Monday, February 5, 2018

Pochowaj me serce w Wounded Knee

Chmury nad Wounded Knee
Widzisz te chmury? Szybko zrób zdjęcie”, mówi do mnie Indianka Bernadette Pustyróg.
Rzeczywiście, chmury przybrały niezwykły kolor. Zdjęcie takich chmur nad cmentarzem w Zranionym Kolanie to gratka. Chwytam za aparat i biegnę tak to ująć, by chmury wisiały nad cmentarzem. Jest to efekt zachodzącego słońca, moment i wszystko się rozwiewa.
Chmury zbierają się nad Zranionym Kolanem. Chmury prawdziwe i chmury symboliczne. A Bernadette Pustyróg jest tu po to, by te chmury odgonić. A ja po co tu jestem? Na pewno nie po to, by spotkać Indiankę Bernadette, ale spotkałem ją i dlatego wiem po co ona tu jest . A dlaczego tu przyjechałem?
No cóż, nie mogłem tu nie przyjechać. To miejsce wabi nie tylko chmury. Może niekoniecznie ma być tu pochowane moje serce, ale musiałem tu przyjechać. Choć pewnie dlatego tu przyjechałem, że ktoś napisał tę książkę: „Bury my heart at Wounded Knee”. Gdyby nie ta książka, to miejsce byłoby pewnie zapomniane. Książka wyszła w 1970 roku, a trzy lata później Ruch Indian Amerykańskich (AIM) postanowił w tym właśnie miejscu ogłosić powstanie niepodległej republiki Indian. Owa republika natychmiast otoczona została przez siły zbrojne Stanów Zjednoczonych, a następnie przez dwa miesiące istniało coś, co media zazwyczaj nazywały ”oblężeniem”. Dziwne to było oblężenie. Pikiety sił zbrojnych teoretycznie nie przepuszczały nikogo, ale niekiedy przepuszczały ciężarówki z żywnością. Do wsi można też było przejść przez pola i młodzi gniewni Indianie z całej Ameryki emigrowali do nowej republiki. Wieś jest na terenie rezerwatu Pine Ridge należącego do Lakotów, ale wśród przywódców Ruchu Indian Amerykańskich byli też Odżibweje, a wśród oblężonych przybysze z kraju Nawajów, z Irokezji, a nawet z ludu Mikmak mieszkającego na wschodnim wybrzeży Kanady. Teoretycznie były okopy i nawet wymiana ognia, ale nie było żadnej próby zajęcia wsi siłą, żadnego szturmu i chyba tak naprawdę nikt nie chciał nikogo zabić. Owszem, były dwie ofiary śmiertelne wśród „oblężonych”, ale to raczej w wyniku zbłąkanej kuli, w dodatku śmiertelnie rannych natychmiast przewieziono do szpitala i pikiety sił zbrojnych nie oponowały. A kiedy wreszcie podpisano porozumienie w wyniku którego przywódcy republiki mieli być aresztowani, okazało się, że ich we wsi nie ma, bo uciekli przez krzaki.
Ale za to obecne były media, prasa, telewizja. Powstanie Indian w drugiej połowie dwudziestego wieku, to dopiero gratka! Niektórzy dziennikarze przedostali się nawet do oblężonej wsi. Czas antenowy i łamy prasy pełne były Zranionego Kolana. Nie tylko w Ameryce, ale na całym świecie, czytałem o tym nawet w prasie w komunistycznej Polsce. Dzielni wojownicy ciągle się trzymają! Ha!
Cmentarz w Wounded Knee
Ale to było „Drugie Zranione Kolano”. Pierwsze, w 1890 roku, wyglądało zupełnie inaczej. Tutaj miała miejsce ostatnia „bitwa” indiańskich wojen XIX wieku. Bitwa? Nazwa tak samo myląca, jak owo „oblężenie” z 1973 roku. Grupa kilkuset Indian, w tym kobiet i dzieci, tańczyła nowy „taniec ducha”, który miał sprawić, że biali ludzie w cudowny sposób znikną z Ameryki. Dowódcy stacjonującej w pobliżu armii uznali, że jest to powstanie, otoczyli tańczących i kazali im złożyć broń. To, że Indianie mieli broń, nie powinno nikogo dziwić, do dziś w Ameryce posiadanie broni jest rzeczą normalną. Wódz Wielka Stopa zgodził się na złożenie broni, ale podobno nie wszyscy wojownicy byli tego samego zdania, padły jakieś strzały, a skoro padły strzały, to dowódcy uznali, że to jest bitwa i też zaczęli strzelać. Tyle że w tym przypadku układ sił był dokładnie odwrotny niż w przypadku o kilka lat wcześniejszej bitwy nad Little Bighorn, gdzie zginęło kilkuset żołnierzy i dwudziestu paru Indian. W Zranionym Kolanie zginęło dwudziestu paru żołnierzy, a ofiary wśród Indian szacuje się pomiędzy 150 a 300. Była wtedy zima, ziemia zmarznięta, trudno było kopać groby, więc wykopano tylko jeden wielki rów i tam wrzucono wszystkie ciała.
Nie mogłem tu nie przyjechać. Ale najwyraźniej nie tylko mnie wabi to miejsce. Ten cmentarz, gdzie w jednym rowie zakopano ciała kilkuset Indian jest chyba atrakcją turystyczną. Jest tu duży parking, obok parkingu stragany, na których Indianki sprzedają bibeloty. Przyjechałem na parking, zaparkowałem, a straganiarka kiwała na mnie, że mam do niej podejść. Zapytałem, czy jej zdaniem zwiedzanie cmentarza powinienem zacząć od jej straganu. Nie bardzo wiedziała co odpowiedzieć, ale przynajmniej wskazała mi cmentarz na pagórku.
Jak złudne są pierwsze kontakty. Ci, co chcą przyjezdnego koniecznie pierwsi spotkać, wcale niekoniecznie dobrze reprezentują mieszkańców tego miejsca.
Poszedłem na pagórek. Pośrodku cmentarza jest duży podłużny grób otoczony płotem z siatki. Do płotu przywiązanych jest mnóstwo kolorowych wstążek. Takie wstążki Indianie przywiązują, kiedy się modlą. Wokół tego wielkiego grobu jest wiele indywidualnych grobów, w tym jeden bardziej okazały. Tam leży Buddy Lamonte, który zginął w 1973 roku podczas owego „oblężenia”. Przy wejściu na cmentarz widzę wielki transparent z napisem: NIE CHCEMY WIĘCEJ KALANIA NASZEJ ŚWIĘTEJ ZIEMI. Najwyraźniej znów jakiś protest, ale nie wiem o co chodzi.
Za cmentarzem stoi coś, co wygląda na kościół, ma nawet krzyż n sygnaturce. Przed kościołem zgromadzona grupa ludzi, podchodzę do nich. Jeden z nich przedstawia mi się jako przewodniczący rady wsi i bez pytania o cokolwiek zaczyna mi wszystko wyjaśniać.
Świetlica w Wounded Knee
To jest nasza świetlica. Kiedyś tu był kościół katolicki, ale księża przekazali go władzom rezerwatu, a te przekazały go nam. Teraz jest tu wiejska świetlica prowadzona bez żadnego dofinansowania. O, tu mamy kuchnię, wspólnie gotujemy posiłki dla starszych ludzi, moja matka tu przychodzi. A może ty byś nas mógł wspomóc finansowo. O, choćby kupując taką koszulkę upamiętniającą bitwę nad Little Bighorn?”
Pytam o to, gdzie był protest z 1973 roku, i tu się zaczyna. Oni, zebrani tu przed kościołem, są mieszkańcami tej wsi. Wtedy nie byli ani po jednej, ani po drugiej stronie, a najwięcej ucierpieli. „Ale więcej ci powie Bernadette Pustyróg, zaraz ci ją przedstawię. Ona pamięta tamte czasy.”
Indianki Bernadette nie trzeba namawiać. Opowiada, że wtedy miała naście lat, musiała z matką uciekać z domu, bo nie było co jeść, A jak po skończonym oblężeniu wrócili, to dom był zdemolowany. To działacze AIM zdemolowali jej dom, jak mówi. A teraz jacyś ludzie spoza rezerwatu, z miast, chcą tu organizować jakiś protest podobny do niedawnego protestu w Standing Rock w Północnej Dakocie. Tylko że tam był budowany rurociąg, a tu nie ma żadnego rurociągu, tu są tylko groby przodków. „To jest miejsce sławne tylko dlatego, że zostali tu pochowani nasi przodkowie. Widzisz tamte namioty przy budynku muzeum? Ci ludzie chcą tu zrobić 'obóz jedności'. Mówią, że są z AIM, ale my ich tu nie chcemy. Oni nie są stąd. Nie chcemy, żeby znowu ktoś wykorzystywał nazwę Zranionego Kolana i robił na tym jakiś interes. Tu spoczywają nasi zamordowani przodkowie i trzeba ich zostawić w spokoju.”
Nie wiedziałem, że tu jest jakieś muzeum. Owszem, widziałem kolorowy budyneczek, ale wokół niego było pusto, nie przypuszczałem, że jest tam coś godnego uwagi. (Tak naprawdę, czego dowiedziałem się później, nie ma tam nic godnego uwagi, tylko na ścianach kilka kiepskich zdjęć z 1973 roku)
Rozmowa wśród zgromadzonych na werandzie przed świetlicą-kościołem toczy się w dwóch językach. Starsze kobiety mówią w języku mi nieznanym, acz domyślam się oczywiście, że to Lakota. Młodsi mówią tylko po angielsku, ale chyba rozumieją co jest mówione po indiańsku. Młodsi mówią o tych starszych kobietach grandmothers, co po polsku dosłownie znaczy „babcia”, ale w tym przypadku w żadnym razie nie da się tak przetłumaczyć. Grandmother, w każdym razie w ustach Indianina, to tytuł pełen powagi. To co mówi grandmother należy wykonać. To nie jest demokracja, nikt nie wybiera grandmother, nie pełnią one żadnych oficjalnych funkcji, tym niemniej jeśli grandmothers coś dobitnie mówią, Indianie ich słuchają. Protest w Standing Rock w zeszłym roku zaczął się od tego, że pewna grandmother nie chciała pozwolić, by jakiś rurociąg przechodził przez miejsce pochówku jej przodków. Tutaj jest dokładnie odwrotnie, tutejsze grandmothers nie chcą dopuścić do tego, by jakiś kolejny protest zakłócał spokój ich pochowanym tu przodkom.
W pewnym momencie słyszę ciekawe zdanie wypowiedziane przez starszą Indiankę” „W dawnych czasach kobiety nie były wodzami, ale to kobiety wychowywały wodzów, by byli odpowiedzialnymi ludźmi.”
Osiedle Wounded Knee
Słyszę też, że temat rozmowy schodzi na to, jak zorganizować najbliższy posiłek. Sugeruję, że mogę pojechać do supermarketu w Pine Ridge, odległego o kilka mil, i coś im kupić. Grandomthers bez wahania przystają. Phyllis Pustyróg (która jest, co wywnioskowałem z rozmowy, głównym prowodyrem protestu) jedzie ze mną w aucie, jej córka ze swym chłopkiem w dugim aucie za nami. Indianki wybierają jakieś burgery, kupujemy, wracamy.
W drodze powrotnej moim pasażerem jest Nathan, chłopak córki Phyllis. Mówi mi, że jeszcze nigdy nie spotkał nikogo z Anglii (nie mówiąc o Polsce, o której ledwie wie, że istnieje). Pyta mnie, czy znam taniec słońca, bo on od kilku lat jest tancerzem. W tym roku w tańcu wlókł po ziemi czaszki bawołów przyszyte długimi rzemieniami do skóry na plecach. Ofiarował to za wszystkich, którzy mają trudności w życiu. To jest właśnie taniec słońca: tancerze poddają się torturom, ale cierpienie ofiarują z innych. Nathan mnie namawia, żebym przyjechał na taniec słońca w przyszłym roku, żebym się za niego modlił, żeby on miał siły przez to przejść. Bo to nie jest takie łatwe. To jest cztery dni tańca bez jedzenia i picia. Brak jedzenia to jest nic, picie cały czas jest w głowie. Dlatego trzeba wsparcia innych, którzy jedzą i piją w imieniu tancerza. Pierwszy dzień jest fizyczny, drugi dzień jest psychiczny, trzeci dzień jest emocjonalny, czwarty dzień jest duchowy, ale po czterech dniach człowiek nie chce przestać. Czwarty dzień to jest dzień „przeszywania”, to znaczy nacinania skóry na piersi lub plecach i przewlekania pod nią rzemieni. Niektórzy z tancerzy przyszywają się tymi rzemieniami do centralnego słupa, od którego się w tańcu oddzierają. Inni – jak Nathan – mają do pleców przyszyte czaszki bawołów, które s wleczone po ziemi, aż się też w końcu oderwą.
Później, siedząc na werandzie przed cmentarzem, widzimy dwoje turystów, którzy przyjechali zobaczyć sławny cmentarz. Podchodzą do nas i rozmowa znów schodzi na taniec słońca. Oni nie mogą zrozumieć – jak to, czaszki bawołów przyszyte do skóry? Wtedy Nathan wstaje i zdejmując koszulkę pokazuje plecy poorane bliznami.
Nathan jest z innej miejscowości, ale mieszka w Zranionym Kolanie u teściowej razem ze swoją dziewczyną i jej pięciorgiem dzieci z poprzedniego związku. W rezerwacie jest budownictwo komunalne dla mieszkańców, ale za mało, w domach panuje przeludnienie. Tam gdzie mieszka Nathan są cztery sypialnie, ale śpi tam dziesięć osób. On i jego dziewczyna mają dostać własne mieszkanie, ale to się odwleka, od dłuższego czasu jest „już za dwa tygodnie”. On sam jest pół-Nawajem, część życia spędził u ojca w rezerwacie Nawajów, zna obie tradycje, ale ostatecznie wybrał tradycję matki, dlatego bierze udział w tańcu słońca. A w obecnym proteście bierze udział, bo ma zaufanie do swojej teściowej. Phyllis Pustyróg jest szanowana we wsi, jest taką grandmother, której opinie bierze się pod uwagę. Dzisiejszy spór o protesty przypomina czasy Czerwonej Chmury i Szalonego Konia. Szalony Koń szukał własnej chwały, toczył wojnę, w której mógł wygrać bitwę i osiągnąć wiekopomna sławę, ale nie mógł wygrać wojny, bowiem jedynym dostawcą broni i amunicji byli jego wrogowie. Dla Czerwonej Chmury ważniejsze było dobro szczepu i dlatego się do tej wojny nie przyłączył.
Tymczsem u stóp wzgórza zbiera się jeszcze jeden obóz, trzeci. „To jeźdźcy”, mówi grandmother Beradette. „Jutro będą jechać w proteście do Białej Gliny. W Białej Glinie jest też obóz protestujący, ale oni tam protestują przeciwko pijaństwu. To ciekawe miejsce, tam powinieneś pojechać.”

No cóż, skoro grandmother tak mówi, to trzeba będzie wykonać. Że nie jestem Indianinem? No niby nie, ale zawsze chciałem nim być. Powiedzmy sobie szczerze – kto z nas nie chciał być kiedyś Indianinem?

Pine Ridge supermarket


Jeśli kto woli czytać z papieru, to zarówno niniejsze opowiadanie, jak i wiele innych na temat amerykańskich Indian,

 znajduje się w papierowej książce:




Monday, January 29, 2018

Zwycięstwo miejskich Indian

Frank LaMere na schodach kapitolu w Lincoln
To będzie pierwsze zwycięstwo Lakotów od czasu bitwy nad Little Bighorn! Przez prawie sto pięćdziesiąt lat Lakotom nie pozwolono zwyciężyć”, mówił Frank LaMere stojąc na schodach kapitolu w Lincoln.
Jeżeli zwyciężymy, to nie będzie czas na to, żeby sobie gratulować, bo tak naprawdę osiągnęliśmy coś oczywistego, czyli właściwie nic. To dopiero początek drogi. Będzie czas na modlitwę dziękczynną, ale też czas na prośbę o przebaczenie, choćby za to, że dotychczas zrobiliśmy tak mało.”
Dziękuję wam wszystkim, że tu jesteście. To nie jest przypadek, że tu jesteście. Nie wierzę w przypadki. Jesteśmy tu wszyscy po to, by się wzajemnie od siebie czegoś nauczyć.”
Frank LaMere stał na schodach kapitolu w Lincoln, gdzie przed chwilą odbyło się posiedzenie Sądu Najwyższego stanu Nebraska dotyczące małej miejscowości, liczącej zaledwie dwunastu mieszkańców, na dalekim północnym zachodzie stanu, przy granicy rezerwatu Sjuków Pine Ridge. Mieszkańcy tej miejscowości, zwanej Biała Glina (Makasan w języku Sjuksów) żyli dotychczas z tego, że że na terenie rezerwatu alkohol jest traktowany jak nielegalny narkotyk, zakazane jest jego posiadanie i spożywanie, natomiast na terenie stanu Nebraska można sprzedawać piwo w dowolnej ilości. W Białej Glinie, której ludność liczyła dwanaście osób, były cztery sklepy sprzedające piwo, hektolitry piwa. Jeśli więc ktoś chciał popatrzeć sobie na zapijaczonych Indian i poodczuwać trochę rasowej wyższości, mógł się wybrać do Białej Gliny, a widok miałby zapewniony. Powiadają nawet, że jeżeli ktoś chciał skorzystać z usług spragnionej dziewczyny, która tych usług dostarczała na tyłach sklepu za kilka piw, to też tam. Podobno zdarzały się i morderstwa pod wpływem odurzenia. Można by pomyśleć, że rozwiązaniem mogłaby być legalizacja alkoholu w rezerwacie, tylko że ten zakaz wcale nie był narzucony. W rezerwacie panuje demokracja i sugestie legalizacji alkoholu odrzucane były w referendach przez trzeźwą większość mieszkańców. Zatem władze rezerwatu wytoczyły proces właścicielom sklepów, proces wygrały i wiosną 2017 roku sklepom cofnięto licencję na sprzedaż alkoholu. Jedyna ulica we wsi opustoszała, tylko czasem przejeżdżała przez nią kawalkada jeźdźców w proteście (to znaczy ja widziałem jeden taki protest konny). Właściciele sklepów odwołali się od wyroku i właśnie przed chwilą odbyło się posiedzenie sądu w tej sprawie. Zbiegiem okoliczności ja się też znalazłem i na sali sądowej, i na schodach kapitolu chwilę później. (Jak słusznie mówi Frank LaMere, nie znalazłem się tam przypadkiem, tylko po to, żeby się czegoś nauczyć. A może i moi czytelnicy też się czegoś przy okazji dowiedzą).
Kapitol w Lincoln
Ciekawe jest otoczenie tego, jak się wyraził Frank, „pierwszego zwycięstwa Lakotów od czasu bitwy nad Little Bighorm”. Żadne prerie ani Góry Skaliste, tylko środek miasta Lincoln, stolicy Nebraski. Kiedyś może tu i były prerie, ale dziś stoi kapitol stanowy. Nawet zgrabny budynek w stylu art-deco, jedyny wieżowiec w mieście, zwieńczony (jak na kapitol przystało) złotą kopułą. Frank LaMere nie należy wprawdzie do szczepu Lakota tylko Winnebago (niegdyś wrogiego Lakotom), ale jest obecnie wysoko postawionym działaczem Partii Demokratycznej w stanie Nebraska, a w latach siedemdziesiątych był działaczem Ruchu Indian Amerykańskich. Ubrany w garnitur (jak przystało na parlamentarzystę) przemawiał na schodach kapitolu, ponieważ tego od niego oczekiwała prasa. Wokół niego stała skupiona młodzież indiańska ze sloganami wypisanymi na tablicach. „Skończyć z ciekłym ludobójstwem!” „Nebraska nie potrzebuje zarabiać na nędzy Indian!” Prasa robi zdjęcia. Gdzieś na tych zdjęciach jestem też ja (sprawdziłem, jestem na zdjęciu ilustrującym reportaż z tego wydarzenia z dnia 30 sierpnia 2017, w portalu Omaha World-Herald, tyłem do obiektywu, z długimi włosami, w wojskowej panterce).
Przyjechałem tu, ponieważ dowiedziałem się o tym planowanym posiedzeniu sądu kilka dni wcześniej, w obozie protestujących w Białej Glinie, gdzie trafiłem po trosze przypadkiem (przypadkiem? Frank miałby inne zdanie). Przyjechałem i od razu trafiłem w środowisko miejskich Indian. Radzono mi pojechać prosto do Indian Center w Lincoln, tam ma być i posiłek, i noclegi przygotowane dla tych protestujących z Białej Gliny, którzy przyjadą na rozprawę do Lincoln. Zajechałem tam wieczorem, na parking pod drzewami przed budynkiem o ładnej architekturze, wszedłem do budynku i tam w dużym hallu zastałem Byrona ze swym nieodłącznym psem Nickiem. Był to ten sam Byron, którego kilka dni wcześniej spotkałem w Białej Glinie. Rozmawiał właśnie z Indianinem z tutejszego szczepu Omaha, Byron mi go przedstawił jako szamana, który właśnie przed chwilą prowadził modlitwę dla przyjezdnych z daleka. Szaman opowiadał Byronowi o swoich metodach leczenia, bardzo różnych od medycyny zachodniej. Opowiadał, jak u jakiejś jego krewnej zdiagnozowano schizofrenię, bo słyszała jakieś głosy. „Ale my to inaczej widzimy”, mówił. „Ona słyszała głosy duchów zmarłych, które zostały na ziemi, bo nie dano im spocząć. A ja tym duchom w czasie ceremonii powiedziałem: zostawcie ją w spokoju, chodźcie za mną. A potem przekazałem je wysłannikom Stwórcy, którzy zabrali je na Drogę Mleczną.”
Indianka Michelle
W hallu kręciła się również Michelle, korpulentna Indianka w czerwonej koszulce, którą też wcześniej spotkałem w Białej Glinie. Widząc mnie powiedziała, że mogę rozbić namiot na trawniku za budynkiem, potem wyszła i po chwili wróciła z dwiema innymi Indiankami, które mnie zaprowadziły wokół budynku i pokazały miejsce. Na trawniku rozstawione było też duże tipi. „Jeśli chcecie możecie spać z nami w tipi”, powiedziała jedna z Indianek, na co ja chętnie przystałem.
W tipi spały Felicja oraz Lucinda ze swoją mała córeczką. Dziewczyny miały w tipi wielki kocioł zupy nagotowanej dla przyjezdnych, bo miało być tu więcej protestujących z Białej Gliny, ale oni dostali dofinansowanie na tę podróż od władz rezerwatu w Pine Ridge, dofinansowanie obejmowało hotele i oni woleli spać w hotelach. Zatem w tipi oprócz mnie spał jeszcze tylko jeden gość, który przyjechał z Minneapolis i nie miał dofinansowania na hotel. Okazało się, że podobnie jak Felicja i Lucinda był on kombatantem z protestu w Standing Rock ubiegłej zimy. W Standing Rock pewna grandmother nie chciała pozwolić, by rurociąg transportujący ropę ze złóż łupkowych był poprowadzony przez miejsce pochówku jej przodków, na jej wezwanie zjechała się indiańska młodzież z całej Ameryki i rozbiła się obozem na drodze proponowanego rurociągu. Były starcia z policją, która chciała protestujących usunąć. Gość z Minneapolis miał filmiki tych starć, pokazywał je na swoim laptopie. Pół nocy w tipi to było oglądanie najnowszych filmów.
Następnej nocy Lucinda opowiadała mi o tym, jak ona i Felicja zaangażowały się w ten protest. Po posiedzeniu sądu wszyscy się rozjechali, Felicja poszła spać do domu, a w tipi zostałem tylko ja i Lucinda z córeczką. Gadaliśmy długo w noc i Lucinda mi opowiadała, jak Michelle, ta korpulentna Indianka, którą spotkałem w Białej Glinie, zapytała ją i Felicję, czy by z nią nie pojechały dostarczyć prowiant dla protestujących. Pojechały autem zapakowanym po uszy, z wielkimi zgrzewkami wody na kolanach, jechały całą noc przez kilka godzin, ale to nic, kiedy dotarły do obozu poczuły niesamowitą energię. To był obóz Strażników Wody, ten obóz w Standing Rock został zlikwidowany, ale powstały inne w innych miejscach, na przykład w Białej Glinie. Ktoś chciał stworzyć taki obóz w Zranionym Kolanie, ale tam były jakieś problemy. Tu na trawniku za Centrum Indian w Lincoln też miał był taki obóz przez kilka dni. Lucinda i Felicja to takie miastowe Indianki, mieszkają i pracują w Lincoln, ale gotowe są wspierać protesty w rezerwatach, kupować i dowozić prowiant.
Nocleg w tipi

Lucinda opowiadała także o szamance René, która tego wieczoru odprawiała ceremonię w hallu Centrum Indiańskiego. Ona i Felicja chciały się od niej uczyć i początkowo René przyjęła je jako uczennice, ale potem traktowała je jakby były na posyłki, dzwoniła na przykład, żeby coś jej kupić i przywieźć. A co to ma wspólnego z jej tajemną wiedzą? (A ja w tym momencie sobie pomyślałem, że każda tajemna wiedza wymaga pokory, pokora jest warunkiem koniecznym zrozumienia tajników i zupełnie możliwe że była to lekcja, której dziewczyny nie zdały.) A najbardziej szamanka René jest w konflikcie z Felicją. Mówi, że Felicja jest New Age, a ona wcale nie jest New Age, tylko z każdej tradycji wybiera to, co dla niej dobre. (A ja sobie w tym momencie pomyślałem, że to dziwny sposób uczenia się, takie wybieranie sobie czego się chce człowiek uczyć, to tak jakby dziecko samo decydowało których liter się będzie uczyć z kilku różnych alfabetów).
Byłem na tej ceremonii. Usłyszałem indiańską pieść śpiewaną z towarzyszeniem bębenka, wszedłem do hallu i zobaczyłem kilka osób siedzących wokół tlącej się gałązki preriowej szałwii leżącej w muszli ostrygi na środku podłogi. Dosiadłem się do kręgu, szamanka skończywszy śpiewać podała mi dymiącą muszlę, by mnie okadzić. Ceremonia była poświęcona młodej mamie, której ciało znaleziono niedawno w rzece, a która zostawiła dzidziusia. Duchy zmarłych trzeba odprowadzić tam, gdzie powinny odejść. Taka jest rola szamana. Bo duchy po śmierci wcale nie są mądrzejsze tylko dlatego, że umarły. Niektóre duchy nawet po śmierci nie wiedzą, że umarły i są zaszokowane, kiedy się tego dowiadują. Tak mówiła szamanka René.
Na koniec ceremonii jeszcze palenie kalumetu. Jego nabijanie to cała ceremonia. Nabija się cztery szczypty, każdą gestem ofiarując w jedną z czterech stron świata. Fajka krąży wokół zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Każdy ma się zaciągnąć. Było to moje pierwsze sztachnięcie od chyba dwunastu lat, aż mi się zakręciło w głowie. Mocne święte ziele.

Była to najzupełniej autentyczna indiańska ceremonia, nic z picu dla turystów, w świetlicy Centrum Indiańskiego w Lincoln, przy sztucznym świetle. Moje wrażenie spotkania z tą osobą było zupełnie inne niż Felicji i Lucindy. Miałem wrażenie, że szamanka René przekazuje swoją obecnością coś, czego nie da się przekazać słowami. Może to tylko wrażenie, ale takie właśnie było. 



Jeśli kto woli czytać z papieru, to zarówno niniejsze opowiadanie, jak i wiele innych na temat amerykańskich Indian,

 znajduje się w papierowej książce:




 


Monday, January 15, 2018

Gdzie znaleźć pijanych Indian?

Namiot łaźni
Czaszka bawołu na małym kopczyku leży przed namiotem łaźni. Za czaszką na wysokim stojaku wsparta jest fajka z czerwonego kamienia, z długim cybuchem. Przed czaszką dymią jeszcze resztki ogniska. To pozostałości wczorajszej ceremonii łaźni parowej. To nie przejęzyczenie, u Sjuksów łaźnia parowa, w której wszyscy uczestnicy ociekaj potem, to ceremonia religijna. Teoretycznie (co wiem z literatury) do namiotu łaźni wszyscy uczestnicy powinni wchodzić nago, acz podczas wczorajszej ceremonii dziewczyny miały na sobie luźne suknie, mężczyźni byli w szortach. Cóż, nawet tu sięga upadek obyczajów.
Wczoraj wieczorem najpierw rozpalone zostało wielkie ognisko, w którym ułożono trzydzieści dwa duże okrągłe kamienie i poprószono je tytoniem. Kiedy kamienie rozżarzyły się do białości, przeniesiono je do dołu wykopanego pośrodku namiotu łaźni. Następnie weszli uczestnicy odziani tylko w to, co mogło być kompletnie przepocone. Dwóch chłopaków weszło z bębenkami, prowadzący ceremonię usiadł przy wejściu, obok pojemnika z wodą i chochli. Jego pomocnik, który wnosił kamienie z ogniska, pozostał n zewnątrz, jego zadaniem było zasłanianie i odsłanianie wejścia. Namiot łaźni pokryty jest ciężkimi kocami i nie ma ujścia na szczycie, tak ze kiedy jest zasłonięte wejście, wewnątrz robi się kompletnie ciemno. Wtedy prowadzący polewa kamienie wodą, która z sykiem natychmiast wypełnia wnętrze parą. Temperatura błyskawicznie wzrasta i po kilku minutach człowiek zaczyna ociekać potem. Tymczasem chłopacy z bębenkami śpiewali pieśń w języku Lakota. Chyba dopiero po pół godzinie ktoś, najwyraźniej z trudem wytrzymujący ociekanie, zapytał czy można wpuścić trochę świeżego powietrza. Prowadzący przerwał na chwilę ceremonię, wejście zostało odsłonięte i wpadło światło ogniska, ale chłodnego powietrza można było zaczerpnąć tylko pochyliwszy się całkiem do ziemi. Przerwa nie trwała długo, po chwili wejście znów zostało zasłonięte, ciemno choć oko wykol, polane wodą kamienie syczały, temperatura wzrastała, człowiek ociekał potem, a chłopcy śpiewali pieśni do miarowego rytmu bębenków. Potem były jeszcze dwie takie krótkie przerwy, cała ceremonia trwała około dwóch godzin. Na koniec wszyscy wyszli i założywszy nieprzepocone odzienie stanęli wokół ogniska, ze stojaka podniesiona i zapalona została święta fajka, najpierw prowadzący tchnął obłoki dymu w cztery strony świata, potem puścił fajkę w krąg. Na sam koniec jeszcze każdy każdemu uścisnął rękę.

Przyznam się, że czułem się zaszczycony mogąc wziąć udział w tej ceremonii. Czytałem o niej sporo i wiedziałem, że praktykowana jest tylko przez szczególnie przywiązanych do tradycji Sjuksów. Nie jest też praktykowana codziennie, a tylko jako przygotowanie, jako coś w rodzaju oczyszczenia przed innymi ceremoniami, na przykład przed tańcem słońca. Istotnie wychodząc z takiej łaźni człowiek czuje się fizycznie oczyszczony. No ale na podstawie lektur przypuszczałem, że trzeba kogoś z tych tradycyjnych Sjuksów dobrze znać żeby być na taką ceremonię zaproszonym. A ja tymczasem do rezerwatu przyjechałem przedwczoraj, a do obozu w Białej Glinie, gdzie wziąłem udział w ceremonii, ledwie kilka godzin wcześniej. O istnieniu tego obozu dowiedziałem się dzień wcześniej.

Obóz w Białej Glinie
Mówiła mi o nim Indianka Bernadette w Zranionym Kolanie. Akurat kiedy tam byłem obozowali tam też jeźdźcy, członkowie klubów jeździeckich, głównie indiańska młodzież, która jechała kawalkadą przez rezerwat w proteście przeciw sklepom w Białej Glinie. Biała Glina to mała miejscowość tuż za granicą rezerwatu, która liczy około dziesięciu mieszkańców, ale są tam cztery sklepy sprzedające piwo. Na terenie rezerwatu alkohol jest zakazany, ale któż zabroni komukolwiek sprzedawać piwa poza jego granicami, w dodatku już w sąsiednim stanie Nebraska? Przez całe lata Biała Glina była miejscem, gdzie można było bez problemu zobaczyć przysłowiowych zaprutych Indian idealnie pasujących do obowiązującego obecnie w Ameryce stereotypu. Dumni niegdyś Sjuksowie tu przychodzili zalewać robaka. Ale trzeźwe organizacje Indian, w tym władze rezerwatu, próbowały proceder ukrócić i ostatnimi czasy wygrały sprawę w sądzie w stanie Nebraska, który tym sklepom cofnął licencję sprzedaży alkoholu. Właściciele się oczywiście natychmiast odwołali i na dniach miała się odbyć rozprawa w sądzie stanu Nebraska. Tymczasem młodzież protestowała przeciwko ewentualnemu otwarciu sklepów biorąc udział w konnych kawalkadach. Inni (niekoniecznie młodzież) brali udział w protestacyjnym obozie rozbitym od jakiegoś czasu w Białej Glinie. Zatem kiedy o świcie młodzież konną kawalkadą objechała cmentarz w Zranionym Kolanie i ruszyła w kierunku Białej Gliny, dla mnie był to sygnał: na koń! No powiedzmy (w końcu młodzieżą już nie jestem) za kierownicę! Jazda do Białej Gliny!

Pijani Indianie to problem w Ameryce dobrze znany. Dumni Sjuksowie, których należy się bać, to daleka przeszłość. Takim może był Szalony Koń, którego gigantyczną rzeźbę jakiś szalony Polak kuje w Czarnych Górach zupełnie niedaleko słynnych skalnych portretów czterech prezydentów. Dumni Sjuksowie dziś pojawiają się może w filmach o przeszłości, natomiast stereotyp współczesnego Indianina to pijaczyna żebrzący pod supermarketem. Przeciętny biały Amerykanin ma równie często szansę spotkać białego pijaczynę, tylko że ten nie jest reprezentantem białej rasy, bo biały Amerykanin widzi białych ludzi cały czas w innych sytuacjach: w domu, w pracy, w kościele, w sklepie, w pociągu itd., więc biały pijaczyna jest jednym z bardzo wielu spotykanych białych ludzi. Natomiast jeśli biały Amerykanin zobaczy pijanego Indianina żebrzącego pod supermarketem (na przykład jeśli jadąc w Czarne Góry zobaczyć kute w skale figury i zatrzyma się po drodze w Białej Glinie), ale nie widzi Indian w innych sytuacjach, to ten pijaczek będzie dla niego reprezentantem całej rasy.
Joe Pulliam

Co nie znaczy, że problemu pijaństwa wśród Indian nie ma. Moje pierwsze doświadczenie było również takie – zaraz po wjechaniu do rezerwatu zatrzymałem się w pierwszej miejscowości, gdzie był supermarket i jakieś bary szybkiej obsługi, podszedł do mnie pijaczyna i coś mamrotał że jest głodny i chce pieniądze, powiedziałem mu, ze mogę mu kupić jedzenie, co zrobiłem, ale za chwilę miałem wokół siebie siedmiu następnych. Problem musi być, skoro na terenie rezerwatu alkohol jest zakazany. I mimo tego zakazu nadal chyba jest problem, skoro pod napisem „CAMP WHITECLAY JUSTICE” jest dodane „no alcohol”.

Dzięki tej tablicy znalazłem obóz bez problemów. Kilka namiotów, kilka rozstawionych tipi (ale nie takich, w jakich mieszkał Szalony Koń, tylko nowoczesnych, krytych brezentem), polowa kuchnia. Kilka osób siedziało w kręgu. Podszedłem, mężczyzna w czerwonej koszulce wstał żeby mnie przywitać, przedstawił się jako Joe Pulliam, który prowadzi ten obóz. Chętnie wyjaśniał mi o co chodzi. Ten protest jest po to, by podtrzymać świadomość, że trzeźwość jest istotna. Słysząc, że przyjechałem właśnie ze Zranionego Kolana, mówi, że tam popiera protest grandmothers, a nie nowowiekowców, którzy często sobie popijają albo biorą jakieś narkotyki. Tak było pod koniec protestu w Standing Rock, gdzie on sam też sobie popijał. Ale tu nie, tu ma być trzeźwo. Nie bierze też pieniędzy od żadnej organizacji, utrzymuje obóz jedynie z darów oraz ze sprzedaży swoich obrazów. Bo Joe jest artystą. Pokazuje mi swoje obrazy, całkiem dobre, indiańskie motywy namalowane na kartach wyrwanych z jakichś dziewiętnastowiecznych zeszytów, na kartach których ręcznie zapisano jakieś statystyki dotyczące rezerwatu. Sprzedaje oryginały po kilkaset dolarów, a odbitki po kilkadziesiąt. To właśnie Joe wspomniał, że prawie każdego wieczoru mają tutaj w obozie oczyszczającą ceremonię łaźni parowej, a jeśli zostanę z nimi na noc, to mogę wziąć udział. A tymczasem około południa mają tu przyjechać protestujący jeźdźcy i trzeba ich wszystkich nakarmić.

Jeźdźcy dotarli wczesnym popołudniem, słysząc ich tętent mieszkańcy obozu wyszli do owej wsi składającej się z czterech sklepów. Nigdy wcześniej tam nie byłem, ale i tak odniosłem wrażenie, że coś się tam skończyło, że przy takim zagęszczeniu sklepów powinien tam być większy ruch. Jeźdźcy przejechali kawalkadą przez wiś, potem zawrócili i wjechali ponownie od strony Nebraski, z flagami łopoczącymi n wietrze. Z łopoczącą flagą szczepu Ogalala i chyba flagami klubów jeździeckich. Ustawili się w kręgu, kilku jeźdźców zsiadło by odśpiewać pieśń Lakotów z towarzyszeniem trzymanego w rękach bębna. Kilka osób wygłosiło przemowy. Nie mam pojęcia kto to był, ale później się dowiedziałem, że jednym z mówców był Brian Brewer, który jeszcze niedawno był wodzem rezerwatu. Potem jeźdźcy wjechali do obozu, gdzie znów były pieśni Lakotów, znów były mowy ku chwale trzeźwości, a w końcu konie puszczono na popas, a jeźdźców również na popas zaproszono.

A potem były rozmowy wokół ogniska, do nocy, a potem kontynuowane rano przy kawie. Towarzystwo przy ognisku mieszane, i biali i Indianie. Sam Joe jest chyba mieszany, twierdzi że jest Lakota, ale na Indianina wygląda średnio. Jest kilku białych gości, jak Carl, młody bluesowy muzyk z Nowego Jorku, czy Byron, starszy gościu z Nebraski podróżujący sędziwa furgonetką ze swym równie sędziwym psem Nickiem. Jednakże chyba większość obozowiczów to smagli Indianie. Takim jest Rudel Niedźwiedziakoszula, pochodzący ze Zranionego Kolana. Takim jest Curly, który prowadzi w obozie religijne ceremonie. Taką jest bezzębna staruszka, tutejsza grandmother, której imienia nie znam, ale która w rozmowie często zbiera głos. Takim jest też Frank Zabójcaniedźwiedzi, który tu przyjechał z krótką wizytą ze swą córką i wnuczką. Różne to były rozmowy. Frank Zabójcaniedźwiedzi opowiadał historię swojego życia, jak wychował się w rezerwacie, ale rezerwat był ciasny, a jego ojciec prenumerował National Geographic, więc Frank był ciekaw świata poza rezerwatem, w końcu pewnego dni wyjechał i objechał całą Amerykę, co mu zabrało dwa i pół roku. Opowiadał też o tym, jak przestał pić. Było to po rozmowie z babcią, którą pytał o rady na życie, a która mu coś takiego zasugerowała. A jak wiadomo, jeśli grandmother coś sugeruje, to szanujący się Indianin nie odmawia.

Jeźdźcy w Białej Glinie
To w sumie ciekawe – wielokrotnie słyszałem z ust trzeźwych Indian opowieść o tym, jak przestali pić. Najwyraźniej sami uważają to za ważny moment w życiu. Słyszałem również, jak Indianie, działacze tej czy innej akcji, spotkawszy się pierwszy raz, pytają siebie wzajemnie: „When did you quit drinking?”

Była też rozmowa o figurze Szalonego Konia w Czarnych Górach. Rozmowa zeszła na ten temat, kiedy moi rozmówcy się dowiedzieli, że ja – podobnie jak ten szalony rzeźbiarz – jestem Polakiem. Dla moich rozmówców rzeźbienie czegokolwiek w świętych Czarnych Górach to świętokradztwo. „Dlaczego u siebie czegoś tkiego nie zrobicie?”, pytał mnie Curly. No właśnie, dlaczego jeszcze nikt nie wpadł na pomysł, by w ścianie Mięguszowieckich szczytów nad Morskim Okiem wyrzeźbić facjatę prezydenta Kaczyńskiego? Ale ja odpowiedziałem, że nie mogę na ten temat nic powiedzieć, bo mnie to nie interesuje. „No jak to? Przecież masz tam zdjęcie?” Ja na to, że wcale tam nie pojechałem, co wywołało salwę śmiechu. Siedząca w kręgu grndmother dodała, że Szalony Koń niedawno jej się śnił. „Oni tej figury nigdy nie skończą”, mówiła. „Ta figura pokazuje na miejsce, gdzie zdaniem białych Sjuksowie mają mieszkać, a kiedy mi się Szalony Koń śnił, to pokazywał w przeciwnym kierunku”.

Ciekawe są te stereotypy. My mamy stereotyp Indianina, a oni mają stereotyp białego człowieka, który przecież w Czarnych Górach musi sobie zrobić zdjęcie na tle rzeźb prezydentów. Salwa śmiechu na moją deklarację, że nawet tam nie pojechałem sugeruje, że takie zachowanie jest dla nich zaskoczeniem nie mniejszym, niż dla Polaka widok wodza Indian jadącego na mustangu – najnowszym modelu z fabryki w Detroit.

A tymczasem Curly, który w obozie prowadzi ceremonie religijne, opowiada całkiem ciekawe rzeczy. Na przykład:

Robicie mnóstwo zdjęć, ale w czasie ceremonii zdjęć robić nie wolno, a jak zobaczę, że ktoś robi zdjęcia, to zabiorę aparat i nie oddam. Bo potem pojedziecie do dalekiego kraju, a tam ta sfotografowana ceremonia ma moc i może działać, a mnie tam nie będzie, żeby was ochronić.”

Tu jest święta ziemia. Tu się modlimy, ale nie nazywamy nikogo po imieniu. Jak się nazywa po imieniu, to się nie daje spocząć. Wy nazywacie po imieniu i dlatego ten nazywany po imieniu nie wysłuchuje was, bo nie dajecie mu spocząć. My nie nazywamy po imieniu i dlatego mamy dary.”

Ta wasza Biblia tu nie przynależy. Biblia mówi o przeszłości, wy chcecie przywrócić przeszłość. Macie Biblię, tam jest napisane o Jezusie, ale czy tego Jezusa ktoś spotkał albo spotka? A mądrość można przekazać tylko z serca do serca.”

Młodzież ciągle o coś pyta, a jak pyta, to znaczy że nie słucha, bo trzeba mieć oczy i uszy otwarte. Kto ma mądrość, ten ją przekazuje wtedy, kiedy wie, ze słuchacz jest zdolen ją przyjąć.”

W pewnym momencie Joe wspomniał, że ktoś z Rady Rezerwatu przekazał mu jakieś pieniądze i teraz chce rozliczenia z działalności. Joe mówi, że prosił tylko o dofinansowanie dla kilku osób, żeby pojechały do Lincoln (stolicy Nebraski), gdzie za trzy dni ma być w sądzie najwyższym rozprawa na temat losu sklepów w Białej Glinie. Ktoś z kręgu sugeruje, żeby te pieniądze oddać. Większość zebranych się zgadza.

Jak on to powiedział? Za trzy dni w Lincoln ma być rozprawa w sądzie najwyższym? Wygląda na to, że będzie to kolejny odcinek opowieści o moich spotkaniach z Sjuksami. 



Jeśli kto woli czytać z papieru, to zarówno niniejsze opowiadanie, jak i wiele innych na temat amerykańskich Indian,

 znajduje się w papierowej książce: