Na Matki Boskiej Gromnicznej Puno szaleje. Przez tydzień
dniem i nocą w całym mieście rozlega się dźwięk bębnów,
orkiestr dętych, półnagie tancerki demonstrują na ulicach swoje
lśniące majtki. Istne Ryjo. Wielka parada Aleją Simona Bolivara
jest w pierwszy weekend po święcie Matki Boskiej, ale przez cały
tydzień zespoły taneczno-orkiestrowe w ciasnych uliczkach miasta
demonstrują co przygotowały. W końcu nie po to cały rok ćwiczyły,
żeby teraz tylko raz przejść Aleja Bolivara. Jest tych zespołów
chyba setka, przez centrum miasta z trudem można przejść, zewsząd
dobiega dźwięk muzyki.Tancerki w Puno
Ameryka Łacińska kocha parady taneczne. Ale też każdy rejon ma swój własny klimat, tu mimo wszystko nie jest Ryjo tylko Puno, kraj Indian i Metysów, Indianek i Metysek, nie ma samby tylko orkiestry dęte, Metyski tańczą taniec brzycha oraz skąpo osłoniętej majtkami drugiej strony, a Metysi dmą w potężne tuby. Tuby wyglądają nie mniej malowniczo, niż te lśniące majtki. Bo majtki są oczywiście malownicze, założywszy że zgrabne jest to na co są założone.
Ale nie wszystkie tancerki śmiało odsłaniają ciało.
Jest to w końcu również kraj bogobojnych Indian odbywających
regularne pielgrzymki do świętych figur i obrazów. Połowa
tanecznych zespołów ma stroje wzorowane na tradycji andyjskich
Indian, mężczyźni w barwnych ponczach, kobiety w melonikach i
pękatych spódnicach. Nie są to stroje stricte ludowe, szyte są na
to święto i cały zespół ma identyczne, ale wzorowane są
wyraźnie na tym, ce we wsiach wokół jeziora Titicaca zobaczyć
można. A orkiestra w ponczach też jest wprawdzie dęta, ale nie
dmie w tuby i trąby, tylko w trzcinowe fletnie. Tańce też nie są
erotyczne, zamiast tańca brzucha tancerki wirują jak wiejskie
dziewczyny szastając spódnicami. Grupa taneczna z Capachica w Puno
A wszystko to na cześć Matki Boskiej Gromnicznej, której cudami słynąca figura mieszka w kościele świętego Jana przy Avenida de Lima. Nie jest to stara figura, ale czy to ma znaczenia, skoro słynie cudami? Odziana w grube brokatowe szaty, wygląda jak góra złota z małą główką otoczoną dwunastoma gwiazdami. Zespoły po kolei przechodzą przed kościołem, przerywają taniec i kłaniają się patronce miasta do ziemi. A po potem sama figura wychodzi na miasto. To jest latynoski katolicyzm – święte figury traktowane są jak żywe osoby, ubierane w drogie szaty i wyprowadzane na spacer ulicami. Tłumy zebrane na ulicach wznoszą okrzyki deklarujące miłość i wierność, nawet policja prezentuje broń przed świętą figurą. Nie żartuję! Komenda policji jest na placu przed katedrą, figura jest tamtędy niesiona i zatrzymuje się przed komendą, a oddział policjantów salutuje, trąbi pobudkę i deklaruje dozgonną wierność i posłuszeństwo.
Latynoski bogobojny katolicyzm. A przecież to wszystko dzieje się nad brzegiem jeziora Titicaca, które kiedyś uważane było za święte, bowiem to z jego wód wyszli Inkowie, dzieci Słońca i Matki Ziemi. Czy jest tu jeszcze ktoś, kto o tym pamięta? Czy jest jeszcze ktoś, kto pamięta o tym, że Pachamama – Matka Ziemia – jest święta i trzeba jej dziękować za to, że daje życie? Oczywiście pamiętają o tym przewodnicy, którzy godzinami potrafią turystom opowiadać o tym, jak święta była kiedyś Pachamama. Tylko że przewodnicy dostają pieniądze za to, że o tym pamiętają. Nie tylko Pachamama jest święta, gość w dom też jest święty, ale czy można o tym pamiętać, jeśli tych gości przewijają się tysiące, co dzień inni?
