imigrant z Irlandii, doniósł że na skraju wsi rozbili się Cyganie. Cyganie? Jak to Cyganie? Przecież w Ameryce nie ma Cyganów (wtedy istotnie ich tam nie było). Ależ są – przekonywał służący – kolorowo ubrani, smagli, rozbili się na skraju wsi z namiotem i oprawiają świeżo upolowanego jelenia.
To był oczywiście ten Indianin, który w nocy ustrzelił jelenia, oraz jego rodzina. Kiedy wyszło na jaw, że młody George czatował na tego samego jelenia – Indianin ofiarował mu połowę zwierzęcia, co znacznie się przyczyniło do zawarcia przyjaznych stosunków pomiędzy rodziną Catlinów, a rodziną Indian. Ale skąd wzięli się Indianie w miejscu, gdzie nie widziano ich od dziesiątków lat?
Ów Indianin opowiedział im historię złotego kociołka. Pamiętał, że jego babcia miała złoty kociołek, który zakopała pod drzewem, kiedy jej wieś musiała się ewakuować. On był wtedy tylko małym chłopcem, ale dokładnie pamiętał w którym to było miejscu, pod którym drzewem. Przyjechał więc, żeby go odnaleźć, ale okazało się, że las dawno wykarczowany, cała okolica zaorana, ani śladu po drzewie, pod którym miał być złoty kociołek. Słysząc to jeden z sąsiadów przypomniał sobie, że kiedyś orząc pole natrafił na zaśniedziały mosiężny garnuszek. Mosiądz, kiedy wyczyszczony, lśni żółtym blaskiem prawie jak złoto.
No cóż, nie ma kociołka to nie ma. Wkrótce rodzina Indian ruszyła w drogę powrotną do swego dalekiego domu. Nie dotarła tam jednak – o kilka wsi dalej jacyś osadnicy nie chcąc mieć Indian rozbitych na skraju wsi wystrzelali całą rodzinę.
W końcu minął czas bawienia się w Indian, młody George został wysłany do Conneticut na studia prawnicze. Czas jakiś był adwokatem, jednakże Indianie cały czas go fascynowali. Był też malarzem-amatorem, potrafił dobrze uchwycić podobieństwo twarzy i malowanie portretów też przynosiło mu dochód. Pewnego dnia porzucił adwokaturę, spakował sztalugi i farby i pojechał na pogranicze – tam, gdzie jeszcze mieszkali Indianie.
W owym czasie pogranicze to było świeżo kupione od Napoleona terytorium na zachód od Missisipi. Kowbojów tam jeszcze nie było, niedawno założone miasto St. Louis było ośrodkiem handlu futrami. Kompanie futrzane organizowały wyprawy w górę biegu rzeki Missouri, by handlować z Indianami. Indianie nad Missouri wyglądeli wtedy inaczej niż ci znani nam z westernów upióropuszeni Siuksowie koczujący konno po preriach. Siuksowie dopiero zaczynali hodować konie i powoli zasiedlać przerie. Tymczasem w kraju nad Missouri mieszkali zupełnie inni Indianie. No może nie zupełnie inni, ludy Mandan, Hidatsa, Omaha mówiły językami zbliżonymi do Siuksów, miały podobne wierzenia i zwyczaje religijne, tym niemniej były to ludy osiadłe, których głównym źródłem pożywienia była kukurydza uprawiana na polach nad brzegami rzek. Na bizony, owszem, polowano jeśli stada przechodziły w pobliżu wsi, ale nie zapuszczano się za nimi zbyt daleko na prerie. Wsie składały się z solidnych domów o drewnianej i przysypanej ziemią konstrukcji, tak że z daleka wyglądały one jak kopce. Otoczone były palisadą, co stanowiło znakomitą obronę przed ewentualnymi atakami koczowników, których najgroźniejszą bronią dalekiego rażenia był łuk. Oprócz ludów mówiących językami podobnymi do Siuksów były też inne – Arikara i Pawnee – należące do innej grupy językowej i kultywujące inne wierzenia, ale prowadzące podobną gospodarkę i mieszkające we wsiach o o podobnym wyglądzie. Do początku XIX wieku jedynymi białymi przybyszami przybyszami w tym kraju byli wędrowni handlarze futer. W sposób naturalny zatrzymywali się oni w stałych osadach, gdzie kupowali futra wymieniając je na europejskie towary. Osiadli Indianie w dużej mierze kupowali te futra od koczowników, którzy przyjeżdżali do nich na regularnie odbywające się festyny religijne. Tak więc stałe wsie były również ośrodkami handlu międzyplemiennego.
Mandan girl
W latach trzydziestych, kiedy George Catlin przyjechał do St Louis, było to miasto kompanii futrzenych, które miały faktorie w górnym biegu rzeki. Jedna z tych kompanii wysłała nawet parostatek w górę Missouri, aż do ujścia rzeki Yellowstone, z czego skorzystał Catlin, spakował sztalugi i farby i popłynął z nimi. Czas jakiś przebywał w faktorii nad Yellowstone malując portrety Indian, którzy tam przyjeżdżali handlować. Byli to Indianie z różnych plemion – Blackfeet (Czarne Stopy), Crow, Assiniboin. Później w drodze powrotnej do St Louis zatrzymał się na jakiś czas we wsi Indian Mandan. Wodzowie przyznali mu jedną ze swych drewnianych przysypanych ziemią chat, gdzie Catlin od razu urządził pracownię. Malował wodzów i wojowników, ich żony, dzieci, piękne dziewczęta, każda postać jest nie tylko opisana imieniem, ale scharakteryzowana w listach wydanych później drukiem, opisane są konkretne spotkania, rozmowy, często dowcipne wydarzenia. Opisane jest zderzenie kultur, komiczna reakcja Indian na sztukę zupełnie sobie nieznaną – malowanie portretów potrafiących uchwycić podobieństwo malowanych postaci. Słowem nie są to postacie abstrakcyjne, ale najzupełniej żywe. Malował również obrzędy, których podczas swojego długiego pobytu był świadkiem, m. in. tańca słońca, podczas którego młodzieńcy są poddawani torturom przygotowującym ich do dorosłego życia.
Wszystkie te prace Catlin zabrał ze sobą do St. Louis. Później jeszcze pojechał do Oklahomy, gdzie malował Osedżów, Komanczów i inne ludy w tamtej okolicy mieszkające. W końcu cały swój dorobek zabrał ze sobą do Filadelfii i tam zorganizował wystawę. Wystawa okazała się hitem – Catlin w ogóle nie sprzedawał obrazów, zarabiał wyłącznie na sprzedaży biletów.
To były inne czasy niż dziś, wtedy wystawa nie potrzebowała dofinansowania z pieniędzy publicznych. Pamiętajmy, że wtedy nie było nie tylko komputerów i telewizorów, ale również kina, prasa dopiero się formowała, nie wszyscy chodzili do szkoły i umieli czytać. Ciekawa wystawa w mieście była wydarzeniem, na które waliły tłumy. Odniósłszy finansowy sukces Catlin przeniósł wystawę do innych miast w Stanach, a potem także za ocean, do Londynu, Paryża i innych miast Europy.
Niestety w biznesie często tak bywa, że początkowy sukces powoduje optymistyczne zwiększenie wydatków, a następnie niespodziewane zmniejszenie przychodów powoduje – no cóż, długi, a w końcu plajtę. To właśnie przydarzyło się Catlinowi, który aby wyjść z długów musiał sprzedać wszystkie obrazy. Kupił je hurtem pewien amerykański milioner, zabrał do Ameryki i schował w piwnicy. Minął czas wystaw, Catlina przyćmił wędrujący po Europie cyrk Buffalo Billa z żywymi Indianami, potem kino z westernami. Portrety dawno nieżyjących wodzów i ich żon przez kilkadziesiąt lat leżały pod kluczem. Dopiero w drugiej połowie XX wieku pojawiło się nowe zainteresowanie i zaczęto organizować wystawy, tym razem w muzeach i (no cóż, inne czasy) finansowane z pieniędzy publicznych. Tłumy na nie nie walą, mimo że wstęp jest za darmo. Za darmo można wejść do muzealnej sali i spojrzeć w oczy dawno nieżyjących wojowników.

