Tuesday, May 16, 2023

Dobra Nowina Pięknego Jeziora

Royaneh konfederacji irokeskiej
w czapce z rogami - oznace godności
Irokezi mieszkają dziś w klimatyzowanych domach, jeżdżą cadillacami, zarabiają pracą przy budowie wysokościowców, ale tego wszystkiego nie uważają za wielkie osiągnięcia cywilizacji. W oczach Irokezów największym osiągnięciem cywilizacji było powstanie Konfederacji Pięciu Narodów i zasadzenie Wiecznie Rosnącego Drzewa Pokoju. Dla białych historyków Konfederacja była tylko zaczepno-odporną koalicją kilku plemion. Dla Irokezów powstanie Konfederacji było początkiem Dobrej Myśli, którą przyniósł Przynosiciel Pokoju, syn Stwórcy i kobiety z ludu Huronów. Od tego czasu Dobra Myśl rozprzestrzenia się na cały świat.

Czym jest Dobra Myśl? W skrócie można powiedzieć, że jest zrozumieniem, iż zło jest złem. Albo że jest chęcią porozumienia z drugim człowiekiem. Konfederacja Irokezów nie powstała dlatego, że jedno plemię zwyciężyło inne. Powstała dlatego, że przywódcy plemion doszli do wniosku, iż bezustanne wojny są dziełem Leworęcznego Bliźniaka i nie mają sensu. Wedle irokeskiej mitologii Matka ziemia nosiła kiedyś pod sercem bliźniaki, z których jeden, ten Praworęczny, urodził się normalną drogą, a drugi, Leworęczny, wydostał się przez brzuch i spowodował jej śmierć. Praworęczny Bliźniak to Stwórca świata, a jego Leworęczny brat to psuja, który podsuwa ludziom Złą Myśl, chciwość, gniew i chęć zemsty. To z powodu Leworęcznego Bliźniaka przodkowie Irokezów toczyli między sobą bezustanne wojny, a nawet polowali na siebie wzajemnie w celach kulinarnych. Przynosiciel Pokoju przyniósł Dobrą Myśl, ale nie rozpowszechniał jej słowem. Nie posiadał on, wysoce cenionego wśród Indian, daru wymowy; przeciwnie, wedle tradycji był on jąkałą. Stawiał on jednak swych rozmówców w sytuacjach, w których sami oni zadawali sobie pytania i sami sobie na nie odpowiadali.

Historia powstania Konfederacji Pięciu Narodów przekazywana była przez stulecia ustnie z pokolenia na pokolenie. Przekazywana jest i dziś. W rezerwatach Irokezów raz w roku odbywa się kilkudniowa recytacja całej tradycji. Inaczej niż wśród ludów indoeuropejskich, tradycja ta nigdy nie została ułożona w wersety, każdy recytator opowiadał ją własnymi słowami, objaśniając jedynie wampumy upamiętniające dawne wydarzenia. Motyw ludożerstwa jest ważnym elementem tej narracji. Najbardziej nieprzejednanym przeciwnikiem Przynosiciela Pokoju był Tadodaho, wódz szczepu Onondaga i słynny ludożerca. Tadodaho miał podobno węże wplecione we włosy, a złość powyginała mu stawy tak, że cały był pokrzywiony. Przynosiciel Pokoju nigdy nie stosował przemocy, twierdził on, że nie ma takiego człowieka, w którym nie można obudzić Dobrej Myśli. Tadodaho został pokonany Pieśnią Pokoju, wyczesano mu z włosów węże i naprostowano stawy a w końcu został on mianowany najwyższym rangą wodzem Konfederacji. Do dziś najwyższy rangą royaneh nosi tytuł Tadodaho.

Royaneh, czyli członkowie Rady Konfederacji, nie prowadzili swego ludu do wojen. Słynni wodzowie wojenni, tacy jak Joseph Brant (który u boku Anglii walczył przeciw nowopowstałym Stanom Zjednoczonym) nie byli członkami rady. Funkcją royaneh jest zażegnywanie konfliktów. 

Zjednoczeni w Konfederacji Irokezi przestali walczyć między sobą, ale wojny z otaczającymi ludami prowadzone były nadal. Najwyrażniej Dobra Myśl nie zawsze była w pełni wprowadzana. Zjednoczone szczepy Irokezów stanowiły poważną siłę militarną, którą do swoich celów próbowali wykorzystać biali osadnicy. Irokezi dawali się nierzadko wciągać w nieswoje wojny, co skończyło się tragedią, kiedy po wojnie o niepodległość Stanów Zjednoczonych bliscy unicestwienia Irokezi zmuszeni byli do zamieszkania w maleńkich rezerwatach. W desperacji nierzadko sięgali po alkohol. 

Edward Cornplanter
Wtedy pojawił się nowy przynosiciel Dobrej Myśli imieniem Piękne Jezioro. Pewnego dnia w 1799 roku prawie się zapił na śmierć, leżał przez kilka dni nieprzytomny i już przygotowywano się na pogrzeb, ale Piękne Jezioro nagle ożył i powiedział, że był w Niebie i rozmawiał z czterema wysłańcami Stwórcy Świata przynoszącymi Dobrą Nowinę. Wkrótce opowiedział swą wizję dokładnie na radzie w Długim Domu, a potem głosił ją wśród swego ludu do śmierci w 1815 roku. Dobra Nowina Pięknego Jeziora popierała przyjęcie niektórych elementów „drogi białego człowieka", takich jak europejskie uprawy, hodowla zwierząt, budowa europejskich domów, wprowadzała też jednak kilka surowych zakazów, wśród których szczególny nacisk był na zakaz uprawiania czarnej magii, picia alkoholu i stosowania sztucznych poronień. Przemoc nie była bezwzględnie zakazana, zalecany był jednak pacyfizm. Ponadto podtrzymane zostały dawne pieśni i obrzędy, a także dawny kalendarz świąt: Święto Poziomek, Święto Klonu, Święto Zielonej Kukurydzy, Święto Dziękczynienia. I podobnie jak Dobra Nowina Przynosiciela Pokoju, tak Prawo Pięknego Jeziora jest dorocznie recytowane w Długich Domach Irokezów. 


Przez kilkadziesiąt lat przesłanie zwane Prawem Pięknego Jeziora recytowane było z pamięci. Na początku  wieku royaneh Edward Cornplanter postanowił spisać to w języku Seneka w zeszycie, aby nie zaginęło ono gdyby przypadkiem zmarli wszyscy Strażnicy Wiary. W 1903 roku zauważył ten zeszyt Atrhur C. Parker, związany z New York State University w Albany i zasugerował przekład na angielski. Przekład ten wydany został w Albany przez wydawnictwo uniwersytetu w 1913 roku. W 1990 roku irokeskie wydawnictwo IROQRAFTS wydało przedruk w serii Iroquois Reprints, a ja ten przedruk nabyłem kiedy kilka lat później byłem w Ohsweken w rezerwacie Irokezów nad Grand River w Ontario. 

Poniżej fragment opowieści Edwarda Cornplntera fragment o tym, jak Piękne Jezioro prawie zapił się na śmierć.



GAIWIIO, CZYLI DOBRA NOWINA PIĘKNEGO JEZIORA

Opowiedziane przez Edwarda Cornplantera


ROZDZIAŁ PIERWSZY: POWOŁANIE

Początek był w miesiącu yai’kni, we wczesnej fazie księżyca, w roku 1800.

Teraz się zaczyna.


KŁOPOTY

Miejscem jest Ohi’io, wieś Diono’sade’gi.

Teraz jest czas żniw, tak powiedział.

Teraz grupa ludzi wyrusza. Płyną w czółnach w dół rzeki Allegany. Zamierzają polować jesienią i zimą.

Teraz lądują w Ganowon’go i rozbijają obóz.

Pogoda się zmienia i wyruszają znów. Płyną dalej w dół rzeki. Lody topnieją otwierając rzekę, więc płyną dalej. Lądują w Diondega (Pittsburgu). To jest wieś naszych młodszych braci (białych ludzi). Tu wymieniają skóry, suszone mięso i świeżo upolowaną zwierzynę na mocne napitki. Ładują beczkę napitku na swoje czółna. Teraz wiążą wszystkie czółna jak tratwę.

Teraz wszyscy są wypełnieni mocnym napitkiem. Wrzeszczą i śpiewają jakby byli niespełna rozumu. Ci którzy są w wewnętrznych czółnach tak się zachowują.

Teraz jadą do domu.

Teraz dobijają do miejsca, gdzie zostawili żony i dzieci, by też je zabrać do domu. Płyną w górę potoku Awe’gaon.

Teraz kiedy wszyscy są w domu, mężczyźni piją mocny napitek i są bardzo kłótliwi. Dlatego ich rodziny się boją i uciekają dla bezpieczeństwa. Dlatego w wielu miejscach w lesie wznosi się dym obozowych ognisk.

Teraz pijani mężczyźni biegną wrzeszcząc przez wieś, w której nie ma nikogo prócz pijanych mężczyzn. Teraz są jak zwierzęta, biegają wkoło bez ubrania , ale mają broń, którą ranią kogo napotkają.

Teraz nie ma drzwi w domach, bo wszystkie wypadły otwierane kopnięciem. Od wielu dni nie ma też ognisk we wsi. Mężczyźni pełni mocnego napitku zadeptali ogniska. Tylko oni tam są, ognisk nie ma a w paleniskach są tylko ślady stóp.

Teraz psy są głodne i wyją i szczekają we wszystkich domach.

Tak się właśnie dzieje


CHORY CZŁOWIEK

A teraz pewien człowiek choruje. Opanowała go jakaś potężna siła.

Teraz kiedy leży złożony chorobą, rozmyśla i tęskni do dnia, kiedy będzie mógł wstać i znów chodzić po ziemi.

Woła więc do Najwyższego by dał mu siłę by mógł znów chodzić po ziemi. Myśli o tym jak zły i obrzydliwy jest przed obliczem Najwyższego. Myśli o tym jaki był zły odkąd miał siłę chodzić po świecie i jak szerzył zło odkąd miał siłę pracować. Tym niemniej prosi o to by mógł znowu chodzić.

Oto co śpiewa: Pieśń Śmierci, Pieśń Kobiet i Pieśń Żniw. Teraz kiedy śpiewa ma ze sobą mocny napitek.

Teraz myśli że może zło powstało z powodu mocnego napitku i postanawia nigdy więcej go nie pić. Teraz bez ustanku myśli o tym każdego dnia o każdej godzinie. Tak, bez ustanku myśli o tym. Wreszcie przychodzi czas kiedy znów pragnie napitku bo myśli, że bez niego nigdy nie odzyska sił.

Teraz myśli o dwóch rzeczach: co kiedyś zrobił i czy kiedykolwiek odzyska siły.


MYŚLI O DWÓCH RZECZACH 

Teraz myśli o rzeczach, które widzi w świetle dnia.

Przychodzi światło słońca, on je widzi i mówi: “Stwórca spowodował, że jest światło słońca.” Tak myśli. Teraz kiedy myśli o świetle słońca i o Stwórcy, który je spowodował, czuje w sobie nową nadzieję i czuje, że może jeszcze będzie mógł chodzić na własnych nogach po tym świecie.

Teraz stracił już nadzieję na życie, prosi by mógł zobaczyć światło jeszcze jednego dnia. Myśli tak, bo noc nadchodzi. Teraz prosi, by mógł przetrwać noc.

Teraz przeżywa noc i widzi nowy dzień. Prosi, by mógł zobaczyć noc i tak się staje. Dlatego myśli, że Najwyższy usłyszał go i dziękuje mu.

Teraz łoże chorego jest koło ogniska. W nocy patrzy w górę i przez otwór w dachu widzi gwiazdy, więc dziękuje Najwyższemu że może je widzieć, bo wie, że to on – Stwórca – stworzył je. Teraz przychodzi mu do głowy, że z powodu tych nowych myśli może otrzymać pomoc by wstać i znów chodzić po świecie. 

Teraz znów boi się, że może nie zobaczyć nowego dnia z powodu swej wielkiej słabości.

Teraz znów wierzy, że zobaczy nowy dzień, więc żyje i widzi.

Dziękuje za wszystko, co widzi. Myśli o Stwórcy i dziękuje mu za wszystko, co widzi. Teraz słyszy śpiew ptaków i dziękuje Najwyższemu za ich muzykę.

Teraz myśli, że wdzięczność serca mu pomoże.

Ten człowiek był chory przez cztery lata, ale myśli, że wyzdrowieje.

Tym chorym człowiekiem jest royaneh Piękne Jezioro, członek Wielkiej Rady Konfederacji.


DZIWNA ŚMIERĆ CHOREGO CZŁOWIEKA

Teraz córka chorego człowieka i jej mąż siedzą w szopce przed domem, a chory człowiek leży w domu sam. Drzwi są uchylone. Córka i jej mąż płuczą fasolę przed sadzeniem. Nagle słyszą krzyk chorego człowieka: “Niech tak będzie!” Teraz słyszą go jak wstaje z łóżka i myślą że po czterech latach leżenia została z niego tylko żółta skóra i suche kości. Słyszą jak idzie po podłodze w kierunku drzwi. Teraz córka podnosi głowę i widzi swojego ojca w drzwiach. On się chwieje, więc córka podrywa się, by go złapać kiedy upada w śmiertelnej konwulsji. Teraz podnoszą go i wnoszą do domu i ubierają na pogrzeb.

Teraz nie żyje.


LUDZIE ZBIERAJĄ SIĘ WOKÓŁ ZMARŁEGO

Teraz córka mówi do swego męża: “Biegnij szybko i powiadom jego bratanka, Łamiącego Szydła że ten, który leżał tyle lat, odszedł. Powiedz mu, by natychmiast przyszedł.”

Mąż biegnie z nowiną do Łamiącego Szydła. Łamiący Szydła mówi: “Zaiste. Teraz biegnij do Siewcy (Cornplantera) brata zmarłego, i powiedz mu, że ten, który leżał chory przez wiele lat nie żyje. Biegnij teraz i powiedz mu to.”

Mąż biegnie sam do miejsca gdzie Siewca mieszka i żona Siewcy mówi: “Siewca jest na wyspie i sieje.” Więc on tam idzie i mówi: “Siewco, twój brat nie żyje! Ten, który leżał chory przez wiele lat nie żyje. Chodź szybko do jego łoża.”

Siewca odpowiada: “Zaiste, ale muszę skończyć obsiewać ten zagon. Przyjdę kiedy go okopię.”

Teraz wszyscy, którzy usłyszeli o śmierci chorego człowieka, przychodzą do jego łoża.

Pierwszy przychodzi Łamiący Szydła. Dotyka każdej części ciała zmarłego. Czyje ciepłe miejsce na piersi i mówi: “Poczekajcie ze smutkiem, przyjaciele.” Mówi tak, bo znalazł ciepłe miejsce i ma nadzieję, że jeszcze odżyje. Teraz niektórzy płaczą, a Łamiący Szydła siedzi u wezgłowia.

Teraz po jakimś czasie przychodzi Siewca i bada ciało zmarłego, on również czuje ciepłe miejsce, ale nie mówi nic i siada w milczeniu u stóp łoża.

Przez wiele godzin nikt nic nie mówi.

Teraz jest poranek i rosa zaczyna wysychać. Teraz zaczyna się kłopot, bo on nie żyje.

Teraz Łamiący Szydła co chwilę bada ciało zmarłego. Zauważa, że ciepłe miejsce się poszerza. Teraz jest południe i czyje ciepłą krew pulsującą w żyłach. Teraz zaczyna oddychać i otwiera oczy.


ZMARŁY ODŻYWA

Teraz Łamiący Szydła mówi: “Jak się czujesz? O czym myślisz?”

Teraz zebrani widzą, że człowiek porusza ustami jakby mówił, choć żadnych słów nie słychać. Teraz jest prawie południe. Teraz wszyscy są cicho, a Łamiący Szydła pyta: “Wujku, jak się czujesz?”

Wreszcie przychodzi odpowiedź: “Tak, myślę, że czuję się dobrze.” To były pierwsze słowa Pięknego Jeziora.

Teraz mówi znów: “Nigdy nie widziałem tak wspaniałych rzeczy! Najpierw słyszałem, jak ktoś coś mówił. Ktoś powiedział: ‘Wyjdź na chwilę’, powiedział to trzy razy. Nie widziałem nikogo i myślałem, że w chorobie ja sam mówiłem, ale pomyślałem znów i doszedłem do wniosku, że to nie jest mój głos. Więc zawołałem głośno: ‘Niech tak będzie!’, wstałem i wyszedłem i zobaczyłem trzech mężczyzn w pięknych czystych szatach stojących w czysto wymiecionym miejscu. Twarze mieli pomalowane na czerwono, wyglądali, jakby pomalowani byli dnia poprzedniego. Na czapkach mieli tylko kilka piór. Byli bardzo do siebie podobni i wyglądali na średni wiek. Nigdy przedtem nie widziałem tak pięknych wojowników, każdy miał w ręce łuk i strzały. W drugiej ręce każdy miał krzaki jagód, których owoce były we wszystkich kolorach. 

Wówczas owe istoty odezwały się do mnie: ‘Ten, który stworzył świat na początku, wysłał nas na ziemię. To nie jest nasza jedyna wizyta. Rozkazał nam mówiąc: Idźcie znów na ziemię i odwiedźcie tego, który o mnie myśli. Jest on wdzięczny za moje stworzenie i pragnie podnieść się z choroby i chodzić znów po ziemi. Idźcie i pomóżcie mu wyzdrowieć. Posłańcy rzekli do mnie: ‘Weź te jagody i jedz z każdego koloru. One dadzą ci siłę, a twoi bliscy pomogą ci wstać.’ Wziąłem więc jagody i jadłem je. Następnie istoty rzekły: ‘Jutro spowodujemy, że w lesie będzie ogień i lekarstwo przyrządzone, by dać ci siłę. Wyznaczamy Suchy Przysmak i Mokry Tytoń , męża i żonę, by przyrządzili lekarstwo. Oni są najlepszymi lekarzami. Odwiedzimy ich wczesnym rankiem i wtedy będziesz miał lekarstwo, a czego nie zużyjesz do południa, wyrzucisz, będziesz bowiem zdrów. Co więcej, zanim będzie południe wielu ludzi zgromadzi się w domu rady. To będą twoi krewni, przybyli, by cię zobaczyć. Nazbierają wczesnych malin i przygotują święto malin, przyrządzą też słodki malinowy napój. Wszyscy będą pić napój z malin i dziękować będą Stwórcy za twoje uzdrowienie i kilkakrotnie wzywać będą twoje imię jako swego krewnego.

Teraz przyszedł dzień jak powiedzieli i wszyscy zebrani widzieli mój powrót, jak było przepowiedziane. 


PRZESŁANIE CZTERECH POSŁAŃCÓW

Posłańcy odezwali się do mnie i powiedzieli jak powinno być na ziemi. Powiedzieli: ‘Nie pozwól nikomu mówić, że miałeś szczęście, że odzyskałeś siły. Stwórca obdarza łaską nie tylko ciebie, on jest gotów pomagać wszystkim ludziom.’

 Tego samego dnia Taniec Wielkiego Pióra oraz Taniec Żniw mają być wykonane, w ten sposób moi krewni przywrócą mi zdrowie, tak powiedziały istoty.  ‘Twoje uczucia są osłabione i muszą być rozbudzone, wtedy odzyskasz siły.’ Tak naprawdę powiedzieli słudzy Stwórcy. Powiedzieli również, że odtąd te tańce mają być wykonywane i dziękczynienie składane każdego roku, kiedy pierwsze poziomki dojrzewają. Powiedzieli też, że napój poziomkowy mają pić dzieci i starcy i wszyscy ludzie. Wszyscy mają pić sok poziomkowy, bowiem ich sok jest lekarstwem, a wczesne poziomki to wielkie lekarstwo. Kazali mi powtarzać opowiadać to mojemu ludowi kiedy będę znów chodził po ziemi. Powiedzieli: ‘Będziemy cały czas objawiać tobie nowe rzeczy. Jesteśmy sługami tego, który nas stworzył i wysłał nas, byśmy tobie objawili jego wolę, a ty masz ją przekazać swemu ludowi. My jesteśmy tymi których stworzył na początku świata i naszym zadaniem jest strzeżenie ludzkości. Jest nas czterech, ale czwarty nie jest z nami obecny. Kiedyśmy ciebie wołali po imieniu i ty usłyszałeś, on wrócił, by przekazać wiadomość. Wywoła ona radość w niebiańskiej siedzibie naszego Stwórcy. Tak więc czwarty z nas nie jest z nami, ale zobaczysz go kiedy przyjdzie na to czas. Musimy ci również przypomnieć o całym twoim złym życiu i musisz pokutować za wszystko, co uważasz za złe. Uważasz, że źle zrobiłeś śpiewając Pieśń Śmierci, Pieśń Kobiet i Pieśń Żniw i pijąc jednocześnie mocny napitek. Zaiste musisz pokutować jeśli tak sądzisz, bowiem wszystko co uważasz za złe, jest złe.


PIĘKNE JEZIORO MA GŁOSIĆ DOBRĄ NOWINĘ

‘A teraz spójrz! Spójrz na dolinę pomiędzy dwoma wzgórzami. Popatrz pomiędzy wschodem a południem!’

Spojrzałem tam i w dolinie zobaczyłem głębokie miejsce, z którego unosił się dym i kłęby pary, jakby poniżej było gorące miejsce. Wtedy posłańcy zapytali mnie ‘Co widzisz?’

Odpowiedziałem: ‘Widzę miejsce w dolinie, z którego unosi się dym i kłęby pary, jakby poniżej było bardzo gorąco.’

Posłańcy powiedzieli: ‘Powiedziałeś prawdę. To jest prawda. Tam pochowany jest człowiek. Leży pomiędzy wzgórzami w głębi doliny, a z nim pochowana jest Dobra Nowina. Rozkazaliśmy temu człowiekowi głosić tę nowinę, ale on odmówił. Nigdy nie podniesie się już z tego miejsca, bowiem odmówił posłuszeństwa. Dlatego mówimy tobie: głoś nowinę, którą usłyszałeś, rozgłaszaj ją całemu ludowi.’

‘Teraz skończyliśmy rzecz pierwszą i pozostaje nam odsłonić przed tobą całe zło.’ Tak powiedzieli.



więcej spolszczonych tekstów z różnych kulturmożna znaleźć w książce "ZIELNIK LITERATURY":

Friday, April 21, 2023

Czarny Łoś - wizjonej Lakotów

Widok ze szczytu Harney Peak
Czarny Łoś był wizjonerem Lakotów Ogallala, jego kuzynem był słynny wódz Tashunka Uitko - Szalony Koń. Czarny Łoś nie był wielkim wodzem prowadzącym wojowników do walki, ale pełnił funkcję bodaj ważniejszą: był strażnikiem Świętej Fajki podarowanej Lakotom przez wysłanniczkę Najwyższego. Mowy Czarnego Łosia spisane były przez Johna Neihardta, poetę wyczulonego na poetycką wartość języka. John Collier, w latach 1933-45 Komisarz do Spraw Indian w rządzie Stanów Zjednoczonych, w swojej książce "Indians of Americas" przyznał, że początkowo podejrzewał Neihardta o podkolorowanie wypowiedzi Czarnego Łosia. Później jednak, po latach komunikowania się z przedstawicielami wielu indiańskich ludów, przekonał się, że to nie Neihardt był tu poetą. Jest to, twierdzi Collier, zwykły indiański sposób formułowania myśli w oficjalnych sytuacjach, i to nie tylko wśród Siuksów.

Czarne Góry uważane są przez Indian Północnej Ameryki za centrum świata (znajdują się one istotnie mniej więcej w centrum kontynentu północnoamerykańskiego), a jej najwyższy szczyt, zwany Harney Peak (ostatnimi laty także Black Elk Peak), to miejsce święte. Za święte ziele uważany jest także tytoń, którego dym przenosi modlitwy ludzi do Najwyższego.

Przetłumaczone przeze mnie mowy Czarnego Łosia pochodzą z książki "Black Elk Speaks" wydanej po raz pierwszy w 1932 roku; egzemplarz w moim posiadaniu wydany jest przez University of Nebrasca Press w 1993 roku. Natomiast fragment zatytułowany "Święta Fajka" pochodzi z książki "The Sacred Pipe". Jest to opowieść Czarnego Łosia, którą nagrał i spisał oraz w 1953 roku wydał Joseph Epes Brown.



Mowy Czarnego Łosia


Mowa Czarnego Łosia przy zapalaniu fajki pokoju.

Teraz zapalam fajkę, a kiedy ją poświęcę mocom, które są jedną Mocą, i kiedy poślę do nich głos, zapalimy wspólnie. Poświęcając cybuch przede wszystkim Najwyższemu, wysyłam głos:

Hej hej" Hej hej" Hej hej" Hej hej"

Praojcze, wielki duchu, Ty byłeś zawsze, a przed Tobą nikogo nie było. Tylko do Ciebie się modlimy, nikogo innego nie ma. Ty sam i wszystko co widzisz - przez Ciebie było stworzone. Narody gwiazd w całym wszechświecie Ty stworzyłeś. Dzień i noc Ty stworzyłeś. Cztery strony ziemi Ty stworzyłeś. Praojcze, Wielki Duchu, skłoń się nisko nad ziemią by usłyszeć głos, który wysyłam. Wy, w których stronę zachodzi słońce: Istoty Gromu, spójrzcie na mnie! Wy, u których Biały Olbrzym mieszka w potędze, spójrzcie na mnie! Wy, u których słońce świeci bez ustanku, skąd przychodzi gwiazda poranna i dzień, spójrzcie na mnie! Wy, u których mieszka lato, spójrzcie na mnie! Ty, w głębi niebios, Orle Mocy, spójrz! I ty, Matko Ziemio, jedyna Matko, która zlitowałaś się nad swymi dziećmi!

Usłyszcie mnie, Cztery Strony Świata, jestem waszym krewnym! Dajcie mi siłę chodzenia po miękkiej ziemi, kuzynowi wszystkich istot! Dajcie mi oczy bym widział i siłę rozumienia, bym był jak wy! Tylko dzięki Waszej mocy mogę stawić czoła wiatrom!

Wielki Duchu, Wielki Duchu, mój Praojcze, na całej ziemi twarze żyjących istot są takie same! W swej dobroci pozwól im wyjść z ziemi! Spójrz na twarze tych nieprzeliczonych dzieci z dziećmi na ramionach, by mogły stawić czoła wiatrom i iść dobrą drogą aż do dnia spoczynku! To moja modlitwa, wysłuchaj jej. Słaby jest głos który wysyłam, choć wysyłam go z żarliwością! Usłysz mnie!

Skończyłem! Hetczetu Aloh!

Teraz, przyjacielu, zapalmy razem aby pomiędzy nami było tylko dobro.

Czarny Łoś z fajką


Święta fajka

Pewnego ranka wiele zim temu dwaj młodzi Lakotowie wyruszyli na polowanie z łukami i strzałami. Kiedy stali na wzgórzu wypatrując zwierzyny, zauważyli w oddali kogoś zbliżającego się do nich w dziwny i piękny sposób. Kiedy ten ktoś zbliżył się do nich, zobaczyli że jest to nadzwyczaj piękna kobieta ubrana w białe jelenie skóry, niosąca na plecach małe zawiniątko. Była ona tak piękna, że jednemu z Lakotów przyszła do głowy niedobra myśl, powiedział o tym swemu towarzyszowi. Ten jednak odpowiedział, że nie można mieć takich myśli, bo ta kobieta na pewno pochodzi od wakan, Świętej Mocy. Tajemnicza osoba była już bardzo blisko, położyła na ziemi swoje zawiniątko i kazała mężczyźnie o złych zamiarach podejść. Skoro tylko podszedł, oboje zostali zasłonięci przez chmurę, a skoro chmura się rozwiała, święta kobieta nadal tam stała, a u jej stóp leżała kupka kości obgryzanych przez okropne węże.

"Słuchaj", powiedziała dziwna kobieta do drugiego wojownika, "Przybywam do waszego ludu i chcę rozmawiać z wodzem Stojącym Pustym Rogiem. Udaj się do niego i powiedz mu, by przygotował wielki namiot, w którym zbierze się cały lud, i niech przygotują się na moje przyjście. Chcę wam powiedzieć coś bardzo ważnego."

Młody człowiek wrócił do namiotu swego wodza i opowiedział mu o tym wydarzeniu: o tym że Kobieta Świętej Mocy ma do nich przybyć i że wszyscy mają się na to spotkanie przygotować. Wódz Stojący Pusty Róg kazał złożyć kilka mniejszych namiotów i zrobić z nich wielki namiot, zgodnie z pouczeniem świętej kobiety. Rozesłał gońców, by kazali ludziom ubrać najlepsze skóry jelenie i zebrać się w wielkim namiocie. Wszyscy byli podnieceni czekając na przybycie świętej kobiety, wszyscy byli ciekawi co ona ma do powiedzenia.

Wkrótce młodzi mężczyźni wypatrujący przybycia świętej osoby donieśli, że widzą kogoś zbliżającego się w dziwny i piękny sposób. Nagle ona weszła do namiotu, obeszła go wokół zgodnie z ruchem słońca i stanęła naprzeciw Stojącego Pustego Rogu. Zdjęła z pleców zawiniątko i trzymając je w dwóch rękach przed wodzem powiedziała: "Spójrz! To należy otaczać szacunkiem i miłością. To jest lela wakan, bardzo święte, i jako takie musicie to traktować. Nikt nieczysty nie może tego oglądać, bowiem w tym zawiniątku jest Święta Fajka. Z jej pomocą będziecie w ciągu przyszłych zim wysyłać głos do Wakan Tanka, waszego Ojca i Praojca.


Mowa Czarnego Łosia na szczycie świętej góry Harney Peak

Hej-a-ahej! Hej-a-ahej! Hej-a-ahej!

Praojcze, Wielki Duchu, raz jeszcze spójrz na mnie na ziemi i skłoń swe ucho, by usłyszeć mój głos! Ty żyłeś przed wszystkimi, jesteś starszy niż wszystkie potrzeby, starszy niż wszystkie modlitwy. Wszystko należy do Ciebie: dwunożne istoty, czworonożne istoty, uskrzydlone istoty, zielone istoty, wszystko co żyje. Ty ustanowiłeś moce czterech stron świata by się przecinały. Dobrą drogę i drogę trudności Ty ustanowiłeś by się przecinały; święte jest miejsce gdzie one się przecinają! Dniem i nocą, na zawsze, Ty jesteś życiem wszystkiego!

Dlatego wysyłam głos, mój Praojcze, nie zapominając o niczym co stworzyłeś, ani o gwiazdach wszechświata, ani o ziołach ziemi. Powiedziałeś mi, kiedy byłem jeszcze młody i mogłem mieć nadzieję, że w trudnym czasie mam wysłać głos czterokroć, raz w każdą stronę świata, wtedy mnie usłyszysz.

Dziś wysyłam głos zrozpaczonego ludu.

Dałeś mi fajkę, z jej pomocą miałem złożyć ofiarę. Teraz ją zobaczysz.

Z Zachodu dałeś mi czarkę żywej wody i święty łuk, moc dawania życia i niszczenia. Dałeś mi święty wiatr i ziele ze strony gdzie mieszka Biały Olbrzym, to moc oczyszczania i uzdrawiania. Gwiazdę poranną i fajkę dałeś mi ze Wschodu, a z Południa święty okręg ludu i drzewo, które miało zakwitnąć. Zabrałeś mnie w miejsce pośrodku świata i pokazałeś mi dobroć i piękność i dziwność zieleniejącej ziemi, jedynej Matki i tam pokazałeś mi duchowe kształty wszystkich rzeczy takie, jakimi powinny być, i widziałem je. Powiedziałeś, że w środku świętego kręgu mam posadzić drzewo, by kwitło.

Ze łzami, o Wielki Duchu, o Wielki Duchu, mój Praojcze, ze spływającymi łzami muszę teraz powiedzieć, że drzewo nigdy nie zakwitło. Nieszczęsny starzec, takim mnie tu widzisz, mój czas przeminął i nie zrobiłem nic. Tu, w centrum świata, gdzie zabrałeś mnie gdy byłem młody i gdzie mnie uczyłeś, tu stoję, starzec, a drzewo zwiędło, o Praojcze, o Praojcze!

Znów, być może ostatni raz na tej ziemi przypominam sobie wielką wizję, którą mi zesłałeś. Być może jeszcze gdzieś maleńki korzeń świętego drzewa pozostaje żywy. Chroń go więc, by wypuścił liście i kwiaty i by wypełnił się śpiewającym ptactwem. Wysłuchaj mnie, nie ze względu na mnie, lecz ze względu na mój lud; ja jestem stary. Spraw, by mógł kiedyś powrócić do świętego kręgu i odnaleźć dobrą drogę, i cieniste drzewo. W smutku wysyłam słaby głos, o sześć mocy świata! Usłyszcie mnie w mym smutku, być może już więcej nie zawołam. Sprawcie, by mój lud żył!



więcej spolszczonych tekstów z różnych kulturmożna znaleźć w książce "ZIELNIK LITERATURY":


Monday, March 20, 2023

Troglodyci czyli wiarygodność prasy

Goli Tasadaje w jaskini
W czerwcu 1971 roku Manuel Elizalde, przyjaciel prezydenta Filipin Ferdynanda Marcosa i minister w jego rządzie, spotkał w jednym z ostatnich spłachetków dziewiczego lasu na Filipinach, w górach wyspy Mindanao, najprymitywniejszy lud świata. Lud ten nazywał się Tasaday i był całkowicie pozbawiony kontaktu ze światem zewnętrznym przez ostatnie kilka tysięcy lat. Skąd wiadomo, że Tasadajowie to najprymitywniejszy lud świata? Ano proste: pasowali idealnie do dość rozpowszechnionych wyobrażeń na temat naszych przodków. Po pierwsze: nie budowali domów, tylko mieszkali w jaskini, czyli byli po prostu ostatnimi w świecie jaskiniowcami. Po drugie nie mieli narzędzi metalowych, tylko z bambusu i z kamienia. Po trzecie: nie uprawiali ziemi ani nie polowali, a żywili się wyłącznie znalezionymi w lesie owocami, korzonkami, żabami i robalami. Po czwarte (oczywiście najważniejsze): nie znali żadnych tkanin, a ubierali się w majteczki i spódniczki z bananowych liści. W jednym nie pasowali do naszego wyobrażenia o troglodytach, acz idealnie pasowali do ducha lat sześćdziesiątych: agresja była pojęciem im obcym, nie mieli maczug ani żadnej innej broni, a w ich języku w ogóle nie było takich słów jak „wróg” czy wojna”. W jaskini widziano wprawdzie kamienne topory, ale służyły one do rozłupywania spróchniałych pni drzew, by wyjąć z nich smakowite robale.

Tasadajowie byli plemieniem bardzo malutkim, liczącym ledwie 26 (dwadzieścia sześć) osób, ale Elizalde postanowił być dobrym wujkiem z rządu i zdecydował, że tu nie powtórzy się żaden Dziki Zachód i że Tasadajowie będą pod ochroną. Dekretem prezydenckim utowrzono rezerwat, do którego cudzoziemcy mieli dostęp bardzo ograniczony, a dla ochrony Tasadajów utworzono specjalną fundację zwaną PANAMIN. Na charytatywny ten fundusz niemałe pieniądze wpłacały gwiazdy Hollywoodu i rekiny z Wall Street. Goście z pieniędmi (np. Gina Lollobrigida czy jeden z Rockefellerów) mogli odwiedzić Tasadajów, ale tylko helikopterem lądującym na platformie zbudowanej na czubku drzewa. Nie chodziło o odległość, jako że jaskinia Tasadajów była położona o 4km (cztery kilometry) od najbliższej wsi, ale Elizalde postanowił do siedziby Tasadajów nie budować żadnej drogi. Pośród owych gości z kasą był Kenneth MacLeish, reporter miesięcznika NATIONAL GEOGRAPHIC, który w 1972 roku w sierpniowym numerze opublikował ckliwy reportaż („…my, istoty przybyłe drogą powietrzną z najbardziej zaawansowanego i najbardziej rozdartego ludzkiego społeczeństwa, i oni, być może ostatni niewinni na tym świecie, patrzeliśmy na siebie poprzez całą przepaść kulturalnego rozwoju, i czuliśmy do siebie miłość…”). Był też wśród gości John Nance, autor wydanej w 1975 roku książki „The Gentle Tasaday”, w której też z łezką w oku opisywał swoje spotkania z jaskiniowcami. Wszyskie spotkania były oczywiście pod ścisłą kontrolą Elizaldego. To zdumiewające plemię wzbudziło ogromne zainteresowanie antropologów, którzy jednak też mieli dostęp ograniczony. Dostęp robił się szczególnie ograniczony wtedy, kiedy dociekliwi naukowcy zadawali jakieś dziwne niezaplanowane pytania.

Ubrani Tasadaje w tej samej jaskini.
Jakie pytania? No dziwne. Jak to jest możliwe, żeby ludzie z konieczności bezustannie krążący po lesie nie wiedzieli o istnieniu wsi odległej o cztery kilometry? Jak to możliwe, żeby ludzie odcięci od świata przez kilka tysięcy lat porozumiewali się z Elizaldem i jego gośćmi za pośrednictwem tłumaczy z tejże pobliskiej wsi? Tasadajowie kontaktu z mieszkańcami tej wsi, ani też żadnej innej wsi, nie mieli, dlatego nie mieli metalowych narzędzi, tylko bambusowe i kamienne. Gaje bambusowe wokół wsi i ryżowych pól są na Filipinach owszem częstym widokiem, ale bambus ten potrzebuje dużo słońca i w górskiej dżungli dziko nie rośnie. Więc skąd Tasadajowie mieli bambusowe narzędzia? Na te i inne pytania antropologowie odpowiedzieć nie mogli, bowiem w 1974 roku dostęp do rezerwatu zamknięto całkowicie, a w całym kraju wprowadzono stan wojenny. Zagadka czekała na rozwiązanie następne 12 lat.

W 1986 roku upadł rząd Marcosa, a Manuel Elizalde ulotnił się razem z trzydziestoma paroma milionami dolarów z kasy charytatywnej organizacji PANAMIN. W kwietniu tegoż roku szwajcarski anrtopolog Oswald Iten oraz Joey Lozano, dziennikarz z lokalnej filipińskiej gazety, dotarli pieszo, bez żadnych helikopterów, do jaskini Tasadajów i… nie znaleźli tam żywego ducha. Czyżby w międzyczasie wymarli ostatni na świecie jaskiniowcy? Skądże, znaleziono ich na rynku w pobliskim miasteczku ubranych w normalne fabryczne ciuchy i palących papierosy. Czyżby się więc w tak błyskawicznym tempie ucywilizowali? Odpowiedź jest znacznie prostsza: cała zabawa była gigantyczną cepeliadą, atrakcją turystyczną dla miliarderów. Jeszcze w tym samym 1986 roku w telewizji ABC pojawił się film dokumantalny, w którym normalnie poubierani Tasadaje chichocząc oglądają swoje zdjęcia w NATIONAL GEOGRAPHIC i w języku Manabo, używanym przez mieszkańców tych okolic, wyjaśniają że to wszystko był pic i fotomontaż i że nigdy nie mieszkali w jaskiniach ani nie ubierali się w majtki z liści, a kamienne siekierki zrobili na życzenie Elizaldego.

Tasadaje u siebie w domu
Jaki stąd morał?

Chwilę, to jeszcze nie koniec. Istnieje bowiem rezerwat ze swymi szczególnymi przepisami, mimo wszystko korzystnymi dla mieszkańców. Skoro nie ma tam jaskiniowców, to po co ten rezerwat?

Czy nie można by wyciąć tego lasu i przerobić na mebelki, gazety i papier toaletowy? Istnieją także ciągle ci, którzy z całą powagą pisali o prymitywnych Tasadajach i teraz nie chca sami wyjść na głupków. Tasadaje to też wcale nie jaskiniowe głupki i kiedy zwęszyli, że mogliby stracić rezerwat, zaczęli przy najbliższej okazji zaprzeczać swym poprzednim zaprzeczeniom. Jak? Ano po prostu: skoro można powiedzieć, że „Elizade nam zapłacił, żebyśmy mieszkali w jaskini”, to można też powiedzieć, że „Ludzie z ABC nam zapłacili, żebyśmy wszystko odwołali”. Istnienie rezerwatu musi być korzystne dla jego mieszkańców, skoro jego ludność w ciągu tych parudziesięciu lat zwiększyła się z dwudziestu sześciu osób do paruset obecnie. A ci, co zmieniając poglądy mogliby stracić twarz i wyjść na troglodytów, mają jakieś tam podstawy do twierdzenia, że sprawa nie jest wyjaśniona.

Więc co z tym morałem?

Oczywiście nie dotyczy on kultury Tasadajów, lecz naszej własnej. Brzmi on tak: oglądając telewizor i czytając prasę pamiętaj, że to co czytasz może się z czasem okazać kolejną historią Tasadajów.


Więcej podobnych tekstów w mojej książce 

"ADRENALINA, czyli antologia przeciwnych poglądów"


Monday, March 6, 2023

Sranie pod siebie, czyli ekologia

Wilf Batty po udanym polowaniu 
14 czerwca 1936 roku stanowy rząd Tasmanii zdecydował się objąć prawną ochroną pewne bardzo – jak przypuszczano – rzadkie zwierzę: tasmańskiego wilka workowatego. 7 września tegoż roku ostatni na świecie wilk workowaty trzymany w niewoli zdechł w ogrodzie zoologicznym w Hobart, stolicy Tasmanii. Ostatni raz tego zwierzaka na wolności widziano sześć lat wcześniej. Widział go farmer Wilf Batty, który - nawiasem mówiąc ­– natychmiast go zastrzelił. Od tego czasu można to zwierzę oglądać jedynie na starych fotografiach.

Owa historia prawnej ochrony wilka workowatego znakomicie ilustruje ochronę przyrody w naszej wspaniałej zachodniej cywilizacji. W naszej wspaniałej zachodniej cywilizacji tak naprawdę liczy się tylko działalność przynosząca zysk, w najlepszym razie natychmiastowy, w gorszym po kilku latach, w żadnym razie po okresie dłuższym niż życie jednego człowieka. Negatywnymi skutkami działalności przynoszącej dziś zysk będą się martwić nasze dzieci albo wnuki. Jest to podejście, które można podsumować zgrabnym polskim powiedzonkiem: sranie pod siebie.

Przyznać należy, że jest to podejście charakterystyczne nie tylko dla cywilizacji zachodniej, ale dla wszystkich kultur Starego Świata, czyli Europy, Azji i Afryki. Amerykański prezydent Bush odrzucający porozumienia z Kyoto celem zaoszczędzenia paru milionów dolarów nie różni się w tym względzie od kłusowników z buszu afrykańskiego, gotowych za kilka dolarów zastrzelić ostatniego goryla. Nic się w tym względzie nie nauczymy również od mędrców Orientu; owo odrzucone porozumienie z Kyoto przypomina pod wieloma względami decyzję o ochronie wilka workowatego. Istnieją jednak nadal kultury, których podejście do natury jest diametralnie różne.

Ostatni żyjący wilk workowaty
Przewodniki turystyczne po krajach Polinezji ostrzegają, by nie zbierać tam minerałów, jest to bowiem złamanie odwiecznego tabu: wyspa jest własnością przyszłych pokoleń i zabieranie minerałów uważane jest za kradzież. To właśnie z powodu tego tabu Polinezyjczycy nie godzą się na żadne formy górnictwa na swoich wyspach. Złamali owo tabu mieszkańcy wyspy Nauru, którzy w latach sześćdziesiątych sprzedawali kopane tam odkrywkowo fosfaty i byli strasznie bogaci, a dziś bogactwo minęło, a z rajskiej wyspy został księżycowy krajobraz. Łatwo zrozumieć takie tabu na wyspach Polinezji, gdzie skutki jego nieprzestrzegania są w krótkim czasie widoczne. Nie tylko jednak oceaniczne kultury mają takie podejście do przyrody.

W północnej części Kolumbii Brytyjskiej, po wschodniej stronie Gór Skalistych, mieszkają Indianie należący do ludów zwanych po angielsku Cree oraz Beaver. Zgodnie z traktatami zawartymi z rządem Kanady mieszkają oni w rezerwatach w rejonie miejscowości Fort Nelson i Dawson Creek, ale mają też prawo wyłącznego użytkowania w celach łowieckich okolicznych dolin górskich, żyją oni bowiem z tego, co po polsku określa się sformułowaniem „myślistwo, rybołówstwo i zbieractwo”. Wśród tych ludów w latach siedemdziesiątych badania etnologiczne prowadził Hugh Brody, który następnie wyniki tych badań opublikował w książce „Maps and Dreams” wydanej w 1981 roku. Przed rozpoczęciem badań Brody zaintrygowany był doniesieniami o niezrozumiałych konfliktach o polowania pomiędzy Indianami a lokalnymi władzami. Lokalne władze zgodnie z traktatami zezwalały białej ludności na polowania w dolinach, w których Indian od wielu lat nikt nie widział. Indianie protestowali, ale jakoś nie było dokładnie wiadomo o co chodzi.

Krajobraz rajskiej niegdyś wyspy Nauru

Brody mieszkał wśród Indian i chodził z nimi po dolinach tropiąc zwierzynę. W ten sposób dowiedział się rzeczy, których nigdy nie dowiedziałby się zadając pytania, bowiem dla Indian pewne rzeczy są oczywiste i nie przychodzi im do głowy, że dla kogoś oczywiste mogą nie być. Jedną z takich oczywistych rzeczy jest zasada polowań rotacyjnych: Indianie ustawicznie przemierzają swój teren tropiąc zwierzynę, dzięki czemu znają w przybliżeniu stan pogłowia w poszczególnych dolinach, ale świadomie zostawiają niektóre doliny na kilka lat odłogiem, by owo pogłowie wzrosło. Podobnie sprawdzają co jakiś czas stan żeremi nad poszczególnymi potokami, ale sidła zastawiają dopiero wtedy, kiedy kolonia jest dostatecznie liczna. Decyduje o tym zazwyczaj najstarszy czy też najbardziej doświadczony tropiciel w grupie. Natomiast samo polowanie nie stanowi problemu i jest w pewnym sensie rutyną: Indianin bez problemu potrafi podejść do zwierzęcia na odległość pewnego strzału.