Pamiętać pewnie trudno, ale warto pamiętać o tym, że
na tych gościach można zarobić. Można im opowiadać o dawnych
wierzeniach, o Pachamama, o dzieciach słońca, które wyszły z
jeziora Titicaca. Można im sprzedać andyjską czapkę albo tkany
szal z wełny alpakowej. Jak to mówią – Gringo w dom, dolary w
dom. Policja salutuje przed Matką Boską Gromniczną w Puno
Wyczytałem gdzieś, że na środku jeziora Titicaca są takie wyspy, o których współczesny świat zapomniał – nie ma tam samochodów, nie ma prądu, nie ma nawet psów. Wyczytałem też, że można tam dotrzeć stateczkiem z Puno. Poszedłem więc o świcie do portu i mrużąc oczy patrzałem na jezioro połyskujące w równikowym słońcu. Jezioro jest prawie na wysokości czterech tysięcy metrów, ale nie tylko nie ma tu wiecznych śniegów, ale słońce grzeje i połyskuje na tafli jeziora. A niebieskie góry otaczające jezioro z pewnością mają ponad cztery tysiące. Ale w tym porcie trudno rozmyślać o tafli jeziora, bo natychmiast podskakują ludzie, którzy zupełnie słusznie wychodzą z założenia, że Gringo jest źródłem dochodu. „Chcesz pojechać na wyspy Uros? A może na Taquile? Albo na Amantani?”
Wyspy Uros to tutaj główna atrakcja turystyczna. Duże obszary jeziora to płycizna porośnięta trzciną, a Uros to był szczep Indian, który pobity ale nie podbity przez Inków uciekła na jezioro i skrył się w trzcinie. Do dziś tam mieszka, budując sobie sztuczne wyspy z trzciny i żyjąc z rybołóstwa. Obecnie dodatkowym zajęciem jest łowienie turystów, których zawijają tam tłumy i dlatego mi się tam niezbyt śpieszy. Natomiast Amantani to właśnie ta wyspa, gdzie nie ma prądu ani samochodów – tak wyczytałem w przewodnikach. Tam chętnie pojadę, może nawet na parę dni.
Indianin proponujący mi wycieczkę na Amantani ma na
imię Francis i mówi, że jest kapitanem statku, który odpłynie
nazajutrz o ósmej rano. Przychodzę rano, stateczek nieduży, ale
kilkanaście osób w nim się mieści. Dwugodzinny rejs w sumie miły,
można się zapoznać z tymi wszystkimi Gringami, co chcą się na
Amantani odciąć od cywilizacji. Nie wszyscy zresztą są Gringami,
niektórzy przyjechali z Limy albo z Meksyku, albo z Buenos Aires.
Ale wszyscy są miastowi i dla wszystkich wyspa bez prądu i
samochodów to dzicz, którą trzeba odwiedzić. Po drodze zawijamy
na małą pływającą wysepkę też bez prądu i bez samochodów.
Tak naprawdę to sama wyspa jest niewiele większa, od porządnej
ciężarówki. Kapitan Francis mówi, że ta wyspa jest bardziej
dzika niż inne, bo jest daleko od Puno. Dzika? Mieszkańcy są
przygotowani na nasz przyjazd, pamiątki na sprzedaż porozkładane
są wokół centralnego placu. Wysepka jest malutka, mieszka tu kilka
rodzin, wokół placu stoi kilka słomianych domów. Mieszkańcy
chętnie pokazują jak żyją. Jest kilka łodzi zrobionych z
trzciny, ale te są dziś używane chyba tylko do zabierania turystów
na przejażdżki. Widać również sieci rybackie, ale łodzie
używane do połowów są plastikowe z motorkiem. Jednocześnie z
nami zawija na wysepkę inny turystyczny stateczek. Ile ich tu zawija
dziennie? Jakie jest tak naprawdę główne zajęcie mieszkańców –
rybołóstwo czy obsługa ruchu turystycznego? Pływająca wyspa na jeziorze Titicaca
Płyniemy dalej, na Amantani, omijamy po drodze półwysep wcinający się głęboko w jezioro. Na najdalszym cyplu półwyspu jest wieś Llachón. Płyniemy na tyle blisko, że widać domy, drogę, samochody. Tam nie zawijamy, tam mają samochody i prąd, za małe zadupie żeby interesowało turystów. Omijamy Llachón i zawijamy do portu na Amantani. W porcie witają nas kobiety odziane w barwne tradycyjne stroje i prowadzą do swoich domów. Ale nie jesteśmy wcale jedynym zawijającym tu stateczkiem, zawija ich tu jeszcze kilka, wysypuje się z nich parę setek turystów chcących się odciąć od cywilizacji. Samochodów rzeczywiście nie ma, przez wieś prowadzą tylko chodniki. Chodnik prowadzi również na szczyt góry, na której odkopane są ruiny jakieś świątyni z czasów Inków. Chodnik jest oczywiście po to, by turyści mogli sobie łatwo na tę górę wejść. Wzdłuż chodnika siedzą sprzedawcy z porozkładanymi na kocach andyjskimi czapkami, tkanymi szalami z wełny alpakowej i innymi towarami przeznaczonymi tylko dla turystów. Najwyraźniej przechodzi tu co dzień wystarczająca ich ilość, by się to opłacało. Widoki z góry na jezioro imponujące, na pierwszym planie pola ziemniaków kwitnące w różnych kolorach (ziemniaki właśnie stąd pochodzą) (znaczysię z Peru, nie z wyspy Amantani), ale można się zastanawiać, czy głównym zajęciem mieszkańców jest rolnictwo, czy obsługa ruchu turystycznego.
Ładnie
tu, ale jakoś nie mam ochoty zostawać na kilka dni. Jak się dostać
do Llachón, gdzie są samochody i prąd, ale turystów może mniej?
Kapitan Francis mówi, że mogę pojechać promem do Capachica, po
drugiej stronie cieśniny, a stamtąd minibusem do Llachón. Prom do
Capachica to taki sam stateczek jak ten turystyczny, ale pasażerowie
to w większości lokalni Indianie. W minibusie z Capachica do
Llachón podobnie, ja jestem jedynym turystą. Kobiety poubierane w
kwiecist ludowe stroje, ale brudne, prosto z pola, nie pod turystów.
Bogato
zdobione czwórgraniaste kapelusze z pomponami charakterystyczne dla
tego regionu też zapylone, noszone na codzień. Wszystkie kobiety
mają te andyjskie plecaki, czyli barwne koce, w które można
zawinąć cokolwiek i nosić na plecach. Cokolwiek: zakupy na rynku,
siano dla bydła, dzidziusia. Indianka z wyspy Amantani
Droga busikiem z Capachica do Llachón wyboista, nie ma jeszcze asfaltu. Wysiadam na placyku przed kościołem i od razu widzę mały drogowskaz do miejsca, gdzie ktoś oferuje pokoje gościnne. Czyli jednak turyści nie są zupełnie niespodziewani. Idę tam, jest to ładnie utrzymana zagroda, pokoje dla turystów w domkach krytych strzechą. W książce pamiątkowej ostatni wpis sprzed miesiąca, więc zagęszczenie turystów nieco mniejsze niż na Amantani. Panuje tu leniwa wiejska cisza.
„Powinieneś tu przyjechać wczoraj”, mówi mi właściciel. „Wczoraj mieliśmy tu ofiarę całopalną dla Pachamama, Matki Ziemi. Na świętej górze Carus na końcu wsi ofiarowano Matce Ziemi płód lamy. To jest tradycja jeszcze sprzed czasów Inków.”
No istotnie szkoda, że się spóźniłem o dzień. Ale nic o tym nie wiedziałem, a decyzję o tym żeby tu przyjechać podjąłem dziś rano. Co robić?
„Ale dziś jeszcze będzie procesja przez całą wieś, kapłani z muzyka będą błogosławić pola. Usłyszysz ich z daleka.”
Jest słoneczne przedpołudnie. Zostawiam bagaż w domku krytym strzechą i idę drogą przez wieś w kierunku końca półwyspu. Nie ma tu sprzedawców pamiątek, w ogóle mało kogo tu widać, co najwyżej pasterzy gnających owce na górę. Bo półwysep to jest góra wystająca z jeziora, wieś jest na stoku tej góry i widok na jezioro jest znakomity. Widok na pola trzcinowe, wśród których kryją się pływajace wyspy, i na błękitne góry po drugiej stronie. W oddali, po boliwijskiej stronie granicy, jest Wyspa Słońca, z której wyszli Inkowie. A bliżej widać terkoczący stateczek płynący w kierunku wyspy Amantani.
Ale nie tylko terkot stateczka słychać, skądsiś
dobiega również dźwięk bębna. Skąd? Gdzieś zza pagórka.
Niezupełnie niespodziewany. W oddali zza drzew wychodzą ludzie w
szarych ponczach z białymi flagami w rękach. Są jeszcze daleko,
pasterską ścieżką zbiegam tam, gdzie ich droga zbiega się z
moją. Przychodzę w sam czas, procesja akurat w tym miejscu ma
odpoczynek. Po kilku minutach rusza dalej, ja wśród tłumu, jedyny
Gringo. Na czele idą mężczyźni w szarych ponczach, za nimi
mężczyźni w garniturach z kocami przewieszonymi przez ramię,
pomiędzy nimi barwnie ubrane kobiety w czwórgraniastych kapeluszach
z pomponami. Orkiestra, bębniści i fleciści, idą na końcu.
Wszyscy są przyjaźni, zagadują, jeden z flecistów daje mi pograć
na swoim instrumencie, ale mi nie wychodzi. Na następnym odpoczynku
wszyscy są częstowani winem, ja również. Wino z plastikowego
kanistra rozlewa młody człowiek w szarym ponczo. Jest rozmowny, ma
na imię Edgar, w wolnych chwilach wyjaśnia mi kto jest kim. Ci w
szarych ponczach to kapłani, ale nie katoliccy, tylko kapłani
tradycji trwającej nieprzerwanie od czasów Inków. Ci w garniturach
to wójtowie, a kręcące się wśród nich kobiety to żony. On sam
wyjechał do wielkiego miasta i tam studiował, zapomniał nawet
języka keczua, ale niedawno na nowo odkrył tradycję i jest bardzo
dumny, że pochodzi stąd, gdzie ta tradycja żyje. Wczoraj była
główna ceremonia, dziś jest procesja błogosławienia pól i
kropienia ich winem. Istotnie kapłani w szarych ponczach raz po raz
wchodzą w kartofliska, odmawiają modły i skrapiają je winem z
plastikowych butelek. Raz po raz na ścieżce usypywane są stosy
ziemniaków, posypywane liśćmi koki i skrapiane winem. Edgar mówi,
że to pierwsze plony, a posypywanie ich koką i skrapianie winem to
gest podziękowania. Procesja nad jeziorem Titicaca
Procesja wchodzi też na plac przed kościołem, przed którym wszyscy przyklękają i po kolei podchodzą, by z nabożeństwem dotknąć drzwi. Bo dla Indian nie ma konfliktu pomiędzy oddawaniem czci Matce Ziemi a oddawaniem czci Matce Boskiej. Zbiera się na burzę, spadają pierwsze krople, ale procesja idzie dalej główna drogą przez wieś. Kapłani na czele idą tanecznym krokiem, kobiety wirują rozwiewając spódnice. Edgar mówi, że ceremonia trwa trzeci dzień, uczestnicy od trzech dni nie śpią, ale co tam zmęczenie, kiedy można radośnie dziękować Matce Ziemi za dar życia?
Wszyscy są zaproszeni do domu sponsora ceremonii na
sutą kolację. Ja, jedyny Gringo, też jestem jak najbardziej
zaproszony. Dom jest prawie nad samym brzegiem jeziora, więc
schodzimy. Kiedy dochodzimy burza szaleje w najlepsze, ale co tam
burza, kiedy można radośnie dziękować? Na podwórzu wielka góra
ziemniaków obsypywana jest liśćmi koki, polewana winem, a
uczestnicy tańczą wokół w strugach deszczu. Dopiero później
jest czas na posiłek i można wejść do domu.
Nie jestem honorowym gościem. Honorowi goście, posadzeni na specjalnych miejscach, to kapłani w szarych ponczach i wójtowie w garniturach, a także ich barwnie ubrane żony siedzące po przeciwnej stronie pokoju. Ale jestem gościem, siedzę wśród nich, częstują mnie sutą kolacją, częstują mnie winem.
To jest właśnie Peru, to są peruwiańscy Indianie. Na szlaku Gringów, gdzie dziennie przewijają się setki turystów, Gringo jest źródłem dochodu. Ale wystarczy z tego szlaku zboczyć i trafić tam, gdzie Gringo jest rzadkością, wtedy staje się on gościem, którego zaprasza się do domu i sadza przy wspólnym stole. I wspólnie z nim dziękuje Matce Ziemi za dar życia.
| Wyspa Amantani |
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