Mandan ceremony



Thursday, January 23, 2020

Irokezja

Rekonstrukcja dawnego irokeskiego długiego domu

Nad Grand River w prowincji Ontario, w pobliżu miasta Brantford, znajduje się Terytorium Sześciu Narodów. Na mapie to terytorium nie różni się specjalnie od reszty południowego Ontario: pokryte jest taką samą siatką dróg przecinających się pod kątem prostym. Jedynie na mapie topograficznej widać, że pomiędzy kwadratami ulic jest więcej niż gdzie indziej lasu. Pośrodku terytorium leży Ohsweken, teoretycznie wieś, ale jest tam tyle zieleni, domy stoją z dala od drogi pośród drzew, że owa wieś niewiele się odcina od otaczającego krajobrazu.
To miejsce należy do Irokezów. Kanadyjczycy nazywają je rezerwatem i twierdzą, że Irokezi je otrzymali dwieście lat temu od Korony Brytyjskiej w nagrodę za zasługi w wojnie ze Stanami Zjednoczonymi. Irokezi twierdzą inaczej.
Przyjechałem do Ohsweken dowiedzieć się, co twierdzą Irokezi. Początkowo nie wiedziałem z kim rozmawiać, ale pytając uparcie o drogę dotarłem w końcu do starszyzny. Z przeprowadzonych rozmów wnioskuję, że Irokezja to bardzo ciekawy kraj.

* * *
Tom Hill jest dyrektorem Muzeum Kultury Lasów w Brantford. Mieszka w Ohsweken, w jednym z owych domków położonych pośród drzew. Odnalazłem go tam w niedzielę wieczorem; nie miał czasu, ale umówił się ze mną na następny dzień rano w swym muzeum. Przyjmuje mnie w gabinecie pełnym książek.
“Co chcesz wiedzieć?”
“Interesują mnie dwie rzeczy. Po pierwsze: jak wygląda sytuacja polityczna terytorium nad Grand River. Po drugie: chciałbym się czegoś dowiedzieć o religii Długiego Domu, czy jest ona nadal żywa.”
Nie mam gotowych pytań; raczej chciałbym usłyszeć to, co najbardziej nurtuje moich rozmówców. Tom opowiada o roku 1924, o Deskaheh Levim Generalu, który podróżował do Genewy. Deskaheh Levi General był royaneh, który to tytuł zwykle się określa (nieściśle) polskim słowem “wódz”. Tego roku wodzowie doszli do wniosku, że rząd w Ottawie zbytnio miesza się w wewnętrzne sprawy terytorium, którego oni, royaneh Konfederacji Sześciu Narodów, bynajmniej nie uważali za część Kanady. Postanowili więc, aby sprawa była raz na zawsze jasna, zapisać Irokezję do Ligi Narodów; w tym celu Deskaheh Levi General pojechał do Genewy. Pojechał tam z paszportem Konfederacji Sześciu Narodów, który to paszport Szwajcaria uznała za ważny. Niewiele brakowało, by osiągnął swój cel, sprawa była już dyskutowana na forum Ligi, jednakże nacisk mocarstw kolonialnych, przede wszystkim Wielkiej Brytanii, okazał się zbyt silny. Tymczasem rząd w Ottawie postanowił ukrócić sprawę na miejscu: do sali obrad w Ohsweken wkroczyła Królewska Konna i wypędziła z niej wodzów, poczem ogłosiła, że odtąd zapanuje tu demokracja na wzór kanadyjski. Dotychczas irokeskich wodzów wybierały kobiety, a konkretnie lakoyaneh, czyli matki klanów, tymczasem w 1924 roku w Kanadzie kobiety nie miały prawa głosu. Dla Irokezów było to niewiarygodne barbarzyństwo. Władze Kanady ogłosiły, że w radzie Rezerwatu Grand River zasiadać będzie 12 radnych. W wyborach wzięło udział ok. 50 (słownie: około pięćdziesięciu) osób. Rada została wybrana i władze Kanady uznały ją za legalną.
“Od tego czasu”, mówi Tom, “nie było prób wejścia do Ligi Narodów, ani później do ONZ. Ale więcej ci powie na ten temat któryś z royaneh, na przykład Arnie General. On ci też powie więcej na temat naszej rodzimej religii, bo zwykle przewodniczy ceremoniom w Długim Domu w Sour Springs. Ale najlepiej porozmawiaj z Amosem Keye, strażnikiem wiary. Pracuje w sąsiednim budynku, zaraz do niego zadzwonię.”
Stela ku czci Deskaheh Levi Generala, w tle długi dom w Sour Springs

* * *
W sąsiednim budynku mieści się studium językowe, którego Amos jest kierownikiem. Ubrany schludnie, jak na kierownika przystało, ale na plecy opadają mu długie czarne włosy związane w kitkę. Uprzedzony przez Toma o moim przybyciu przygotował sobie odpowiedź na pytanie o ceremonię w Długim Domu. Ja tymczasem chciałbym taką ceremonię zobaczyć. Czy to możliwe?
“W zasadzie na ceremonie nie wpuszcza się obcych”, mówi Amos. “W Długim Domu Onondagów w Ohsweken jest to ściśle przestrzegane. W Długim Domu Kajugów w Sour Springs jest nieco bardziej liberalna atmosfera; musiałbyś porozmawiać z Arnim Generalem, który tam przewodzi ceremoniom. Ale ceremonia dojrzałych malin odbyła się właśnie wczoraj, a kiedy będzie następna ceremonia, jeszcze nie wiadomo.”
Amos jest strażnikiem wiary, więc go pytam o zasady irokeskiej religii. Odpowiada, że zgodnie z tym co głosi prorok Piękne Jezioro, należy się wystrzegać czterech głównych grzechów: picia alkoholu, przerywania ciąży, czarnej magii i zabijania. A przede wszystkim należy pamiętać, że wszystko, z czego człowiek korzysta na ziemi, jest darem Stwórcy. Temu właśnie służą ceremonie: są one dziękczynieniem za dary, za to, że można zbierać syrop z klonów, że dojrzewają poziomki i maliny, że przyszedł czas zbioru kukurydzy. Należy też pamiętać, że śmierć nie jest zagrożeniem. Smierć jest przejściem do kraju poziomek. Tak głoszą dawne proroctwa: kiedy człowiek umiera, wówczas otacza go aromat poziomek. Dlatego w czasie ceremonii wszyscy dostają do picia napój poziomkowy. Należy pracować, ale pogoń za pieniędzmi, karierą czy celem politycznym to obsesja, a obsesja też jest grzechem.
Pytam o język; Amos jest kierownikiem studium, w którym Irokezi uczą się własnych języków. Czyżby byli tacy Irokezi, którzy po irokesku nie umieją mówić? Odpowiedź mnie przyznam się zaskakuje.
“Jeśli w całym rezerwacie liczącym 20 000 mieszkańców jest 200 osób, dla których język irokeski jest rodzimym, to dobrze. Jeszcze do niedawna w Kanadzie prowadzono świadomą politykę wypierania języków indiańskich. Dzieci indiańskie brano przymusowo do szkół z internatem, gdzie pozbawoine kontaktu z rodzicami zapominały własnej mowy. Ta polityka prowadzona przez parę pokoleń zrobiła swoje. Dziś to nasz największy problem. Cała nasza tradycja przechowywana jest ustnie w rodzimych językach. Ta szkoła istnieje właśnie po to, by Irokezom przywrócić ich własną mowę.”

* * *
Wódz Arnie General z autorem
Wódz Arnie General i jego towarzyszka Mary czekają na mnie na dworcu w Brantford. Arnie nie jest urzędnikiem państwowej instytucji i nie musi się elegancko ubierać: ma na sobie stare dżinsy, koszulkę z napisem GRAND CANYON i czapkę do baseballa. Wśród znajomych słynie on z poczucia humoru, który zaprezentował już na wstępie. Wyszliśmy na parking i Arnie, wskazując na swój samochód ze zbitym reflektorem i wgniecioną blachą, powiedział:
“Zobacz co biali ludzie mi zrobili”
Arnie wie z wcześniejszych telefonów, że interesują mnie Długie Domy, wiezie mnie więc do Muzeum Kultury Lasów. Jest tam rekonstrukcja irokeskiej wsi z czasów przed przybyciem białego człowieka z mieszkalnym długim domem krytym gontem z kory od czubka dachu aż do ziemi. Wyjaśniam Arniemu, że mi nie chodzi o atrakcje turystyczne, tylko o Długie Domy w religijnym sensie i o ich znaczenie w życiu dzisiejszego irekeskiego społeczeństwa. W końcu jedziemy do Sour Springs, tam mogę sobie obejrzeć Długi Dom z zewnątrz i zajrzeć do środka przez okno. Do wnętrza wolno wchodzić tylko w czasie ceremonii. Jest to miejsce święte. Przed domem stoi kamienna tablica pamiątkowa ku czci Deskaheh Levi Generala, który podróżował do Genewy.
Długi Dom w Sour Springs nie jest kryty gontem z kory drzewnej. Dach jest zupełnie nowy, ale ściany są z bali drewnianych wzniesione na wzór domów wczesnych kolonistów. Pnie są zniszczone zębem czasu; jest to jeden z najstarszych budynków nad Grand River. Mary mówi, że w tym miejscu czuje się odwieczną tradycję. Zaglądam do wnętrza. Wokół ściam stoją proste ławy, a pośrodku dwa żelazne piecyki o charakterystycznym kształcie. Pytam Arniego, gdzie jest ten niegasnący płomień, o którym czytałem w książkach.
“Płomień jest symboliczny. Wampum jest płomieniem”, słyszę w odpowiedzi.
Jedziemy jeszcze do Długiego Domu Seneków i trzeciego Onondagów. Długi Dom Onondagów jest nowy, ale zbudowany podobnie jak ten w Sour Springs z wielkich bali drzewnych. Tutaj spotykają się royaneh Konfederacji odkąd wygnano ich z budynku w Ohsweken. Pytam, czy nad Grand River jest Długi Dom Mohawków. W odpowiedzi słyszę, że był, ale spalili go chrześcijanie, bowiem wśród Mohawków chrześcijanie stanowią większość.
Religia Długiego Domu nie ma świętych ksiąg. Cała tradycja jest ustna, raz do roku całe Wielkie Prawo Konfederacji oraz proroctwo Pięknego Jeziora recytowane jest w całości w jednym z Długich Domów nad Grand River; taka recytacja trwa bite cztery dni. Pamiętanie Wielkiego Prawa oraz umiejętniść wyjaśniania świętych wampumów to funkcja Strażników Wiary. Pytam, czy jest coś na ten temat po angielsku. Mary radzi mi odszukanie książki Jake’a Thomasa, który proroctwo Pięknego Jeziora spisał piękną angielszczyzną. Jake Thomas był wpierw Strażnikiem Wiary, a później royaneh Kajugów, a oprócz tego wykładowcą University of Trent, Ontario; niestety zmarł rok temu. Jego śmierć to ogromna strata, miał on niewiarygodną pamięć był kopalnią wiedzy na temat tradycji. Podobno był ostatnim ze Strażników Wiary, który potrafił wyrecytować całe Wielkie Prawo w rodzimym irokeskim języku.
Pytam Arniego, co sądzi o wybieralnej radzie rezerwatu. Odpowiada, że ta rada nadaje się może do administracji, do utrzymywania dróg i szkół, ale suwerenną władzą nad Grand River jest rada royaneh. “Rząd Kanady sądzi, że może nam dyktować prawa, ponieważ kiedyś Korona Brytyjska podarowała nam ziemie nad Grand River za zasługi w wojnie ze Stanami Zjednoczonymi. W rzeczywistości było odwrotnie: całe południowe Ontario należało do Irokezów, którzy po owej wojnie scedowali resztę ziem na rzecz Kanady, zatrzymując sobie jedynie Grand River. W zamian Kanada miała finansować takie rzeczy, jak utrzymywanie dróg i szkół. Nie jest to cena wygórowana. To był układ międzynarodowy; Irokezi nigdy nie byli poddanymi Korony Brytyjskiej, lecz jej sojusznikami.”
Mary nie jest żoną wodza, lecz jego przyjaciółką; nie mieszka w rezerwacie, lecz w odległym wielkim mieście, gdzie jest nauczycielką. Zaprasza nas obu do restauracji w Ohsweken na tradycyjne irokeskie danie: zupę kukurydzianą na sarninie.
Potem jedziemy do domu Arniego, gdzie Mary, zmorzona upałem popołudnia, kładzie się na drzemkę. Arnie tymczasem zagląda do silnika swojego cadillaca, który mu się psuje.
“Tamten” mówi Arnie wskazując na drugiego cadillaca na podwórzu, “jest taki sam, ale przeznaczony tylko na części. Zawsze miałem samochód, ale myślę, że ten będzie ostatni. Musi mi posłużyć do śmierci, która pewnie niedługo nastąpi.”
Arnie ma 66 lat i zdrowie mu szwankuje, choć nadal tryska humorem. We wczesnej młodości zarabiał razem z ojcem polując na zwierzęta futerkowe. Nadal, jak twierdzi można by to robić, bowiem las nad Grand River jest dziewiczy i pełen zwierzyny.
Tyle, że roboty wysokościowe, do których chętnie angażowano nieustraszonych Irokezów, okazały się bardziej popłatne. Zarabiał na nich spore pieniądze, które jednak szybko się rozpływały, póki pił. W pewnym momencie przestał pić i wkrótce okazało się, że zaoszczędził sporą sumkę. Od tego czasu zupełnie nie pije. Później prowadził trupę folklorystyczną wykonującą tradycyjne irokeskie tańce, podróżował z nią po całej Ameryce. Dziś podobną trupę prowadzi jego syn, Brian. Ta młodsza trupa podróżuje po całym świecie, choć czasem ma problemy. Niektórzy członkowie odmawiają przyjęcia paszportu kanadyjskiego i podróżują z paszportem Konfederacji Sześciu Narodów, a nie wszystkie kraje świata ten paszport uznają.
Po dłuższym czasie z domu wychodzi Mary przecierając oczy. Spoglądam na zegarek. Za pół godziny odjeżdża mój ostatni autobus do Toronto.
“Ależ ten czas leci!” wykrzykuję.
“Prawda?” mówi Mary. “Tu w rezerwacie czas płynie zupełnie inaczej. Za każdym razem kiedy tu przyjeżdżam jestem oczarowana...”

