JAK to było możliwe, żeby Amerykanie dali się tak zaskoczyć w
Pearl Harbor? W pięćdziesiątą rocznicę to pytanie pojawiło się
po raz kolejny na pierwszych stronach amerykańskich magazynów, a
wewnątrz tychże magazynów pojawiły się rozwlekłe próby
odpowiedzi. W jednym z takich rozwlekłych artykułów, zamieszczonym
w tygodniku „Newsweek", znalazłem następujące zdanie:
Amerykanie nie traktowali zbyt poważnie zagrożenia japońskiego, bo
uważali Japończyków za małych żółtych ludzików z ryżowych
pól, którzy nie umieją nic porządnie zrobić. Wbrew pozorom
ocena ta była jak najbardziej trafna, a skutki, jakie przyniósł
atak na Pearl Harbor, jedynie ją potwierdzają. Ta wspaniała akcja
japońskiego lotnictwa był jednym z najgłupszych posunięć w
historii wojen, czymś w rodzaju udanego odgryzienia tygrysowi czubka
ogona. Przecież w wyniku tej akcji Japończycy nie zdołali nawet
zająć Hawajów! Jedynie szaleniec mógł w ten sposób rozpoczynać
wojnę. Czy boski monarcha Hirohito, dzielny generał Tojo, liczni
doradcy i jeszcze bardziej liczni wykonawcy szaleńczego rozkazu byli
chorzy psychicznie? Na czym polegała ich choroba?
Patriotyzm. Gotowość oddania „ku chwale
ojczyzny" nie tylko życia, ale wszystkiego łącznie z rozumem.
Za wszelką cenę udowodnić światu, że Japończycy nie są małymi
żółtymi ludzikami z ryżowych pól, którzy nic nie umieją
porządnie zrobić. Pragnienie tak silne, że nawet tym, którzy byli
podobno najlepiej poinformowani i którzy powinni podejmować
rozsądne decyzje - odebrało zdolność logicznego myślenia i
wyciągania wniosków z posiadanych informacji. Nie wyszli na pajaców
tylko dlatego, że całe to ich przedsięwzięcie okazało się
krwawą jatką.
PEWNA moja poznańska przyjaciółka nosząca rdzennie słowiańskie
nazwisko zarówno panieńskie, jak mężowskie, nie znająca słowa
po niemiecku i w latach siedemdziesiątych zaklinająca się, że ona
by nigdy Ojczyzny nie opuściła - w połowie lat osiemdziesiątych
wyjechawszy na wycieczkę do RFN, podpisała volkswagenlistę i
wczasując w obozie dla uchodźców, zaczęła ryć słowniki,
twierdząc, że jest Niemką. Mówiła do mnie: Zrobiłam to tylko
dla dzieci. TAM nie ma przyszłości... znane teksty. Zachowanie
mojej przyjaciółki jest zupełnie normalne, ostatecznie kombinuje
się wykorzystując istniejące przepisy. Dziabnięci są ci, którzy
te przepisy wymyślili i jeszcze je podtrzymują. Przepisy, wedle
których praktycznie każdy rdzenny mieszkaniec Poznania mógłby,
zapragnąwszy volkswagena, pojechać do Vaterlandu i wyznać w
odpowiednim urzędzie, że ma niemiecką świadomość narodową i
tylko nie umie po niemiecku, bo został wynarodowiony.
ROŻNI chrześcijańskonarodowcy i inni polityczni Polacy-katolicy
twierdzą, że zwalczają aborcję, ponieważ ich chrześcijańskie
sumienie podpowiada im, że nie wolno zabijać żadnej istoty
ludzkiej. Ciekawe, że ci sami panowie nie rozpętali jak dotąd
kampanii na rzecz rozwiązania armii. Przecież skoro chodzi im o
niedopuszczalność zabijania, to te dwie sprawy winny być
nierozerwalnie powiązane. Odpowiedź, oczywiście, wszyscy znamy:
armia jest potrzebna dla obrony Ojczyzny oraz do innych działań,
przynoszących Ojczyźnie chwałę. Ku chwale Ojczyzny wolno sobie
odpuścić chrześcijańskie sumienie. Znów mamy do czynienia ze
ślepotą patriotyczną. Ślepotą, która nie pozwala dostrzec
najoczywistszych absurdów i najjaskrawszej hipokryzji. Przypuszczam,
że panowie ci obraziliby się, gdyby ich nazwać hipokrytami.
Niezależnie jednak od tego, czy się ich tak nazwie, czy nie - są
hipokrytami dokładnie w tym samym stopniu, co domagające się prawa
do aborcji feministki-pacyfistki.
NA subkontynencie indyjskim pojęcie „narodu" nie istnieje.
Istnieje mnogość języków, ale nigdy w historii nikt nie miał
takiego pomysłu, żeby granice polityczne wiązać z językiem
ludności. Mieszkańcy kraju Kerala różnią się rasowo i językowo
od mieszkańców Radżastanu tak akurat, jak Polacy od ludu Suahili,
a przecież nie przeszkadza im to w zamieszkiwaniu jednego państwa.
Znacznie ważniejszy jest podział ludności na tych, którzy jedzą
wołowinę, i tych, którzy wołowiny nigdy nie tkną, prędzej
wieprzowinę; wedle tego właśnie kryterium przeprowadzono granice
polityczne przez środek Bengalu i Pendżabu, krajów rasowo i
językowo jednolitych. Istotny jest także podział ludności na
tych, którzy jedzą wieprzowinę, i tych, którzy nie jedzą żadnego
mięsa, a także na tych, którzy noszą całe życie na szyi
potrójną nitkę (którą przy siusianiu trzeba przewiesić przez
ucho), i tych, którzy jej nie noszą. Ten podział nie wywołuje
żądań terytorialnych ze względu na wyjątkowe przemieszanie
wymienionych grup ludności, ale problemy takie, jak czy i jaki
procent stanowisk w aparacie państwa ma być zarezerwowany dla tych
bez nitki albo czy rezerwacją objąć także tych, co mają nitkę,
ale jedzą wieprzowinę - stanowią istotny temat debat
parlamentarnych, wielkich demonstracji, strajków za i przeciw, a
nawet rozłamów w wielkich partiach. Natomiast na
środkowoeuropejskie kłótnie o „świadomość narodową" i
terytoria z tąż związane mieszkańcy Indii - jeśli w ogóle coś
z tego rozumieją - patrzą z politowaniem: „barbarzyństwo".
Dla mieszkańców Indii oczywisty jest fakt, że w Europie mieszkają
barbarzyńcy, narodowościowe awantury są tylko jednym z wielu tego
barbarzyństwa przejawów. Inny jest fakt, że Europejczykom nie
sprawia różnicy, którą ręką jedzą, a którą uprawiają miłość
i, co gorsza, podcierają tyłek. Cywilizowany lud subkontynentu wie,
że Brahma dał ludziom prawą rękę do dotykania ust, a lewą do
dolnych otworów....
DLACZEGO organizacja zrzeszająca państwa nazywa się Organizacją
NARODÓW Zjednoczonych? Dlaczego upaństwowienie przemysłu nazywa
się NACJONALIZACJĄ? Osobiście dowiedziałem się tego dopiero po
kilku latach pobytu w Anglii, kiedy zdałem sobie sprawę, że w
języku angielskim nic ma odpowiednika polskiego wyrazu „naród".
Nie ma tu w ogóle takiego pojęcia. Słowo nation, które w słowniku
znajdziemy pod hasłem „naród", wcale nie oznacza tego
samego: nation to jest „niepodległe państwo". Dlatego też
„United Nations Organisation" znaczy „Organizacja
Zjednoczonych Niepodległych Państw". We wrześniu 1991 roku
powstało pięć nowych „narodów": trzy kraje bałtyckie i
dwa archipelagi na Pacyfiku. Wedle ONZ-owskiej definicji „naród",
by być takowym, musi mieć pięć cech: musi mieć terytorium o
ściśle wyznaczonych granicach; musi mieć stolicę; musi mieć
międzynarodowy (!) port lotniczy; musi mieć „głowę państwa",
czyli człowieka, który odwiedzając inny „naród", będzie
podejmowany wedle protokołu dyplomatycznego; i wreszcie musi mieć
ambasadora przy ONZ. W ten sposób „narodem" jest w chwili
obecnej Czecho-Słowacja oraz wyspa St. Vincent na Morzu Karaibskim,
a nie jest nim Tajwan ani Tybet. W ten sposób również wyrażenia
„naród radziecki" oraz „naród amerykański" mają
sens. Niestety, w normalnym polskim użyciu słowa „naród"
wyrażenie „naród amerykański" ma tyleż sensu, co właśnie
„naród radziecki".
Albowiem pojęcie narodu nie istnieje w świecie anglojęzycznym.
Wiązanie używanego języka z granicami politycznymi czy też z
prawem do zamieszkiwania jakiegoś terytorium jest niezrozumiałe dla
Anglosasów. Niepodległość Stanów Zjednoczonych nie miała nic
wspólnego z językiem ani „świadomością narodową", w grę
wchodził jedynie interes ekonomiczny. Brytyjczycy też nie po to
budowali imperium, by propagować język; interes ekonomiczny był
jedynym motorem. W Szkocji, której stosunki z Anglią tak przecież
przypominają stosunki Litwy z Polską, ludność mówiąca po
celtycku nie wpadła jak dotąd na pomysł, że tylko ona jest
prawowitym właścicielem kraju i anglojęzyczni mieszkańcy
Edynburga powinni się wynieść albo zmienić język. W Irlandii
jedynym kryterium przy wyznaczaniu granicy między Ulsterem a
Republiką była religia, jako że praktycznie wszyscy Irlandczycy
mówią w domu po angielsku. Owszem, istnieje w angielszczyźnie
słowo patriotism, ale oznacza ono wyłącznie wierną służbę w
armii oraz gotowość do śmierci na wojnie. Jakiejkolwiek wojnie,
również tej o naftę w Zatoce. W każdym razie działalność
Mahatmy Gandhiego nie miała z angielskim słowem patriotism nic
wspólnego.
Polskie słowo „naród" nie ma w angielszczyźnie
odpowiednika, a używane zazwyczaj w jego miejsce (jeśli mowa jest o
tym zjawisku, równie egzotycznym, co indyjskie kasty) słowa people,
race lub tribe - są jedynie bliskoznaczne. People oznacza grupę
ludzi powiązanych ze sobą czymkolwiek, może być to nawet wspólne
miejsce aktualnego przebywania (np. na ulicy), wówczas odpowiada
polskiemu „ludzie"; może być wspólne miejsce zamieszkania,
wówczas odpowiada polskiemu „ludność"; może być wspólne
pochodzenie i język, wówczas odpowiada polskiemu „lud"; ale
może też obejmować wszystkich mieszkańców globu, czyli
„ludzkość". Słowo race oznacza grupę ludzi powiązanych
genetycznie, ale nie językowo, i też nie ma żadnej określonej
wielkości tej grupy; może oznaczać typ ludzi zamieszkujących
jakąś wyspę czy obszar kraju; może odpowiadać polskiemu „naród",
ale tylko w sensie powiązań genetycznych, nigdy językowych (czyli
nie da się nikogo „wynarodowić"); może oznaczać grupę
ludzi o wspólnym kolorze skóry (i tylko wówczas odpowiada
polskiemu „rasa"); i wreszcie może oznaczać cały rodzaj
ludzki: human race. Najbliższe polskiemu „naród" jest
zapewne słowo tribe, oznaczające grupę powiązaną genetycznie,
językowo oraz świadomością wspólnoty jej członków. W słowniku
angielsko-polskim pod hasłem tribe znajdziemy oczywiście „plemię",
ale jedynym powodem różnicy w znaczeniu słów „plemię" i
„naród" w polszczyźnie jest półświadomy rasizm
użytkowników tego języka. Jeżeli „plemię" to koczująca z
maczugami w dżungli wspólnota pierwotna, której starszyzna zbiera
się na narady w szałasie wodza, to z pewnością nie dotyczy to
ludu Zulu, który liczy kilka milionów. W każdym razie Anglosasi, z
niedowierzaniem obserwując środkowoeuropejskie pyskówki o
„świadomość narodową" oraz zaciekłą strzelaninę o
spłachetki ziemi, określają to zjawisko słowem tribalism - tym
samym, którym określają plemienną politykę krajów Czarnego
Lądu.
Obrońcy różnych małych języków zdają się mniemać, że skoro
Pan Bóg pod wieżą Babel pomieszał ludziom mowę, to tak powinno
zostać. Na chłopski rozum jednakże język służy do
porozumiewania się i najlepiej jest znać takie języki, którymi
mówi maksymalna liczba ludzi. Żadne arcydzieła nie bronią
angielskiego (tak nawiasem mówiąc, to użytkownikom tegoż raczej
nie przychodzi do głowy, że trzeba go „bronić"), lecz fakt,
że mówi nim pół świata. Natomiast owa rola arcydzieł jest
wątpliwa choćby z tego względu, że angielski stosunkowo szybko
ewoluuje i współczesny Anglik nie rozumie nawet Chaucera, a
cóż dopiero literatury sprzed najazdu Normanów, która podobno nie
miała równej w Europie (a dla kontrastu – współczesny literacki
arabski niewiele się różni od języka Koranu). Z drugiej strony
to właśnie użyteczność angielskiego przysparza mu arcydzieł.
Któż by czytał „Ulyssesa", gdyby James Joyce, za wezwaniem
nacjonalistów, pisał po iryjsku? Więcej pewnie miałby czytelników
Dylan Thomas, gdyby się zdecydował pisać po walijsku, ale się nie
zdecydował. A Joseph Conrad?
Język jest używany do porozumiewania się, jest to oczywiste w
przypadku języków wielkich, a także takich średniego
zasięgu, jak niemiecki czy polski. Nie potrzeba tu żadnej „obrony".
Im jednak mniejszy zasięg języka, tym mniej jest to oczywiste i tym
bardziej absurdalna obrona. W Kornwalii mieszka około
dziewięćdziesięciu ludzi umiejących mówić po kornijsku;
założyli oni towarzystwo na rzecz restytucji tego języka i udają,
że nie rozumieją, jeśli ktoś się do nich zwraca po
angielsku.
SPRAWA jest bardzo prosta: we współczesnym świecie użytkownicy
małych języków mają bardzo ograniczony dostęp do kultury i
nauki. Wiemy, jak trudno w czterdziestomilionowęj Polsce wydawać
czasopismo o takim nakładzie, żeby się redaktorzy mieli z czego
utrzymać. A jak to zrobić na trzymilionowej Litwie? Albo kogo stać
na publikacje naukowe z fizyki w języku Apaczów? Stąd wśród
użytkowników małych języków tendencja do dwujęzyczności. A
dwujęzyczność trwająca kilka pokoleń powoduje stopniowe
zlewanie się języków.
Języki ewoluują, wszyscy to wiemy. Ewoluują w różnych
kierunkach, nie tylko ze staroniemieckiego we współczesny
niemiecki, ale także ze staroanglosaskiego, starobrytyjskiego i
francuskiego we współczesny angielski, z koptyjskiego w
arabski albo ze staropomorskiego w Kolonisationsdeutsch. Nie tylko
mają do tego prawo; jest to jak najbardziej pożądany rozwój,
jeśli funkcją języka ma być porozumiewanie się. Owszem,
istnieje też inny kierunek rozwoju: z łaciny we włoski,
hiszpański i francuski albo ze staroniemieckiego we współczesny
holenderski i bawarski. Jest to jednak zupełnie inna kwestia, nie
mająca wiele wspólnego z patriotyzmem (chyba że się patrioci
zaczną lękać, czy aby górale nie stanowią nowego małego narodu)
(albo Ślązacy).
Obrona polszczyzny w czasach rozbiorów należy do zupełnie innej
beczki. Polska przedrozbiorowa, mimo wszystkich wad, była
społeczeństwem otwartym. Wszystkie trzy państwa zaborcze były
wrogami tegoż i walka o Polskę była walką o społeczeństwo
otwarte. Niemieckojęzyczny z domu Henryk Dąbrowski odbierał
Prusakom Poznań. W momencie trzeciego rozbioru Prusy były państwem
niemieckim, którego większość ludności mówiła w domu po
słowiańsku. Bismarckowskie przymuszanie do zmiany języka miało
zwiększyć liczbę ludności, która identyfikowałaby się z
niemieckością i lojalnie służyła w armii; w zaborze rosyjskim
sytuacja była w zasadzie podobna. Kto walczył o język polski,
walczył o społeczeństwo otwarte. Wyjątkiem był tu Roman Dmowski
i jego wielbiciele. Wszystko, co Dmowski robił, miało być „ku
chwale ojczyzny", co on sam wielokrotnie publicznie i
wielosłownie oświadczał. Tylko że ta polska ojczyzna w jego wizji
niewiele się różniła od rosyjskiego carstwa, jedynie język
urzędowy miał być polski. Zastraszająco podobna była ta wizja do
imperialnych rojeń kaisera Wilhelma oraz jego dalekowschodnich
naśladowców.
Dla dobra ludności zamieszkującej jakikolwiek kraj powinno się
zdelegalizować wszelką działalność „ku chwale ojczyzny".
Nawet pisanie wierszy, jeśli celem jest jedynie uświetnienie
ojczystej literatury, stanowi początek choroby psychicznej, która,
jeśli nie leczona, w późniejszych stadiach może być bardzo
niebezpieczna. Mamy być „drugą Japonią" - mam nadzieję, że
nie chodzi o syndrom generała Tojo.
ZAKOŃCZYĆ chciałbym twierdzeniem, które wedle wszelkiego
prawdopodobieństwa pobudzi wydzielanie adrenaliny u
chrześcijańsko-narodowców, jeśli tacy się znajdą pośród moich
czytelników. Oto ono: PATRIOTYZM JEST POGAŃSKIM KULTEM, NIE DO
POGODZENIA Z RELIGIĄ CHRZEŚCIJAŃSKĄ. Tak właśnie; Paul Lagarde
i Roman Dmowski mieli w tym względzie całkowitą rację: patriotyzm
i religia chrześcijańska nie mają ze sobą nic wspólnego.
Chrześcijańskonarodowcy, skoro z takim zapałem czytają Pismo
święte, powinni się w końcu doczytać, że zadaniem człowieka na
ziemi jest szukanie Boga. Patriotyzm jest szukaniem własnej chwały.
Własna chwała nie jest Bogiem, lecz bałwanem.
Więcej podobnych tekstów z dodatkiem adrenaliny w mojej książce
"ADRENALINA, czyli antologia przeciwnych poglądów"