Indianie ci polują z użyciem strzelb, w swoich rezerwatach mieszkają w domach, a sprzedawszy w mieście bobrowe futra kupują następnie gorzałkę. W jakiś więc sposób włączeni są do przywiezionej ze Starego Świata cywilizacji białego człowieka, ale tak naprawdę nie rozumieją jej. Nie rozumieją, jak ludzie z miast mogą przyjeżdżać samochodami i strzelać do łosi, choć nie mają pojęcia ile łosi w danej dolinie mieszka. Polowanie na ślepo, strzelanie do ostatniego wilka workowatego czy też ostatniego tura, byłaby dla tych Indian rzeczą zupełnie niepojętą. Tym bardziej niepojęta byłaby dla nich nieświadomość: jak można nie wiedzieć, że to już ostatni okaz tego gatunku i otaczać prawną ochroną zwierzę dawno wybite do nogi!

Z tym całkowitym niezrozumieniem to oczywiście przesada, dzisiejszymi czasy zdarzają się Indianie rozumiejący w pewnym stopniu świat białego człowieka. Na przykład tacy, którzy przeszli przez edukację i sami zostali wykładowcami na uniwersytetach, jak najbardziej bodaj znany wódz Irokezów, Oren Lyons. Tacy być może nawołują do opamiętania, jak właśnie Oren Lyons w swych mowach wygłaszanych przy różnych okazjach przypomina, że powinniśmy pamiętać o siódmym pokoleniu naszych potomków. Pamiętajcie o siódmym pokoleniu! – wzywa Oren Lyons. Bo Oren Lyons jest dobrze wychowany i używa delikatnego języka. Wezwanie to mogłoby równie dobrze brzmieć: Ludzie, przestańcie srać pod siebie!



Więcej podobnych tekstów w mojej książce 

"ADRENALINA, czyli antologia przeciwnych poglądów"



Friday, February 10, 2023

Shinto - religia bez dogmatów

NIEWIDZIALNY ŚWIAT

Sanktuarium w Ise
W miejscowości Izumo zachodnim wybrzeżu wyspy Honshu, w lesie gigantycznych cedrów, stoi kryta strzechą drewniana chałupa. Niebylejaka to chałupa, już same rozmiary zdumiewają: wysoka jest ona na 24 metry! Ale to jeszcze nic, kiedyś ta chata była podobno kilkakrotnie wyższa. W ciągu historii była ona kilkakrotnie rozbierana i budowana na nowo, za każdym razem nowa wersja była mniejsza od poprzedniej. W czasach Heian miała ona podobno 48 metrów wysokości, a przed epoką Heian sięgała prawie stu metrów!Tak w każdym razie głosi tradycja. Mieszkańca chaty nie widać, podobnie jak jego domeny, jest nim bowiem Okuninushi, władca niewidzialnego świata wysp japońskich. Raz do roku zwołuje on wszystkie bóstwa do siebie, więc rozmiary domostwa nie powinny nikogo dziwić. Goście zjeżdżają się na niewidzialnych rumakach, dla których zbudowano specjalne święte stajnie.

POD POSTACIĄ LUSTRA

W miejscowości Ise na wschodnim wybrzeżu półwyspu Kii, w podobnym cedrowym lesie, stoi znacznie mniejsza chata, również kryta strzechą. Chata ta jest mniejsza rozmiarami, lecz nie mniej ważna: mieszka w niej we własnej osobie Słońce, czyli Amaterasu. Słońce, które zdaniem Japończyków jest kobietą, normalnie mieszka oczywiście w niebie, a w swej chałupce w Ise obecne jest jedynie pod postacią lustra. Słońce jest przodkinią cesarskiego rodu, to ona osobiście wręczyła swoim potomkom owo lustro jako insygnium cesarskiej władzy. Z tego zapewne powodu zawsze znajdują się pieniądze na regularne przebudowy co dwadzieścia lat. Jedynie w latach 1462 1585, w okresie szczególnie trudnym dla boskich władców, nastąpiła dłuższa, bo 123 letnia przerwa.  Teoretycznie Ise Jingu pochodzi z połowy VII wieku, jednakże według tradycji wtedy miała miejsce pierwsza przebudowa, a początki tego zespołu świątynnego sięgają znacznie dalej, bo aż I wieku.

KUPA NA TRONIE

W innym drewnianym budynku w miejscowości Kumano na południowym wybrzeżu półwyspu Kii mieszka brat Słońca, zwany Zawierucha, czyli Susanowo. On też kiedyś mieszkał w niebie, ale był strasznym psotnikiem i raz zrobił kupę na tronie swej dostojnej siostry, ona w to usiadła i za karę zesłała brata na ziemię. Susanowo w końcu zeszedł do podziemi, ale w Kumano jest obecny pod postacią innego przedmiotu, tylko nikt już nie pamięta jakiego. Święty ten przedmiot ukryty jest przed okiem śmiertelników i przez stulecia nikt go nie oglądał. W Kumano w podobny sposób są również obecni rodzice Słońca i Zawieruchy, którzy na początku świata wyłowili Japonię z morza. Ciekawe, że choć Słońce jest teoretycznie najwyższym bóstwem, Kumano było w ciągu wieków znacznie popularniejszym miejscem pielgrzymek. Przez całe stulecia cesarze nie ruszali się prawie z Kyoto, z wyjątkiem właśnie pielgrzymek do Kumano.

CZTERY DOMKI

Honden w Ogata-jinja niedaleko Nagoi
W Kasuga Taisha w mieście Nara mieszka w drewnianym domku Amenokoyane, boski przodek rodu Fujiwara. Nie jest to bynajmniej byle duszek, wedle starożytnej kroniki Kojiki odegrał on główną rolę w wywabianiu Słońca, kiedy panienka się na coś dąsała i schowała w jaskini. W Kasuga tak naprawdę stoją obok siebie cztery domki, obecne są tam pod postacią świętych przedmiotów jeszcze trzy inne bóstwa, wszystkie z bliskiego otoczenia mitycznych przodków rodziny cesarskiej. Jeden z tych bogów podróżował podobno na jeleniu, dlatego przy sanktuarium Kasuga hoduje się święte jelenie.

LISY NA POSYŁKI

W Fushimi Inari Taisha obecna jest Płodność pod imieniem Inari. Ma ona na posyłki lisy, dlatego w Fushimi Inari Taisha hoduje się święte lisy. W całej Japonii są tysiące sanktuariów poświęconych temu bóstwu; w większości z nich żywych lisów się nie hoduje, ale można je natychmiast rozpoznać po ogromnej ilości ustawionych wokół figurek tych zwierząt. Kronika Kojiki nic nie wspomina o Inari, choć jest to jedno z najpopularniejszych bóstw Japonii. Niekiedy identyfikuje się ją z Toyouke, Płodnością Pól Ryżowych, która ma swoje sanktuarium w Ise w pobliżu Słońca. Jest to jednak tylko luźny domysł: religia shinto nie zna teologów, którzy by podobne rzeczy dowodzili.

OSIEM CHORĄGWI

W sanktuarium Usa Hachimangu na wyspie Kyushu obecny jest pod postacią świętego przedmiotu i czci doznaje cesarz Ojin. Był on synem cesarzowej Jingu, która z nim właśnie w ciąży będąc podbiła Koreę. Może dlatego jest on czczony jako bóstwo wojowników, bo za życia podobno wielkich wojen nie prowadził. Jego kult zaczął się sporo po jego śmierci, dopiero około V wieku n.e., odkąd objawił się w mrożących krew w żyłach okolicznościach w miejscowości Usa na Kyushu. Shintoistyczne bóstwa objawiają się swoim wyznawcom tak, jak Matka Boska katolikom. Ojin objawił się w Usa jako dziecię i powiedział, że nazywa się Osiem Chorągwi, czyli Hachiman. Na miejscu objawienia zbudowano wielkie sanktuarium, które później zasłynęło cudami. Hachiman uchodzi za opiekuna samurajów i jest ogromnie popularny, tysiące poświęconych mu sanktuariów stoi w całum kraju. Jedno z największych jest, w Kamakura, średniowiecznej stolicy samurajów.

DWORZANIN CESARZA

Japońskie bóstwa nie tylko objawiają się w niezwykłych okolicznościach, ale czasem też przybierają zwykłą ludzką postać. Bogiem był na przykład Sugawara Michizane, poeta i dworzanin cesarski z czasów Heian, o czym się po niewczasie przekonali jego współdworzanie. Był on niesprawiedliwie zesłany na Kyushu i tam zmarł, a po jego śmierci nieszczęścia zaczęły spadać na dwór w Kyoto. Co rusz to palił się jakiś pałac, a po odbudowaniu na nowiutkiej ścianie korniki wygryzały wiersz zesłanego poety. Aby zażegnać nieszczęścia cesarz kazał wybudować sanktuarium Kitano Temmangu w Kyoto i drugie w miejscu śmierci wygnańca na Kyushu. To poskutkowało; odtąd Michizane czczony jest jako bóstwo pod imieniem Tenjin. Jest on do dziś popularny jako opiekun poezji i kaligrafii. W całym kraju jest wiele poświęconych mu sanktuariów, wszystkie nazywają się Temmangu

PROPAGANDA PAŃSTWOWOTWÓRCZA

Wnętrze heiden w Ogata-jinja. Widoczny w centrum gohei,
 specjalnie złożony papier oznaczający obecność bóstwa. Za nim widoczny honden.
Sanktuarium Nikko to nie tylko arcydzieło architektury i snycerki, to także arcydzieło propagandy państwowotwórczej. Shogun Tokugawa Iemitsu uznał, że jego dziad, Tokugawa Ieyasu, był wcieleniem bóstwa zwanego Tosho Daigongen. Dowiódł przecież swych boskich talentów politycznych. Wybudowano więc mu sanktuarium Toshogu w Nikko i kilka mniejszych wszędzie tam, gdzie mieszkali Tokugawowie.

POLETKA RYŻU

Boskim opiekunem kraju pod najzupełniej ludzką postacią jest oczywiście tenno, czyli cesarz. Niezależnie od politycznej funkcji musi on odprawiać cały szereg rytuałów, aby pomyślność nie opuściła kraju. Musi na przykład własnoręcznie uprawiać dwa małe poletka ryżu, aby krajowi zapewnić dobre plony. Musi składać bogom ofiary z tego własnoręcznie wyhodowanego ryżu. A co roku na terenie pałacu budowana jest chata z nieokorowanego drewna, wewnątrz której cesarz wykonuje obrzędy okryte tajemnicą i nieznane nikomu.

NIEDOPUSZCZALNA NIEDYSKRECJA

Temizuya, pojemnik z wodą do przepłukiwania ust.
Trudno jest Europejczykom zrozumieć shinto. Zachowania są niby religijne, ale co to za religia bez teorii zbawienia oraz etycznego kodu postępowania? Starożytna księga zapisująca dawne mity jest tak naprawdę kroniką i choć opisuje przypadki wielu bóstw, innych w ogóle nie wymienia. Bóstw jest razem kilka tysięcy i prawdopodobnie jedno niewielkie pismo teologiczne starczyłoby by wykazać, że wszystkie one są emanacją Jednego Najwyższego. W dodatku kronika Kojiki zaczyna się od stwierdzenia, że na początku samo się stworzyło bóstwo zwane Panśrodkanieba, czyli Amenominakanushi, a potem natychmiast się ukryło. Europejczyk tego nie rozumie, dla Japończyków natomiast rzecz się zdaje być oczywista: shinto nie zna teologii. Wszelkie spekulacje na temat natury bóstw uważane są za niedopuszczalną niedyskrecję. Shinto przekazywane jest z pokolenia na pokolenia wyłącznie jako rytuał skoncentrowany wokół sanktuariów.

UCZTA Z BOGAMI

Przybyszy spoza Japonii uderza lśniąca czystość sanktuariów. Utrzymanie czystości to jeden z podstawowych elementów rytuału, wszystkie większe sanktuaria są co dzień czyszczone i co dzień na drewnianych podstawkach ustawiane są nowe ofiary. W ofierze można składać różne rzeczy: żywność, kwiaty, gałązki świętego drzewa sakaki, papier, czystą wodę, ryżowe wino. Duże sanktuaria mają odpowiedzialnych za utrzymanie czystości kapłanów, mniejsze są pod opieką mieszkających w pobliżu świeckich. Czystość i oczyszczenie to motywy pojawiające się bardzo często w obrzędach shinto. Wierny powinien stawać przed obliczem bóstwa "z czystym sercem", idąc tam więc dokonuje rytualnego oczyszczenia. Zazwyczaj sprowadza się to do obmycia rąk i przepłukania ust w wodzie stojącej w pojemniku ustawionym w tym właśnie celu w pewnej odległości przed przybytkiem. Niektórzy przed odwiedzeniem sanktuarium stosują post od rana i biorą rytualną kąpiel. Nikt nie ma obowiązku regularnego odwiedzania sanktuarium, wierni przychodzą tam tylko wtedy, gdy sami czują potrzebę. Często celem wizyty jest tylko milcząca modlitwa ze złożonymi rękami, kończona głośnym klaśnięciem, głębokim ukłonem i wrzuceniem monetki do skarbony. Można też ustawić wotywną tabliczkę lub figurkę zakupioną w sklepiku z dewocjonaliami. Tylko w szczególnie ważnych sytuacjach, takich jak ślub, narodziny dziecka lub kupno samochodu, prosi się kapłana o poprowadzenie ceremonii. Kapłan zna odpowiednie starojapońskie modlitwy, wie też jakie gesty należy wykonywać. Wszelkie większe obrzędy tego rodzaju, w których zwykle bierze udział większa liczba osób, kończą się naorai, czyli "ucztą z bogami". Jest to obrzęd, którego uczestnicy zbierają się przy najświętszym przybytku i każdy po kolei upija łyk z podanej przez kapłana czarki ryżowego wina ofiarowanego uprzednio bóstwu. Wierni spodziewają się bliżej niesprecyzowanej opieki, ale nie powinni prosić bóstwa o pomoc w konkretnej sprawie. Modlitwy we własnej intencji uważane są za egoizm, który kala serce, a wierny powinien przychodzić przed oblicze bóstwa z czystym sercem.

W ABSOLUTNEJ CIEMNOŚCI

Kapłan shinto w czasie ceremonii.
W dużych sanktuariach co pół roku odbywa się matsuri, czyli wielkie święto, przy czym każde sanktuarium ma swoją własną datę. Kapłani przed takim świętem przechodzą specjalne przygotowanie, w niektórych sanktuariach poszcząc przez tydzień lub dłużej. Najważniejszym elementem matsuri jest reisai, czyli wysoce formalna ceremonia składania ofiar przy otwartych drzwiach najświętszego przybytku; drzwi te poza tym nie są nigdy otwierane. Ceremonią towarzyszącą jest procesja przez miasto - lub poza miastem - ze świętym palankinem zwanym mikoshi; do palankinu wkłada się na ten czas materialny znak obecności bóstwa. Inną ceremonią towarzyszącą są kagura, święte tańce ilustrujące dawne mity, wykonywane przez miko, młode dziewczyny z parafii specjalnie do tej roli przygotowywane; tańce te wykonywane są z towarzyszeniem pradawnej muzyki gagaku. Jeszcze inne imprezy towarzyszące to przedstawienia teatrów no, zawody sumo czy łucznictwa, a także nowszych systemów walki, jak judo czy aikido. Najważniejszą jednak ceremonią, wykonywaną zasadniczo tylko raz w historii każdego sanktuarium, jest ceremonia Przemienienia, kiedy to specjalnie w tym celu wykonany przedmiot staje się shintai, czyli Ciałem Boga. Ceremonia odprawiana jest zawsze o północy, zawsze w absolutnej ciemności, przy czym wygaszone muszą być światła nie tylko na terenie świątynnym, ale także w okolicznych domach. Od tego momentu tylko najwyżsi kapłani mogą dotykać, a nawet oglądać Ciało Boga; wniesione ono zostaje do przybytku i tylko w wyjątkowych przypadkach jest stamtąd wynoszone. To właśnie dzięki tej ceremonii przybytek staje się Domem Bożym. Istnieją też inne obrzędy, wykonywane rzadko i czasem bez udziału świeckich. Niektóre z nich są tak święte, że znają je jedynie najwyżsi kapłani; wtajemniczanie w nich świeckich uważane by było za profanację.

CZERWONE SPODNIE

Funkcją kapłana jest wyłącznie poprawne wykonywanie skomplikowanych obrzędów i wypowiadanie modlitw w języku starojapońskim; jest to zawód dziedziczony z pokolenia na pokolenie. W niektórych sanktuariach dynastie kapłańskie sięgają daleko w głąb historii. Na przykład w Izumo Taisha kapłani pochodzą z rodziny Senge od siedemnastu pokoleń, a przedtem była doroczna rotacja między rodami Senge i Kitajima. W Usa Hachimangu dynastia trwa podobno nieprzerwanie od momentu powstania przybytku w VIII wieku, czyli od czterdziestu pokoleń, a w Aso-jinja jeszcze dłużej, bo od dziewięćdziesięciu pokoleń, czyli od 481 roku przed naszą erą. Generalnie kapłan shinto nazywa się kannushi, ale istnieją różne rangi kapłańskiego stanu. Główny kapłan świątyni nosi tytuł guji, może mieć on jednego lub więcej pomocników zwanych negi. Dziewczęta z parafii do momentu małżeństwa mogą pełnić funkcję miko, których zadaniem jest wykonywanie świętych tańców kagura, a na co dzień asysta przy większych ceremoniach. Kapłani w czasie ceremonii noszą śmieszne ubiory o kroju z czasów Heian, miko natomiast noszą białe bluzki i szerokie czerwone spodnie.

CIAŁO BOGA

Miko asystująca przy ceremonii.
Sanktuaria shinto, zwane po japońsku miya, jinja, jingu, lub taisha, są różnej wielkości, od niewielkich kapliczek do ogromnych kompleksów. Różnią się więc ilością i rozmiarami budynków, wszystkie jednak (jeśli nie liczyć przydrożnych kapliczek) posiadają pięć niezbędnych elementów: torii, sando, temizuya, gohei oraz shintai. Torii to charakterystyczna brama oznaczająca, że za nią znajduje się sanktuarium. Zazwyczaj jest ona drewniana i najczęściej pomalowana na czerwono, bywa jednak, że przed dużym sanktuarium stoi kilka torii, a pierwsza z nich (t. j. najdalsza od głównego przybytku), jest szczególnie dużych rozmiarów i wykonana z betonu. Sando to ścieżka, po której wierny w skupieniu zbliża się do przybytku. Zazwyczaj wysypana jest białym żwirem i z reguły w którymś jej punkcie jest zakręt, jako że zbliżanie się przed oblicze bóstwa w linii prostej oznaczałoby brak respektu. Temizuya to pojemnik na wodę do rytualnego obmywania rąk i ust, na pojemniku z reguły leży bambusowy czerpak; w dużych kompleksach temizuya często stoi w specjalnym pawilonie. Gohei to stojący przed drzwiami przybytku drewniany podstawek z zawieszonym na nim złożonym w charakterystyczny zygzak papierem; jest to znak obecności bóstwa. Wreszcie rzecz bezwzględnie najważniejsza: shintai, czyli Ciało Boga; jest to przedmiot, pod którego postacią bóstwo jest obecne. Shintai nazywane bywa relikwią, trafniejsze byłoby jednak porównanie do chrześcijańskiej hostii. Jest ono tak święte, że zasadniczo nikomu nie wolno nawet na nie patrzeć, jedynie w bardzo szczególnych okolicznościach mogą się do niego zbliżyć kapłani. Za shintai mogą służyć różne przedmioty, na przykład mosiężne lustro lub antyczny obosieczny miecz, może też nim być figurka, choć w takim przypadku nigdy nie jest wystawiana na widok publiczny. Bywa, że za shintai służy cała góra, tak jak to jest w sanktuarium Omiwa w prefekturze Nara; w takim przypadku nie ma budynku przybytku, a tylko budynki towarzyszące. Zazwyczaj jednak shintai jest niewielkim przedmiotem ukrytym przez większość czasu w przybytku zwanym - jeśli budynków jest więcej - honden.

SZNUR ZE SŁOMY

W dużych sanktuariach budynków jest z reguły więcej. Najważniejsze z nich to heiden, czyli sala ofiar kapłańskich, haiden, czyli oratorium przeznaczone dla wiernych, kaguraden gdzie wykonuje się święte tańce, a także święty most nad pobliską rzeką oraz stajnie dla niewidzialnych koni. Podobnie gohei jest najważniejszym symbolem obecności bóstwa, ale często obecne są też inne znaki, takie jak shimenawa, czyli sznur z ryżowej słomy zawieszany pomiędzy słupami torii lub u okapu przybytku (shimenawa zawiesza się też wokół pni świętych drzew), barwne flagi, a także mosiężne lustra (które, jeśli wystawione są na widok publiczny, nie stanowią shintai). Duszą każdej świątyni jest bez wątpienia honden. W większości sanktuariów istnieje wyraźna tendencja do wykorzystania przyrody w celu osiągnięcia efektu estetycznego. Nawet w środku miasta przybytki stoją pośród wiekowych drzew, odcięte od zgiełku codziennego życia. Z reguły panuje tam cisza, zakłócana jedynie szmerem żwiru pod stopami, a latem terkotem cykad pośród cedrów. Jeśli takie położenie nie jest możliwe, co w przypadku mniejszych sanktuariów w wielkich miastach zdarza się często, to przynajmniej (też w miarę możliwości) otacza się je żywopłotem. Nie trzeba być wcale wyznawcą, by obecność w sanktuarium shinto budziła dreszcz niesamowitości. Albo inaczej: by budziła poczucie jakiejś zagadkowej Obecności. Owa estetyczna siła shinto jest największą, a właściwie jedyną siłą tej religii.

ŚWIADOMOŚĆ OBECNOŚCI

Małe sanktuarium w centrum Tokyo
Shintô jest religią bez świętych pism, systemu etycznego, teologii. Nie jest świętą księgą najstarsza kronika Japonii zatytułowana Kojiki, ani tym bardziej następna, napisana po chińsku Nihongi. Oba teksty są w zasadzie księgami historycznymi pisanymi na chwałę panującej dynastii. Oba przytaczają dawne mity, przede wszystkim te, które potwierdzałyby tezę o boskim pochodzeniu dynastii, nie zawierają natomiast żadnych wskazań co do postępowania. Nie ma także żadnego imperatywu co do regularnego odczytywania tych tekstów, czy też rozpowszechniania ich pośród wiernych. Niektórzy uważają je wprawdzie za święte, ale w żadnym razie nie mają one statusu choćby zbliżonego do tego, jaki wśród swych wyznawców ma Biblia, Koran czy Wedy. Nie istnieją żadne pisma zawierające religijne przykazania i zakazy, brak jest systemu etycznego. Istnieje jedynie niejasne pojęcie "czystości serca" oparte na niepisanym założeniu, że w głębi serca każdy człowiek wie co powinien robić, a czego nie. Nie istnieje też teologia, nie ma rozważań na temat tego czym są kami (czyli bogowie), nie ma żadnych definicji ani dowodów na istnienie. Są natomiast pewne oczekiwania. Nie należy do nich zbawienie duszy ani nic, co by dotyczyło świata pozagrobowego, należy natomiast pomoc w sprawach życia doczesnego. Żadnemu z bóstw nie przypisuje się wszechmocy, tym niemniej oczekuje się od nich nieznanych bliżej mocy nadludzkich, przede wszystkim niesprecyzowanego wpływania na los. Dotyczy to spraw całkiem konkretnych: bezpłodne małżeństwo będzie składać ofiary i odprawiać modły w sanktuarium bóstwa płodności, poeta z ambicjami zwróci się o pomoc do bóstwa poezji. Dotyczy to jednak również nieokreślonej bliżej opieki, jak w przypadku małżeństwa, narodzin dziecka itd. A przede wszystkim dotyczy świadomości Bożej Obecności pośród ludzi, w specjalnie przygotowanym dla tej Obecności domu: sanktuarium.

JĘZYK I UBIORY

Pień drzewa ze sznurem shimenawa.
Nie ma świętych pism, doktryn, teologii; shinto przekazywane jest z pokolenia na pokolenie wyłącznie za pomocą rytuału. Od najwcześniejszego dzieciństwa Japończyk uczy się okazywania czci bóstwu: kiedy z rodzicami przychodzi do świątyni i składa ukłony przed przybytkiem, kiedy jako młody mężczyzna niesie święty palankin lub jako młoda dziewczyna wykonuje święte tańce, czy też kiedy jako młody kapłan uczy się modlitw w języku starojapońskim niezrozumiałym właściwie dla współczesnych. Również kiedy jako widz bierze udział w rozbudowanych ceremoniach. Jest to oczywiście uwarunkowanie, którego nośnikiem jest rytuał. Rytuał jest swego rodzaju dziełem sztuki, powtarzanym wielokrotnie w ten sam sposób, tak jak muzyka. W shinto widać wyraźnie, że architektura jest jakby rekwizytem rytuału: regularna przebudowa należy do jego elementów. I tak jak muzyka jest wpierw skomponowana, a potem tylko odtwarzana, tak i rytuał ma swój początek w czasie. Początki rytuału shinto sięgają czasów przedhistorycznych, a używane w czasie ceremonii język oraz ubiory z czasów Heian świadczyłyby, że ostatecznie rytuał uformował się, przynajmniej w swym głównym zarysie, właśnie w owej epoce. 

WYBRYKI CHULIGANÓW

Tym niemniej nie jest to rytuał martwy, żyje nim do dziś miliony ludzi. Spełnia on wśród Japończyków rolę taką, jaką wśród chrześcijan i muzułmanów spełniają ich święte księgi. Ekscesy z czasów ostatniej wojny, typu wysyłania na śmierć młodych lotników, były wybrykami bandy chuliganów mającymi - jak rozumiem - tyle wspólnego z shinto, co pogromy żydowskie z chrześcijaństwem. Duch shinto stanowi podtekst japońskiej kultury w ciągu całej historii. Świątynie buddyjskie, które w Chinach są zwykle kamienne lub ceglane i często daleko im do czystości, w Japonii niemal zawsze są z drewna i zawsze nieskazitelnie czyste, ze ścieżkami wysypanymi żwirem dookoła. Ceremonia herbaty, w Chinach wykwintna i z użyciem ozdobnych utensyliów - w Japonii nabiera dramatycznej prostoty. A być może i współczesny brak postępów w propagowaniu chrześcijaństwa ma swój związek z japońskim rozumieniem szacunku dla świętości: wielkie-pseudo gotyckie kościoły, gdzie wchodzi się z butami (Japończyk wchodząc do miejsc kultu takich jak świątynia buddyjska, sanktuarium shinto, czy nawet do czyjegoś domu zdejmuje buty) nie kojarzą się mieszkańcom tego kraju z miejscem czci Bożej Obecności.

Twórcy rytuału musieli sobie zdawać sprawę jaki efekt ma on na współczesnych. Ciekawe jednak, czy zdawali sobie sprawę, jak dalekosiężny będzie jego efekt w czasie.



Więcej na temat sztuk Japonii w mojej książce "CZARKA GORZKIEJ HERBATY"