* * *
Yvonne Thomas na tle flagi Irokezji
Ktoś mi podał informację, że w Toronto też jest gdzieś Długi Dom i nawet mi podał telefon. Zadzwoniłem; osoba po drugiej stronie potwierdziła informację oraz powiedziała, że właśnie mają cykl spotkań ze starszyzną irokeską i jedno zaczyna się za godzinę. Pojechałem natychmiast; “Długi Dom” okazał się pomieszczeniem na szóstym piętrze Urzędu do Spraw Indian, a “starszyzną” dwie obiety w średnim wieku. Jedna z kobiet przedstawiła się jako Kontonhonkwas i prowadziła wykład, druga się nie przedstawiła i nagrywała wykład na wideo. Kontonhonkwas to imię indiańskie, jego nosicielka znana jest na codzień jako Yvonne Thomas. W czasie wykładu raz po raz wspomina swego zmarłego męża, w miejsce którego jak odnoszę wrażenie została zaproszona. Opowiada o irokeskich prorokach: Przynosicielu Pokoju i Pięknym Jeziorze. Przynosiciel Pokoju żył w czasach przed przybyciem białego człowieka, jego matką była kobieta, lecz ojcem Stwórca Swiata. Potrafił on pogodzić zwaśnione szczepy Seneka, Kajuga, Onondaga, Oneida i Mohawk, które za jego radą utworzyły Konfederację Pięciu Narodów. We wsi Onondaga w pobliżu dzisiejszego miasta Syracuse zasadzone zostało Wiecznie Rosnące Drzewo Pokoju i odtąd w tamtejszym Długim Domu spotykają się royaneh Konfederacji, by wszystkie konflikty rozwiązywać pokojowo. Później dokooptowany został jeszcze jeden szczep Tuskarora, dlatego dziś jest to Konfederacja Sześciu Narodów. Piękne Jezioro natomiast był prorokiem wówczas, gdy potęga Konfederacji została złamana przez nowopowstałe Stany Zjednoczone. Głosił on upadłemu ludowi dobrą nowinę nawrócenia, przede wszytkim odwrócenia się od czterech głównych grzechów: picia alkoholu, który ogłupia naród; przerywania ciąży metodą ziołowych leków, co wyniszcza naród; czarnej magii oraz zabójstwa. Słuchaczami Yvonne są młodzi Indianie, studenci w Toronto; w większości Kri, acz jest też kilku Irokezów.
Po wykładzie rozmawiam z ową dwuosobową starszyzną, to znaczy głównie z Yvonne, podczas gdy Barb - jej towarzyszka - głównie się przysłuchuje. Po dłuższej rozmowie Yvonne dochodzi do wniosku, że najlepiej by było, gdybym zamieszkał choć na parę dni w rezerwacie i spotkał niektóre osoby. Jest to zapewne tak zwany łut szczęścia: kilka dni później jestem gościem w domku na skraju dziewiczego lasu. W domku tym mieszka Yvonne z trzydziestoletnim już synem.
Yvonne jest wdową już od roku, ale należy do tych, które długo nie mogą się otrząsnąć; mam wrażenie, że jej zmarły mąż ciągle jest w jakiś sposób obecny. Pewnego wieczoru słyszę nawet jak mówi - niestety jest to tylko nagranie wideo. Jest to kolejny łut szczęścia: mężem Yvonne był Jake Thomas, który potrafił wszystkie proroctwa opowiedzieć z pamięci. Kiedyś taka recytacja została nagrana w całości, ale nie w języku Kajugów, tylko po angielsku; jest to kilkadziesiąt godzin taśm wideo. Oglądam tylko króciutki, parogodzinny fragment.
Irokezi słynęli kiedyś z umiejętności oratorskich, nazywani byli nawet “Rzymianami Ameryki”. Rozumiem o co chodzi słuchając Jake’a: opowiada on dawne mity, a potrafi trzymać słuchacza w napięciu. Nie jest to właściwie recytacja, lecz za każdym razem opowiadanie własnymi słowami. Jake opowiada o tym, jak Przynosiciel Pokoju przynosił pokój. Nie głosił on kazań o potępieniu wiecznym dla grzeszników. On czekał, aż w grzeszniku obudzi się Dobra Myśl, aż on sam zrozumie, że zło jest złem i trzeba się od niego odwrócić. “Bądźcie Dobrej Myśli” mówi Przynosiciel Pokoju, “a świat będzie pachniał poziomkami.”

* * *
Wódz Harvey Longboat
Konhontonkwas, indiańskie imię Yvonne, znaczy Otwierająca Drzwi. Istotnie, dzięki jej pomocy otwierają się przede mną drzwi, o których istnieniu nawet nie wiedziałem. Yvonne wie z kim powinienem rozmawiać i kilkoma telefonami organizuje spotkania. Pierwszą osobą, do której jedziemy, jest royaneh Harvey Longboat.
Harvey ma już przygotowane pod rozłożystym drzewem stolik i trzy krzesła, a na stoliku termos z mrożoną herbatą i trzy szklanki. Wita nas w czapce ze wzorem wampum Wiecznie Rosnącego Drzewa Pokoju i napisem: Haudenosaunee Six Natoions Confederacy. Haudenosaunee to nazwa Irokezów w ich własnym języku, oznacza Budowniczych Długiego Domu.Yvonne mnie uprzedziła, że jej obecność może wpłynąć na to, co Harvey ma do powiedzenia. Istnieje tu bowiem konflikt: mąż Yvonne znany był ze swej niechęci do jakiejkolwiek współpracy z Urzędem do Spraw Indian, podczas gdy Harvey, choć sam jest wodzem Konfederacji, zatrudniony jest przez tenże Urząd w administracji szkolnictwa. Konflikty wśród Irokezów rozwiązywane są w drodze rozmów, co nie znaczy, że tych konfliktów nie ma.
Harvey opowiada o tym, jak obraduje rada royaneh. W radzie zasiada po kilku lub kilkunastu przedstawicieli każdego z pięciu narodów założycielskich, a dokooptowany później lud Tuskarora reprezentują royaneh Oneida. Razem powinno ich być pięćdziesięciu, przy czym wszyscy wodzowie są równi, wszystkie decyzje powinny być jednomyślne. Każdy royaneh ma swoje ustalone miejsce: Seneka i Mohawk siadają po jednej stronie, Kajuga i Oneida po drugiej, Onondaga pośrodku; najwyższy rangą (ale nie zakresem władzy) wódz tych ostatnich, zwany Tadodaho, pełni funkcję marszałka sejmu. Każdy problem dyskutowany jest najpierw przez jedną stronę, potem przez drugą, a na końcu przez Onondagów. Tyle że nad Grand River - mówi Harvey rada Konfederacji nie odgrywa już właściwie politycznej roli, jedynie religijną. Wśród Mohawków większość stanowią chrześcijanie, a ci nie powinni obejmować funkcji wodzów, bowiem wodzowie powinni również przewodniczyć ceremoniom w Długim Domu. Każdej ceremonii przewodniczy dwóch royaneh, z których każdy ma do pomocy jednego Strażnika i jedną Strażniczkę Wiary. Rzeczywistą rolę polityczną nad Grand River odgrywa wybierana rada rezerwatu.
Inaczej jest w stanie Nowy Jork. Tam w Onondaga koło Syracuse również spotyka się pięćdziesięciu wodzów i tam mają oni rzeczywistą władzę, uznawaną przez rząd Stanów Zjednoczonych. Jest to jakby lustrzane odbicie tutejszej rady. Ta sytuacja powstała 200 lat temu: po okresie rozbicia Konfederacji rada wodzów odregenerowała się w Ohsweken i jednocześnie tam, w Onondaga. “Tutaj od 1924 roku nie było starań o uznanie niepodległości; jeśli to cię interesuje, powinieneś pojechać do Syracuse. Osobą, z którą powinieneś przede wszystkim rozmawiać, jest Oren Lyons. Zresztą może nie musisz jechać aż tak daleko, Oren Lyons jest wykładowcą na uniwersytecie w Buffalo, a to jest stąd bliżej niż Toronto.

* * *
Ken Maracle jest Strażnikiem Wiary. Zajeżdżamy do niego, choć Yvonne nie jest pewna czy go zastaniemy. Mamy szczęście: widzimy go w otwartych drzwiach szopki przed domem, gdzie pilnie jest czymś zajęty. Wchodzimy tam i widzimy rozpięte na specjalnej framudze nitki, przez które Ken przewleka osnowę ciasno na nią nanizując białe i fioletowe koraliki. Tak się robi wampum: pas koralików układających się we wzorek. Każdy wzór wampum upamiętnia jakieś ważne wydarzenie historyczne: przybycie Przynosiciela Pokoju, utworzenie Konfederacji, układy z białym człowiekiem. Wampum jest rzeczą świętą; dla Irokezów to wampum jest ważny, a nie zapisany papier. Ken robi właśnie kopię wmpumu upamiętniającego jeden z traktatów między Irokezami a Stanami Zjednoczonymi.
Po podwórzu biegają dzieci, z których niektóre mają złociste blond włosy. Od samego początku uderzyło mnie, że tutejsi Indianie niewiele się różnią od swych “białych” sąsiadów. W tym przypadku sprawa jest jasna: żona Kena nie jest Indianką, pochodzi ze środkowego zachodu Stanów Zjednoczonych. Ken opowiada jak się poznali: jechał autostopem do Kalifornii, gdzie podówczas odbywała się indiańska okupacja wyspy Altacraz, gdzieś pod Kansas City spotkał autostopowiczkę, z którą następnie podróżował razem tam, następnie z powrotem, a po powrocie wzięli ślub. A w rezultacie to nie on wyemigrował z rezerwatu, tylko ona zamieszkała wśród Indian.
Rozmawiamy o wielkim powwow, który ma się odbyć w przyszłym tygodniu. Powwow to jest wielki zjazd Indian z całej Ameryki Północnej na wielkie bębnienie, tańce w pióropuszach, takie rzeczy. Ken jednak mówi, że dla nich te wszystkie tańce są kompletnie egzotyczne, że to jest kultura Indian z zachodu, nie irokeska. Owszem, przyjemnie jest popatrzeć na kolorowe widowisko, ale to nie jest ich. Powwow nie ma żadnego związku z tym, co się dzieje w Długim Domu. Taki powwow, szczególnie zorganizowany w Ontario, jest trochę dla turystów. Ceremonie w Długim Domu przeznaczone są dla uczestników, turystów tam się nie zaprasza.

* * *
Isabel Maracle z Yvonne
Isabel Maracle jest osobą w podeszłym wieku: Ken Maracle jest jej synem, a złotowłosa dziatwa uganiająca się po podwórku Kena to jej wnuki. Isabel mieszka w zupełnie innym miejscu w niewielkim domku wyposażonym w klimatyzację, co pozytywnie wpływa na klimat rozmowy, bo upały tego lata sięgają 40ºC. Isabel jest lakoyaneh, czyli matką klanu. Lakoyaneh odgrywają ważną rolę w życiu irokeskiej Konfederacji. To wprawdzie royaneh, czyli wodzowie, podejmują decyzje, ale lakoyaneh wybierają wodzów i mają władzę ich odwołać. Isabel ma przytępiony słuch i słaby wzrok, zachowała jednak ostrość myślenia i wyraziste poglądy na politykę.
“Słabi jesteśmy dziś” mówi do mnie. “Słabi jesteśmy, ale nie tylko ze względu na nacisk rządu Kanady. Sami nie możemy rozwiązać własnych problemów. Mamy radę Konfederacji, powinno w niej zasiadać 50 royaneh, a tymczasem zasiada około 20. Wiele miejsc jest nieobsadzonych, a niektórzy wodzowie nie przychodzą w ogóle na zebrania. Raz po raz coś uchwalają, ale i tak nie jest to wiążące, bo ława Mohawków jest pusta. A przecież Mohawkowie stanowią tu większość ludności! Mówię im, że powinni zaakceptować royaneh chrześcijan. Przecież przed 1924 rokiem byli wodzowie chrześcijanie i nie było problemu. Nie rozumiem o co są te wszystkie spory. Przecież nauki chrześcijańska i Długiego Domu są bardzo do siebie podobne, ten sam system wartości, tylko wyłożony innym językiem. Przecież wśród chrześcijan też można znaleźć uczciwych ludzi, którzy mogliby pełnić odpowiedzialne funkcje. Naprawdę, oni są czasem jak mali chłopcy, którzy dostaną do ręki lizaka, a potem biegną do przodu na oślep...”
Isabel obecnie zajmuje się głównie uprawą swego warzywnego ogrodu. Wychodzimy tam, by popatrzeć jak rosną rośliny. W równych rzędach posadzone są kukurydza, fasola i dynia “Trzy Siostry”, które Stworca (wedle irokeskiego mitu stworzenia) dał kobietom, by je uprawiały. W osobnym rzędzie rośnie tytoń święte ziele, które Stwórca dał ludziom po to, by jego dym przenosił ludzkie prośby do nieba.
“Często wychodzę do ogrodu i rozmawiam z roślinami” mówi Isabel. “Z roślinami trzeba rozmawiać, żeby wiedzały że są potrzebne...”

* * *
Barb Garlow, która towarzyszyła Yvonne w Toronto, jest Strażniczką Wiary. Przychodzi pewnego popołudnia z kasetami wideo nagranymi podczas wykładu. Yvonne, która chce się uczyć na błędach, z uwagą obserwuje swe wystąpienie w telewizorku, podczas gdy ja rozmawiam z Barb. Opowiada mi o tym, jak na nowo odkryła dla siebie Długi Dom.
“Jake Thomas, mąż Yvonne, przez kilkanaście lat prowadził szkołę rodzimych języków dla tych, którzy ich zapomnieli. Yvonne, której pierwszym językiem był mohawk, też uczyła w tej szkole, podczas gdy Jake był jednym z tych nielicznych, którzy biegle władali językiem kajuga. Otóż Barb kilka lat temu zobaczyła ogłoszenie i przyszła zobaczyć co to jest. Sama we wczesnym dzieciństwie rozmawiała z rodzicami w kajuga, ale przestała odkąd poszła do szkoły. W szkole nauczyciele powiedzieli jej, że język kajuga jest gorszy i nie powinna go używać, więc przestała. Dopiero w wieku lat trzydziestukilku przyszła ponownie na kurs i bardzo szybko go sobie przypomniała. Wtedy też zaczęła się interesować tradycyjną religią. Zaczęła regularnie brać udział w ceremoniach, a po półtora roku wybrano ją Strażniczką Wiary. Nie bardzo wie czemu, jej zdaniem były osoby lepiej się do tego nadające, ale wybór zaakceptowała.
Ciekawe jest jej widzenie chrześcijaństwa. Barb uważa, że chrześcijaństwo nie jest błogosławieństwem dla Indian, wręcz przeciwnie. Chrześcijaństwo w jej oczach przynosi tylko niezgodę i rozłamy. Irokeska tradycja kładła wielki nacisk na tolerancję, a dla niej chrześcijanie to ludzie, którzy gotowi są spalić świątynię wyznawców innej religii, tak jak spalili Długi Dom Mohawków nad Grand River. Nigdy nie słyszała o tym, że Jezus z Nazaretu posłany był do grzeszników, do prostytutek i złodziei i że nawrócenie miało oznaczać odwrócenie się od grzechu...

* * *
Wellington Staats
W centrum Ohsweken stoi nowy budynek rady rezerwatu. Tam w recepcji pytam, czy mógłbym spotkać Wellingtona Staatsa. Recepcjonistaka mówi mi, że musi wpierw zadzwonić do jego sekretarki. Sekretarka przez telefon odpowiada, że teraz nie ma czasu, a jutro wyjeżdża do Vancouver na jakieś ważne spotkanie, więc dopiero kiedy wróci po tygodniu będzie można się dowiedzieć, czy możliwe jest spotkanie z Wellingtonem Staatsem.
Yvonne nie chce wierzyć, kiedy jej po chwili relacjonuję moją rozmowę z recepcjonistką. Wellington Staats jest przewodniczącym rady rezerwatu i ona sądziła, że lepiej żebym się z nim zetknął niezależnie od niej. Jednakże ta zdumiewająca biurokracja powoduje, że pomoc Yvonne będzie nieodzowna. Późnym popołudniem zajeżdżamy do jego domu i umawiamy się na następny dzień: Wellington wpadnie na godzinkę do Yvonne.
Nazajutrz Wellington wpada na godzinkę by ze mną porozmawiać, podczas gdy Yvonne krząta się w ogrodzie by nie peszyć mego rozmówcy. Wellington ma inne spojrzenie na rzeczywistość niż wodzowie Konfederacji, acz dla mnie - obserwatora zza oceanu - nie różni się ono aż tak diametralnie. Wellington pochodzi z rodziny wodzów, jego wuj był royaneh, jego matka lakoyaneh, a dziś funkcję lakoyaneh pełni jego siostra. Za młodu chodził do Długiego Domu Kajugów w Sour Springs, acz w pewnym momencie doszedł do wniosku, że to do niczego nie prowadzi. Nominalna suwerenność, o której mówią wodzowie, to bardzo piękna rzecz, ale ważniejsza jest rzeczywista niezależność, na przykład finansowa. Dlatego na przykład w ostatnich latach rada rezerwatu próbuje budować infrastrukturę przemysłową, aby być finansowo niezależnym od rządu Kanady. Niedługo na ziemi przylegającej do rezerwatu i kupionej przez radę powstanie nowoczesna fabryka nici, z udziałem kapitału indyjskiego. Nie chodzi o to, by rząd Kanady zwolnić z obligacji zawartych w dawnych traktatach. Chodzi o to, by kanadyjskie pieniądze rządowe nie były jedynym źródłem dochodu.
Od fabryki znacznie ciekawsza jest sprawa procesu sądowego. W 1994 roku rada rezerwatu, czyli owo ciało finansowane przez kanadyjski Urząd do Spraw Indian, wytoczyła rządowi Kanady proces. Chodzi o kurczenie się rezerwatu. Zgodnie z pierwotnym układem Irokezi otrzymali pas ziemi po 6 mil po obu stronach Grand River od źródła aż do ujścia. Później część tej ziemi po kawałku odsprzedawano lub wydzierżawiano. W 1865 roku rząd Kanady doszedł do wniosku, że za dużo przy tym zamieszania i przejął nad wszystkim powiernictwo. Dziś terytorium rezerwatu stanowi jedynie ułamek tego, co Irokezom pierwotnie przyznano i nikt tak naprawdę dokładnie nie wie jak to się stało. Wychodząc z założenia, że podstawowym obowiązkiem powiernika jest dostarczanie sprawozdań swemu mocodawcy, rada rezerwatu nad Grand River wytoczyła rządowi proces: gdzie są sprawozdania?
“Rząd się próbuje bronić różnymi sposobami” mówi Wellington, “ale my oczywiście nie czekamy biernie na rządowe sprawozdania. Prowadzimy własne badania, sprawdzamy archiwa. Zrobiliśmy program komputerowy, który porządkuje zebrane przez nas informacje i pozwala w ciągu kilku minut zapoznać się z historią każdego kawałka ziemi. Tak że jeżeli rząd rzeczywiście przygotuje sprawozdania, jesteśmy gotowi sprawdzić ich prawdziwość. Nie jestem jednak pewien, czy rzeczywiście możemy się tych sprawozdań spodziewać. Tu nie chodzi o kilka kartek papieru, tu chodzi o duże pieniądze. Pomijając osiedleńców nielegalnych, dużo jest takich miejsc, gdzie ziemia była odnajęta białym osadnikom, ale nie wiadomo co się stało z czynszem. Dwa miasta Kitchener i Brantford zbudowano na ziemi należącej do Irokezów, mieszkańcy tych miast płacą podatki, a więc rząd Kanady na tym zarabia. A co z właścicielami tej ziemi?”
Wellington wychodzi dokładnie po godzinie rozmowy. Kiedy później opowiadam Yvonne co usłyszałem, ta z niedowierzaniem mruży jedno oko.

* * *
Irvin Powless
Syracuse to miasto znane w Polsce z piosenki Maryli Rodowicz, ale ja nie z tego powodu tu przyjechałem. Przyjechałem tu za radą Yvonne i innych moich rozmówców znad Grand River by spotkać tutejszych royaneh. Yvonne została w Kanadzie, więc muszę w pewnym sensie zaczynać od początku. Udaje mi się jednak niektóre osoby namówić przez telefon do spotkania.
Irvin Powless ma dla mnie tylko dwie godziny czasu, spotyka mnie w czasie lunchu. Rozmawiamy w małej restauracyjce na obrzeżach Syracuse. Irvin jest royaneh Onondagów w tutejszej Radzie Konfederacji. Rada wodzów w Onondaga, w przeciwieństwie do tej nad Grand River, nie została nigdy przez nikogo odrzucona i stanowi do dziś legalną władzę, uznawaną również przez Stany Zjednoczone. Sprawa suwerenności nie jest jednak wcale jasna: USA uważają kwestię indiańską za problem wewnętrzny. Irokezi uważają, że zrzekli się większości swych ziem na rzecz stanu Nowy Jork, ale nigdy nie zrzekli się suwerenności nad pozostałymi skrawkami. Mówi Irvin:
“We wczesnych latach siedemdziesiątych był zjazd indiańskich narodów Ameryki i na tym zjeźdie wzywano nas, byśmy wznowili naszą międzynarodową dyplomację. Wzywano właśnie nas, ponieważ inne ludy mają układy tylko z USA, dlatego Stany traktują układy z nimi jako sprawę wewnętrzną. My natomiast mamy wcześniejsze układy z Holandią, Francją i Koroną Brytyjską. Nasi delegaci wrócili do Onondaga i przedstawili tę propozycję w Długim Domu, gdzie wodzowie uznali, że istotnie trzeba na nowo podjąć dyplomację.
Wówczas pojawił się problem paszportu. Bo przecież nie można jeździć z paszportem amerykańskim na - na przykład - międzynarodowe konferencje i twierdzić, że się jest przedstawicielen zupełnie innego kraju. Zresztą myśmy się nigdy nie uważali za obywateli Stanów Zjednoczonych. Wówczas zaczęliśmy wydawać własne paszporty wypisane w języku onondaga. Jest nawet numer National Geographic z artykułem na ten temat i ze zdjęciem, na którym Oren Lyons pokazuje swój nowy irokeski paszport. Dziś wielu ludzi podróżuje z tym paszportem. Owszem, często są problemy, ale ok. 30 krajów świata ten paszport uznaje.
Te międzynarodowe konferencje to wcale nie myślenie życzeniowe, na kilku mamy swoją stałą reprezentację. Oren Lyons na przykład od kilku lat regularnie przewodzi naszej delegacji na ONZ owskiej Konferencji Organizacji Pozarządowych. Nie mamy własnej reprezentacji na Zgromadzeniu Ogólnym, ale zgodnie z Kartą Narodów Zjednoczonych spełniamy wszystkie warunki kwalifikujące do członkostwa w ONZ. Mamy własne terytorium, własne prawo, niezawisłe władze i traktaty z różnymi państwami. W 1924 roku próba wprowadzenia Konfederacji do Ligi Narodów nie powiodła się. Nie podejmowaliśmy podobnych prób z ONZ. Zresztą tak naprawdę nasza konfederacja jest wcześniejsza. Jest to najwcześniejsza na świecie organizacja niezależnych ośrodków politycznych, które tworząc ją zdecydowały się odrzucić wojnę i rozwiązywać wszelkie konflikty w drodze rozmów. Wiecznie Rosnące Drzewo pokoju zasadzone było najpierw tu, w Onondaga, i stąd jego korzenie rozchodzą się na wszystkie strony...”

* * *
Oren Lyons
Oren Lyons stoi na brzegu boiska sportowego, na którym grupa nastolatków świczy lacrosse. Omawia coś z jednym z młodych zawodników, przymierza do ręki jego rakietę ruchem wskazującym, że sam kiedyś grał w tę grę. Do stojącego obok trenera mówi:
“Tamtego chłopaka trzeba koniecznie włączyć do drużyny.”
Oren ma dla mnie również tylko pół wieczoru, ale zabrał mnie z Syracuse do rezerwatu, żebym mógł choć rzucić okiem. Oren nie ma zbyt wiele wolnego czasu, bowiem oprócz wykładów na uniwersytecie w Buffalo prowadzi żywą działalność polityczną. Jest jednym z wodzów Konfederacji i jej reprezentantem na międzynarodowych konferencjach. W owych rzadkich wolnych chwilach interesuje się żywo lokalnym sportem. Lacrosse to narodowa pasja, jest dla Irokezów tym, czym dla Brazylijczyków piłka nożna.
“Mamy własną reprezentację na międzynarodowych mistrzostwach” mówi Oren, “i całkiem dobrze się ona spisuje. Ostatnio zajęła trzecie miejsce na mistrzostwach świata w Adelaide w Australii. W takich sytuacjach jak międzynarodowe zawody sportowe trzeba mieć zewnętrzne znaki. Stąd się wzięła nasza flaga, którą pewnie widziałeś powiewającą w wielu miejscach. Zaprojektowana ona została na wzór wampum upamiętniającego powstanie Konfederacji. Jest na niej symbol Drzewa Pokoju, które zasadzono w Onondaga, a po bokach są cztery kwadraty symbolizujące narody Kajuga, Seneka, Oneida i Mohawk. Symbole takie jak flaga ważne są dla ludzi, których polityka specjalnie nie interesuje.”
Pytam o kasyna, które w innych rezerwatach robią dużą karierę, a których tutaj nie ma. Oren odpowiada:
“Nie chcemy tutaj kasyna. Za takie coś zbyt drogo trzeba płacić. Musielibyśmy to ustalać z władzami stanu Nowy Jork, a to oznaczałoby przyznanie, że stan Nowy Jork ma nad nami jurysdykcję. To zbyt wysoka cena. Ale jest też inny problem. Na terytorium Mohawków w Akwesasne, na granicy z Kanadą, otwarto kasyno. Prowadzi je organizacja zwana” Wojownicy Mohawków”. Oni są zbyt chciwi na pieniądze, to prowadzi do rozłamów. W Akwesasne dochodziło nawet do strzelaniny. Nie chcemy tego tutaj. Tu mieliśmy podobny problem ze sklepami tytoniowymi. Zgodnie z traktatami terytoria Indian wyłączone są z opodatkowania na rzecz USA, więc sprzedawane tu papierosy są dużo tańsze. “Wojownicy” z Akwesasne zarabiają ogromne pieniądze na przemycie papierosów, część ich towarów była sprzedawana tutaj. Jedna rodzina otwarła kilka sklepów i robiła duże pieniądze. Rzecz w tym, że rada wodzów ustaliła kilka lat temu, że tutejsze sklepy tytoniowe muszą mieć licencję, a oni tej licencji nie mieli. Robili pieniądze nie dając ani grosza na cele wspólnoty; chcieli korzystać z tutejszych przywilejów nie respektując tutejszego prawa. Wielokrotnie byli ostrzegani, wodzowie i matki klanów przychodzili do nich do ostatniej chwili, oni uparcie odmawiali zamknięcia sklepów. Aż pewnego dnia ludzie przyszli tłumem, rozebrali dom belka po belce, ułożyli wszystko na jeden wielki stos i podpalili. Tony przemyconego towaru też wrzucono na ten stos i spalono. I wszystkie znalezione pieniądze też zostały wrzucone na ten stos i też spalone. To był trudny moment, ale tutejsza wspólnota jest po tym silniejsza. Niektórzy oskarżają nas o chciwość. Nie wiem czemu. Żaden royaneh nie bierze ani centa za pełnienie swej funkcji. Wszystko odbywa się w czasie wolnym od pracy.”
Oren zawozi mnie do tutejszego Długiego Domu, wprowadza do środka. Tu panują inne reguły niż nad Grand River: na ceremonie gości nie zaprasza się nigdy, natomiast poza ceremonią można wejść. Jest to niski dom z pni drzewnych, istotnie długi, wewnątrz wszystko w surowym drewnie. Minimum sprzętów, tylko wokół ścian ławy, a pośrodku dwa żelazne piecyki.
“Tutaj wszystko się zaczęło” mówi Oren. “Tu przybył do Haudenosaunee Przynosiciel Pokoju i tu zostało zasadzone Wiecznie Rosnące Drzewo Pokoju. Stąd jego korzenie rozchodzą się na cały świat.”
“Gdzie jest to drzewo?” pytam. “Czy jest jakieś rzeczywiste drzewo?”
“Nie ma. Drzewo jest symboliczne. Ono jest w umysłach ludzkich.”
Wychodzimy z Długiego Domu. Oren mówi, że mnie zaraz odwiezie do Syracuse, ale mi jeszcze pokaże bizony. Zapada już zmrok. Jedziemy krętymi drogami przez las, w końcu wyjeżdżamy na odkryte wzgórze porośnięte trawą. Wychodzimy z samochodu by popatrzeć na stado bizonów, które po chwili powoli się oddala.
“Zwietrzyły nas” mówi Oren. “Przywieźliśmy je kilkanaście lat temu, ale nie próbowaliśmy ich oswoić. Są zupełnie dzikie.”
Panuje zupełna, niemal kłująca w uszy cisza. To miejsce ma jakiś niezwykły urok.
“Czy jest jakiś konkretny cel przywożenia tu bizonów?” pytam. Po chwili milczenia Oren odpowiada:
“Duchowy.”

Wnętrze długiego domu Onondagów



Jeśli kto woli czytać z papieru, to zarówno niniejsze opowiadanie, jak i wiele innych na temat amerykańskich Indian,

 znajduje się w papierowej książce: