Monday, February 6, 2023

Początki japońskiego buddyzmu

Głowny pawilon świątyni na górze Hiei.
Syong myong, król Paekche, w 545 roku wysłał poselstwo do Kimmei, cesarza Japonii, z darami, wśród których było kilka sutr i posąg Buddy oraz wyjaśnienie, że jest to najwspanialsza nauka, jaką zna świat. Japończycy byli wówczas dzikim ludem, dokonującym ofiar z ludzi na pogrzebach, a po śmierci cesarza tradycyjnie zakopywano żywcem cały rząd, dwór i harem. Król Syong myong chciał podobno sojuszu z cesarzem Kimmei przeciwko królestwu Silla, ale prawdą jest też, że już następnego roku cesarz Kimmei wydał edykt zakazujący ofiar z ludzi na pogrzebach.

Nauka powstała gdzieś w dalekim kraju, nawet nie w Chinach, ale jeszcze dalej, gdzieś za siedmioma górami, stworzona przez królewicza, który dobrowolnie został żebrakiem, ale dzięki tej nauce osiągnął wiedzę o wszechświecie i teraz władcy padają na twarz przed jego posągiem - to wszystko dla Japończyków było powiewem prawdziwie szerokiego świata. Dla części elit władzy ówczesnej Japonii ta szerokość horyzontów była atrakcyjna. Ród Soga, najbardziej wpływowy na dworze cesarskim, aspirował do światowości i popierał tę nową naukę, budował w swych dobrach świątynie dla przywożonych z Korei figur i klasztory dla przybywających stamtąd mnichów. Jak to często bywa, "obce wpływy" budziły kontrowersje; konkurujące z Sogami rody Mononobe i Nakatomi podnosiły wrzask o "utracie tożsamości narodowej, obcym spisku i zagrożeniu niepodległości, o jakichś obcych kultach zagrażających rodzimej religii". W owym czasie narodowe dyskusje prowadzone były nie na papierze, lecz w czynie: na Soga napadano, świątynie palono, mnichom i mniszkom robiono krzywdę, a posągi wrzucano do kanału. Były to jednak tylko przegrane bitwy, a nie kampania, bowiem to Soga prowadzili oficjalną politykę kraju: oni wprowadzali na tron cesarzy, a jeśli cesarz stawał okoniem, to mu odrzynali głowę. Ow patronat nad buddyzmem nabrał rozpędu, kiedy głową rodu został Soga-no Umako, polityk o światowych horyzontach. W 592 roku cesarz Sujun, wprowadzony wprawdzie na tron przez Soga, ale mający obiekcje wobec ich poczynań, postradał głowę w wyniku oderżnięcia, a na tron wprowadzono cesarzową Suiko, córkę cesarza Kimmei i siostry Soga-no Umako. Wkrótce potem regentem rządzącym w imieniu cesarzowej został książę rodziny cesarskiej, Shotoku Taishi.

Shotoku Taishi był w dziejach Japonii postacią niezwykłą. Niewątpliwie był zręcznym politykiem, działał w harmonii z Umako, ale jeśli Umako był od odrzynania głów, książę Shotoku był od łagodzenia obyczajów. Istnieją o nim opowieści takie, jak o świętym Marcinie: podobno na przykład on - książę cesarskiego rodu - nakarmił i odział umierającego przy drodze żebraka. Śmierć przy drodze nie była w ówczesnej Japonii rzeczą niezwykłą, według shinto zetknięcie ze śmiercią, a więc i z umierającym, powodowało rytualną nieczystość, dlatego nie ratowano tonących ani nie pomagano umierającym żebrakom. Pomagając umierającemu książę Shotoku świadomie łamał stare religijne uwarunkowania. Był on jednak nie tylko dobroduszny, był również wysoce wykształconym buddystą, jego nauczycielem był przybyły z Korei mnich Hyecha (po japońsku Eji). Książę znał biegle chiński i nie tylko przepisywał piękną kaligrafią sutry, ale też pisał do nich długie komentarze. Jeden taki wielotomowy komentarz własnoręcznie przezeń wykaligrafowany znajduje się do dziś w zbiorach cesarskich. Wiedział on oczywiście, że do Korei buddyzm przybył z Chin i że lepiej uczyć się bliżej źródeł; w 608 roku wyruszyło z Japonii poselstwo na dwór chińskiego cesarza. Trudno mieć wątpliwości, że książę propagował buddyzm celem łagodzenia obyczajów, jego słynny "Edykt Siedemnastu Punktów" miał z całą pewnością taki cel. To za rządów księcia Shotoku, a dokładnie w 607 roku, powstał najstarszy istniejący do dziś klasztor Japonii: Horyű-ji. Wkrótce po śmierci księcia w 621 roku w kraju było już 46 klasztorów, ponad ośmiuset mnichów i ponad pięćset mniszek.

Wielki Budda w świątymi Toji w Kyoto

W następnym stuleciu kontrowersje wokół buddyzmu ucichły. Arogancki ród Soga został zręcznie wyrżnięty za sprawą najzręczniejszego polityka owego czasu, Nakatomi-no Katamari, który za zasługi otrzymał od cesarza nazwisko Fujiwara i stał się protoplastą kolejnej familii. Jako premier rządu miał on istotnie zasługi niemałe, kontynuując reformy księcia Shotoku, a skoro ze zlikwidowaniem Soga buddyzm przestał być kością niezgody - popierał również mnichów. W 653 roku mnich Dosho wysłany został do Chin, a wróciwszy po kilku latach przywiózł do kraju szkołę Faxiang, czyli po japońsku Hosso. Do tej szkoły należą najstarsze w Japonii klasztory, m. in. Horyű-ji, a także ufundowany przez ród Fujiwara i stojący do dziś w Nara klasztor Kofuku-ji. W epoce Nara, czyli w ósmym wieku, przybywali do Japonii również nauczyciele innych szkół. Była w Nara szkoła Zhushe, czyli po japońsku Kusha, studiująca teksty Vasubandhu. Była szkoła Trzech Traktatów, po japońsku Sanron, studiująca teksty Nagarjuny. W 736 roku przybył do Japonii mnich Dosen, przywożąc ze sobą szkołę Wieńca Kwiatów, czyli po japońsku Kegon. Na tym samym statku przyjechał także Bodhisena, bramin z południowych Indii, który w Japonii nauczał sanskrytu, oraz Kibi-no Makibi, który też się sanskrytu nauczył i prawdopodobnie pod jego wpływem opracował japoński alfabet zwany katakana. Innym mieszkańcem Nara był niejaki Fat-triet, mnich z Kambodży zwany z japońska Buttetsu, który uczył Japończyków opartych na indyjskiej mitologii rytualnych tańców, odtwarzanych do dziś w Horyű-ji przy uroczystych okazjach. Nara była wówczas metropolią o iście międzynarodowym charakterze. A w 747 roku cesarz Shomu postanowił uświetnić swą stolicę największą w świecie figurą Buddy odlaną z brązu.

Na początek postanowiono poradzić się wieszczków bogini Amaterasu gdzie będzie najlepsze miejsce. Minęły bowiem czasy, kiedy buddyzm uważano za zagrożenie dla rodzimej religii. Buddyzm nie głosił doktryn, nie podważał ważności rodzimych wyznań. Głównym eksponentem tezy o braku opozycji pomiędzy buddyzmem a shinto był niejaki Gyogi Bosatsu, mnich szkoły Hosso. Wedle niektórych źródeł był on Koreańczykiem, który przybył do Japonii jako świecki, wedle innych pochodził z Izumi; tak czy owak przyjął mnisi habit w klasztorze Yakushi-ji w Nara w 685 roku, studiował w szkole Hosso i podróżował po całej Japonii propagując nową naukę. W 742 roku wysłany został przez cesarza do sanktuarium bogini Słońca w Ise by zapytać jej wieszczków co bogini myśli o planie budowy posągu Buddy Wielkiego Słońca w Nara. Odpowiedź była raczej mętna, ale zinterpretowano ją pozytywnie. Wynikało z tego oczywiście, że bogini jest również opiekunką zakonu budzicieli, podobnie jak w Indiach gromowładny Indra.

W 747 roku przystąpiono do budowy. Cesarz Shomu postanowił, że ma to być przedsięwzięcie całego narodu, każdy jego poddany ma mieć szansę zdobycia zasługi na pośmiertną przyszłość. Cesarz nie zamierzał wcale całej zasługi przypisać sobie. Ktoś w owym czasie i w owym miejscu zdawał sobie sprawę, że Droga ku Obudzeniu to nie jest indywidualny wysiłek dbania o własny tyłek, lecz wysiłek całej społeczności w tym samym kierunku. Z perspektywy widzimy, że w owym czasie i w owym miejscu zachodziło niezwykłe wydarzenie, w którym brał udział cały kraj. Osobą odpowiedzialną za zbieranie w całym kraju funduszy na budowę był mnich Gyogi, który słusznie chyba miał przydomek Bosatsu, co znaczy Bodhisattva, czyli Bojownik o Obudzenie.

Tymczasem na miejscu budowę posągu nadzorował Roben, mnich ze szkoły Kegon. Bowiem klasztor Todai-ji, gdzie budowano posąg, przeznaczono dla szkoły Kegon, a sam posąg miał przedstawiać centralną postać sutry Wieńca Kwiatów, Buddę Wielkie Słońce. Budowę prowadzono z wielkim rozmachem, zniwelowano zbocze góry, przez dwa lata cierpliwie odlewano fragmenty posągu, a kiedy w 749 roku zmontowano wreszcie po kilku nieudanych próbach całość, w jednej z prowincji kraju odkryto (zdaniem uczestników owego przedsięwzięcia - wcale nie przypadkowo) złoto. Tegoż roku cesarz Shomu wydał edykt dziękczynny, w którym on - sam uważany za bóstwo - tytułuje się "Sługą Trzech Klejnotów". Trzy lata później ukończony został wielki budynek kryjący figurę; wtedy dokonano uroczystej ceremonii otwarcia oczu wielkiego Buddy.

Japońska mandala tantryczna
Najwyraźniej cesarz Shomu chciał, by cała ludność jego państwa miała możność wstąpienia na Ścieżkę prowadzącą ku Obudzeniu. Z początku próżny, chciał nawet budować nową, jeszcze świetniejszą niż Nara stolicę, przeszedł on przemianę, kiedy przez kraj przeszła zaraza ścinając z nóg niemal połowę ludności. Wtedy cesarz zaczął myśleć o życiu pośmiertnym, ale nie tylko własnym, również swoich poddanych. Jeszcze przed rozpoczęciem budowy posągu w stolicy nakazał on budowę klasztorów we wszystkich prowincjach, w każdym miała być przechowywana i recytowana sutra Wieniec Kwiatów i w każdym miał stać posąg Buddy Wielkiego Słońca co najmniej pięciometrowej wysokości. A osiemnastometrowy posąg w stolicy był nie tylko największy w kraju, był też (o czym pewnie cesarz podówczas nie wiedział) największym w świecie posągiem odlanym z brązu. W 749 roku, kiedy posąg był już gotowy, cesarz Shomu uznał, że jego rola jest skończona, postanowił zrezygnować ze statusu bóstwa i przyjąć status mnicha: abdykował i sam osobiście wstąpił na Ścieżkę prowadzącą ku Obudzeniu.

W 788 roku na górze Hiei wznoszącej się nad brzegiem wielkiego jeziora Biwa w centralnej Japonii osiadł mnich Saicho. Cztery lata wcześniej wstąpił on do klasztoru w Nara, ale zniechęcony atmosferą panującą w stolicy wkrótce przeniósł się w bardziej ustronne miejsce. Dzięki swemu ustronnemu położeniu miejsce to - zdaniem Saicho - lepiej się nadawało na studia i ćwiczenia mające prowadzić do dostrzeżenia Niewidzialnej Rzeczywistości. Wkrótce na górze Hiei powstał prężny klasztor. W 804 roku Saicho wyjechał na dwa lata do Chin, gdzie większość czasu spędził na górze Tiantai, gdzie studiowano przede wszystkim Sutrę Lotosu, po japońsku zwaną Myoho Renge Kyo. Po powrocie zapoczątkował on w swoim klasztorze szkołę zwaną po japońsku Tendai.

Ustronne miejsce jednak niezbyt długo pozostawało ustronne: skoro góra Hiei nie chciała przyjść do stolicy, to stolica przyszła do góry Hiei. Nie tylko bowiem Saicho rozczarowany był atmosferą panującą w klasztorach w Nara, rozczarowani byli również czołowi politycy. W 794 roku cesarz Kammu zbudował nową stolicę na równinie u stóp góry Hiei. Miasto nosiło oficjalną nazwę Heian-kyo, ale Japończycy zwykle zwali je - i zwą do dziś - mianem "stolica", po japońsku Kyoto.

Kiedy w 804 roku poselstwo japońskiego cesarza wyruszyło do Chin, na tym samym statku pojechał do Chin mnich Kukai, by w Chinach studiować tajemną naukę tantryzmu. Wrócił dość szybko, bo po dwóch latach, i głosił naukę zwaną Słowo Prawdy, czyli po chińsku Zhenyan, a po japońsku Shingon. Początkowo mało kto zwracał uwagę na tego mnicha twierdzącego, że w przeciągu roku został mistrzem tajemnej doktryny i że posiada głęboką znajomość praktyk zdolnych przemieniać ludzką świadomość. Z czasem jednak jego nauka zyskiwała respekt. Początkowo głosił kazania gościnnie w różnych świątyniach; w 816 roku cesarz przyznał mu miejsce pod budowę własnego klasztoru na odległej od stolicy górze Koya. Datę tę uważa się zwykle za początek szkoły Słowa Prawdy (po japońsku Shingon) w wyspiarskim kraju na Wschodnim Oceanie. W 823 roku Kukai otrzymał od cesarza klasztor Toji na rubieżach Kyoto.

Kamienna stupa z sanskryckimi literami na górze Hiei

Szkoła Shingon przyniosła naukę o mandalach (zwanych po japońsku mandara), o wielorękich buddach i bodhisattvach będących w rzeczywistości personifikacjami stanów umysłu. Sztuka szkoły shingon to malowane mandale z wielkimi lotosami, gdzie na każdym płatku wielkiego kwiaty siedzi inny budda lub bodhisattva, a strzegą tych mandal postacie gniewne wymachujące mieczami i szczerzące kły. Świątyni tego zakonu pełne są też rzeźbionych postaci, które oczywiście są personifikacjami stanów umysłu.

Wszystko to brzmi pięknie i logicznie, ale inaczej odbiera tę sztukę mnich ćwiczący się w tantrycznej medytacji, a inaczej prosty lud przychodzący do świątyni bić pokłony i składający ofiary. Ów lud wcale nie musi rozumieć, że owe posągi to personifikacje stanów umysłu. Tak naprawdę to bardzo łatwo jest tego nie rozumieć i wyobrażać sobie, że bodhisattva to jakaś bezcielesna postać umiejąca czytać prośby powtarzane w myśli. Trudno więc się dziwić, że niektóre postacie z owego panteonu emanacji stały się szczególnie popularne i - poza mandalami - spotykane są w ikonografii znacznie częściej niż inne. Wszelkie rekordy popularności bije Pan Słuchający Płaczów, czyli Avalokita Iśvara, a po japońsku Kannon. Posiada on w ikonografii wiele aparycji, niektóre o tysiącu rąk i jedenastu głowach, a niektóre w ogóle żeńskie (czyli po polsku byłoby Pani Słuchająca Płaczów); w Japonii bezwzględnie najpopularniejsza jest właśnie ta żeńska wersja. Spośród pięciu głównych buddów, dzięki nurtowi religijnemu zwanemu amidyzmem, najpopularniejszym stał się Bezmiernyblask, pozostali są natomiast prawie zupełnie nieznani. Spośród czterech gniewnych strażników z jakichś względów szczególnie popularny stał się Acala, zwany po japońsku Fudo Myoo: w ikonografii postać otoczona płomieniami, z mieczem w jednej ręce, ze sznurem w drugiej, z kłami wystającymi z ust.

Na terenie japońskich klasztorów tantrycznych znajdują się również charakterystyczne kamienne stupy z wyrytymi na nich sanskryckimi literami. Znajomość sanskryckiego alfabetu jest bardzo ważna, tantryczna medytacja rozpoczyna się zwykle od wizualizacji sanskryckiej litery stojącej pośrodku otwartego białego lotosu. Litera jest oczywiście zapisem dźwięku i owa medytacja wiąże się z tezą mistrzów tantryzmu o działaniu dźwięku na umysł. Ciekawe, że Japończycy używają do tego celu liter sanskryckich, choć w czasach Kukai mieli już własny japoński alfabet. Zdaje się, że mamy do czynienia z wciąż i wciąż powracającym zjawiskiem: intencje twórców pewnych rytów i zachowań zostają zapomniane, powtarzana jest forma kosztem istoty. Indyjscy mistrzowie Wielkiego Wozu pisali swe teksty w sanskrycie, a nie w wymarłym w ich czasach języku Mędrca Sakyów, ponieważ sanskryt był językiem wówczas w Indiach używanym; w Japonii sanskryt uważany jest za język święty i do dziś w niektórych świątyniach przechowywane są sanskryckie rękopisy, które mało kto potrafi przeczytać.

Tantryczne świątynie w Japonii olśniewają wystrojem, wspaniałymi rzeźbami i malowidłami. Olśniewa również rozbudowany rytuał. Dzisiejszy widz jednak odnosi często wrażenie, że jest to rytuał skostniały, powtarzający na zasadzie uwarunkowania praktyki może niegdyś istotne, ale niezbyt przystające do dzisiejszego świata. Nie tylko dzisiejszy widz takie wrażenie odnosi, do podobnego wniosku dochodzili już niektórzy mnisi studiujący na górze Hiei w XII wieku. I - jak to nierzadko w historii buddyzmu bywało - dochodzili do kolejnego wniosku, że aby dojść do dostrzeżenia Niewidzialnej Rzeczywistości, trzeba to uwarunkowanie przełamać.



Więcej na temat sztuk Japonii w mojej książce "CZARKA GORZKIEJ HERBATY"

Friday, February 3, 2023

Japoński amidyzm, czyli buddyzm shin

 (...)Istotom żyjącym w tym Kraju Obudzonego zupełnie jest nieznane pojęcie własności. Istoty przechodzące i idące przez ten Kraj Obudzonego nie czują wcale przyjemności ani cierpienia, stawiają kroki bez pragnienia, z pragnieniem nie stawiają kroków, nie myślą o istotach. I znów, Anando, istoty urodzone w tym świecie zwanym Sukhâvatî nie znają w ogóle pojęcia "innych", nie znają pojęcia "siebie", nie znają pojęcia nierówności, nie znają pojęcia zmagania, nie znają pojęcia sporu, nie znają pojęcia sprzeciwu. Pełne zrównoważonej myśli, pełne dobrej myśli, pełne troskliwej myśli, pełne czułej myśli, pełne użytecznej myśli, pełne spokojnej myśli, pełne stanowczej myśli, pełne niestronniczej myśli, pełne niezmąconej myśli, pełne myśli skupionej na mądrości wiodącej na drugą stronę, posiadłszy wiedzę będącą solidną podstawą wszelkiej myśli, wiedzą równi oceanowi, mądrością równi górze Meru, posiadając wiele rozlicznych cnót, wsłuchując się w muzykę Obudzonego, doceniając muzykę Obudzonego, porzucają one oko cielesne, patrzą jedynie okiem Mądrości(...)

(Sukhavativyuha)


Budda Bezmiernyblask, czyli Amida, przybywający na chmurze
Pewnego dnia do klasztoru Taima-dera w pobliżu miasta Nara, w owym czasie stolicy cesarstwa Japonii, przyszły trzy nieznane nikomu mniszki. Poprosiły one o pewną ilość włóczki, poczem zabrały się do pracy. Pracowały pilnie trzy dni, w ciągu tego czasu wykonały wspaniały kilim, poczem... uniosły się w powietrzu i odpłynęły w kierunku zachodnim. Kilim ten przedstawiał Kraj Bezmiernegożywota tak, jak jest on opisany w sutrach Sukhavativyuha i Amitayurdhyana. Wydarzyło się to w 763 roku.

W tym samym mniej więcej czasie w klasztorze Gango-ji w Nara żył mnich imieniem Chikô. Pewnej nocy miał on przedziwny sen: oto sam Takprzeszedł Bezniernyblask (czyli Budda Amida) wręczył mu obraz, polecił dobrze go sobie zapamiętać, po obudzeniu namalować i następnie skupiać na nim swój umysł w czasie medytacji. Obraz ten również przedstawiał Kraj Bezmiernegoblasku, choć nieco mniej skomplikowany niż tkanina z Taima.

W 996 roku mnich z zakonu Hossô imieniem Shôkai wędrował do Kyôto, by tam otrzymać dwie mandale tantryczne. Po drodze spotkał nieznanego mnicha, który wręczył mu rysunki przedstawiające Kraj Bezmiernegoblasku i powiedział, że skupiając umysł na tych przedstawieniach można sobie zapewnić odrodzenie w owym kraju. Rysunki przypominały obrazy z Taima i z Gango, ale różniły się szczegółami. Wyjaśniwszy wszystko ów nieznany mnich znikł, a Shôkai doszedł do wniosku, że był to Bojownik o Obudzenie Słuchającypłaczówświata.

Te w tak niezwykły sposób otrzymane obrazy były bardzo potrzebne w średniowiecznej Japonii. Koncentracja umysłu na Kraju Bezmiernegoblasku (zwanego Czysą Ziemia) była wówczas popularna. Zakon Tendai stosował, pośród wielu innych praktyk, coś co nazywano po japońsku jôgyô-zammai: przez dziewięćdziesiąt dni od rana do wieczora recytowano wezwanie imienia (brzmiące po japońsku Namu Amida Butsu), obchodzono w koło posąg Bezmiernegoblasku i medytowano zgodnie ze wskazówkami sutry Amitâyurdhyâna. Zakon Shingon teoretycznie bardziej się koncentrował na praktykach tantrycznych, tym niemniej skupianie umysłu na Bezmiernymblasku nie było tam nieznane, a w dwunastym wieku mnich Chingai utworzył odrębną gałąź tego zakonu zajmującą się głównie praktykami wiodącymi do odrodzenia w Czystej Ziemi. Zapotrzebowanie na obrazy przedstawiające Czystą Ziemię było duże. Kopiowano je tak jak sutry i wieszano w świątyniach jako pomoce do medytacji.

Takie przedstawienia Czystej Ziemi Japończycy nazywają słowem mandara; czyli tak samo, jak tantryczne schematy Niewidzialnego Świata. Jest to oczywiście sanskryckie słowo mandala, oznaczające dosłownie "krąg". W buddyjskiej terminologii słowem tym określano krąg ziemi u stóp drzewa, pod którym Mędrzec Sakyów dostąpił Obudzenia. Spośród japońskich mandar Czystej Ziemi najmniej skomplikowana jest Chikô Mandara. Namalowana jest w z grubsza zbieżnej perspektywie, ale ikonograficznie podzielona jest na sześć poziomych pasów. Dolny pas, a w perspektywie obrazu pierwszy plan, nazywa się bugaku-dan, czyli przestrzeń tańca i muzyki: po bokach lotosowego stawu siedzą postacie grające na różnych instrumentach, a na dwóch mostach prowadzących na centralnie położoną wyspę znajdują się dwie postacie tańczące. Następny pas, i następny plan, nazywa się hôsui-dan, czyli przestrzeń kryształowej wody: jest to staw z lotosami, z których niektóre są w pąkach, a inne otwarte z małymi dziećmi wewnątrz. Następny pas nazywa się hôchi-dan, czyli ziemia z drogich kamieni, rosną na tej ziemi drzewa również z klejnotów. Następny pas nazywa się shôson-dan, czyli przestrzeń dworu Obudzonego: centralną postacią jest tam siedzący na lotosowym tronie Bezmiernyblask, po jego lewej stronie (czyli po prawej stronie obrazu) siedzi na podobnym lotosie Słuchającypłaczówświata (czyli po japońsku Kannon), po jego prawej stronie siedzi Wielkasiła (czyli po japońsku Seishi), a wokół jest tłumek mniejszych postaci. Następny pas nazywa się rôkaku-dan, czyli przestrzeń wielopiętrowych budynków, które wznoszą się za plecami i nad głowami Amidy i jego dworu; jest to architektura w stylu chińskim, z krzywymi dachami. Najwyższy pas nazywa się koku-dan, czyli pusta przestrzeń. Mandara ta była wielokrotnie kopiowana, w świątyni Gango-ji w Nara znajduje się kilka takich kopii, najstarsza z dwunastego wieku. Cudowny oryginał mnicha Chikô niestety zaginął.

Pisana złotym atramentem sutra z ilustracją przedstawiajacą raj Bezmiernegoblasku
Istnieje natomiast do dziś owa cudowna tkanina z Taima-dera, czyli Taima Mandara; przechowywana jest obecnie w muzeum narodowym w Nara. Dzisiejsi uczeni, jak to uczeni, powątpiewają w cudowne powstanie tego dzieła i przypuszczają, że powstało ono w Chinach i być może w epoce Nara zostało do Japonii przywiezione. Niewątpliwe jest, że jego ikonografia pasuje idealnie do komentarzy chińskiego mnicha Shandao. Centralna część mandali rozplanowana jest podobnie do Chikô, tyle że jest tam znacznie tłoczniej: dwór wokół centralnej trójcy jest liczniejszy, nad budynkami w pustej przestrzeni unoszą się liczne postacie na obłokach, a u dołu obok muzykantów są sceny "ojca witającego dzieci", czyli Amidy witającego nowonarodzonych. Wokół centralnego obrazu są rzędy małych scen ilustrujących sutrę Amitâyurdhyâna. Oryginalna tkanina jest dużych rozmiarów, kopie malowano zazwyczaj mniejsze, ale w określonej proporcji, na przykład ćwierć, albo jedną ósmą, albo jedną szesnastą. Najsłynniejsza z tych kopii, zwana Kempô-shin Mandara, znajduje się dziś w świątyni Zenrin-ji w Kyôto.

Shôkai Mandara jest teoretycznie czymś pośrednim pomiędzy Taima i Chikô, ale tak naprawdę jest niewiele bardziej skomplikowana od tej ostatniej. Jej charakterystyczną cechą są dwa mosty w architekturze za Amidą. Jej kopie znajdują się dziś między innymi w świątyni Jôdo-ji w Nara oraz w Shôkô-ji w Kyôto.

W późnym okresie Heian nie tylko malowano obrazy mające przedstawiać Kraj Bezmiernegoblasku, budowano także świątynie wzorowane na owych mandalach Amidy. Najbardziej znaną z nich jest Byôdo in w Uji w pobliżu Kyôto, świątynia zakonu Tendai. Zbudował ją w 1053 roku Fujiwara Yorimichi, regent cesarza, i do dziś jest dobrze zachowana. Główny pawilon stoi na wyspie pośrodku lotosowego stawu. Pawilon jest piętrowy, co w średniowiecznej Japonii było rzadkie, ale zgodne ze wskazaniami sutry. Pośrodku pawilonu stoi złocony posąg Amidy prawie trzymetrowej wysokości. Wewnątrz posągu znajduje się mały postumencik w kształcie lotosu, na owym lotosie położony jest dysk, na którym wypisana jest wielosylabowa mantra. W pawilonie znajduje się także dziewięć obrazów przedstawiających dziewięć sposobów, w jaki Amida wita nowonarodzonych; są to te same sceny, które w Taima Mandara są w rzędzie u dołu. Taka scena powitania przez Bezmiernyblask nazywa się po japońsku Amida Raigô.

Przedstawienie Amidy przybywającego na chmurze było również częstym tematem malarstwa tego okresu. Być może miały one być pomocą w przygotowaniu na śmierć. Być może miały pomóc umierającemu w rozpoznaniu tego, co w momencie śmierci zobaczy. Istniał również specjalny amidystyczny rytuał przedśmiertny: w rękę umierającego wkładano nitkę, której drugi koniec przymocowywano do ręki posągu Amidy specjalnie w tym celu przyniesionego. Z naszej perspektywy taka praktyka wygląda trochę jak myślenie życzeniowe w rodzaju powtarzania słowa "cukier" z nadzieją na słodki smak w ustach. Historia sutry Sukhâvatîvyuha to zdaje się historia pomyłek w odczytywaniu tekstów. Ale nie tylko. Jej żywotność chwilami zadziwia; nie wiadomo właściwie dlaczego w ciągu historii pojawiały się nonkonformistyczne ruchy, które tę właśnie sutrę uważały za swoją główną inspirację. Jeden z tych ruchów pojawił się w Japonii w epoce Kamakura.

Epoka Kamakura to epoka samurajskich wojen, czasy zręcznego obcinania głów i rozcinania brzuchów. To również epoka feudalnych włości wielkich klasztorów, których bronili ćwiczący się w sztukach walki mnisi. Epoka fałszywej nauki, tak właśnie jak to pisał chiński mnich Shandao. Niektórzy już wówczas zdawali sobie z tego sprawę. W 1175 roku mnich z góry Hiei, imieniem Hônen, pod wpływem lektury pism Shandao zaczął głosić, że w epoce fałszywej nauki praktyki tantryczne i tym podobne do niczego dobrego nie doprowadzą. Wszystkie te praktyki bez szczerej wiary są pustą indoktrynacją. Do prawdziwej wiary może doprowadzić nembutsu, czyli praktyka wzywania imienia Bezmiernegoblasku. To wezwanie, jeśli wypowiedziane z czystym sercem, pozwala otworzyć się na działanie "innej mocy". Owa "inna moc" (zwana po japońsku tariki) jest w każdym człowieku, zazwyczaj głęboko ukryta; jest ona tam dlatego, że Takprzeszedł Bezmiernyblask złożył kiedyś ślub że ona tam będzie. Zazwyczaj jest ukryta, bowiem przesłania ją "własna moc" (zwana po japońsku jiriki), ale każdy może się otworzyć na jej działanie, niezależnie od tego czy jest żebrzącym mnichem, czy ojcem sześciorga dzieci.

Takie podważanie autorytetu klasztornych instytucji nie było w smak tkwiącym po uszy w schyłkowej epoce fałszywej nauki mnichom z góry Hiei. Hônen był człowiekiem o łagodnym usposobieniu, niezbyt skorym do otwartych konfrontacji. Na zarzut, że podważa wartość buddyjskiego zakonu odpowiadał, że choć nembutsu jest najważniejsze, to jednak buddyjskie zakonne śluby nie są bezużyteczne. Powiadał, że "Nawet grzeszników Amida wyzwoli, o ileż bardziej cnotliwych". Sam zresztą przestrzegał zakonnych ślubów, pozostawał w celibacie i nigdy oficjalnie nie opuścił zakonu Tendai. Tym niemniej przy głównych tezach swego nauczania pozostawał uparcie i próby łagodzenia konfliktów nie uchroniły go przed prześladowaniami: choć początkowo cieszył się respektem cesarza, w wyniku mnisich intryg został w końcu zesłany do odległej prowincji na zachodzie i dopiero przed śmiercią pozwolono mu wrócić do stolicy.

Główny uczeń Hônena, imieniem Shinran, był znacznie mniej skłonny do wszelkich ceregieli. Aby nie było wątpliwości że nie ma zamiaru dyskutować z wielce uczonymi interpretatorami sutr (nawiasem mówiąc on sam studiował dwadzieścia lat na górze Hiei zanim został uczniem Hônena), przyjął on imię Gutoku, co znaczy "głuptasek". Sformułowanie Hônena zgrabnie przerobił na: "Nawet cnotliwych Amida wyzwoli, o ileż bardziej grzeszników", co oczywiście nie było pochwałą grzechu, lecz demaskacją grzechu pychy. Nawracający się grzesznik posiada jedną cechę absolutnie konieczną do prawdziwej wiary: pokorę, której nierzadko brakuje zadowolonym z siebie "cnotliwym". Shinran nie tracił czasu na zjednywanie sobie pozerów i hipokrytów. Na przykład fałszywych celibatariuszy. Nie miał on nic przeciw prawdziwemu głębokiemu celibatowi, ale pozorny celibat grożący w najlepszym razie natręctwami myślowymi, a w gorszym rozpustą lub zboczeniami seksualnymi, jest z pewnością barierą na drodze do prawdziwej wiary. Nie jest natomiast barierą małżeństwo: sam Shinran ożenił się i miał sześcioro dzieci. A z drugiej strony to nie moralność prowadzi do wiary, lecz odwrotnie: moralność wynika z wiary. Kto choć raz w życiu z prawdziwie głęboką wiarą wezwał imienia Bezmiernegożywota, otworzył się na działanie "innej mocy", ten już potem będzie unikał złych czynów, które są zawsze wynikiem działania "własnej mocy".

Bowiem wezwanie z prawdziwie głęboką wiarą imienia Bezmiernegoblasku oczyszcza z grzechów. Zgodnie z buddyjską nauką dawne złe czyny powodują, że popełnia się nowe złe czyny. Działa tu prosty mechanizm, na przykład odwet tych, których skrzywdzono powoduje chęć kolejnego odwetu - jest to zaklęty krąg. Ale jakże popełniać zło, mścić się itd. - ze świętym imieniem na ustach? A ktokolwiek choć raz w życiu wezwał Imienia z prawdziwie głęboką wiarą, ten rozumie istotę zła i nie będzie chciał go popełniać. Taki ktoś już się urodził w Czystej Ziemi. To urodzenie się w Czystej Ziemi już za życia nazywa się po japońsku gensô, w odróżnieniu od odrodzenia po śmierci, zwanego ôsô. Sama Czysta Ziemia zwie się po japońsku Jôdo i tym mianem nazywa się zwykle zapoczątkowany przez Hônena nurt w buddyźmie.

Higashi Honganji w Kyoto
Hônena zesłano na zachód kraju, Shinran w tym samym czasie zesłany został do wschodnich prowincji, kiedy jednak cofnięto nakaz banicji - Shinran nie myślał wracać. Na wschodzie też byli ludzie, którym trzeba było głosić Dobrą Naukę. Co więcej - byli tam ludzie, którzy nigdy nie słyszeli o Buddzie. Shinran pochodził z arystokratycznej rodziny, ale głosił swą naukę wśród chłopów. Nauczanie Shinrana było reakcją na nadużycia i uwarunkowania, ale wielu jego słuchaczy po raz pierwszy zetknęło się z buddyzmem w tej właśnie formie. Tym niemniej byli to w większości chłopi, więc trudno się dziwić, że w ciągu historii utworzona przez nich szkoła wykazywała nierzadko skłonności do nonkonformizmu. Sam Shinran nie zakładał nowej szkoły, uważał że rozpowszechnia jedynie nauczanie Hônena. Dopiero uczniowie Shinrana utworzyli nową szkołę, zwaną Jôdo Shin. Była ona nonkonformistyczna od początku. Za wzorem Shinrana zarzucono obowiązek celibatu. Zarzucono przedśmiertne ceremonie z figurą Amidy i nitką, wychodząc z założenia, że istotnie jest urodzenie się w Czystej Ziemi za życia, czyli prawdziwe nawrócenie, a nie marzenia o wygodnym życiu po śmierci. Zarzucono też medytację, również ową wizualizację Amidy, wychodząc z założenia, że powoduje ona raczej samozadowolenie i indoktrynację niż otwarcie się na działanie "innej mocy", czyli prawdziwą wiarę. Zamiast takiej medytacji szkoła Shinshű zaleca analizę własnych przeszłych czynów, co pozwala zrozumienie ich przyczyn, czyli działanie "własnej mocy", a to z kolei pomaga w otwarciu się na działanie "innej mocy".

Szkoła Shin cieszyła się ogromną popularnością wśród ludu, natomiast inne zakony uważały ją za heretycką. Jej świątynie były napadane i palone. Główna świątynia szkoły, zwana Hongan-ji, była kilkakrotnie niszczona i odbudowywana w nowym miejscu. Bywało, że główny opat zakonu, zamiast rezydować we wspaniałej świątyni, pielgrzymował po kraju jako wędrowny kaznodzieja. Takim był żyjący w piętnastym wieku Rennyô Shônin, potomek Shinrana przywabiający tłumy słuchaczy i uważany za "drugiego założyciela". A w ciągu wieków wielu wyznawców, często prostych ludzi, niepiśmiennych, uznawano za myôkônin, czyli tych, którzy już na ziemi urodzili się w Czystej Ziemi. Już w tym życiu nieznane jest im pojęcie własności, przyjemności, cierpienia, nie znają pojęcia zmagania, sporu i sprzeciwu, za to pełni są dobrej myśli, troskliwej myśli, myśli wiodącej na drugą stronę...



Więcej na temat sztuk Japonii w mojej książce "CZARKA GORZKIEJ HERBATY"

Monday, January 30, 2023

Szkoła skupienia, czyli buddyzm Zen

 


Pewnego dnia ktoś usiłował namówić Dogena do podróży do Kamakura, by rozkwitała Prawdziwa Nauka. Dogen odmówił. "Jeśli ktoś chce praktykować Prawdziwą Naukę, będzie jej szukał choćby miał przekroczyć góry, rzeki i oceany. Jeśli nie ma takiego zdecydowania, wówczas nie ma wcale pewności, że przyjmie tę naukę nawet jeśli ja tam pojadę i będę go nakłaniać. Czyżbym miał ogłupiać ludzi tylko po to, by uzyskać materialne wsparcie? Czy nie byłaby to zwykła chciwość? Zmęczyłbym się tylko, nie widzę powodu do takiej podróży."

Dogen, "Shobogenzo Zuimonki"

Hondo w klasztorze zen
W 1168 roku przybył do Chin japoński mnich z góry Hiei, imieniem Eisai. Góra Hiei była w owym czasie wielkim buddyjskim uniwersytetem, gdzie ambicje i niekiedy nietolerancja ścierały się z wnikliwymi umysłami otwartymi na nowe prądy. Eisai wybierał się przede wszystkim do świętego miejsca swego zakonu, na górę Tiantai, na miejscu przekonał się jednak, że szkoła Tiantai w Chinach przygasa, natomiast bujnie rozwija się zakon zwany Skupienie, o którym opowiadają przedziwne rzeczy. W 1187 roku Eisai wyruszył ponownie na kontynent, tym razem z większą ambicją: dotarcia do Indii. To mu się nie udało, udało mu się natomiast coś znacznie cenniejszego: przez kilka lat siedział przed ścianą w klasztorze Domu Linji, otrzymał Pieczęć Obudzenia, a kiedy cztery lata później wrócił do kraju, napisał traktat o wyższości szkoły Skupienia nad innymi szkołami buddyzmu. Konserwatyści z góry Hiei oponowali, natomiast shogunowie Minamoto byli zainteresowani nowym trendem, dzięki czemu Eisai został mianowany opatem świeżo wybudowanego w Kyoto klasztoru Kennin-ji. W nowym klasztorze nadal recytowano tantryczne sutry, jednakże główny nacisk kładziono na siedzenie w milczeniu. Nazwa nowej szkoły, po sanskrycku dhyan (czyli 'skupienie'), po chińsku Chan, po japońsku brzmiała Zen. Nazwa Domu Linji po japoński brzmiała Rinzai.

W 1214 roku do Kennin-ji przybył młody mnich z góry Hiei, imieniem Dogen, zaintrygowany nową nauką. Eisai przebywał wówczas w Kamakura, stolicy shogunów, rok później zresztą zmarł. Dogen, młody człowiek o chłonnym umyśle, chciał pójść w jego ślady i wybrać się w podróż, ale nie do Kamakura ani (na razie) na tamten świat, lecz do Chin. Wyruszył w tę podróż wiosną 1223 roku. Przebywał w Chinach cztery lata, większość czasu w klasztorze Tiantong, gdzie opatem był wówczas Ruijing, mistrz Domu Caodong. Ruijing był jednym z tych mistrzów, którzy nie żałowali bambusowego kija; chlastał i obrzucał wyzwiskami tych, którzy przysypiali w czasie medytacji, a potem niekiedy dodawał: "Smuci mnie to, ale muszę was okładać, by wypędzić z was lenistwo. Bracia, wybaczcie!" Pewnego wieczoru sąsiad Dogena zaczął przysypiać i nagle mistrz wrzasnął za jego plecami: "W czasie skupienia ciało i umysł są wyrzucone na śmietnik! Czemu śpisz?" Słysząc to Dogen nagle wyrzucił na śmietnik ciało i umysł, dostrzegł Niewidzialną Rzeczywistość, poczem zerwał się i wybiegł, by przed figurą Buddy zapalić dziękczynne kadzidełko. Ruijing uznał Obudzenie Dogena za rzeczywiste i przekazał mu Pieczęć Sukcesji. W 1227 roku Dogen wrócił do Japonii do klasztoru Kennin-ji.

Takuhatsu, czuli żebranie

W 1228 roku do Kennin-ji przybył inny młody mnich z góry Hiei, imieniem Ejo. Był on również zaintrygowany nową nauką, więc usłyszawszy, że w Kennin-ji mieszka przybyły właśnie z Chin mnich Zen, wyruszył tam. Dogen po kilku rozmowach wyczuł, że ma do czynienia z kimś, kto ma uszy do słuchania. W Kennin-ji jednakże Dogen był tylko jednym z mnichów. W 1230 roku opuścił Kennin-ji i przemieszczał się od klasztoru do klasztoru, z dala od stolicy, od politycznego patronatu i godności, ucząc siedzenia w skupieniu i zyskując powoli uczniów mających uszy do słuchania. Przez cały ten czas pisał swą wielką księgę zatytułowaną "Shobogenzo", czyli "Skarbnica Prawdziwej Mądrości". W końcu w 1243 roku, dzięki wsparciu uczniów, zbudował klasztor Eihei-ji na dalekiej prowincji, w pobliżu dzisiejszego miasta Fukui. Ejo był przez wszystkie te lata najbliższym uczniem Dogena, otrzymał odeń sukcesję, a kiedy w 1253 roku Dogen zmarł, Ejo został drugim opatem Eihei-ji. Był on o dwa lata od Dogena starszy, ale żył o trzydzieści lat dłużej.

Dogen otrzymał sukcesję w Domu Caodong, czyli po japońsku Soto, jednakże nie twierdził wcale, że wprowadza jakąś nową szkołę. Przeciwnie, twierdził on, że Zen nie jest żadną nową szkołą, bo (jak mawiał Szósty Patriarcha) kto postrzega różnice, ten daje się zwieść iluzjom, a kto różnice wprowadza, ten jest na usługach demona Mary-zwodziciela. Według Dogena Zen jest tylko metodą prowadzenia uczniów do dostrzeżenia Niewidzialnej Rzeczywistości. Tym niemniej jego uczniowie zorganizowali się w prężny zakon, zwany w Japonii Soto. Rozwijał się on dynamicznie, acz głównie w prowincjach, z dala od politycznych ośrodków, zgodnie z założeniem że wszyscy ludzie - niezależnie od statusu społecznego - potrzebują buddyjskiego nauczania. Zgodnie ze wskazaniami Szóstego Patriarchy nie odrzucano sutr, ich recytacja na czczo należała do codziennych praktyk. Recytowano tam nie tylko sutry, ale również dharani (czyli po japońsku darani), sekwencje nic nie znaczących dźwięków uważanych przez niektórych za zaklęcia. Króciutka "Shosaimyo Kichijo Darani" należy do dziś do najczęściej recytowanych tekstów. Z drugiej strony za równe sutrom uznano pisma Dogena i również one były recytowane; napisane trzynastowieczną japońszczyzną dziś z trudem są zrozumiałe, ale wówczas zrozumiałe były bez trudu.

Sutry były jednak tylko jednym z elementów życia klasztornego, bynajmniej nie najważniejszym. Wprowadzono regułę Baizhanga, co oznaczało, że mnich może posiadać tylko określone przedmioty, musi codziennie fizycznie pracować i musi żyć głównie z żebrania. Posiadanie tylko niewielu przedmiotów to oczywiście przywrócenie zasady ubóstwa, zapomnianej wówczas w bogatych klasztorach dawnych szkół. Codzienna praca to dla wielu konieczna szkoła pokory: wśród adeptów Zen było wielu pochodzących z wyższych sfer, spośród arystokracji i samurajów (zarówno Dogen jak Ejo pochodzili z rodu Fujiwara), którzy normalnie nie kalali rąk pracą. Tymczasem każdy nowicjusz w klasztorze Zen ma przydzieloną pracę uważaną w świeckim społeczeństwie za najniższą, na przykład czyszczenie latryn lub (jak Szósty Patriarcha Huineng) młócenia ryżu w kuchni. Żebranie to też lekcja pokory, ale nie tylko. Kiedy się medytuje i stara osiągnąć Obudzenie, bardzo łatwo przychodzi myśl, że się jest "lepszym" niż świeckie otoczenie uganiające się za pieniędzmi, seksem itd.; jeśli się jednak żyje z tego, co owo świeckie otoczenie włoży do żebraczej miski, wówczas się pamięta, że wysiłek jest tak naprawdę wspólny. Z drugiej strony - jak głosi buddyjskie nauczanie - ku Obudzeniu prowadzą nie słowa, lecz czyny, a pierwszym krokiem jest bezinteresowne dawanie, dlatego też żebranie spełnia ważniejszą rolę w głoszeniu Dobrego Nauczania, niż jakiekolwiek teksty. Praca i żebranie są niezbędne, jednakże najbardziej charakterystyczną rzeczą praktykowaną w klasztorach Zen jest siedzenie.

Bodhisattva Mandżuśri w sali medytacji

Zen znaczy skupienie i ktokolwiek zgłasza się do klasztoru Zen, przychodzi po to, by siedzieć w skupieniu. Zgodnie z regułą Baizhanga mnisi wędrowali od klasztoru do klasztoru przez trzy miesiące latem i przez trzy miesiące zimą, natomiast wiosną i jesienią gromadzili się w klasztorach na trzymiesięczne okresy intensywnej medytacji, zwane po japońsku
sesshin, czyli "skupienie serca". Siedzenie w skupieniu, w pozycji lotosu, trwało wówczas po kilkanaście godzin dziennie, z króciutkimi przerwami na "chodzącą medytację" i dłuższymi na recytację sutr i na dwa posiłki dziennie. W czasie sesshin nie prowadzono również żadnych rozmów, panowało absolutne milczenie, przerywane jedynie recytacją sutr i ewentualnie wykładem mistrza. Niekiedy był też czas na indywidualne spotkanie z mistrzem, który każdego mnicha prowadził do Obudzenia w zależności od jego stanu psychicznego. Czasem był też moment na ceremonię herbaty, bardzo charakterystyczną dla klasztorów Zen zarówno w Chinach, jak w Japonii. Zasady każdego sesshinu ustanawiał mistrz, który sam otrzymał kiedyś Pieczęć Obudzenia i dlatego mógł prowadzić uczniów we właściwym kierunku.

Bezpośrednie spotkanie mistrza z uczniem uważa się w Zen za najważniejsze. Przede wszystkim dlatego, że mistrz, który sam dostrzegł Niewidzialną Rzeczywistość, potrafi odróżnić prawdziwe Obudzenie od stanów pozornych i złudzeń. Mistrz też wie, jakim sposobem - w zależności od psychicznego stanu ucznia - rozpędzać złudzenia: czy przy pomocy łagodnej sugestii, czy bambusowego kija. Ponadto w zakonach Zen uważa się, że najważniejsze przesłanie jest pozasłowne, słowa służą jedynie do sugestii w jakim kierunku iść. W czasie indywidualnego spotkania uczeń może prosić o wskazanie jak rozwiązać problemy napotykane przy medytacji, ale niekiedy to spotkanie może się odbywać w całkowitym milczeniu. W klasztorach Soto z zasady nie zadaje się poszczególnym uczniom anegdot do rozważenia w czasie medytacji. Dogen, podobnie jak wcześniej Hongzhi, zalecał "po prostu siedzenie"; medytacja "w celu" osiągnięcia Obudzenia jest formą chciwości, a chciwość - nawet w minimalnej dawce - stanowi barierę. Nie znaczy to, że owe anegdoty nie były w klasztorach Soto używane. Służyły one często do ilustracji wykładów mistrza, ponadto niektóre pisma Dogena - recytowane wraz z innymi sutrami - były w zasadzie zbiorami anegdot. Mnisi w klasztorach Soto również "nasiąkali" tekstami, zarówno anegdotami jak recytowanymi sutrami, najważniejsze było jednak "po prostu siedzenie", w pełnym skupieniu, "zawsze jak tygrys gotowy do skoku".


Reguła Baizhanga określała także plan klasztoru. Klasyczne japońskie klasztory Zen, na przykład Eihei-ji, posiadały zawsze siedem podstawowych budynków. Wchodziło się na teren klasztoru przez sammon, czyli "bramę góry". Był to z reguły duży budynek, często dwupiętrowy, w chińskim stylu z krzywymi dachami. Klasztor był istotnie często budowany na zboczu góry, ale nazwa budynku bramnego była też symboliczna: mieszkający w klasztorze mnisi "wspinali się na wielką górę". Naprzeciw bramy stał centralny budynek klasztoru: butsuden, (czasem zwany honden) mieszczący ołtarz z kultowymi figurami buddów i bodhisattvów. Tutaj odbywała się recytacja sutr i rytuały takie jak bicie pokłonów i zapalanie kadzidełek. Za butsudenem znajdował się hatto, czyli "sala Nauczania"; tutaj odbywały się wykłady mistrza. Po lewej stronie butsudenu (patrząc z bramy) znajdowało się sodo, czyli "sala Wspólnoty" (w niektórych klasztorach zwana zendo , czyli "salą skupienia"); tutaj mnisi siedzieli w milczeniu i spali. W klasztorach Soto pośrodku sali Wspólnoty stała zawsze charakterystyczna figura: bodhisattva Mańjuśri w pozie medytacji. W ikonografii buddyjskiej Mańjuśri - uosobienie głębokiej Mądrości - przedstawiany jest zwykle z mieczem do rozcinania iluzji; w sodo nie miał on miecza, ale miał bambusowy kij, który leżał u stóp figury. W czasie siedzenia w skupieniu jeden z mnichów nosił ten kij z całym dostojeństwem wokół sali i niekiedy komuś nim przyłożył; ostry ból uderzenia pomagał rozpędzić natrętne myśli, a z pewnością pomagał rozpędzić senność. W przedsionku do sodo wisiała często duża rzeźba ryby jako symbol kogoś, kto nigdy nie zamyka oczu. Po prawej stronie butsudenu był kuin, czyli budynek gospodarczy, zawierający kuchnię i refektarz. Bliżej bramy po lewej stronie dziedzińca znajdował się budyneczek zwany tosu lub setsuin, czyli latryna. Nie jest to bynajmniej budynek bez znaczenia, reguła Baizhanga obejmowała wszystkie dziedziny życia, również tę, latryna ma być wedle tej reguły nieskazitelnie czysta. Po prawej stronie bramy znajduje się yokushitsu, czyli łaźnia. Reguła Baizhanga przewidywała kąpiel dla wszystkich mnichów co pięć dni, przy czym "dzień kąpielowy" był nieco luźniejszy: mniej pracy, mniej medytacji, za to golenie głów i moczenie się w gorącej wodzie. Reguła ta przewidywała również - aby unaocznić mnichom, że wszystko jest dobrodziejstwem - recytację odpowiednich krótkich sutr przed każdą czynnością: przed posiłkiem, przed żebraniem, ale także przed kąpielą i przed wejściem do latryny. Przed wejściem do latryny stała z reguły figurka bodhisattvy oczyściciela, któremu należy się pokłonić, a przed wejściem do łaźni figurka bodhisattvy, który podobno w kąpieli osiągnął Obudzenie. Taki był klasyczny układ klasztoru, dziś jednak rzadko spotykany. W ciągu stuleci w wielkich klasztorach dobudowywano nowe budynki, w małych nie wszystkie budowano albo budowano w nieco innym układzie; w ogóle mistrzowie Zen wszelkie reguły traktowali zawsze raczej jak wskazania niż obowiązujące prawo.

W XVIII w klasztorze Myoshin-ji w Kyoto mieszkał Hakuin, zwany "drugim założycielem Rinzai". Hakuin zaostrzył klasztorną dyscyplinę, po trosze na wzór zakonu Soto, który zawsze znacznie ściślejszej dyscypliny przestrzegał. Nie tylko na tym jednak polegało odnawianie: w przeciwieństwie do mistrzów Soto Hakuin kładł nacisk na praktykę koanu i w tej dziedzinie opracował cały nowy system. Dotychczasowe koany były anegdotami, w chińskiej tradycji miały niekiedy formę długich opowiadań, acz w przywiezionych do Japonii antologiach były one najczęściej zredukowane do kilkuzdaniowego dialogu. Hakuin zredukował to jeszcze bardziej, u niego koan był jednym prostym, z reguły absurdalnym zdaniem, na przykład "Jak brzmi klaśnięcie jednej ręki?" Medytujący pod jego kierunkiem mnisi musieli codziennie przychodzić na indywidualne spotkanie, otrzymywali koan do rozważenia, a nazajutrz musieli nań odpowiedzieć. Tych pytań była cała z góry ustalona seria. Po odpowiedziach mistrz potrafił ocenić, czy uczeń stosuje schematy myślenia, czy też potrafi się od schematów wyzwolić. Bowiem schematy myślenia przesłaniają Niewidzialną Rzeczywistość. W ciągu całej swej historii buddyzm, a Zen w szczególności, dążył do przełamywania schematów. Hakuin przyczynił się także do odrodzenia zenistycznego, przełamującego schematy, malarstwa. Sam był malarzem i malował pełne humoru karykatury słynnych japońskich mistrzów z dawnych czasów, a malował je tak, jak się dotychczas malowało Bodhidharmę. Własne autoportrety zresztą malował podobnie: widzimy na nich pucułowatego bonzę z wyłupiastymi oczyma i szelmowskim uśmieszkiem.

Figura boddhisattvy przed wejściem do łaźni

Buddyzm w ogóle, a Zen w szczególności, zawsze dążył do przełamywania schematów myślenia, z czego oczywiście wynika, że zawsze miał co przełamywać. Wszelkie instytucje po jakimś czasie zaczynają funkcjonować na zasadzie bezwładności i buddyjski zakon nie jest tu wyjątkiem. Kolejne pokolenia przyzwyczajają się do tego co "zawsze było", niekiedy zaniedbując co surowsze nakazy dawnej reguły. Buddyjski zakon przeszedł w ciągu swej historii zadziwiającą ewolucję. Pierwotnie w Indiach przyjęta zakonna reguła miała mnichom ułatwić dostrzeżenie Niewidzialnej Rzeczywistości; obejmowała ona celibat, życie z żebrania itd. Później nurt zwany Wielkim Wozem, nie likwidując bynajmniej zakonu z jego surową regułą, uznał, że Obudzenie mogą też osiągnąć świeccy, którzy reguły nie przestrzegają. Szczególny nacisk na świeckich kładł właśnie Zen: Szósty Patriarcha Huineng otrzymał insygnia swojej godności jako świecki, a dopiero później przyjęto go do buddyjskiego zakonu. Ten zakon jednak cały czas istniał i właśnie w przypadku Zen ścisła reguła była zawsze przestrzegana. W średniowieczu doszedł jednak nowy element: buddyzm tantryczny przywiózł do Chin rytuał pogrzebowy i z biegiem czasu rozpowszechnił się zwyczaj zapraszania mnichów na pogrzeb celem poprowadzenia tego rytuału. Zwyczaj ten przyjął się również w Japonii, gdzie od średniowiecza uważano, że kapłani shinto zajmują się sprawami doczesnymi, a mnisi buddyjscy życiem pozagrobowym. Pogrzeby wiązały się oczywiście z pieniężnymi ofiarami. W epoce Edo rząd shoguna, regulując w drobnych szczegółach życie kraju, pomyślał również o pogrzebach i o dochodach z nich płynących. Cały kraj podzielony został na "parafie", każda miejscowość przypisana została jednej świątyni i ludność "parafii" tylko w swojej świątyni mogła załatwiać pogrzeby. Takie świątynie niekoniecznie były klasztorami, nierzadko mieszkał w niej tylko jeden bonza. Co więcej - shogun zniósł zasadę celibatu i pozwolił mnichom się żenić. Trudno wprawdzie zrozumieć dlaczego shogun decydował o sprawach nie leżących w jego gestii, tym niemniej mnisi to zaakceptowali i do dziś nierzadko się żenią. Mnisi Zen nie są tu wyjątkiem. Jeśli do świątyni przypisana jest dostateczna ilość "parafian", to dochód z pogrzebów wystarcza na utrzymanie rodziny. Bycie bonzą stało się zawodem. Do każdego zawodu trzeba się oczywiście uczyć; bonzowie zakonu Tendai i innych studiują sutry, bonzowie Zen przechodzą przez kurs intensywnej medytacji z serią koanów (w zakonie Rinzai) lub z przestrzeganiem ścisłej dyscypliny (w zakonie Soto), ale po takich studiach mogą osiąść na "parafii" i żyć sobie spokojnie z pogrzebów. Ot, takie uwarunkowanie, które przeszło dziwną ewolucję. Dziś nie trzeba być mnichem by zostać mistrzem Zen, nie trzeba żyć w celibacie i utrzymywać się z żebrania by być buddyjskim mnichem, dziś w Japonii bycie mnichem polega na goleniu łepetyny na łyso i chodzeniu w czarnym habicie. No, powiedzmy, że nie wszystkich to dotyczy. Powiedzmy, że wśród mnichów Zen ideałem jest nadal celibat i ubóstwo. Ale może to też jest uwarunkowanie i schemat myślenia? Może czas najwyższy, żeby znów pojawił się ktoś, kto jakiś ferment znowu z Chin przywiezie?

Pewnego dnia Fujiwara Yorimichi, minister cesarza, wszedł do pałacowej łaźni i obserwował palacza przy pracy. Palacz spostrzegł przybysza i zawołał: "Coś ty za jeden? Jak śmiesz wchodzić bez pozwolenia do pałacowej łaźni?" i przepędził go. Minister zmienił swe szare ubranie na wspaniały dworski strój. Kiedy się w tym stroju pojawił w łaźni, palacz dostrzegł go z daleka, przestraszył się i uciekł. Minister powiesił swój strój na bambusowym drągu i kłaniał mu się nisko. Zapytany co robi, odrzekł: "Jestem otoczony szacunkiem nie z powodu mych cnót, lecz z powodu tego stroju."

Dogen, "Shobogenzo Zuimonki"



Więcej na temat sztuk Japonii w mojej książce "CZARKA GORZKIEJ HERBATY"



Wednesday, January 11, 2023

KRÓTKA HISTORIA JAPOŃSKIEGO ZAMKU


Wieża zamku w Inuyama
 KILKA ARKEBUZÓW


Kiedy w połowie szesnastego wieku do wybrzeży Japonii na dziwnych statkach przybyli ludzie o długich nosach, przywieźli ze sobą dużo ciekawych rzeczy, wśród nich długie rury z metalu, które podpalone robiły wielki huk i strzelały kulkami lecącymi prosto do celu szybciej niż wypuszczona z łuku strzała. Japończycy jak to Japończycy, najpierw się dziwowali, potem kilka takich rur kupili, a następnie zaczęli produkować sami. Może się to wydać dziwne, ale tych kilka przywiezionych z Portugalii arkebuzów zmieniło zupełnie krajobraz kraju: samurajska kawaleria najpierw zaczęła spadać z koni, wkrótce potem na dobre z tych koni zsiadła, a we wszystkich prowincjach kraju wyrosły twierdze o kamiennych bastionach. Dziwniejsze wydawać się może to, że Japończycy, którzy z Chin przejęli pismo, religię i architekturę sakralną, całkowicie zignorowali chińską architekturę wojskową. Jakby nigdy nie słyszeli o Wielkim Murze czy o warownych miastach w Państwie Środka. W Kraju Wschodzącego Słońca siedziby samurajów obwarowane były jedynie palisadą, a większe obozy wojskowe najwyżej tymczasowymi wałami ziemnymi. Dopiero sprowadzona z Portugalii broń palna i być może wieści o europejskich twierdzach słyszane z ust jezuickich misjonarzy spowodowały, że Japończycy zaczęli wznosić swe kamienne warownie.


ZŁOTE TAPETY

Za twórcę pierwszych japońskich zamków uważany jest zwykle Oda Nobunaga; ten sam, który pierwszy na szeroką skalę użył arkebuzów do dziesiątkowania kawalerii swoich przeciwników. Zbudowany przezeń zamek Azuchi nad jeziorem Biwa stał się wzorem dla dziesiątek podobnych twierdz zbudowanych w przeciągu następnych lat w całym kraju. Jego budowę rozpoczęto w 1576 roku i ukończono trzy lata później. Wzniesiony na wzgórzu, otoczony kilkoma pierścieniami oblicowanych kamieniem wałów, zwieńczony był siedmiopiętrową wieżą o fantazyjnych dachach. Wnętrza wieży były olśniewające, niektóre z nich, jak sala audiencji, wytapetowane złotą folią i zdobne malowidłami pędzla Kano Eitoku, uznawanego za największego artystę epoki. Nie ma wątpliwości, że Nobunaga po to właśnie zbudował sobie ten zamek, by olśniewać: chętnie oprowadzał po nim swoich gości, a dwóm jezuickim misjonarzom wręczył nawet parawany z malowidłami przedstawiającymi twierdzę. Współczesne relacje są zgodne, że zamek Azuchi przewyższał wszystko, co dotąd widziano w Japonii. Historia jednak w owym czasie toczyła się wartko, zamek w Azuchi stał tylko trzy lata. W 1582 roku w wyniku rewolty jednego z generałów zginął Nobunaga, a jego zamek został kompletnie zniszczony, z dymem poszły arcydzieła architektury i malarstwa. Wandalizm, oczywiście, ale sam Nobunaga nie był wcale lepszy. W czasie swoich kampanii przeciwko uzbrojonym po zęby buddyjskim klasztorom puścił z dymem większość tysiącletnich świątyń na górze Hiei.


GŁÓWNA KWATERA

Zdobycie góry Hiei poszło stosunkowo łatwo, mnisi tamtejsi bowiem nie byli przygotowani na atak - dotychczas zabobonni samuraje bali się wkraczać zbrojnie na świętą górę, mimo że uzbrojeni mnisi nie wahali się napadać nawet na Kyoto. Inaczej wyglądała sprawa z zakonem Shinshu, który przez innych buddystów uważany był za heretycki i często atakowany, dlatego w 1532 roku zbudował sobie warowną główną kwaterę, zwaną Honganji, w doskonałym strategicznie miejscu tam, gdzie dziś znajduje się Osaka. W 1570 roku Nobunaga obległ Honganji i nie potrafił go zdobyć, dopiero po dziesięcioletnim niemal oblężeniu zawarto pokój, na mocy którego obrońcy opuścili twierdzę, otrzymując w zamian nową świątynię na rubieżach Kyoto. Opuszczone miejsce, które dowiodło swego doskonałego położenia, Toyotomi Hideyoshi przeznaczył na swoją główną kwaterę. W 1583 roku rozpoczęto tam budowę zamku Osaka, a trzy lata później stała już gotowa najpotężniejsza twierdza w całej Japonii. Określenie "zamek" nie bardzo tu pasuje, była to potężna cytadela, której zewnętrzne mury miały kilkanaście kilometrów obwodu, a w samym centrum stała wieża o wysokości ponad 60 metrów. Na dziedzińcu hommaru stał również złotem tapetowany pałac.


ODWIEDZINY CESARZA

Hideyoshi to niezwykła postać, geniusz wojenny porównywany niekiedy do Napoleona. Syn chłopa, zaczynał swoją karierę jako szeregowy piechur w armii Nobunagi, gdzie w krótkim czasie dosłużył się rangi generała. Po śmierci Nobunagi szybko zdławił rebelię i sam się stał panem sytuacji, z rąk cesarza przyjmując nominację na kampaku, czyli regenta. W ciągu kilku następnych lat dokończył rozpoczętego przez Nobunagę dzieła zjednoczenia Japonii, a swoją nową pozycję postanowił uświetnić rzeczą zupełnie niezwykłą: zaproszeniem cesarza do siebie do domu. Wizyty cesarza w domu osób nie należących do rodziny cesarskiej były rzeczą zupełnie wyjątkową, ostatnie takie wydarzenie miało miejsce ponad sto lat wcześniej. Cesarz odwiedził wówczas shoguna Ashikaga Yoshimitsu, który specjalnie na tę okazję zbudował słynny Złoty Pawilon. Hideyoshi również zbudował sobie specjalnie na ten cel nową rezydencję w Kyoto, nazwaną Jurakudai. Oficjalnie był to pałac, w rzeczywistości warowna twierdza, tyle że pełna zdobnych złotem budynków i wspaniałych ogrodów. W 1588 roku wszystko było gotowe i cesarz mógł odwiedzić w domu swego regenta.


Japoński zamek

PROSTY DOMEK

Hideyoshi miał w ogóle zwyczaj budowania sobie nowych rezydencji na każdą większą okazję tak, jak kobiety szyją sobie nowe suknie na co świetniejszy bal. Po zjednoczeniu Japonii postanowił on podbić Koręe, w wyniku czego nawiązana została bezpośrednia dyplomacja z Cesarstwem Chińskim. W 1596 roku miało przybyć do Japonii poselstwo cesarza Chin i na tę okazję Hideyoshi postanowił zbudować sobie kolejny, jeszcze bardziej olśniewający zamek. Stanął on na wzgórzu w pobliżu miasteczka Fushimi na południe od Kyoto. Budowa trwała dwa lata; do pracy przystąpili najświetniejsi rzemieślnicy w kraju i istotnie budynki zamku przewyższały wspaniałością wszystko, co dotychczas widziano. Zrządzeniem losu na trzy dni przed planowanym ceremonialnym przyjęciem posłów w tym właśnie rejonie kraju miało miejsce potężne trzęsienie ziemi i zamek Fushimi stanął w gruzach. Na zamku zginęło wówczas kilkaset osób, ale sam Hideyoshi ocalał, mieszkał bowiem, jak to często miał w zwyczaju, w prostym domku krytym strzechą. Audiencja posłów przełożona została o trzy miesiące, w którym to czasie zamek przywrócono do dawnej świetności. Był to jednak ostatni zamek wielkiego dyktatora - dwa lata później on sam zmarł bez trzęsienia ziemi.


FAKTYCZNA STOLICA

Na wschodzie Japonii, w rejonie Kanto, ogromne włości miała rodzina Hojo, która najdłużej opierała się władzy nowego dyktatora. W 1590 roku Hideyoshi poprowadził przeciwko nim zwycięską kampanię, a skonfiskowane w jej wyniku ziemie otrzymał jego (i wcześniej Nobunagi) wierny sojusznik: Tokugawa Ieyasu. W swych nowych posiadłościach Ieyasu zbudował zamek Edo w miejscu przypominającym położenie zamku Osaka i niewiele mu ustępujący rozmiarami. Kiedy Hideyoshi zmarł, w kraju nastąpiło chwilowe zamieszanie i kolejna wojna; z wojny tej zwycięsko wyszedł Ieyasu, otrzymał od cesarza tytuł shoguna, a zamek Edo stał się faktyczną stolicą kraju. Ieyasu nie był tak rozrzutny jak Hideyoshi, nie budował sobie nowych rezydencji co kilka lat. Po otrzymaniu tytułu shoguna zbudował sobie tylko zamek Nijo w Kyoto, przeznaczony do własnego użytku w czasie ewentualnych pobytów w cesarskiej stolicy. Jest to raczej nietypowy zamek, na planie czworoboku zajmującego jeden kwartał uliczny, zabudową wewnątrz przypominający pałac i spełniający funkcję podobną do Jurakudai. W 1626 roku shogun Iemitsu podejmował w nim cesarza Gomizunoo, a wcześniej, w 1620 roku jego siostra z wielką pompą wyjeżdżała na swój ślub z tymże cesarzem. Shogun Tokugawa Iemitsu, wnuk Ieyasu, uznał że nie przystoi, by jego główny zamek był tylko drugim co do wielkości w kraju. Już jego ojciec, shogun Tokugawa Hidetada, rozebrał wieżę wzniesioną przez Ieyasu i zbudował nową; Iemitsu i tę wieżę rozebrał i postawił na jej miejscy jeszcze wyższą, mierzącą prawie sześćdziesiąt metrów wysokości od poziomu dziedzińca hommaru. W latach 1636-38 Iemitsu rozbudował także zamek wszerz, otaczając go nowym pierścieniem murów; fosa wokół tych murów miała prawie 16 kilometrów długości. A żeby być pewnym, że nikt go nie pobije, wydał edykt zakazujący budowy nowych zamków.


STRAŻNIK NIEBA

Japońskie twierdze były zupełnie niepodobne do europejskich średniowiecznych zamków. Budowane w odpowiedzi na wprowadzenie arkebuzów, posiadały one charakterystyczne cechy twierdz przystosowanych do broni palnej: obwarowania na planie wieloboku ze szpiczastymi bastionami osłaniającymi proste lico muru. Owe "mury" nie były tak naprawdę murami, lecz wałami ziemnymi oblicowanymi jedynie kamieniem układanym bez zaprawy. Kamień był w dodatku w wielu wypadkach tylko pobieżnie ociosany, jedynie w szczególnie ważnych punktach, na przykład na narożach bastionów i wokół bram, stosowana była staranna kamieniarka. Aby uniknąć wypadania kamieni, układano je zawsze szerszą stroną do wewnątrz, co nadawało murowi charakterystyczną krzywiznę. Wały otoczone były fosami, ale do bram prowadziły nie dobrze nam znane zwodzone mosty, lecz groble. Z reguły było kilka pierścieni wałów okalających kolejne dziedzińce; centralny dziedziniec zwany był hommaru, drugi ninomaru, trzeci sannomaru. Wyróżniano trzy typy zamków: yamajiro, czyli zamek na wzgórzu, hirajiro, czyli zamek na równinie, oraz hirayamajiro, czyli typ mieszany. Pośrodku centralnego dziedzińca, a jeśli zamek był na wzgórzu to na szczycie wzgórza, stała zawsze wielopiętrowa wieża. Ta wieża jest najbardziej charakterystycznym elementem japońskiego zamku; zwana jest ona tenshu, czyli "strażnik nieba". Jest to stojąca na wysokim kamiennym podmurowaniu drewniana konstrukcja o kilku zwężających się piętrach kryta fantazyjnymi dachami niczym pagoda. Swoim położeniem przypomina europejską wieżę ostatniej obrony, jednakże w Japonii z reguły takiej funkcji nie pełniła; jeśli oblegający wdarli się już na ostatni dziedziniec, dla pozostałych przy życiu obrońców był to znak, że czas rozcinać sobie brzuszki. Tak właśnie zginął Toyotomi Hideyori, kiedy w 1615 roku zdobyto zamek Osaka. Inny samuraj, Shibata Katsuie, na dolnym piętrze swej wieży trzymał stosy słomy specjalnie po to, by je podpalić w takiej ostatecznej sytuacji; to właśnie się stało w 1583 roku i wypruwał sobie układ trawienny we wspaniałej płomiennej scenerii. Funkcja wieży zamkowej w Japonii była raczej symboliczna, miała ona być widocznym z daleka symbolem władzy. Punktem obserwacyjnym była oczywiście również, ale walory estetyczne były wyraźnie obecne przy jej konstrukcji. Dla przykładu - zwężające się piętra mogły być kryte prostymi czterospadowymi dachami i w niektórych przypadkach tak właśnie było, najczęściej jednak ze wszystkich stron budowano ozdobne szczyty, niekiedy wysokie na dwa piętra i przecinające dachy wyższego poziomu. W dolnej części wieży znajdował się zwykle magazyn lub arsenał, wyższe urządzone były jak pomieszczenia mieszkalne, jednakże mieszkanie w wieży nie było wcale wygodne; w centralnym obrębie murów znajdowały się z reguły inne, lepiej temu celowi służące budynki. W ważniejszych zamkach stały również budynki należące raczej do architektury pałacowej, jak sale audiencji, a także pawilony herbaciane i skalne ogrody. Wszystkie natomiast zamki miały oprócz głównej wieży także cały szereg mniejszych wież i baszt budowanych w newralgicznych punktach, np. na bastionach i nad bramami. W dużych twierdzach takich wież była ogromna ilość; w zamku Osaka było 48 dużych wież i 76 mniejszych baszt. Ponadto mury nie posiadały krenelaży, lecz nadbudowę, niekiedy krytą dachem, z niewielkimi otworami strzelniczymi. Wszystkie budynki na zamkach budowane były z drewna i jedynie otynkowane.


Mury zamku w Tokyo 

ŚLADY DOBUDÓWEK

Wielka reprezentacyjna budowla Iemitsu w Edo nie przetrwała nawet dwudziestu lat: poszła z dymem w wielkim pożarze miasta w 1657 roku. Późniejsi shogunowie odbudowali pałace, ale już nie wieżę, te pałace też się zresztą wszystkie później spaliły. W 1750 roku piorun trafił w wieżę zamku Nijo w Kyoto i też ją spalił. Drewniane konstrukcje japońskich zamków łatwo ulegały zniszczeniu, niewiele z nich dotrwało do dziś w swej pierwotnej postaci. W wielu miastach widać dziś wprawdzie dumne zamkowe wieże, jednakże większość z nich to betonowe rekonstrukcje zbudowane po ostatniej wojnie. Tylko dwanaście zamków posiada dziś oryginalne wieże pochodzące z czasów feudalnych, a tylko sześć ze złotego okresu. Do niedawna za najstarszą uważano wieżę zamku Inuyama w pobliżu Nagoya, wedle jakichś przekazów bowiem dwa niższe piętra miały być przeniesione z jakiegoś zamku zbudowanego w latach trzydziestych szesnastego wieku, a tylko dwa górne dobudowane w 1599 roku; ostatnio przeprowadzone prace konserwatorskie nie znalazły śladów takich przenosin i dobudówek, wobec czego dziś przyjmuje się tę późniejszą (i tak wczesną) datę za czas powstania całości. Obecnie za najstarszą uważa się wieżę zamku Maruoka w prefekturze Fukui. Zamek ów zbudował na polecenie Nobunagi jeden z jego wasali w 1575 roku; w 1948 wieża się zawaliła po trzęsieniu ziemi, ale odbudowano ją dokładnie z tego samego materiału. Natomiast zamek Hikone nad jeziorem Biwa powstał w 1606 roku, ale wieża na pewno została przeniesiona z innego zamku, zbudowanego jeszcze w 1575 roku. Najlepiej zachowany w całości jest zamek Himeji, słynna "Biała Czapla". Zamek ten zbudował najpierw Hideyoshi w 1581 roku, kiedy był jeszcze wasalem Nobunagi, później przekazał zamek swojemu szwagrowi, który dalej go rozbudował, a w 1601 roku zamek otrzymał zięć świeżo mianowanego shoguna Ikeda Terumasa, który znów go rozbudował, między innymi rozbierając wcześniejszą wieżę i stawiając nową. Od 1609 roku, kiedy ostatnia rozbudowa została ukończona, zamek stoi praktycznie nietknięty. Jest to nie tylko najlepiej zachowany z japońskich zamków, ale też jeden z najlepiej ufortyfikowanych. Dla przykładu: wieża składa się z czterech skrzydeł ustawionych w czworobok, przy czym wejście jest z wewnętrznego dziedzińca, gdzie - gdyby wróg się tam dostał - rażony byłby ogniem z czterech stron. Oprócz walorów militarnych zamek Himeji słynie z pięknej harmonijnej architektury. Himeji jest typowym przykładem hirayamajiro, czyli zamku położonego częściowo na wzgórzu, częściowo na równinie. Najlepiej zachowanym zamkiem typu hirajiro, czyli równinnego, jesz zamek Matsumoto w prefekturze Nagano, w malowniczym miejscu w samym sercu Alp Japońskich. Okolica jest górzysta, ale zamek położony jest na płaskim dnie szerokiej doliny. Zbudowany w 1597 roku, posiada doskonale zachowaną wieżę; pomalowana na czarno, prezentuje się imponująco na tle ośnieżonych szczytów górskich.


DZIEŃ OGLĄDANIA

Niewiele natomiast zostało z tych wielkich zamków, które budowali Hideyoshi i Ieyasu. Zamek Osaka został zdobyty i zniszczony w 1615 roku, shogun Tokugawa Iemitsu odbudował go w nowym stylu w 1626 roku, ale wieża później spłonęła trafiona piorunem, a pałac hommaru też nie przetrwał epoki Meiji. W 1935 roku odbudowano wieżę z żelbetonu, która na najwyższym piętrze ma nie punkt obserwacyjny, lecz maszynerię poruszającą windę. Pałac Jurakudai Hideyoshi wpierw przekazał swemu adoptowanemu synowi Hidetsugu, a następnie - kiedy urodził mu się prawdziwy syn - oskarżył Hidetsugu o zdradę, kazał mu popełnić harakiri, a rezydencję rozebrał. W zamku Edo wieża również spłonęła trafiona piorunem, a inne budynki, jeśli nawet przetrwały epokę Meiji i przeprowadzkę cesarza do tego właśnie zamku, spalone zostały w czasie nalotów ostatniej wojny. Najwięcej oryginalnych budynków zachowało się z zamku Fushimi, a to dlatego, że po 1615 roku zamek powoli rozbierano, przenosząc zabudowania w inne miejsca. Najczęściej budynki przekazywano w darze buddyjskim klasztorom. W Nishi Honganji, głównej świątyni tego samego zakonu, który kiedyś był siłą usunięty z Osaka, stoją do dziś Brama Cesarskiego Posłańca oraz Sala Audiencji. Są to wspaniałe dzieła architektury; Brama Cesarskiego Posłańca zwana jest potocznie Higurashi no Mon, czyli "Bramą na dzień oglądania", cała jest bowiem pokryta delikatną i częściowo złoconą snycerką; ściany Sali Audiencji pokrywają malowidła największych ówczesnych mistrzów pędzla, niektóre na złotym tle. Inne budynki i bramy otrzymały klasztory Nanzen ji, Kodai ji i Sambo in. Część budynków pałacowych z Fushimi shogun Iemitsu przeniósł do swego zamku Nijo, który właśnie rozbudowywał na jedną z uroczystych okazji; stoją tam one do dziś tworząc część pałacu Ninomaru. W ogóle zamek Nijo zachował się z nich wszystkich najlepiej, choć przeniesiona tu z Fushimi wieża też spłonęła trafiona piorunem.


PÓŁGODZINNA KANONADA

W 1635 roku shogun Iemitsu wydał edykt zakazujący budowy i nawet naprawy zamków bez specjalnego zezwolenia; skończył się złoty okres. Przez następne dwa i pół wieku w Japonii trwał pokój, a niemal całkowicie odcięty od świata kraj miał tylko mgliste pojęcie o tym, co się poza jego granicami działo. Sztuka wojenna i związana z nią technologia zamarły na takim poziomie, na jakim były na początku XVII wieku; w posiadaniu były (bo rzadko w użyciu) arkebuzy i działa produkowane na wzór tych, które przywieźli Portugalczycy w XVI jeszcze wieku. Z punktu widzenia Europy, która w tym właśnie okresie przeżywała dynamiczny rozwój, taki konserwatyzm wydaje się niewiarygodny. A i sami Japończycy przekonali się, że coś tu jest nie tak, kiedy pod koniec XIX wieku u ich wybrzeży pojawiły się już nie galeony, ale zupełnie inne statki z zupełnie inną artylerią, które spokojnie kołysząc się na zatoce potrafiły po półgodzinnej kanonadzie unieruchomić wszystkie działa dumnie wznoszącego się nad brzegiem zamku. Przekonali się, że coś tu jest nie tak i - jak to Japończycy - znów zabrali się do ostrej nauki.



Więcej na temat sztuk Japonii w mojej książce "CZARKA GORZKIEJ HERBATY"