Thursday, April 25, 2019

Dlaczego indiańskie maski pokazują jęzory?



Popękane oczy wyrzezane z tujowego drewna patrzą groźnie na przybysza wchodzącego do wsi. Totemy stoją przed domami i mierzą przybysza drewnianymi oczami. Taki totem to piramida stworów siedzących jeden na drugim – orzeł siedzący na głowie niedźwiedzia, delfin balansujący na nosie. A wokoło ośnieżona turnie, wieś położona jest w dolinie rzeki otoczonej wysokimi górami. Totemy wyglądają bardzo malowniczo na ich tle.
Jest to wieś Ksan należąca do Indian Gitksan, ale Indianie w niej nie mieszkają. Zbudowali ją jako atrakcję dla turystów zniecierpliwieni pytaniami tylu:: „Czy wy ciągle mieszkacie w wigwamach?” Gitksan w wigwamach nigdy nie mieszkali. Dziś mieszkają w takich samych domach jak inni Kanadyjczycy, ale dla turystów zbudowali kilka takich domów, w jakich ich przodkowie mieszkali sto lat temu. Są to solidne domy z tujowych desek, a wchodzi się do nich przez totemy – przez rozdziawiona paszczę jakiegoś dziwnego stwora, albo między jego nogami. Ta nowa-stara wieś to dziś muzeum, zgromadzono tam przedmioty używane przez Indian w dawnych czasach. W jednym z domów jest szkoła snycerki, w której młode pokolenie uczy się, jak ich przodkowie rzezali dziwne stwory w tujowym drewnie. A jeśli młode pokolenie nie jest w danej chwili obecne, to i tak siedzi tam – w roli atrakcji turystycznej – snycerz i rzeza następna płaskorzeźbę do sklepu z pamiątkami.
Ze snycerzem można porozmawiać, on się spodziewa pytań i po to właśnie tam siedzi, żeby zagadywać turystów. Na większość pytań ma już gotową odpowiedź, zapewne się regularnie powtarzają. Na przykład pytanie o wigwamy. A ja nie lubię zadawać pytań, najciekawsze jest zawsze to, co mi ktoś powie nieindagowany. Tylko tak mogę się dowiedzieć rzeczy zupełnie niespodziewanych. Ale też jakoś trzeba zagaić rozmowę. No i chciałbym, żeby mi ktoś powiedział co to jest potlacz.

System prawny – mówi mi snycerz. Tak kiedyś było – podczas potlaczu ogłaszane były ważne decyzje, a kto był na potlaczu, ten był świadkiem: „Tak, byłem tam wtedy i to dostałem w prezencie”. Potlacz się wydaje na przykład wtedy, kiedy się wznosi totem. Kiedyś taki totem wznosiło się siedem dni. Te siedem dni to był czas, by zaprotestować przeciwko czemuś, czego na totemie nie powinno być. Bo na totemie mogą być tylko takie symbole, do jakich jego właściciel ma prawo. Jeśli jest inaczej, to prawy właściciel danego symbolu może przyjść i zaprotestować: „Tego zwierzaka musisz zlikwidować, bo nie masz prawa do tego symbolu”. Bo to nie tylko symbole, to także prawo do użytkowania tego czy innego kawałka ziemi, do polowania w tym lesie czy łowienia ryb w tej rzece. Totem to także coś w rodzaju herbu, by wszyscy z daleka widzieli jaki klan w danym domu mieszka. Dziś totemów przed domami się nie stawia, ale klany są nadal ważne, w czasie potlaczu każdy klan siada przy swoim stole.”
Przy stole?” pytam. „To w długich domach używano stołów?”
Nie nie, kiedyś było inaczej. Dziś potlacze nie są w długich domach, dziś potlacze wydaje się w miejskiej świetlicy i wszyscy siedzą przy stołach.”

Potlacz to jest takie dziwne słowo, które w literaturze używane jest jakby wszyscy wiedzieli o co chodzi, a jednocześnie nie można znaleźć wyjaśnienia co to właściwie jest. Zwłaszcza po polsku. Zetknąłem się z tym słowem w latach siedemdziesiątych, w wydanej wówczas po polsku książce Marcela Maussa. Marcel Mauss pisał po francusku i domyślam się, że jego tekst był głosem w jakiejś szerszej dyskusji, zapewne autor miał prawo wychodzić z założenia, że czytelnik będzie wiedział o czym mowa. Rzecz w tym, że dyskusja, której istnienia się domyślam, toczona była we Francji, w Polsce natomiast znalazłem wówczas tylko ten jeden głos. Z tekstu Maussa wynikało, że potlacz to była ceremonia celebrowana przez Indian z zachodniego wybrzeża Kanady, w czasie której wódz rozdawał wszystko co miał. No dobrze, ale co w czasie tej ceremonii się odbywało? Z jakiej okazji była celebrowana? No i jak to – rozdawał wszystko co miał? I co potem? Czy stawał się żebrakiem,jak buddyjscy mnisi?
Siedząc obok snycerza i nie zadając pytań obserwuję jak rzeza płaskorzeźbę. Raz po raz wchodzą inni turyści i zadają pytania. Słucham, jak rozmawia o kompozycji. Wśród Indian zachodniego wybrzeża Kanady od stuleci kwitła sztuka rzeźby, zarówno totemów, jak i płaskorzeźby na drewnianych pudełkach. Kompozycja zawsze tworzona była z charakterystycznych obłych kształtów. Słyszę, jak snycerz wyjaśnia turystom: „My to nazywamy ovoid”. Tu mi w głowie coś klika. „My”, to znaczy kto? My Indianie? My Gitskan? Przecież słowo „ovoid” nie pochodzi z języka Gitskan. Jest to słowo angielskie, stworzone zupełnie niedawno i tak się w dodatku składa, że ja wiem kto go po raz pierwszy użył.
Wiem to, bo trochę się do tej podróży przygotowałem. Nie znalazłem wprawdzie wiele o potlaczu, ale za to sporo na temat sztuki snycerskiej, która przykuwa uwagę turystów. Stąd wiem, że słowo 'ovoid” wprowadził autor nazwiskiem Bill Holm w książce opublikowanej w 1965 roku, a nazwał tak często w tej sztuce występujący charakterystyczny kształt, ni to owal, ni to prostokąt. Jest to termin bardzo przydatny, jeśli się o tej sztuce rozmawia tak, jak to robią krytycy sztuki. Jeśli się robi wystawy, kupuje i sprzedaje, jeśli ta sztuka funkcjonuje tak, jak w zachodniej cywilizacji funkcjonuje sztuka. Ale czy w dawnych czasach Indianie mieli wystawy, krytyków sztuki, sklepy z pamiątkami? Snycerz jest Indianinem, ale sam własną sztukę widzi oczyma białego człowieka. Trudno się temu dziwić, bowiem wedle wszelkiego prawdopodobieństwa chodził do takiej samej szkoły, co wszyscy Kanadyjczycy.
Indiański snycerz w Ksan
Płaskorzeźba skończona, snycerz pozwala sobie z nią zrobić zdjęcie. Ale nie będzie w żaden sposób użyta do potlaczu. Wędruje od razu na półkę w sklepie z pamiątkami, który znajduje się w sąsiednim długim domu.
Sugestią, że rzeźba mogłaby być użyta do potlaczu, wcale nie jest wyssana z palca. W Vancouver w Muzeum Antropologii jest cała wystawa masek używanych właśnie do potlaczu. Groteskowe twarze niby-ludzkie strojące przedziwne miny, pomalowane w pstrokate kolory. Groteskowe ptasie głowy z wielkimi dziobami kłapiącymi w czasie tańca. Jedna maska kruka ma dziób chyba na twa metry długi (tak naprawdę to wcale nie jest kruk, tylko Wielki Ludojad Mieszkający na Północnym Krańcu Świata Wydziobujący Ludziom Oczy). Wszystkie stłoczone w szklanych gablotach w Muzeum Antropologii w Vancouver. Wszystko na pokaz, żeby gawiedź mogła sobie to obejrzeć. Ale te maski wcale nie powstały po to, by być stłoczone w muzealnej gablocie na pokaz dla gawiedzi. Z opisów wynika, że są to maski używane do potlaczu. U pierwotnych właścicieli trzymane były w ukryciu, wyjmowane tylko na czas tańca, który był dramatyzacją mitu. Nie można ich było oglądać kiedykolwiek. Podobnie jak niektórych opowieści nie można było opowiadać w nieodpowiednim czasie. Zimowych opowieści nie opowiadano latem. Masek nie pokazywano poza momentem tańca.
Wśród opisów jest też wyjaśnienie, że wszystkie te maski były zgodnie z prawem kupione od wodza Jamesa Knoxa, któr zarobione pieniądze przeznaczył na zbożny cel. Wygląda to trochę tak, jakby muzeum się obawiało, że ktoś mógłby sobie coś pomyśleć. Na przykład że jest coś niewłaściwego w tym, że te maski są w tym miejscu wystawione na pokaz.
Muzeum Antropologii ma jak najbardziej podstawy do takich obaw. Takie kolekcje masek trafiały do muzeów w czasach, kiedy potlacz był w Kanadzie nielegalny, a Królewska Konna aresztowała uczestników i konfiskowała wszelkie rekwizyty w czasie potlaczu używane. Później, kiedy prawo zakazujące potlaczu zostało cofnięte, Indianie Kwakiutl wytoczyli proces rządowi Kanady i odzyskali skonfiskowane maski. Dziś te odzyskane maski są wystawione w Centrum Kultury U'mista w miejscowości Alert Bay, na małej wysepce na Pacyfiku u północnych wybrzeży wyspy Vancouver.
Opis w Muzeum Antropologii zaznacza, że wódz James Knox zupełnie dobrowolnie sprzedał te maski do muzeum, a za zarobione pieniądze zbudował łódź. Ale dlaczego wódz James Knox zgodził się sprzedać te maski? Czy przypadkiem on sam nie zaczął ich widzieć oczyma białego człowieka, jako obiektu niejako archeologicznego, który każdy kto chce może sobie w dowolnej chwili obejrzeć?
Drewniane oczy pomalowane na jaskrawe kolory patrzą na widza zza szkła. Niektóre patrzą na niego tak, jakby chciały mu coś powiedzieć, a on nie rozumiał. Inne chyba już dawno uznały, że widz i tak nic nie zrozumie, i tylko wybałuszają gały i pokazują mu język.

`



Jeśli kto woli czytać z papieru, to zarówno niniejsze opowiadanie, jak i wiele innych na temat amerykańskich Indian,

 znajduje się w papierowej książce:





Friday, March 15, 2019

Dlaczego nie wolno wywozić totemów z indiańskich wsi?

Wyspy Haida Gwaii
Deszcz chlasta po twarzy, łódź skacze na falach jak narowisty koń, ale ma dwa silniki i porusza się szybko. Jedziemy do słynnej na cały świat atrakcji turystycznej, którą stanowi kilka spróchniałych i porośniętych mchem słupów, na których kiedyś dawno było coś wyrzeźbione. Dziś z tych rzeźb widać zaiste niewiele, gdzieś jakieś oko wyzierające spod mchu albo wyszczerzony drewniany kieł. Jeszcze jakieś dziesięć lat i już pewnie nic z tego nie zostanie. Może właśnie to dogorywanie jest magnesem dla turystów? Ale żeby jechać na kraj świata, żeby zobaczyć próchniejące drewniane zębiszcza? I jeszcze płacić kilkaset dolarów firmie, która cię tam zawiezie skaczącą po falach łódką?

Inaczej niż skaczącą łódką dojechać się tam nie da. Można ewentualnie dopłynąć jachtem lub kajakiem, ale skakania na oceanicznej fali uniknąć nie można. Próchniejące rzeźby to pozostałości wsi Indian Haida, którzy zamieszkiwali archipelag nazwany pod koniec XVIII wieku Wyspami Królowej Charlotte. Są to wyspy należące dziś do Kanady, ale położone daleko na oceanie i niewidoczne ze stałego lądu. Indianie Haida mieszkali na tych wyspach od tysiącleci, budowali znakomite łodzie i niczym Wikingowie napadali na wsie Indian mieszkających na stałym lądzie. Mieszkali w solidnych domach zbudowanych z desek, żyli przede wszystkim z połowów łososia wpływającego co roku tłumnie na tarło w górę rzek. Rzeźbili totemy, dzięki którym zdobyli światową sławę jako artyści. Inne szczepy tego regionu tez rzeźbiły totemy, ale każdy szczep miał własny styl, a totemy Haida mają w sobie najwięcej uroku dla widza z innych kręgów cywilizacyjnych.
Totem we wsi Skedans
Haida rzeźbili totemy jeszcze przed nawiązaniem kontaktów z białymi żeglarzami. Istnieje rysunek jeszcze z XVIII wieku przedstawiający dom z totemem służącym jako wejście – groteskowe rozdziawione usta, przez które wchodziło się do wnętrza. Jednakże kontakt z białymi spowodował eksplozję tej sztuki, a to dlatego, że biali przywieźli stalowe narzędzia, które znacznie ułatwiły rzeźbienie. Handlarze za stalowe narzędzia chcieli futra morskiej wydry, wówczas pospolitej w tych okolicach. Futra te były następnie sprzedawane w Chinach z wielokrotnym przebiciem. Tak więc rozkwit sztuki rzeźbionego totemu znacznie się przyczynił do tego, że wydra morska została prawie całkowicie wytępiona.
Biali handlarze jednakże przywieźli ze sobą nie tylko stalowe narzędzia. Przywieźli również zarazki czarnej ospy, o czym sami nie wiedzieli, bo byli na nią odporni. Nie wiedzieli o tym również dlatego, że nie wiedzieli o istnieniu zarazków, doktor Pasteur nie dokonał jeszcze swoich epokowych odkryć. Ale niezależnie od tego co kto rozumiał a czego nie rozumiał – proces był nieubłagany: w drugiej połowie stulecia Haida prawie poszli w ślady morskiej wydry, niemal wszyscy wymarli. W wyniku europejskich chorób, zwłaszcza w epidemiach czarnej ospy w latach sześćdziesiątych XIX wieku wymarło 90% ludności archipelagu. To więcej niż żydowski holokaust podczas drugiej wojny światowej. Wymarła starszyzna pamiętająca ustnie przekazywaną tradycję. Wsie opustoszały, po bujnym rozwoju sztuki pozostały rzeźbione słupy stojące pośród chaszczy. Dziś nie wiadomo dokładnie co przedstawiały rzeźby na niektórych totemach, ponieważ wymarli ci, którzy mogli to opowiedzieć. Opuszczone półtora stulecia temu, próchnieją i upadają, wracają do Matki Ziemi, z której niegdyś wyrosły.
Tymczasem totemami stojącymi wśród opustoszałych wsi zainteresowali się kolekcjonerzy. Niektórzy przypływali tam na jachtach i po prostu brali to co było. Zapewne wychodzili z założenia, że skoro stoi to opuszczone i nikt się tym nie interesuje, to można sobie brać. Niektóre z tych rzeźb wylądowały w muzeach, inne w zbiorach prywatnych.
Problem w tym, że właściciele wcale nie całkiem wymarli. Wymarło ich 90%, ale 10 % przeżyło. Wśród ludu Haida prawo własności było bardzo rozwinięte, w tym prawo do użytkowania ziemi, a co za tym idzie sprecyzowane było prawo dziedziczenia. Ci, którzy przeżyli epidemie, zgromadzili się w dwóch wsiach na największej wyspie archipelagu, ale do dziś wiadomo kto jest dziedzicznym wodzem każdej z opuszczonych wsi na innych wyspach. Ci wodzowie wprawdzie tam nie mieszkają, ale to nie znaczy, że zgadzają się by ktoś ot tak po prosty wywoził sobie stamtąd rzeźby. Te rzeźby powstały w konkretnym celu i maja pozostać tam, gdzie je postawiono.
Stary totem Haida w muzeum w Vancouver
W międzyczasie społeczeństwo Haida przeszło sporą ewolucję. Niegdyś wódz obejmował swoją pozycję w czasie ceremonii zwanej potlacz, wielkiej uczty z muzyka i tańcami, w czasie której rozdawano prezenty wszystkim zaproszonym gościom. Goście przybywali nie tylko z jednej wsi, ale z całej okolicy, również z daleko położonych miejscowości. W czasie potlaczu wódz rozdawał wszystko co miał; było to w czasach, kiedy respekt zyskiwało się nie dzięki temu ile się ma, ale ile się rozdaje. Każdy obecny na potlaczu był świadkiem tego, co tam zostało ogłoszone, potlacz spełniał funkcję prawną w społeczeństwie nie znającym pisma.
Zyskiwanie respektu przez rozdawanie wszystkiego, co się ma? Przecież to oczywisty przejaw barbarzyństwa! W każdym razie władze Kanady uznały tę praktykę za barbarzyńska i zakazały jej w 1884 roku. Nie tylko za organizację, ale za sam udział w potlaczu groziło więzienie. Kanada wprowadziła także obowiązek szkolny, przy czym dla Indian organizowano szkoły z internatem, gdzie dzieci mieszkały z dala od rodziców. Przemieszane z uczniami z innych szczepów, z którymi można się było porozumieć tylko po angielsku, dzieci zapominały swojego języka. Dziś językiem Haida mówi tylko kilkudziesięciu staruszków.
Co nie znaczy, że Haida zapomnieli kim są. Biali Kanadyjczycy nie próbowali zrozumieć systemu prawnego opartego na zgromadzeniach z muzyką i tańcami, ale młodzież Haida, przeszedłszy przez kanadyjski system szkolnictwa, z czasem zrozumiała system prawny oparty na posiedzeniach facetów w togach i perukach. I wynikły z tego ciekawe rzeczy.
Kanadyjskie prawo wcale nie pozwala ot tak po prostu brać sobie rzeźb, których nikt nie pilnuje. Pewnego dnia dziedziczny wódz wsi Skedans, który pracował jako rybak na kutrze bazującym w porcie Prince Rupert, dowiedział się, że na jednym z cumujących w porcie jachtów znajduje się rzeźba właśnie zabrana ze Skedans. Zawiadomił policję, rzeźba została skonfiskowana i zwrócona prawowitym właścicielom. Aby zapobiec tego rodzaju kradzieżom powstała organizacja Haida Watchmen, której członkowie (dziś w większości młodzi ludzie) przebywają w opuszczonych wsiach i pilnują, by nikt niczego nie wywoził.
Haida Watchmen we wsi Skedans
Zainteresowanie kolekcjonerów rzeźbami z opuszczonych wsi spowodowało inną ciekawa reakcję – produkcję totemów dla nowego odbiorcy. Pierwotnie totem stał przed domem, w którym mieszkała liczna rodzina i stanowił coś w rodzaju herbu – ogłaszał wszem i wobec jaka rodzina w tym domu mieszka. Istniały też totemy grobowce, na których szczycie umieszczano bogato rzeźbioną trumnę ze szczątkami wielkiego wodza. Dzisiejsi Haida mieszkają w takich samych domach, co inni mieszkańcy Kanady, przed domami na podjeździe stoją samochody, tym niemniej sztuka rzeźbienia totemów nie wymarła. Kolekcjonerzy spowodowali, że sztuka ta stała się sławna w całym świecie, z czego ich twórcy są najzwyczajniej w świecie dumni. Ostatnio nawet UNESCO jedną z tych opuszczonych wsi (tą, w której zachowało się najwięcej nieprzegniłych totemów) ogłosiło skarbem ludzkości. Obecnie powstają totemy na zamówienie instytucji, które chciałyby postawić totem przed swoim biurowcem. Na potrzeby kolekcjonerów powstał nawet nowy gatunek sztuki – miniaturowy totem rzeźbiony w argilicie, czarnej skale występującej tylko na Wyspach Królowej Charlotte.
Zupełnie przypadkiem tego samego dnia, kiedy rano skaczącą po falach łodzią płynąłem do opuszczonej wsi Skedans, wieczorem byłem w centrum Kultury w Skidagate na wernisażu wystawy współczesnych artystów. Żeby nie było wątpliwości – nie były to żadne postmodernistyczne bohomazy, lecz rzeźby w tujowym drewnie i argilicie, tkaniny z tujowego łyka, a także maski używane do tradycyjnych tańców. Tańce i tradycyjna muzyka były także częścią wernisażu, ale to nie były ludowe tańce dla turystów, zgromadzony na wernisażu tłum składał się prawie wyłącznie z Indian. Całą ceremonię otwierał Taniec Rozsypywania Orlego Pierza, które jest symbolem pokoju i dobrej myśli, mającej zapanować wśród zebranych. A śpiewacy wykonywali tradycyjne pieśni z dynamiką współczesnej grupy folkowej, a nie etnograficznego dokumentu.
Sztuka Haida najwyraźniej żyje, póki żyją młodzi ludzie tworzący ja z entuzjazmem. Żyje i kontynuuje dawne formy, choć tworzona jest w innym celu i innego rodzaju są dziś odbiorcy. Po części tworzona jest po to, by być wystawiona w muzeum i by wystawę otwierał wernisaż. Ta dawna sztuka, mimo podobnych form, nie po to była tworzona. Totemy grobowe nie po to powstały, by je kiedyś zabrać do muzeum, one miały z czasem upaść i wrócić do Matki Ziemi, z której wyszły. Taki jest cykl życia, nawet wielcy i sławni wodzowie i całe ich bogactwo kiedyś do Matki Ziemi wrócić muszą. A dzisiejsi młodzi Indianie pilnują, by tak się właśnie stało.

Taniec pokoju 


Jeśli kto woli czytać z papieru, to zarówno niniejsze opowiadanie, jak i wiele innych na temat amerykańskich Indian,

 znajduje się w papierowej książce:





Wednesday, February 27, 2019

Po co wiosłować po morzu do Bella Bella?

Indiańskie łodzie w Alert Bay

Gilakasla, gilakasla”
Słowa powitania w języku Kwakwala skierowane są do podpływających do brzegu łodzi. Kilka łodzi wymalowanych w fantazyjne stwory podpływa po kolei do kamienistej plaży, w każdej kilkoro wioślarzy w kapeluszach plecionych z tujowego łyka. Wiosła, też wymalowane w fantazyjne indiańskie wzory, w ostatnim momencie wznoszone są w górę. Sternicy każdej łodzi po kolei wstają i w kwiecistych słowach proszą o zezwolenie wylądowania. Na brzegu wódz wsi w otoczeniu starszyzny stoi pod ścianą Długiego Domu też wymalowanego po indiańsku, na dachu domu ktoś w masce z wielkim dziobem tańczy taniec orła. Na prośby wioślarzy wódz w nie mniej kwiecistych słowach zaprasza do zejścia na ląd.
Gilakasla”
Dzieje się to we wsi Namgis na jednej z licznych wysp północnego Pacyfiku. Pośród tych wysp indiańscy wioślarze przebywają ogromne dystanse wiosłując po morzu w otwartych dłubankach. Wyspy roszone są regularnym deszczem i porośnięte puszczą, w której rosną kilkusetletnie gigantyczne tuje. To właśnie z tych drzew robi się dalekomorskie łodzie, a z ich łyka wyplata się stożkowate kapelusze. Z tych drzew robi się również deski, z których zbudowane są długie domy.
Wieczorem w Długim Domu, zgodnie z zapowiedzią, przyjęcie zgotowane specjalnie dla wioślarzy. Wśród dań lokalne smakołyki, przede wszystkim wędzony łosoś, który co roku ogromnymi ławicami wpływa w górę tutejszych rzek na tarło. Jest go tu tyle, że wystarczy stać w rzece nad wodospadem i tylko otwierać paszczę, a łososie same w nią wskakują – tak właśnie robią tutejsze niedźwiedzie. Ale wśród smakołyków są nie tylko łososie. Jest też na przykład ikra śledziowa przylepiona do gałązek świerka – specjalnie włożonych do wody w miejscu, gdzie śledzie regularnie przypływają na tarło. A przede wszystkim olej z ryby zwanej olakon. Ten olej jest uważany za specjał nad specjałami i rozdawany jako cenny prezent w czasie potlaczów. Uczta dla wioślarzy to wprawdzie nie potlacz, ale tak jak potlacz wydana jest w Długim Domu i tak jak po potlaczu następują po niej tańce. Różnorakie tańce. Ze skrzyń wyjmowane są wielkie drewniane maski, a na środek wychodzą tancerze w barwnych strojach. Jest taniec hamatsa, podczas którego młodzi chłopcy zawinięci w kępy łyka wyją jak ludożercy. Taniec kobiet, który uspokaja chłopców, tak że staja się ludźmi. Taniec wioślarzy, podczas którego tancerze machaj wiosłami jakby pływali po morzu. Taniec bukuosa, złośliwego leśnego duszka, w którego zamieniają się rozbitkowie dopłynąwszy do nieznanego brzegu. Bo łódź na otwartym morzu może się zawsze wywrócić, a wtedy co?
Taniec orła na dachu długiego domu
Wiosłowanie w dłubance po otwartym morzu to nie przelewki. Do Namgis nie dopłynęły dwie z łodzi, które wedle planu miały tam dopłynąć. Kiedy mocniej powiało i na falach zaczęły się pojawiać grzywy, czółna się wywróciły i wioślarze wylądowali w wodzie. Na całe szczęście nikt nie musiał dopływać do nieznanego brzegu, bo za czółnem jechała zmotoryzowana obstawa i wszystkich wyłowiła. Mogli być obecni w Długim domu na uczcie i tańcach.
Wszystkie te łodzie płyną do Bella Bella, indiańskiej wsi położonej na innej wyspie na Pacyfiku, jeszcze dalej na północ. Dwa tygodnie później ma tam być wielki spływ indiańskich wioślarzy. Będą tam płynąć łodzie ze wszystkich kierunków. Indianie Tlingit będą wiosłować z Alaski, Indianie Haida z wysp Królowej Charlotte, Indianie Quinault ze stanu Washington, Indianie Chinook aż z Oregonu. To znaczy nie będą wiosłować, tylko już wiosłują, bo ci z Oregonu są już w drodze od ponad tygodnia.
Kiedyś dłubanki były głównym środkiem lokomocji na tym archipelagu. Wykonywane z jednego pnia morskie łodzie miały spore rozmiary, pływało w nich po kilkunastu wioślarzy. Rosnące w tutejszej dziewiczej puszczy tuje potrafią osiągać wiek kilkuset lat i ogromne rozmiary. Indiańscy szkutnicy wycinali całą łódź z jednego pnia, ale znaleźli sposób na zmienianie jego kształtu, na przykład poszerzanie kadłuba przez rozginanie burt. Odkryli oni, że drewno tui staje się giętkie pod wpływem gorącej wody, nalewali więc wody do wyżłobionego już kadłuba i wrzucali do niej rozżarzone do białości kamienie, a kiedy woda się zagotowała, rozginali burty. Budowa łodzi nie była po prostu czynnością mechaniczną, związany był z nią cały rytuał. Budowniczy musiał wykonywać swoją pracę z miłością, łódź uważana była za zazdrosną kobietę. Na czas budowy musiał się on rozstać z żoną, budowa trwała kilka miesięcy, a łódź potrafiła się zemścić, jeśli budowniczy nie dochował wierności. Do dziś można usłyszeć opowieści o łodzi, która pękła kiedy jej budowniczy spłodził dziecko w czasie jej budowy. Najbardziej ze swych pięknych łodzi słynęli Indianie Haida, budowali je również na eksport do innych szczepów. Bo w tych łodziach prowadzony był handel na całym archipelagu, a nawet dalej, wzdłuż zachodniego wybrzeża Ameryki. W dzisiejszym stanie Oregon mieszkał szczep Chinook, którego język używany był jako lingua franca w handlu od Oregonu aż po Alaskę.
Powitanie wioślarzy
Nie wszystko było takie pokojowe. Haida zasłynęli jako „Wikingowie Ameryki”, w swoich długich łodziach, drewnianych zbrojach i hełmach rzeźbionych w fantastyczne stwory napadali na wsie innych szczepów, łapali tam niewolników i znikali z nimi za horyzontem. Inne szczepy nie były wcale bardziej pokojowe, łapanie niewolników było tak naprawdę dość powszechnym procederem. Natomiast tylko Indianie Nootka z zachodniego wybrzeża wyspy Vancouver wypływali na morze polować na wieloryby. Zabitego wieloryba nie wciągano do łodzi, na to rzeczywiście były one za małe; przebijano mu harpunem serce za jednym ciosem i holowano do brzegu. Polowanie na wieloryby też się wiązało z rytuałem. Załoga łodzi przygotowywała się długo do tego zadania. Musiała działać jak jeden organizm, dlatego razem wychodziła do lasu na medytacje, posty i kąpiele w zimnej źródlanej wodzie. Żona harpunnika, który z reguły był wodzem wsi, na czas wyprawy musiała pościć i w medytacji identyfikować się z wielorybem, tak żeby się w jej mężu zakochał i chciał być blisko niego.
To było kiedyś. Dziś nikt nie musi wiosłować po morzu w dłubankach. Indianie w swoich rezerwatach mieszkają jak inni Amerykanie, mają motorówki i samochody, a w razie potrzeby mogą samochodem wjechać na prom i w ten sposób zniknąć za horyzontem. Dlaczego więc komuś przychodzi do głowy, by wiosłować przez ileś tam tygodni, w dodatku z narażeniem skąpania się w zimnej wodzie kiedy mocniej zawieje i czółno się wywróci.
Wieczorny taniec a Alert Bay
Jest to próba powrotu do tradycji. Zainteresowanie własną tradycją wywołane chyba było zainteresowaniem, jakie tej tradycji okazywali antropolodzy. Museum of Anthropology w Vancouver w latach pięćdziesiątych zaczęło zlecać wykonanie nowych totemów rzeźbiarzom, którzy we własnych wsiach zamówień już dawno nie mieli. Kiedy jednak w latach osiemdziesiątych postanowiono dawną metodą wykonać nowe czółno, okazało się, że nie żyje już nikt, kto by kiedyś takie czółna wykonywał, choć żyło jeszcze kilka osób, które było świadkami takiej budowy. Bill Reid, mieszkający w Vancouver rzeźbiarz ze szczepu Haida (ten, którego rzeźba jest na kanadyjskiej dwudziestodolarówce), postanowił na tej podstawie wykonać nowe czółno. I wykonał! A w 1987 roku zespół wioślarzy odstawił tę łódź do Skidagate na Wyspach Królowej Charlotte.
W ten sposób poruszona została lawina. No, może mała lawinka, tym niemniej takich łodzi powstało więcej, a w 1993 roku zorganizowano pierwszy zjazd w Bella Bella. A teraz (2014) jest drugi taki zjazd, a ja zupełnie przypadkowo jestem jego świadkiem. Nie w Bella Bella, tylko w Namgis – rezerwacie leżącym na drodze łodzi płynących do Bella Bella z południa. Jestem świadkiem powitania łodzi przybywających na nocleg. Do Namgis dopłynęło kilkadziesiąt łodzi, w Bella Bella ma być ich jeszcze więcej,. To już nie jest zamówienie muzeum antropologii, Indianie robią to dla siebie. I nie jest to tylko sport, to ma dla nich większe znaczenie.
Nie jadę do Bella Bella, ale przez trzy dni jadę za łodziami. Najpierw do Tsa'xis, gdzie wioślarze też są podejmowani w Długim Domu (acz nie tak efektownie jak w Namgis), potem do Gwa'sala, gdzie Długiego Domu nie ma wcale, a wioślarze podejmowani są w świetlicy. Tam lokalni tancerze nie tańczą, bo dnia poprzedniego zmarło dwoje członków starszyzny i wieś jest w żałobie, ale grupy wioślarzy prezentują swoje śpiewy. Przewodnicy grup w manierze indiańskiego krasomówstwa obwieszczają ważne decyzje. Oto co powiedział przewodnik grupy wioślarzy z rezerwatu Squamish z południowej Kolumbii Brytyjskiej:
Jesteśmy przed trudnym przejściem. Przed nami Cieśnina Królowej Charlotte, do której wpływa oceaniczna fala. Kiedy 21 lat temu wpływałem w tą cieśninę, pogodziłem się z Panem Bogiem, pożegnałem się z dziećmi – tak poważnie je traktowałem. Teraz jestem odpowiedzialny za młodzież. Jak wszyscy wiemy – dwie łodzie się już wywróciły. Nasz statek towarzyszący jest nieduży, nie ma gwarancji, ze wszystkich wyłowi, gdyby coś się stało. Zdecydowałem, że nie będziemy płynąć dalej.
To nie znaczy, ze wracamy do alkoholu i narkotyków. Jesteśmy rodziną wioślarzy i trzymamy się zasad...”
Dopiero w tym momencie zdałem sobie sprawę, że w tym tłumie nie ma w ogóle pijanych Indian!


Łodzie w Fort Ruoert


Jeśli kto woli czytać z papieru, to zarówno niniejsze opowiadanie, jak i wiele innych na temat amerykańskich Indian,

 znajduje się w papierowej książce:






Saturday, February 2, 2019

Jaka obietnicę składała dusza przodkom?


Ośnieżone szczyty wznoszą się w oddali nad horyzontem jeśli patrzeć ku wschodowi, jeśli spojrzeć na zachód – widać porośnięte lasem stoki gór na wyspie Vancouver. Wieś Alert Bay położona jest na małej wysepce w cieśninie pomiędzy wielką wyspą Vancouver, a stałym lądem. Lud Kwakiutl mieszkał niegdyś po obu stronach tej cieśniny. Nad fiordami wcinającymi się pomiędzy ośnieżone góry stoją jeszcze opuszczone ich wsie. Indianie opuścili te wsie po wielkich epidemiach czarnej ospy pod koniec XIX wieku, tym niemniej na początku XX wieku domy jeszcze stały i w razie potrzeby mogły być używane. I były używane, ponieważ lud Kwakiutl zignorował kanadyjskie prawo zakazujące celebrowania potlaczu i nadal wydawał wielkie uczty, a gości podejmowano w tych opuszczonych wsiach, z dala od posterunków Królewskiej Konnej.
W Alert Bay kilka osób opowiadało mi o jednej takiej uczcie. W 1921 roku wódz Dan Cranmer wydał potlacz w opuszczonej wsi na Village Island. Potlacz był wydany po to, by oficjalnie ogłosić rozwód z żoną, by wódz mógł się ponownie ożenić. Ktoś najwyraźniej o tym doniósł, bo na potlacz wkroczyła Królewska Konna i aresztowała uczestników. Aresztowanym wodzom (było ich kilku) dano do wyboru – albo oddadzą używane do potlaczu rekwizyty (maski, miedziane tarcze, stroje tancerzy), albo dostaną długie wyroki więzienia. Niektórzy ulegli i oddali maski, inni uważali, że nie wolno się poddawać i dostali wyroki. A maski trafiły do szklanych gablot w muzeach gdzieś na wschodzie Kanady. Tam pewnie były opisane jako maski „w dawnych czasach używane do potlaczu”.
Czasy się zmieniły, w 1951 roku zakaz potlaczu cofnięto. Indianie z Alert Bay wytoczyli władzom Kanady proces o nielegalną konfiskatę mienia, proces wygrali i maski zwrócono. W Alert Bay zbudowano długi dom specjalnie po to, by te maski w nim umieścić. To jest właśnie U'mista Cultural Centre, które po części funkcjonuje jako muzeum. Turyści przybywający do Alert Bay mogą sobie te maski obejrzeć. Maski nie są stłoczone w szklanych gablotach. Starszyzna uznała, że dość długo były pod kluczem i skoro wróciły do domu – maja oddychać wolnym powietrzem.
Długi dom zbudowano wedle dawnych wzorców tak, jak kiedyś budowano domy mieszkalne. W takich domach Indianie w tym rejonie świata mieszkali przed przybyciem białych. Charakterystyczna dla indiańskiej architektury więźba dachu wsparta na potężnych belkach, te z kolei wsparte na czterech potężnych słupach. Ściany drewniane, z tujowych desek. Wokół ścian wyeksponowane maski, na wolnym powietrzu, nie w gablotach. Nie wolno robić zdjęć, należy zachować powagę wnętrza – te maski są dla Indian święte. Bardzo różne maski. Maska Wielkiego Ludojada z Północnego Krańca Świata z wielgachnym dziobem, którym wydłubuje ludziom oczy w ramach przekąski. Maska dzikiego leśnego luda, w jakiego zmieniają się rozbitkowie, których czółno się wywróciło, ale im udało się dopłynąć do nieznanego brzegu i zgubili się w lesie. Maska błazna z wielkim nochalem, co to obrzuca publikę smarkami wydłubanymi z nosa, a poza tym pilnuje, by wszyscy zachowywali się na potlaczu właściwie. I wiele innych masek, a także miedzianych tarcz, bez których potlacz w ogóle nie może się odbyć.
Wnętrze długiego domu w Alert Bay
Niby mnóstwo informacji, ale tak naprawdę to jeszcze większe mnóstwo nowych pytań. Jak to – na potlaczu wydziobuje się ludziom oczy? Obrzuca publikę smarkami? Niezbyt to brzmi zachęcająco. Ale skoro jest jakaś publika, to zgodnie z logiką są jacyś wykonawcy. Wykonawcy – ale czego? No i co to za miedziana tarcza? Dlaczego jest niezbędna do potlaczu?
W Alert Bay jest również sklep z pamiątkami, jak przystało na miejscowość, do której przyjeżdżają turyści. W tym sklepie jest duży ekran, na którym cały czas lecą filmy dotyczące kultury Indian. Sklep nosi nazwę „Szok kulturowy” i w ogóle mam wrażenie, jego celem jest informowanie turystów o kulturze ludu Kwakiutl, a te pamiątki to przynęta. Niektóre z tych filmów nakręciła właścicielka sklepu, Barb Cranmer, wnuczka tego wodza, co w 1921 roku poszedł do więzienia za potlacz. Inne filmy to programy BBC z lat sześćdziesiątych. Można się z nich dowiedzieć, że miedziana tarcza to była najcenniejsza rzecz, jaką mógł posiadać wódz, ale był to przedmiot sam w sobie bez wartości, tak jak pieniądze. Można się też dowiedzieć, że pod koniec XIX wieku w czasie potlaczu wódz pozbywał się mienia nie tylko rozdając je, ale też część niszcząc, na przykład w czasie pogrzebu paląc razem ze zwłokami zmarłego. To spowodowało, że władze Kanady zdelegalizowały potlacz, bowiem cywilizowany człowiek powinien mienie chomikować, a rozdawanie i niszczenie jest barbarzyństwem. A wodzowie Kwakiutl uznali, że nikt im nie będzie mówił co moją robić, bo tutaj to oni są wodzami, i wydawali potlacze mimo zakazu.
W sklepie pracuje młody Indianin imieniem Arthur. Łatwo się daje wciągnąć w rozmowę. Wskazując jakąś postać na filmie wykrzykuje: „To mój dziadek!” Opowiada o tym potlaczu w 1921 roku, kiedy kilkadziesiąt osób poszło do więzienia. O tym, jak po zniesieniu zakazu z Alert Bay zbudowano nowy długi dom, w którym potlacze mogły się odbywać oficjalnie. Nie ten, gdzie są teraz odzyskane maski, tylko inny, na wzgórzu pod lasem. Opowiada o tym, jak w latach dziewięćdziesiątych ten nowy długi dom został podpalony i poszedł z dymem. Podpalił go jakiś gościu z Ameryki Południowej, który ożenił się z Indianką z Alert Bay, a potem ona go nie chciała i tak się zemścił. Barb Cranmer nawet nakręciła o tym film, ludzie na nim płaczą jakby stracili najcenniejszą rzecz we wsi. Ale potem zbudowano nowy, większy. Teraz tam się odbywają pokazy tańców.
My nie wierzymy w ten mit, że Indianie przyszli z Azji przez jakiś lądowy most kilka tysięcy lat temu”, mówi Arthur. „My wierzymy w nasze historie, to nie są żadne mity tylko prawda. My na przykład wierzymy, że Kwakiutl są potomkami Wielkiego Halibuta, który wyszedł na brzeg na wyspie Vancouver o tam, naprzeciwko Alert Bay, przybrał postać ludzka i osiedlił się w dolinie rzeki Nimpkish. Wierzymy w wizje, które nie są dla nas rzeczą nadzwyczajną. Duchy przodków dają o sobie znać za pomocą wizji. Bo duchy przodków są wśród nas. Biali ludzie w to nie wierzą, ale sami czasem opowiadają o wizjach nie będąc świadom, że to były wizje. Na przykład kiedyś jacyś biali żeglarze płynęli fiordem, nad brzegiem którego stała indiańska wieś, mieszkańcy ich zapraszali, częstowali jedzeniem, były tańce. Potem ci żeglarze o tym opowiadali i dziwili się, jak im ludzie mówili, że wieś w tym miejscu istotnie była, ale przed stu laty, a w międzyczasie została spalona i już dawno nikt tam nie mieszka. Oni najwyraźniej spotkali przodków, którzy im się ukazali.
Wódz Billy w Port Hardy
Albo innym razem rybacy Kwakiutl słyszeli jakąś muzykę na małej wysepce niedaleko Alert Bay. Wylądowali tam i nie słyszeli nikogo, tylko słyszeli tą muzykę, ale żadnej pieśni nie potrafili rozpoznać. Wiadomo było, że kiedyś, jeszcze w XIX wieku, wioślarze Haida wracali tędy z Victorii na wyspy Haida Gwaii, ale to był czas epidemii czarnej ospy i wszyscy wioślarze zmarli na tej wyspie. Wieść o tej nieznanej muzyce, którą można usłyszeć na tej wysepce rozeszła się. Pięć lat temu grupa Indian Haida pojechała tam, wsłuchała się w muzykę i rozpoznała swoje własne stare pieśni.
Takie opuszczone wsie to między innymi Smiths Inlet i Blunden Harbour. W latach sześćdziesiątych władze skłoniły mieszkańców do tego, żeby się przenieśli do Port Hardy na wyspie Vancouver, obiecywano im, że tam będzie cała wieś już zbudowana na nich czekała. Kiedy obie wsie spakowały się i wyjechały, okazało się, że w Port Hardy czeka na nich tylko pięć domów. Postanowili więc wrócić do swoich dawnych wsi, ale kiedy tam dotarli, okazało się, że wszystko już zostało spalone.
Byłem tam, w indiańskiej części Port Hardy. Dziś jest tam całkiem sporo domów. Na plaży spotkałem tam Indianina imieniem Billy, który mi opowiadał, że niektóre z nich są całkiem zamożne. „Popatrz na tamten” mówił mi, „To jest prawie jak pałac. Ten gościu ma kupę pieniędzy, jest właścicielem całej floty kutrów rybackich.” Billy był jednym z tych, co zalewają rozmówcę potokiem słów, pytać o nic właściwie nie trzeba, czasami co najwyżej coś wtrącić, by ten potok słów jakoś ukierunkować. Billy miał sporo do powiedzenia o potlaczu. On sam jest wodzem, ale nie w tej wsi, tylko gdzie indziej. Ale wydaje potlacze. Zawsze z dzikiego jedzenia, „no white man's food on my feasts”. A sam wódz przed potlaczem musi się duchowo oczyścić, więc idzie do lasu, rozpala ognisko i zostaje tam, aż z ogniska nie zostanie kupka popiołu. Kiedy wódz przychodzi na potlacz, jest odmienionym człowiekiem. Człowiek powinien umieć pięć rzeczy – to mówiąc Billy pokazał otwartą dłoń – powinien umieć kochać, umieć się troszczyć o innych, mówić prawdę, mieć szacunek dla innych, a przede wszystkim – tu wskazał na kciuk – powinien umieć dawać. Zapytałem jak to wszystko pogodzić z etosem wojownika. „To było kiedyś, teraz uczą inaczej' wykrzyknął. „Kiedyś chłopak nie był uznawany za mężczyznę, dopóki nie przyniósł głowy wroga...”
W Alert Bay jest nie tylko muzeum. Jest tam też grupa taneczna o nazwie T'salala oferująca turystom pokazy tradycyjnych tańców wykonywanych na potlaczu. Odbywają się one w tym drugim długim domu stojącym na wzgórzu pod lasem. Przed długim domem jest wielki parking, najwyraźniej czasem przyjeżdża tu dużo aut, ale z tyłu szumi tujowy las. Wchodzi się między zębami wielkiej paszczy namalowanej na frontowej ścianie. Wnętrze robi wrażenie, przenosi jakby w inny świat. Belki więźby dachowej wsparte są na potężnych słupach rzeźbionych jak totemy, jaskrawo pomalowane i uskrzydlone. Podłoga jest z ubitej ziemi, a pośrodku płonie ognisko. Indianka zapowiadająca tańce, ubrana w czarno-czerwony płaszcz z naszytymi perłowymi guzikami układającymi się we wzory, mówi że wnętrze długiego domu to jest inny świat, wszelkie troski i kłótnie pozostają na zewnątrz, w długim domu panuje pokój. Opowiada, że tańce wykonywane na potlaczu są dwojakiego rodzaju – podczas pierwszej części pod postacią tancerzy przychodzą złe duchy (i są kiełznane), druga część to tańce pokoju, w czasie których rozsypywany jest symbol pokoju – orle pierze. Niegdyś potlacz trwał kilka dni, dziś raczej nie bywa dłuższy niż dwa dni. W pierwszej części tańczone są tańce hamatsa, będące częścią inicjacji młodych chłopców. Chłopcy pozostawiani są sami sobie w lesie, żywią się przez kilka dni tym co znajdą, a wracają jako niby-ludożercy, wyjące dzikie stwory. Tańczą wyjąc odziani tylko w pęki trawy, a tańczące obok kobiety oswajają ich, pomagają im okiełznać dzikie instynkty i przywracają ich społeczeństwu. Tańce prezentowane turystom trwają tylko godzinę, ale widzimy wyjących chłopców odzianych w pęki trawy i tańczące przed nimi dziewczynki kołyszące się łagodnie, jakby chcące uśmierzyć tę dzikość. Jest też moment na taniec ptaszydła z wielkim dziobem, Ludojada w Północnego Krańca Świata. Jest taniec pokoju, tancerze odziani w gronostajowe płaszcze, nas głowie wieniec z wąsów morsa sterczących pionowo, pomiędzy tymi wąsami orle pierze rozsypywane w trakcie tańca. Są też tańce duchów z lasu, na przykład taniec Bukuosa, dzikiego luda, w jakiego zmieniają się rozbitkowie.
Indianka Ruby
Po spektaklu zapytałem tę Indiankę w płaszczu z guzikami, czy powiedziałaby mi coś więcej o potlaczu. „Co chcesz wiedzieć?” Mówię jej wprost, że najbardziej mnie zawsze interesuje to, o czym nie mam pojęcia, a więc nie mogę o to zapytać. To, co jest ważne dla mojego rozmówcy, a nie to, co jest ważne dla mnie. Andrea (tak ma na imię moja rozmówczyni) mówi mi na to, że dla niej najciekawsze jest uzdrawianie. Kiedyś była pełna gniewu na kolonizatorów za to, co zrobili jej ludowi, że przy pomocy czarnej ospy zabili większość ludności, a potem przy pomocy szkół z internatem zabili kulturę, ale w końcu zrozumiała, że trzeba się wewnętrznie uzdrowić i przestać być zawsze ofiarą. Ona sama prowadzi warsztaty indiańskiego uzdrawiania w różnych krajach. A co do potlaczu, to tradycja została zachowana mimo zakazu. Wszystkie inne szczepy zapomniały o swojej tradycji, tylko oni ją nieprzerwanie zachowali. Inne szczepy powinny być im za to wdzięczne, a tymczasem ona sporo jeździ i nigdzie się nie spotkała z wyrazami wdzięczności.
O tym indiańskim uzdrawianiu już słyszałem, opowiadała mi o tym Indianka Ruby, tutejszy pracownik socjalny. Mówiła, że oficjalne organizacje pracy socjalnej mają problemy z zaakceptowaniem jej metod opartych na indiańskiej tradycji. „Jak dzieciom opowiadasz te indiańskie brednie, to ich potem niczego nie można nauczyć”, tak jej mówią. „A przecież my wiemy skąd jest zagubienie młodzieży w dzisiejszych czasach. Zabierając się do jakiegokolwiek działania trzeba zapytać – co by powiedzieli moi dziadkowie? Bo nasi przodkowie są z nami, oni nad nami czuwają. Każda dusza przed urodzeniem złożyła przodkom obietnicę że to czy tamto na ziemi zrobi. Jeśli w ciągu życia wykonuje to, co obiecała, wówczas nie ma problemów z psychiką. Jeśli o obietnicy zapomina, wówczas przychodzą problemy – depresja, alkohol, narkotyki. Dlatego trzeba samego siebie zapytać – jaka była moja obietnica? Trzeba znaleźć odpowiedź i dotrzymać słowa.”
Ruby jest urodziwą młodą kobietą w okularach, z wyższym wykształceniem. Rozmawiałem z nią nie przy ognisku, tylko w oświetlonej jarzeniowym światłem sali konferencyjnej w ośrodku U'mista. Ubrana była po naszemu, rozmawialiśmy po angielsku, ale rozmawialiśmy o czymś, co nam, nie-Indianom, trudno pojąć, a już na pewno zaakceptować.
Ośrodek U'mista stoi pod lasem, przy plaży. Po drugiej stronie cieśniny widać ten brzeg, na który wyszedł z morza Wielki Halibut i dał początek ludowi Kwakiutl. Na stokach gór nad tym wybrzeżem jest las, w którym młodzi chłopcy przechodzą inicjację. Wchodzi w nich wtedy zły duch Ptaka Ludojada Mieszkającego na Północnym Krańcu Świata. Chłopcy wracają z lasu wyjąc i tylko kobiece ciepło potrafi tego ptaka okiełznać i młodych mężczyzn przywrócić społeczeństwu. To jest też ten sam las, w którym na kilka dni zaszywa się wódz, jeśli chce dla swojego ludu wydać ucztę. A gdzieś wśród fiordów pomiędzy ośnieżonymi górami są jeszcze wsie, niby opuszczone, ale duchy przodków czasem tam urządzają potlacze i zapraszają na nie przygodnych podróżnych. Duchy przodków, którym każdy, kto przychodzi na świat, składa obietnicę.
Jak zwykle – nowe odpowiedzi rodzą tylko nowe pytania.
Jak to była obietnica?

Długi dom w Alert Bay


Jeśli kto woli czytać z papieru, to zarówno niniejsze opowiadanie, jak i wiele innych na temat amerykańskich Indian,

 znajduje się w papierowej książce:




Tuesday, January 22, 2019

Czerokisi

Wódz Czerokisów Bill Baker na mustangu

Wodzowie jadą na czele na mustangach.
Pierwszy mustang maści niebieskiej, jedzie na nim wódz Czerokisów Bill John Baker i jego małżonka. Siedzą z tyłu, wysoko, kłaniając się tłumom i machając im ręką. Drugi mustang szary, jedzie na nim wice-wódz Joe Crittenden, z małżonką. Na trzecim mustangu jedzie gość z sąsiedniego szczepu, wódz Muskoginów James R. Floyd. Dalej jedzie rada szczepu, reprezentacje różnych czerokiskich organizacji, potomkowie Murzynów-wyzwoleńców, czerokiscy sędziowie, czerokiska policja, młodzież z czerokiskich szkół. Są nawet czerokiskie orkiestry dęte. Wszyscy defilują główną ulicą miasta Tahlequah, przed budynkiem czerokiskiego Kapitolu.
Później jest orędzie do narodu wygłaszane przez wodza Bakera na skwerze przed Kapitolem. Spotkanie otwiera ceremonia wciągnięcia na maszt dwóch flag: Stanów Zjednoczonych i szczepu Czerokisów. Zaraz potem chórek dziewcząt ubranych w kwieciste suknie śpiewa hymn Stanów Zjednoczonych w języku czerokiskim. Te kwieciste suknie wyglądają trochę jak stroje gospodyń wiejskich z XIX wieku, ale najwyraźniej tu są uważane za czerokiski strój ludowy. Po odśpiewaniu hymnu głos zabiera przywódca duchowy szczepu.
"Widzicie tego ptaka wydrukowanego na ulotkach? To jest żuraw, symbol dzisiejszego święta. Żuraw był zawsze czczony przez Czerokisów. Wielcy wojownicy ubierali jego pióra, kiedy udawali się na medytację. Pióra żurawia nie były używane do ozdoby, tylko do medytacji. Pozyskiwano je łapiąc ptaka żywcem, potem go wypuszczano. Żuraw mieszka zawsze w pobliżu wody i to ma związek z tematem dzisiejszej ceremonii: WODA JEST ŚWIĘTA. A teraz błogosławieństwo. Niech was błogosławi Bóg Ojciec, Bogini Matka, Boże Dziecię i Duch Święty".
Oficjalna część święta Czerokisów
Wódz Baker też podejmuje wątek świętości wody. "Woda jest święta, a my jesteśmy tu po to, by naszym potomkom w siódmym pokoleniu zapewnić taką samą wodę, jaką my pijemy. Dlatego też niektórzy spośród Czerokisów pojechali wspierać obrońców wody w rezerwacie Standing Rock na północy." Ale większość orędzia dotyczy budżetu szczepu i tego, jak dobrze jest on wykorzystywany. Wsparcie dostała grupa młodzieży, która rowerami wybrała się odtworzyć trasę szlaku łez. Chata Sequoi, obecnie muzeum, została wykupiona z rąk prywatnego właściciela, który chciał muzeum zamknąć z powodu zbyt małej liczby odwiedzin. Przyjęto również do szczepu potomków Murzynów, których Czerokisi musieli wyzwolić po wojnie secesyjnej. Murzyni owi nie byli członkami szczepu, ale ostatnio Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych orzekł, że mają do tego prawo, a następnie Sąd Najwyższy Czerokisów przyznał im obywatelstwo.
Zaraz zaraz, chwila moment. Jacyś Murzyni domagają się, żeby ich przyjąć do indiańskiego szczepu? To by znaczyło, że ten budżet jest rzeczywiście całkiem dobrze zarządzany. Najwyraźniej bycie członkiem szczepu Czerokisów niesie ze sobą jakieś korzyści. Ale jakie?
I jeszcze jedno zaraz zaraz. Jak to - wyzwoleńcy? Czyżby to znaczyło, że Czerokisi przed wojną secesyjną mieli niewolników?


***
W historycznym centrum miasta Tahlequah stoi budynek Kapitolu. Jest to imponujący budynek z czerwonej cegły, zbudowany na planie kwadratu, z wielkimi oknami i sygnaturką na dachu. W latach 1869-1907 służył on jako siedziba władz Republiki Czerokisów.
Tu trzeba dopisać tę irytującą wstawkę, ponieważ wszyscy czytelnicy spodziewają się, że wodzowie szczepu Indian w XIX wieku powinni się spotykać w namiocie rady, a nie w jakimś Kapitolu z czerwonej cegły. W końcu to Oklahoma, terytorium Indian, którzy powinni ganiać po prerii w pióropuszach. Konieczna jest więc ta wstawka rozwiewająca mit stworzony przez Buffalo Bila i podtrzymywany przez pop-kulturę, w tym również takie pozornie sprzyjające biednym Indianom książki jak "Pochowaj me serce w Wounded Knee". Książki takie, skierowane do potencjalnego lewicowego nabywcy, podtrzymują obraz Indianina jako cywilizacyjnie prymitywnego. Jest to obraz oparty na wyrywkowych informacjach i dlatego fałszywy.
Czerokisi to największy szczep Indian w Stanach Zjednoczonych, ale jego historia nijak nie pasuje do stereotypu. Jest to jeden z tak zwanych "pięciu cywilizowanych szczepów", klasyfikowanych tak, ponieważ już w XVIII wieku ich członkowie przejęli metody gospodarowania swoich białych sąsiadów. W ciemię bici nie byli i przyuważyli dość szybko, że pole zaorane wołami i nawiezione tym, co woły po sobie zostawią daje większy plon i przy mniejszym nakładzie pracy, niż pole na kawałku lasu karczowanym na nowo za każdym razem, kiedy stare pole wyjałowieje. Przyuważyli również, że wołowinę pasącą się na łące za domem łatwiej wrzucić do gara niż jeleninę, za którą trzeba się uganiać po lesie. Na domiar wszystkiego przekonali się, że do pracy w polu można wysłać kupionego Murzyna.
Ale nie tylko o gospodarkę chodzi. Czerokisi na początku XIX wieku stworzyli republikę na wzór Stanów Zjednoczonych, z konstytucją, parlamentem (który tylko w nazwie był "radą szczepu") i prezydentem (tylko w nazwie "wodzem").W konstytucji, uchwalonej w 1827 roku, jest jasny zapis, że ziemia szczepu jest wspólna i ktokolwiek ją sprzedaje komuś spoza szczepu, ten podlega karze śmierci. Zapis ten powstał dlatego, że w XVIII wieku biali kupowali ziemię od wodzów poszczególnych wsi, w wyniku czego terytorium szczepu niebezpiecznie się kurczyło. Było to w czasach, kiedy Czerokisi mieszkali w górach na terenie dzisiejszych stanów Georgia i Północna Karolina. Stolicą kraju Czerokisów była miejscowość New Echota w dzisiejszej Georgii. Funkcję prezydenta pełnił wówczas wódz John Ross.
Kapitol w Tahlequah

Wódz John Ross wyjątkowo nie pasuje do stereotypu wodza Indian. Nie dość że chodził w surducie i cylindrze, ale też zamiast wojować ze Stanami Zjednoczonymi wytoczył im proces, który wygrał. Orzekający wówczas sędzia Marshall stwierdził, że szczep Indian stanowi byt polityczny odrębny od Stanów Zjednoczonych, od którego rząd Stanów może kupić ziemię, ale nie może go zmusić do sprzedaży. Orzekł on również, że ponieważ szczep jest odrębnym bytem politycznym, na terenie przezeń zajmowanym nie obowiązuje prawo stanowe, tylko prawo tego szczepu. Tymczasem prezydent Andrew Jackson, prowadzący politykę wysiedlania Indian za Missisipi, orzeczenie to zignorował. Wprawdzie prezydent republiki czerokiskiej, czyli wódz John Ross, nie chciał mu sprzedać ziemi szczepu, ale czy to problem? Prezydent Jackson i tak znalazł kogoś, kto mu podpisał odpowiedni dokument. Dokument ten obiecywał Czerokisom ziemię w Oklahomie (którą Stany Zjednoczone kupiły parę lat wcześniej od Napoleona) w zamian za ziemię na terenie stanu Georgia. Dokument podpisał Major Ridge, który był wprawdzie wpływową postacią wśród Czerokisów, ale nie miał kompetencji by taki dokument podpisać. Jednym z sygnatariuszy był też Elias Boudinot, redaktor czerokiskiej gazety, który jako redaktor też był oczywiście wpływową postacią, ale nie nie miał większych kompetencji do podpisywania takich dokumentów, niż powiedzmy Adam Michnik.
Bo Czerokisi (ach te stereotypy) mieli wtedy swoją gazetę. Nazywała się ona "Cherokee Phoenix" i wydawana była synoptycznie w dwóch językach. Część anglojęzyczna przeznaczona była dla przyjaznego czytelnika w amerykańskich miastach, część czerokiska była dla Indian, którzy nie znali angielskiego, ale umieli czytać w swoim języku. Bo Czerokisi w XIX wieku mieli własne pismo (ach te stereotypy), które opracował im nie żaden misjonarz, tylko Indianin imieniem Sequoya.
Major Ridge i inni sygnatariusze spakowali manatki i wyjechali do Oklahomy dobrowolnie, natomiast wódz John Ross oraz większość szczepu postanowili stosować bierny opór. Wysłana celem przeprowadzenia akcji armia musiała poszczególnych Indian dosłownie wynosić z domów. Prezydent Jackson teoretycznie zorganizował logistykę całej akcji, ale albo była ona niedopracowana, albo po części rozkradziona, dość że w wyniku niedożywienia zmarło kilka tysięcy osób. Był to słynny "Szlak łez" Czerokisów.
Teoretycznie klęska, ale to właśnie orzeczenie sędziego Marshalla jest podstawą do tego, że dziś rezerwaty Indian traktowane są niejako eksterytorialnie. Prawo stanowe w nich nie obowiązuje, więc można na ich terenie budować kasyna, mimo że w większości stanów obowiązuje purytański zakaz hazardu. A republika Czerokisów bynajmniej nie przestała istnieć. Odbudowana została w nowym miejscu, nowo założone miasto Tahlequah zostało stolicą, zbudowano Kapitol, w którym spotykała się rada szczepu. Rada ta uznała (wbrew opinii wodza Johna Rossa), że ci, co podpisali dokument sprzedający cały kraj Amerykanom powinni ponieść śmierć. Zginęli oni jednej nocy, 22 czerwca 1839 roku. Tylko ostrzeżony wcześniej Stand Watie, syn Majora Ridge'a, zdołał uciec.
Czerokisi przybyli do Oklahomy razem ze swoimi czarnymi niewolnikami. Niewykluczone, że u Czerokisów niewolnikom było generalnie lepiej, niż u białych plantatorów, ponieważ zdarzało się, że murzyńscy uciekinierzy z białych plantacji przyłączali się do "szlaku łez" i dotarli do Oklahomy. Tym niemniej Czerokisi mieli swoich niewolników, którzy pracowali na polach, i wcale nie chcieli się ich pozbywać. Kiedy wybuchła wojna secesyjna, wódz John Ross próbował prowadzić politykę neutralności, ale wielu Czerokisów sprzyjało południowym stanom i przyłączyło się do ich armii. Stand Watie został nawet generałem. Jednakże okazało się, że Czerokisi walczyli po przegranej stronie i musieli swoim niewolnikom przyznać wolność.
Kapitol kapitolem, niewolnicy niewolnikami, w jednym Czerokisi różnili się bardzo od swoich białych sąsiadów: w ich republice nie było prywatnej własności ziemi. Każdy obywatel mógł uprawiać każdy dostępny kawałek ziemi, ale jeśli przestał ją uprawiać, to nie miał do niej żadnych praw. Taki stan rzeczy był niezrozumiały dla białych sąsiadów, którzy uważali, że w republice Czerokisów zbyt dużo ziemi marnuje się leżąc odłogiem. Powstała propozycja, by utworzyć stan Oklahoma, w którym biali i Indianie mieliby równe prawa, ziemia uprawiana przez Indian byłaby im przydzielona na własność, a nadwyżka przyznana białym farmerom. Republika Czerokisów wcielona byłaby do stanu Oklahoma. Propozycję wcielono w życie w 1907 roku. Przeprowadzono spis ludności republik indiańskich (również innych "cywilizowanych szczepów"), wszystkim obywatelom przyznano pewną ilość ziemi na własność, a resztę rozparcelowano między białych osadników.
Można powiedzieć, że tak się skończyła historia ludu Czerokisów. Taka była w każdym razie moja pochodząca z literatury wiedza w momencie, kiedy jechałem do Tahlequah zobaczyć Kapitol, który zdecydowanie nie wygląda jak namiot rady.
Tylko że tu zdecydowanie więcej rzeczy nie wygląda tak, jak powinno wyglądać. O co chodzi z tą paradą? Skoro historia szczepu się skończyła, to skąd ci wodzowie jadący na mustangach? Skąd sędziowie, policjanci, wódz naczelny wygłaszający orędzie do narodu w cieniu Kapitolu?



***
Hymn śpiewany w języku Czerokisów
"Tradycyjny taniec kobiecy, tancerki prosimy do kręgu". Tubalny głos mistrza ceremonii słychać przez wszystkie głośniki. "Southern Thunder, prosimy o muzykę".
Chłopcy z mikrofonami na drągach podbiegają do kręgu bębnistów o tej właśnie nazwie. Kilku mężczyzn siedzących wokół bębna zaczyna w niego walić najpierw delikatnie, potem coraz głośniej, w końcu zaczynają śpiewać. Nie śpiewają tak wysokimi głosami, jak w rezerwatach Sjuksów na północy, ale linia melodyczna jest generalnie podobna. Kobiety w kręgu tańczą dostojnie, stawiając małe kroczki i uginając nogi przy każdym kroku tak, że wiszący na przedramieniu szal kołysze się jak wahadło. Większość tańczących kobiet jest ubrana w stroje do tańca tradycyjnego takie jak u Sjuksów, ale jest też grupa kobiet ubrana w kwieciste suknie, narodowy strój Czerokisek.
Generalnie tutejszy powwow jest bardzo podobny do tych w rezerwatach na północy, u Odżibwejów i Sjuksów. Inaczej niż na północy, gdzie powwow zawsze zaczyna się w południe, tu Wielkie Wejście jest dopiero o szóstej wieczorem, kiedy słońce już zachodzi. Większość tańców odbywa się przy świetle boiskowych latarń. Inaczej niż u Sjuksów, gdzie kobiety tańczą w kręgu poruszającym się w kierunku przeciwnym niż mężczyźni, tu wszyscy obchodzą krąg w kierunku zgodnym z ruchem słońca (tak jak u Odżibwejów). Z kolei inaczej niż u Odżibwejów, u których grupy bębnistów i śpiewaków są zawsze w środku kręgu tancerzy, tu bębny są wokół kręgu (tak jak u Sjuksów). Inaczej niż u szczepów na północy, gdzie mężczyźni śpiewają wysokimi falsetami, a towarzyszące im kobiety jeszcze o oktawę wyżej, tu mężczyźni śpiewają zwykłymi, znacznie niższymi głosami. Tym niemniej jest to podobna linia melodyczna, czasem śpiewana bez tekstu, tylko z jedną powtarzającą się sylabą. Jest to niewątpliwie muzyka do powwow, w żaden sposób niepodobna do muzyki białego człowieka.
Tymczasem na niedalekim boisku sportowym odbywa się coś, czego nigdzie na północy nie widziałem: mecz piłki zwanej tu "stickball". Nazwa jest taka dlatego, że piłeczkę można łapać tylko malutkimi rakietami na długich kijach, przy czym każdy zawodnik ma dwie takie rakiety. Celem nie jest bramka, tylko pojedynczy słup. Zawodników na boisku jest kilkudziesięciu, dużo więcej niż w piłce nożnej, tłum kłebi się i po chwili błyskawicznie rozbiega goniąc za piłeczką. Przy czym zawodnicy mogą się najwyraźniej traktować tak jak w rugby, popychając się i przewracając, tylko piłki nie mogą dotknąć inaczej, niż tylko rakietą.
Obserwując mecz siadam na ławeczce obok Murzyna, który jest całkiem rozmowny, a mówi akcentem takim jak Muddy Waters albo John Lee Hooker. Mówi, że nie jest potomkiem tutejszych wyzwoleńców, tylko przyjechał tu z Missisipi ze swoją żoną Indianką. Tam gdzie mieszka jest rezerwat Czoktawów i tam właśnie znalazł żonę. Czoktawowie przeszli szlak łez podobny do Czerokisów i większość mieszka w Oklahomie, zupełnie niedaleko. Sama nazwa Oklahoma pochodzi z języka Czoktawów. Najwyraźniej jednak nie wszyscy przeszli szlak łez, niektórzy zostali w swoich starych siedzibach. Najwyraźniej też grają w stickball i jest to tam na tyle popularne, że mąż Indianki przychodzi popatrzeć na mecz.



***
"Heritage center" (czyli "Centrum tradycji") to właściwie muzeum na wolnym powietrzu, gdzie głównym obiektem jest zrekonstruowana tradycyjna wieś czerokiska z czasów sprzed przesiedlenia. Z okazji święta narodowego Czerokisów przed tym muzeum jest jarmark, kłębią się tam tłumy, które również wchodzą zwiedzić ową wieś. Nie wolno zwiedzać samemu sobie, trzeba chodzić z grupą i przewodnikiem. Normalnie nie lubię trajkotania przewodników, ale tym razem mam szczęście: przewodnikiem jest urodzony gawędziarz. Ubrany jest w strój Czerokiza z XVIII wieku, łącznie z 'irokezem", czyli fryzurą, która wcale nie tylko u Irokezów była wtedy w modzie.
Demonstracja gry w stickball
Porusza różne tematy, opowiada ciekawie. Na przykład o zasadach gry w stickball. Są dwa rodzaje gry, w jedną grają sami chłopcy, a w drugą chłopcy przeciw dziewczętom. Jeśli grają tylko chłopcy, to mogą dotykać piłki tylko rakietami, mogą się dowolnie popychać i przewracać. Zawodników może być dowolna ilość, byle było po równo. Jeśli grają tylko chłopcy, to cele stanowią pojedyncze słupy po obu stronach boiska. Jeśli jednak grają chłopcy przeciw dziewczynom, to cel jest jeden, drewniana ryba na wysokim słupie. Chłopcy mogą dotykać piłki tylko rakietami, a dziewczyny mogą łapać rękami. Chłopcom nie wolno popychać i przewracać dziewczyn, natomiast dziewczyny mogą popychać i przewracać chłopaków. Przewodnik demonstruje jak się tych rakiet używa. Przypominają trochę rakiety do lacrosse, ale koszyczek do łapania piłeczki jest mniejszy, a każdy zawodnik trzyma dwie rakiety, jedną w każdej ręce.
Przewodnik demonstruje też użycie trzcinowych dmuchawek, jakich niegdyś chłopcy używali do polowania na ptaki. Zadaniem młodych chłopców było pilnowanie pól, żeby ptaki nie wyjadały ziaren kukurydzy. Strzały dmuchawek nie były zatrute, ale dla małych ptaków i tak śmiertelne. Te ptaki były następnie przynoszone i zostawiane przy wejściu do domu rady i jeeśli ktoś we wsi chciał sobie zrobić rosół, to mógł je po prostu wziąć. Co ciekawe, dawni podróżnicy zwrócili uwagę, że wszystkie te ptaki miały przestrzelone oko, co by świadczyło o umiejętnościach owych chłopców.
Świadomie napisałem "dom rady", bo w czerokiskiej wsi próżno byłoby szukać tipi czy wigwamów. Czerokisi w XVIII wieku mieszkali w solidnych chatach, przy czym każda rodzina miała dwie, jedną letnią, druga zimową. Letnia chata miała dach, ale nie miała ścian, natomiast zimowa chata miała ściany i palenisko. Dom rady był centralnym miejscem wsi, miał siedem ścian i stożkowaty dach. Ścian było siedem, bo siedem było czerokiskich klanów, i każdy klan miał swoje miejsce pod jedną ze ścian. Każdy Czerokis należał do jednego z siedmiu klanów, przynależność dziedziczył po matce. Każdy, kto miał matkę Czerokiskę i należał do klanu, uważany był za Czerokisa, nie miało znaczenia kim jest ojciec. W XVIII wieku biali osiedlali się czasem w kraju Czerokisów i brali sobie Indianki za żony. Wódz John Ross miał podobno tylko jedną ósmą krwi indiańskiej, ale nikt nie kwestionuje tego, że był Czerokisem.



***
Kapitol w Tahlequah stoi pośrodku zielonego skweru ocienionego drzewami i otoczonego budynkami. Jeden z tych budynków, z grubo ciosanego kamienia, zwany jest zbrojownią. Z okazji święta jest tam wystawa sztuki, oczywiście czerokiskich artystów. Nie jest to sztuka najwyższego lotu, nie przykuwa mojej uwagi. W rogu sali jakaś Indianka sprzedaje płyty z muzyką, chórki dziewczęce ubrane w kwieciste suknie. Pytam, czy mógłbym trochę posłuchać. Pani nie ma sprzętu, ale znajduje mi te chórki w internecie i demonstruje na telefonie. Brzmią trochę jak ten chórek co śpiewał hymn ameryki po czerokisku, też nie najwyższego lotu, ale nawiązuje się rozmowa. Bardzo ciekawa rozmowa, w końcu dowiaduję się jak to jest, że nie ma rezerwatu, ale jest szczep, który ma i sędziów i policję i najwyraźniej jakąś jurysdykcję. Tylko gdzie ta jurysdykcja obowiązuje?
"Te działki, które Indianie otrzymali w 1907 roku, traktowane są jako ziemia indiańska", mówi moja rozmówczyni. "Na tej ziemi można prowadzić działalność gospodarczą i nie płacić podatków. Jest to tak zwana 'restricted land', czyli ziemia z ograniczeniami. Nie można jej sprzedać komukolwiek, można ją sprzedać wyłącznie innemu członkowi szczepu. Dlatego nie można na takiej ziemi wziąć pożyczki z banku na hipotekę, bo bank nie mógłby przejąć tej ziemi w razie niespłacenia pożyczki. Jeśli się chce wziąć pożyczkę, trzeba wnieść do szczepu o zdjęcie ograniczeń. Ale na takiej ziemi stoi kasyno przy wjeździe do miasta, tam też są sklepy z tytoniem bez podatku.
Wyzwoleńcy Czerokisów
"Ale ziemia z restrykcjami ma też swoje korzyści. Na przykład szczep doprowadza wodę. Myśmy niedawno właśnie mieli doprowadzoną wodę. Do niedawna mieliśmy tylko wodę ze studni. Była oczywiście elektryczna pompa, ale to i tak uciążliwe, bo nie można było jednocześnie używać pralki i brać prysznica, bo jeśli się opróżniło studnię, to trzeba było czekać aż się napełni, co mogło trwać godzinę lub dwie. A teraz jest woda z wodociągu i nie ma takich problemów. Członkowie szczepu mają wodę doprowadzoną za darmo. ale sąsiedzi, nawet jeśli nie są członkami szczepu, i tak na tym korzystają, bo płacą tylko za doprowadzenie wody do swojej posesji.
"Szczep ma także własną służbę zdrowia. Nie jest ona może na takim poziomie, jak w innych, prywatnych szpitalach, ale czerokiski szpital może wysłać pacjenta do innego szpitala na wykonanie konkretnej operacji. Większość Czerokisów ma też prywatne ubezpieczenia, ale za to nie musimy płacić Obama-care. Tylko musimy udowodnić, że jesteśmy członkami szczepu. Dlatego mamy szczepowe dowody osobiste.
Ci potomkowie wyzwoleńców chcieliby mieć te wszystkie udogodnienia, ale nie powinni być przyjęci do szczepu. To nie są Indianie, nie znają naszej tradycji. Widziałam ich w telewizji, udają Indian, noszą jakieś pióra, ale to nie nasza tradycja. Oni nie są Czerokisami. Ale to rząd Stanów Zjednoczonych chce nas ukarać za to, że braliśmy udział w wojnie secesyjnej po złej stronie.
Powwow to nie nasza tradycja. Organizujemy tylko jeden powwow w ciągu roku, międzyplemienny, przyjeżdżają do nas przedstawiciele innych szczepów z Oklahomy. Ale to nie nasza tradycja. Naszą tradycją jest stomp dance. W czasie stomp dance kobiety mają przywiązane do ud po kilka grzechotek ze skorup żółwia, tak że muszą tańczyć w rozkroku. Mężczyźni tańczą z takimi grzechotkami w rękach. Wczoraj i przedwczoraj był stomp dance w specjalnym miejscu przy Centrum Tradycji, ale nie wiem czy dziś też jest.
Ale idź do John Ross Museum, tam pracuje mój syn, on ci więcej opowie. No i odwiedź też domek Sequoi.



***
Domek Sequoi jest dość daleko poza miastem i oczywiście nie ma tam transportu publicznego, trzeba dojechać samochodem. Jest to nie tyle atrakcja turystyczna, co skarb narodowy, ostatnio wykupiony z rąk prywatnych, o czym wspomniał wódz Baker w swoim orędziu. Sequoia to geniusz na skalę światową: niepiśmienny Indianin, który postanowił wymyślić pismo dla swojego języka i dopiął swego. Mieszkał w chacie z pni drzewnych i ta chata pozostała po nim jako pamiątka. Dziś jest to muzeum.
Geniusz, który wymyślił pismo dla swojego języka. Innego języka zresztą nie znał. Wprawdzie elita Czerokisów w owych czasach posyłała swoje dzieci do angielskich szkół, ale Sequoia do tej elity nie należał. Angielskiego nie znał. Zachowane są opowieści, jak w grupie wojowników była rozmowa o tym, że Stwórca dał białym ludziom pismo, a Indianom nie dał, na co Sequoia zareagował: "Co tam Stwórca nie dał, ja wymyślę pismo dla Indian!" Podobno przez kilkanaście lat coś kombinował, rysował jakieś znaki na skórze lub korze, ludzie go uważali za dziwaka. Ale miał córeczkę, z którą się często bawił i która się tych znaków nauczyła. Pewnego dnia ktoś oskarżył Sequoię o uprawianie czarów, a on postanowił udowodnić, że to nie czary, tylko logiczny system, którego nawet dziecko potrafi się nauczyć. Kilku zebranym osobom kazał wymyślić słowo, zapisał te słowa i polecił zanieść je córce, która w tym momencie nie była obecna, a ona wszystkie te słowa poprawnie odczytała. Wtedy ktoś doszedł do wniosku, ze taki wynalazek może być dla szczepu bardzo przydatny.
Sequoia należał do grupy Czerokisów, którzy dali się namówić do dobrowolnego opuszczenia dawnych siedzib w Georgii i osiedlenia się w dzisiejszej Oklahomie. Odległość między tymi stanami to pół kontynentu i trudno wpaść z wizytą do rodziny ot tak sobie. Ale przecież można - skoro jest taki wspaniały wynalazek - pisać listy! A skoro dziecko może się tego alfabetu nauczyć, to może i dorosły. Nagle wśród Czerokisów nastała mania uczenia się alfabetu i pisania listów, a biali kupcy ze zdumieniem odkryli, że wśród Indian jest popyt na papier i atrament.
Stół w domku Sequoi
W czasie kiedy Sequoia próbował na własną rękę wymyślić alfabet, niektórzy Czerokisi postanowili iść na skróty i posłali dzieci do angielskich szkół. Takim był wódz Górski Grzbiet, który swego syna Johna Ridge i bratanka Eliasa Boudinot posłał do szkoły w Conneticut. Kiedy w 1828 roku Rada Szczepu postanowiła zacząć wydawać regularne pismo, Elias Boudinot został jego redaktorem. Pismo miało tytuł "Cherokee Phoenix" i wydawane było synoptycznie w dwóch językach, część czerokiska zapisana była alfabetem Sequoi. Rok wcześniej tym alfabetem zapisana została Konstytucja Republiki Czerokisów. To była właśnie ta konstytucja, której jeden z punktów głosił: "Ktokolwiek sprzedaje ziemię komuś spoza szczepu, ten podlega karze śmierci".
Rok 1836 to dla Czerokisów rok tragedii narodowej. Wódz Górski Grzbiet (znany po Angielsku jako Major Ridge), jego syn John Ridge i bratanek Elias Boudinot, sądząc że nie ma innego wyjścia, podpisali traktat w New Echota, na mocy którego zrzekli się swoich ziem na rzecz stanu Georgia, w zamian otrzymując tereny w dzisiejszej Oklahomie. Nie mieli oni uprawnień do podpisywania takiego dokumentu. Wedle Czerokiskiej konstytucji jedynym upoważnionym do takiego podpisu był wódz John Ross, który złożenia swojego podpisu kategorycznie odmawiał.
Był to rok Szlaku Łez, kiedy większość szczepu wbrew swojej woli musiała opuścić swój dawny kraj w dzisiejszym stanie Georgia i przenieść się do Oklahomy. To spowodowało nowe konflikty, bowiem Czerokisi, którzy osiedlili się w Oklahomie dobrowolnie przybywszy tam wcześniej uważali, że to ich kraj i nie widzieli powodu, by nowi przybysze (których była przytłaczająca większość) mieli teraz rządzić. Podobno Sequoia - który nie był już uważany za dziwaka, lecz miał autorytet dobrodzieja narodu - wychodził z siebie, by zwaśnione strony pogodzić. W końcu w 1839 roku uchwalono nową konstytucję godzącą interesy obu stron.
A sam Sequoia wybrał się, by odznaleźć jeszcze jedna grupę Czerokisów, która osiedliła się w Teksasie, ale wygnana stamtąd wyruszyła do Meksyku. Sequoia podróżował po Meksyku by ich odnaleźć, ale z tej podróży już nie wrócił.
Pozostała po nim chatynka, dziś skarb narodowy. Stoi z dala od miast, pośród pól i lasów wschodniej Oklahomy, w sporym parku, do którego wejście jest po mozaice układającej się w słowo "witamy" w czerokiskim alfabecie. Sama chatynka ukryta jest w większym budynku obudowującym ją całkowicie. W budynku porozwieszane są tablice z informacjąmi kim był Sequoia, bo zapewne przeciętny odwiedzający to miejsce Amerykanin nie ma pojęcia. Wystawionych jest też kilka wyrobów żelaznych, bo Sequoia oprócz wszystkiego był kowalem, a jeszcze oprócz tego warzył sól z pobliskich słonych źródeł.
Do chatynki, zbudowanej z potężnych bali drewnianych, można wejść. Jest tam biureczko, na nim kałamarz, gęsie pióro i wyprawiona skóra jelenia, na której wypisane są litery czerokiskiego alfabetu. Coś jakby taki mały testament.
Trochę smutny testament. Dziś w zasadzie nikt tego alfabetu nie używa. Wykształcona po angielsku czerokiska młodzież jest w zasadzie całkowicie anglojęzyczna, a język i pismo Czerokisów powoli odchodzą w zapomnienie.



***
Muzeum Johna Rossa jest na obrzeżach Tahlequah, tuż przy cmentarzu, na którym jest grób wielkiego wodza. Zmarł on wprawdzie w Washington DC, ale szczep zorganizował sprowadzenie jego zwłok tutaj. Dla większości Czerokisów jest on bohaterem narodowym numer jeden.
Samo muzeum nie przybliża postaci Johna Rossa jako człowieka, jest to raczej muzeum jego publicznej działalności. Można zobaczyć pisane jego ręką dokumenty i komentarze do nich dotyczące historii szczepu. Jest też trochę o historii szczepu po śmierci Johna Rossa.
Bruce Ross
Kiedy odwiedzam to miejsce, przy wejściu siedzi starszy mężczyzna z siwą brodą, który chętnie nawiązuje rozmowę. Przedstawia się jako Bruce Ross, potomek wielkiego wodza. Ma dar gawędziarza i tak naprawdę po to tu jest, by gawędzić z takimi gośćmi jak ja. Pytam go o stomp dance, czy gdzieś tu w pobliżu można na taką ceremonię pójść.
"Stomp dance w Tahlequah to zabawa, prawdziwa ceremonia ma miejsce tylko na Redbird Smith Stomp Grounds. Do ceremonii konieczny jest Święty Płomień, a tylko tam on jest. Święty płomień przywieziony był w czasie Szlaku Łez w siedmiu częściach, każda część cały czas płonęła, każdy klan miał ze sobą głownie. Te głownie zostały po przyjeździe scalone. Redbird Stomp Grounds jest na terenie działki, którą dostał Czerwony Ptak, kiedy dzielono rezerwat Czerokisów w 1906 roku. Czerwony Ptak odmówił przyjęcia działki i podpisał odpowiedni dokument dopiero, kiedy go w kajdankach przyprowadzono do sądu. Dziś na terenie jego działki odbywają się ceremonie Keetowah Society, czyli stowarzyszenia, które jest jakby kościołem tradycyjnej religii czerokiskiej. Ale nie ma sprzeczności między naszą religią a chrześcijaństwem. Ja sam byłem w seminarium i miałem zostać katolickim księdzem, chociaż końcu nim nie zostałem. Ale Czerwony Ptak skłaniał się ku chrześcijaństwu. Syn Czerwonego Ptaka chciał się odciąć od chrześcijaństwa, skradł trochę Świętego Ognia i założył własny stomp ground, ale Świętego Ognia nie można ukraść. Ja tam byłem tylko raz, kiedy mój przewodnik duchowy Hickory Starr tam pojechał i zabrał mnie ze sobą. Ja tam od razu poczułem się niedobrze, a po powrocie musiałem się umyć. I nie tylko ja taką reakcje miałem, inni tak samo.
"Kiedyś miałem konflikt z prawem i byłem aresztowany, ale szeryf rano mnie wypuścił i nie dał mi zarzutu. Poszedłem do domu i chciałem zmyć z siebie ten areszt, a żona mówi, ze mam natychmiast zadzwonić do Hickory Starra, teraz, a nie po umyciu. Zadzwoniłem, a Hickory mnie pyta gdzie jestem. Mówię, że w domu, a on pyta gdzie w domu, bo mam wyjść na werandę. Kabel od telefonu był długi, wyszedłem, a on mnie pyta co widzę. Mówię mu że sowa siedzi na drzewie. On pyta czy tylko jedna. Przyjrzałem się lepiej i zobaczyłem drugą też. On mi na to, że tylko sprawdza czy doleciały.
"Kiedyś na stomp ground spotkałem takiego bardzo starego człowieka, którego nigdy wcześniej nie widziałem, a on mi mówi, że mnie już raz spotkał. Kiedy się dziwiłem, powiedział, że widział mnie, kiedy ojciec mnie tu przyniósł malutkiego i na rękach wokół ognia nosił.
"Jeśli chcesz, to możesz pojechać do Redbird Smith Ceremonial Grounds. To jest niedaleko Tenkiller State Park. Może tam kogoś spotkasz, kto ci więcej opowie.



***
Za radą Bruce Rossa jadę do Redbird Smith Ceremonial Grounds. Bruce dokładnie opisał mi drogę, inaczej w żadnym razie bym tu nie trafił. To nie jest atrakcja turystyczna, nie ma drogowskazów jak dojechać. Od szosy trzeba jechać kawałek przez las drogą gruntową. Miejsce stanowi spory trawnik okolony drzewami, pośrodku trawnika popiół i cztery niedopalone kłody, a wokół ogniska siedem zadaszeń. Nieopodal stoi wysoki słup z drewnianą rybą na czubku. Panuje tu zupełna cisza. Z dala od autostrad i miast. Przejmująca niemal cisza. Ciche serce kraju Czerokisów.

Redbird Smith Ceremonial Grounds


Jeśli kto woli czytać z papieru, to zarówno niniejsze opowiadanie, jak i wiele innych na temat amerykańskich Indian,

 znajduje się w papierowej książce: