Saturday, October 5, 2019

Gdzie się podziali amazońscy Indianie?

Podróż po Amazonce

Zanim wejdziecie na statek, kupcie sobie hamaki.”
No tak, tu jest Amazonia, tu podróżuje się w hamaku. W Manaus jest cała ulica sklepów, gdzie kupuje się tylko hamaki. Z różnych materiałów i we wszelkich możliwych kolorach, tanie i drogie, ciężkie i leciutkie, poskładane na półkach i porozwieszane, można podejść i sprawdzić czy miłe w dotyku. Na podróż statkiem radzą nam kupić duże i wygodne, w końcu to kilka dni dyndania. Kupujemy.
Znalezienie statku płynącego w odpowiednim kierunku to drugi problem. Nie ma żadnych rozkładów jazdy, trzeba pójść na nabrzeże i pytać ustnie który ze stłoczonych tam statków płynie w odpowiednim kierunku, którego dnia i o której godzinie. Najpierw trzeba oczywiście wiedzieć na które nabrzeże pójść, a są odległe od siebie o kilka kilometrów. Bilety kupuje się przy stoliku stojącym przy trapie, po uiszczeniu zapłaty nakładana jest na nadgarstek obrączka pozwalająca identyfikować tych, co zapłacili. Wszedłszy na pokład trzeba sobie znaleźć miejsce na hamak. Na amazońskich statkach pokłady są przestrzenne i zadaszone, pod sufitem są szyny specjalnie do rozwieszania hamaków. W okresie przed Nowym Rokiem statki wyjątkowo zatłoczone, z trudem znajdujemy sobie miejsce na najwyższym pokładzie. Wokół nas ludzie o miedzianej skórze, całe rodziny. Aż dziw jak młode te rodziny, niektóre mamy wyglądają na nastolatki, tatusiowie też. Troszczą się o dzidzie, bez ceremonii karmią piersią.
Niemal wszyscy o miedzianej skórze i indiańskich rysach twarzy. To ciekawe, bo oficjalnie na Amazonką nie ma Indian. Ludzie mieszkający we wsiach nad rzeką i w miasteczkach takich jak Tefé (do którego jedziemy) to nie Indianie, tylko kabokle, „ludzie znad rzeki”.
Podróż do Tefé to trzy dni dyndania w hamaku. Nie jest to konieczne jeśli komuś się śpieszy, w dzisiejszych czasach można tam dolecieć samolotem. Śpieszący się turyści robią to, by dotrzeć do rezerwatu przyrody Mamiraua, który obejmuje część dżungli corocznie zalewaną tak, że pnie drzew stoją w wodzie. Jest to wyjątkowy ekosystem słynny z tego, że tylko tu mieszkają małpy uakari o siwym futrze i czerwonym pysku, które nigdy nie schodzą na ziemię. Dla śpieszących się turystów, którzy gotowi są zapłacić dużo pieniędzy za możliwość zobaczenia tej małpy, zbudowano Uakari Lodge, domy pływające na tratwach, zawsze dostosowane do aktualnego poziomu wody. Turyści lecą samolotem do Tefé, zabierani są z lotniska prosto do portu, ślizgaczami pędzą do pływającego hotelu w dżungli, tam oprowadzani są po dżungli przez przewodników, którymi są kabokle z okolicznych wiosek. Potem wracają tą samą drogą, w ogóle nie zatrzymując się w Tefé.
W Boca de Mamiraua

Kabokle w ciemię bici nie są. Skoro mogą pracować jako przewodnicy dla turystów płacących drogie pieniądze, to może innych turystów, którzy wolą zapłacić nieco mniejsze pieniądze (tak jak my), mogą podjąć u siebie w domu? Klimatyzacji może nie będzie, ale za to będzie autentyczny pobyt w domu kabokla, w autentycznej amazońskiej wiosce. To właśnie robią mieszkańcy osady Boca de Mamiraua, położonej na rezerwatu przyrody, w pełnej wysp i odnóg rzek i co roku kompletnie zalewanej wodą wewnętrznej delcie pomiędzy rzekami Japura i Solimoes.
Tam pojechaliśmy. Domy we wsi muszą stać na wysokich palach, bo nikt nie może powiedzieć, że nie spodziewał się powodzi. Powódź przychodzi tam co roku, tylko czasem jest więcej wody niż zwykle i zalewa domy do połowy pierwszego piętra. Wtedy trzeba się przenieść na drugie piętro, jeśli się je ma. Jeśli się nie ma, trzeba się przenieść do sąsiadów. Niektóre domy zbudowane są na tratwach, ich właściciele nie muszą się martwić tym, jaki jest tego roku stan wód. Pośrodku wsi stoi kościół, też oczywiście na palach. W Boca de Mamiraua jest to ewangelicki kościół, gdzie kościelna muzyka grana jest z towarzyszeniem elektrycznych gitar. Ciekawe musi być tam czytanie o Potopie, kiedy kościół stoi po szyję w wodzie. Przydomowe ogródki z cebulą są w łodziach wypełnionych ziemią i ustawionych wysoko na palach, no bo nikt nie może powiedzieć, że nie spodziewał się powodzi. Na wypalonym za wsią kawałku lasu jest małe pole, ale cokolwiek tam rośnie (kukurydza i maniok) nie może stać na pniu cały rok, musi być zebrane przed następną powodzią. Ciepło jest wprawdzie przez cały czas, ale nie zawsze jest grunt pod nogami.
Zawsze są ryby, i to jakie! Pirarucu bywa nie mniejsza od człowieka. Nie da się też tego zjeść na jeden posiłek, trzeba pokroić na cienkie płaty i suszyć na słońcu jak prześcieradła. Potem można te prześcieradła sprzedać w Tefé. Takiej wielkiej pirarucu na wędkę się nie wyciągnie, trzeba przebić oszczepem. Łowienia ryb oszczepem nauczyli się mieszkańcy Boca de Mamiraua od Indian, bo sami oczywiście Indianami nie są. Nikt tutaj nie zna żadnego indiańskiego języka.
Pirarucu
Ryby oraz maniok to chleb powszedni w całej Amazonii. Na rynku w Tefé w garkuchni pod gołym niebem można zamówić świeżo usmażoną piranię. Garkuchnię obsługuje cała rodzina, również nastoletnie dzieci. W jednej z takich garkuchni nastoletnia sprzedawczyni wykorzystując przerwę na posiłek przysiada się do nas i wpatrując się z zachwytem w Justynę pyta mnie: „Skąd się biorą tacy piękni i wysocy ludzie?” Mi oczywiście pochlebia, że ktoś tak mówi o mojej córce, ale tu chyba chodzi o to, że Justyna ze swoją północnoeuropejską urodą i blond włosami jest jak modelka z żurnala, a tu w Tefé wprawdzie Indian nie ma, ale wszyscy wyglądają jak Indianie.
Jak Indianka wygląda gospodyni księdza Piotra, proboszcza katedry. Ktoś mi powiedział, że w katedrze jest polski ksiądz, więc poszedłem do kancelarii i zacząłem mówić po polsku. To światowe polactwo wszędzie się wciśnie, podobno w sąsiednim (ale odległym o paręset kilometrów, bo to Amazonia) mieście Coari jest nawet polski biskup. Ksiądz Piotr zaprosił nas na obiad, który ugotowała i podawała gosposia o smagłej skórze i rysach twarzy, które oczywiście w żadnym razie nie były indiańskie. Ksiądz Piotr znał ten kraj wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć o co chodzi. Gosposia – mówił – pochodzi ze wsi Indian Tikuna, ale wstydzi się tego i mówi, że nie jest Indianką. W tym mieście i tak wszyscy wyglądają tak samo. Ciekawe skąd się to bierze? Dlaczego oni się wstydzą być Indianami?
Któregoś dnia ksiądz Piotr zabrał nas do Ipapuku, wioski kaboklów po drugiej stronie jeziora Tefé. Wieś na wyższym gruncie, domy nie muszą być na wysokich palach, jak w Mamiraua. Mieszkańcy to oczywiście żadni tam Indianie tylko normalni cywilizowani Brazylijczycy, w jednym z domów mają nawet toaletę z klozetem (tam mnie prowadzą, kiedy zachodzi potrzeba). Centralnym budynkiem, starannie utrzymanym, jest kościółek, mimo ze księdza tu nie ma, przyjeżdża raz na parę miesięcy. „Muszę im tu raz przyjechać odprawić mszę” mówi ksiądz Piotr. Kiedy przyjeżdżamy, wre praca przy produkcji prażonego manioku, zwanego po portugalsku farinha. W Amazonii taka farinha, zazwyczaj w postaci drobnych żółtych granulek, jest podawana do każdego posiłku, trochę jak w Polsce ziemniaki. Procedura którą widzimy w Ipapuku jest dokładnie taka sama, jak w opisach podróżników odwiedzających Indian w dżungli, tyle że tu dochodzi parę mechanicznych ułatwień. Surowy maniok mielony jest w maszynce, potem się go wpycha do charakterystycznej pończochy plecionej z palmowego włókna (widziałem takie na zdjęciach z indiańskich wsi w książkach podróżników), by wycisnąć trujący sok, pozostały miąższ formuje się w granulki wewnątrz ręcznie obracanego walca, potem wszystko przesiewane jest przez sito, by otrzymać równą wielkość granulek. Następnie granulki są prażone na wielkiej patelni.
Idziemy też zobaczyć pole manioku na miejscu wypalonego kilka lat temu lasu, mijamy też kawałek lasu właśnie wypalanego. Taka była odwieczna gospodarka tutejszych Indian: pole manioku na wypalonym kawałku dżungli uprawiano przez kilka lat, po wyjałowieniu pozostawiono je odłogiem, wtedy las wracał, a pod uprawę wypalało się następny kawałek lasu. Kabokle robią dziś to samo, mimo że już dawno nie są Indianami.
Innego dnia ksiądz Piotr zabrał mnie do miejscowości o nazwie Alvaraes, która kiedyś nazywała się Caysava. „Caysava to znaczy targ niewolników,” mówi ksiądz Piotr. „Kiedyś Indianie łapali innych Indian i sprzedawali ich Portugalczykom” Tu chyba właśnie jest pies pogrzebany.
Dzielnica Tefe
Portugalczycy nie przyjeżdżali do Brazylii po drogie metale, tak jak Hiszpanie do Meksyku i Peru. Portugalczycy przyjeżdżali do Brazylii uprawiać cukier, który w Europie na wagę złota można było sprzedać. Chcieli go uprawiać, ale to nie znaczy, że chcieli sami wykonywać fizyczną pracę. Pracować na plantacjach mieli niewolnicy. Mogli być to niewolnicy przywiezieni z Afryki. Na najwcześniejszych portugalskich plantacjach cukru, zakładanych na świeżo odkrytych bezludnych wyspach na Atlantyku (takich jak Madeira czy Wyspy Zielonego Przylądka), pracowali tylko niewolnicy kupowani na wybrzeżu Afryki. Kupowani, bowiem afrykańskie królestwa prowadziły między sobą ciągłe wojny, a wziętych do niewoli jeńców sprzedawali portugalskim żeglarzom. Afrykańscy niewolnicy byli też przywożeni do Brazylii, ale wziąwszy pod uwagę koszty transportu przez ocean – nie byli oni tani.
Tymczasem Brazylia nie była bezludna, tam już ktoś mieszkał. Byli to Indianie, którzy też między sobą prowadzili wojny, a jeńców przywiązywali do pala męczarni, a nierzadko wsadzali na rożen. Jednocześnie Indianom bardzo imponował pewien przywieziony przez Portugalczyków metal, bardzo go pożądali i daliby za niego wiele, byle go posiąść. Na pewno chętnie odjęli by sobie od ust jeńców złapanych na wojnie i chętnie wyruszyliby na następną wyprawę, żeby więcej jeńców móc sobie od ust odejmować. Tym metalem było żelazo, które miało magiczne niemal właściwości. Żelazną siekierą można było w krótkim czasie zrąbać drzewo, a żelazny nóż bez problemu rozkrawał mięso. Żelazne uzbrojenie dawało przewagę nad innymi szczepami, które żelaza nie miały, wobec czego ułatwiały wyprawy jadące w głąb kraju specjalnie po to, by nałapać jeńców.
Pośród owych jeńców, sprzedawanych białym osadnikom za żelazo, był pewien procent kobiet. Można się domyślać, że był to wysoki procent, jako że mężczyzn jest trudniej złapać, bo się bronią. Najprościej jest napaść na wieś, pozabijać mężczyzn, a kobiety i dzieci powiązać i wywieźć. Można się domyślać. że biali nabywcy wykorzystywali te kobiety nie tylko do pracy fizycznej. W efekcie powstała populacja ludzi zakorzenionych w obu kulturach, czujących się w dżungli równie swobodnie, co w mieście białego człowieka. Wkrótce to właśnie ci ludzie organizowali wyprawy w głąb kraju po nowych jeńców. Wyprawy te odbywały się całkiem regularnie, zwane były bandeiras, a ich uczestnicy to bandeirantes. A wielka rzeka Amazonka była drogą wodną, którą stosunkowo łatwo było się przedostać w głąb kraju.
Obróbka manioku
Można by pomyśleć, że to okropne, że niby chrześcijanie, a takie brzydkie rzeczy robią. Trzeba jednak pamiętać, że kolonizacja to nie tylko bandyci, którzy „chrystianizację” traktowali jako pretekst do podboju. Zawsze tak jest w historii, że jacyś bandyci zdobywają władzę, i jest niezależna od nich grupa nacisku, która tę władzę stara się ograniczyć i spowodować, że będzie znośniejszą dla rządzonych. W XVI-wiecznej Europie taka grupą nacisku był bez wątpienia Kościół. Kościół sankcjonował władzę króla podczas wspaniałej ceremonii koronacji, ale też wymagał od niego, by tę władzę sprawował zgodnie z prawem Bożym. Wymagał, ale żadnej sankcji nie miał, poza pokutą daną na spowiedzi.
Również do nowych kolonii w Ameryce wyruszyli przedstawiciele Kościoła. Byli to przede wszystkim członkowie zakonów zobowiązujących się do ubóstwa, takich jak franciszkanie, dominikanie i jezuici. Oni nie jechali tam, żeby się wzbogacić. Jechali tam, by przekonać rdzennych mieszkańców do zaprzestania praktyk uważanych wówczas w Europie na niegodne cywilizowanego człowieka. Takich praktyk, jak wyrywanie serc żywym jeńcom, albo wbijanie jeńców na rożen. Jechali tam jednak również po to, by uchronić tychże rdzennych mieszkańców przez ekscesami białych kolonizatorów. Najbardziej znanym obrońcą Indian był dominikanin Bartolomeo de las Casas, ale w Brazylii bardziej aktywni byli jezuici. W Europie mieli oni wpływy na najwyższych szczeblach władzy, to za ich namową królowie wprowadzali prawa zakazujące niewolnictwa, lub przynajmniej ograniczające je. To zależało od tego, o jakim okresie mowa, bowiem latyfundyści też byli wpływową grupą i raz po raz doprowadzali do zmiany prawa na swoją korzyść. Przez większość okresu kolonialnego prawo w Brazylii zezwalało zniewalać jeńców wziętych w wojnie obronnej lub takich, których uratowano od śmierci na rożnie. Jezuici zakładali też misje daleko w buszu, przy których osiedlali ochrzczonych i pokojowych Indian. Teoretycznie miało to chronić tychże Indian przed atakami łowców niewolników, bowiem ci ochrzczeni Indianie nie byli agresywni, zatem nie mogło być mowy o wojnie obronnej przed nimi, ani też nie mieli jeńców, których można by przed śmiercią na rożnie uratować. Ta teoria nie zawsze jednak działała. Dla bandeirantes nie miało wielkiego znaczenia czy Indianie są bogobojni, natomiast miało znaczenie to, że spora ich ilość zgromadzona była w jednym miejscu, a skoro nie byli agresywni, to byli łatwiejszym łupem. W pewnym okresie to właśnie misje jezuickie były głównym celem łowców niewolników. Bandeirantes najzwyczajniej w świecie napadali na misje i brali do niewoli mieszkających tam Indian.
Czy można się w takiej sytuacji dziwić, że Indianie woleli się podawać za nie-Indian i że jako nie-Indianie nie powinni do żadnej niewoli być brani? Zwłaszcza, jeśli byli bogobojnymi katolikami, mieli kościół w środku wsi i o niego dbali, nawet jeśli nie było tam księdza. A księdza mogło nie być, bowiem zarówno łowcy jak i nabywcy niewolników, aby usprawiedliwić swoje działania, rozpowszechniali informacje o rzekomych bezeceństwach, jakich dopuszczali się jezuici. Powtarzali to tak uparcie, ze w końcu po paru stuleciach działalności jezuitów wyrzucono z Brazylii.
Indianie Kambeba
Tefé założył pod koniec XVII wieku austriacki jezuita w służbie hiszpańskiej, Samuel Fritz, który przybył tam płynąc w dół Amazonki z Peru. Na początku XVIII wieku Portugalczycy wyrzucili go stamtąd, twierdząc, że portugalscy karmelici będą lepsi w głoszeniu wiary. W tej okolicy mieszkali wówczas Indianie Kambeba (zwani tak w portugalskich źródłach, w hiszpańskich znani byli jako Omagua). Podróżnicy we wczesnym okresie zwracali uwagę na fakt, że Kambeba nosili ubrania (a nie chodzili nago, jak inni Indianie nad Amazonką), a także na kształt ich głowy, bowiem praktykowali oni zwyczaj odkształcania czaszki w niemowlęctwie. Temu plemieniu przypisuje się też odkrycie, które niemało przyczyniło się do rozwoju motoryzacji: to oni pierwsi znaleźli zastosowanie dla soku z drzewa kauczukowego. Jednakże w czasach polowań na niewolników znikli oni z tych terenów, przenieśli się wraz z jezuitami do misji nad górnym biegiem Amazonki, w granicach władzy korony hiszpańskiej. Inne szczepy schroniły się nad mniejszymi rzekami, nie chcąc kontaktu z białymi ludźmi. Nad Solimoes zostali tylko nieliczni kabokle, którzy oczywiście Indianami nie są.
Na obiad do księdza Piotra przyszedł też brat Mariusz, franciszkanin, który też nam pokazał parę zakamarków miasta. Na przykład tę część, która jest regularnie zalewana przez doroczne powodzie, dlatego wszystkie domy i wszystkie chodniki są na wysokich palach. Zaprowadził mnie też do CIMI, czyli Concelio Indigenista Missionari, gdzie powitała nas grupa młodych ludzi zajmujących się pracą misyjną w okolicy. Są oni smagli jak wszyscy mieszkańcy Tefé, tyle że ci akurat przyznają się do indiańskości. Mówią, ludzie w tej okolicy ostatnio coraz częściej przypominają sobie o indiańskim pochodzeniu. Dzieje się tak zwłaszcza odkąd lewicowy rząd Brazylii znalazł pieniądze specjalnie na potrzeby Indian, na przykład na edukację. Niektóre grupy nagle sobie przypominają, że są potomkami tego czy innego plemienia, nawet jeśli nie znają już języka. Wtedy dana wieś ogłaszana jest rezerwatem Indian, do którego nie mają wstępu obcy bez zgody władz. Nawet, jeśli ta wieś nie różni się od sąsiedniej wsi, która nie zadeklarowała się jako indiańska.
Któregoś dnia jedziemy franciszkańskim landrowerem odwiedzić kilka wsi w okolicy. Jedziemy do końca drogi, która się urywa na skarpie nad Solimoes (wygląda jakby kiedyś prowadziła dalej, ale rzeka oberwała brzeg). Wchodzimy do znajdującej się obok wsi, w której brat Mariusz jeszcze nigdy nie był. Wieś jest podobna do wszystkich w okolicy, domy z niskimi podłogami, bo teren jest powyżej poziomu regularnych powodzi. Pośrodku wsi ładnie i czysto utrzymany kościółek. Właśnie schodzi się tam jakaś młodzież, piękne smagłe dziewczyny, chłopcy w ciemnych okularach, coś się ma właśnie odbyć. Skoro jesteśmy my, to przychodzi też 'tuczau', czyli wódz, żeby z nami pogadać. Mariusz mówi, że skoro to jest 'tuczau', to pewnie są to prawdziwi Indianie, bo inaczej były to jakiś przewodniczący rady wiejskiej. Kościół jest katolicki i mieszkańcy o niego dbają, ale ksiądz przyjeżdża raz na rok. Pytamy jakie plemię tu mieszka.
Kambeba,” mówi wódz. „Wieś nazywa się Nova Esperanza.”
To znaczy „Nowa nadzieja”. Ciekawa nazwa.
Wychodząc ze wsi mijamy tablicę, której nie zauważyliśmy wcześniej. Jest na niej napisane, że jest to rezerwat indiański i że nie wolno tam wchodzić nikomu bez zezwolenia odpowiedniego urzędu.
No cóż. Możemy się przynajmniej chwalić, że odwiedziliśmy nad Amazonką indiańską wieś.
Tablica przy drodze do wsi Nova Esperanza


Monday, September 16, 2019

Dlaczego Indianie w dżungli chodzą rozebrani?

Wieś Indian Machigenga

Świst – i indiańska strzała przeszywa czubek sombrera. Łuk drży jeszcze w ręku Indianina, brzęczenie cięciwy powoli cichnie. Wychowany w dżungli Indianin nie chybia. Zapadła cisza, słychać tylko szum deszczu, wielkich kropel bijących o dach z palmowych liści. Opodal fale rzeki Madre de Dios, wielkiego dopływu Amazonki, pluskają o burty łodzi, którą tu przypłynęliśmy.
Mógłbym dalej kontynuować w tym duchu, może wtedy mógłbym uchodzić za wielkiego podróżnika i wydawać książki w wielkich nakładach. Tylko że j nie jestem takim wielkim podróżnikiem i byłby to czysty pic. Wyjaśnię poniżej jak to było.
Indiańska strzała istotnie przeszyła czubek sombrera. Łuk był jak najbardziej indiański, wykonany przez Indian mieszkających w amazońskiej dżungli, ale... było to słomiane sombrero zawieszone na kiju po to, by biali turyści mogli wypróbować strzelanie z indiańskiego łuku. Zawiesił je na tym kiju nasz przewodnik. Wizyta u krajowców („nativos”) była atrakcją turystyczną. Wszystko działo się w dżungli w pobliżu Puerto Maldonado, w peruwiańskiej części Amazonii.
Nasz przewodnik na pytania odpowiadał chętnie (co przewodnicy zwykle robią), ale nie próbował ściemniać na użytek ruchu turystycznego (a to już nie jest takie powszechne). Od przewodnika dowiedziałem się więc, że byli to Indianie Machigenga, którzy przyjechali w to miejsce autobusami jakieś dwadzieścia lat temu. Bo Machigenga to wprawdzie Indianie mieszkający w Amazońskiej dżungli, ale nie nad Madre de Dios, tylko nad Ukajali, parę tysięcy kilometrów na północ od Puerto Maldonado. W wyniku jakichś rodzinnych konfliktów mała grupka spakowała manatki i pod koniec XX wieku pojechała autobusami do innej prowincji, gdzie jest podobna dżungla. Tak że są to prawdziwi Indianie z dżungli, ale nie tej, w rejonie Puerto Maldonado są to imigranci. No i mimo tego, że mieszkają w dżungli, nie są wcale poza zasięgiem pieniężnej gospodarki. Zarabiają gotówkę choćby strzelając z łuku do zawieszonego na kiju sombrera, a za gotówkę mogą sobie kupić sprzęt elektroniczny, na przykład cyfrowe zegarki, których nie zdejmują przebierając się w swoje tradycyjne stroje.
Od mojego nie ściemniającego przewodnika dowiedziałem się też, gdzie znaleźć tutejszych Indian, którzy nie przyjechali autobusami znad Ukajali, tylko mieszkali tu od zawsze. Są to Indianie Ese'eja, którzy mieszkają we wsi zwanej Infierno, niedaleko Puerto Maldonado, można tam dojechać minibusem. Pojechałem tam, jest to zwykła wieś wyglądające trochę jak przedmieścia Puerto Maldonado. Ludzie ubrani w europejskie ubrania kupione w sklepie nie różnią się specjalnie od innych Peruwiańczyków. Bo niby dlaczego mieliby się różnić? Dzieci chodzą do szkoły tak jak wszyscy, mówią po hiszpańsku, już tylko staruszkowie używają języka Ese'eja.
Indianie w Puerto Maldonado (w porze deszczowej)
Ale czy rzeczywiście Ese'eja mieszkają tutaj od zawsze? Migracja ludów przez dżunglę wcale nie musi być nowym zjawiskiem. Przecież ludy żyjące z polowania, łowienia ryb i zbierania dzikich roślin wcale nie muszą być przywiązane do ziemi. A czyż Indianie mieszkający w dżungli nie żyli ze zbieractwa i polowania z łuku na tapiry? Takie mamy o nich wyobrażenie. Nie tylko my, ale również światowej sławy antropolodzy, którzy wśród koczujących po dżungli Indian prowadzili badania. Na przykład Allan Holmberg, który w latach 40tych XX wieku żył wśród Indian Siriono w boliwijskiej dżungli, zupełnie niedaleko od Puerto Maldonado. Indianie ci byli bardzo prymitywni, polowali z łuku, nie umieli porządnie rozpalać ognia tylko zmieniając obozowisko przenosili płonące żagwie. Holmberg wyciągnął wniosek, że skoro Siriono koczują po dżungli i jedzą to, co znajda lub upolują, to widocznie zawsze tak było. Jego wydana w 1950 roku książka „Nomads of the Longbow” mocno się przyczyniła do naszego wyobrażenia o Indianach z Amazonii. Jest to wyobrażenie romantyczne. Jest także przydatne, bo podbudowuje wyobrażenie o naszej własnej wyższości nad innymi ludami, które niegdyś nazywano „dzikimi”. Dziś mówi się o ludach „stojących na niższym stopniu rozwoju”, co może brzmi inaczej, ale w sumie na jedno wychodzi. Ale i jedno i drugie wyobrażenie jest fałszywe. Tak to bywa.
Pierwszym Europejczykiem, który zobaczył świat amazońskich Indian, był Francisco de Orellana. W latach 1541 wyruszył on z Peru, by znaleźć kraj złoconego króla El Dorado. Złoconego króla nie znalazł, ale spłynął wielką rzeką do oceanu, a po drodze widział kwitnące i ludne wsie. Dzięki tym wsiom w ogóle przeżył, bo konkwistadorzy mieli wprawdzie broń palną w postaci arkebuzów, ale nie mieli pojęcia jak upolować tapira ani gdzie go szukać, ani nawet że takie zwierzę istnieje. Ta wiedza jest jednak niepotrzebna, a po drodze są ludne wsie – jedzenie we wsiach jest gotowe do spożycia, nic tylko wystrzelić z arkebuza i zażądać. We wsiach wszystko było gotowe, nie tylko wędzone tapiry, ale też jakieś dziwne bulwy wykopane z ziemi, które ci dzicy jedli ze smakiem. Opisał to wszystko kronikarz wyprawy Caspar de Carvajal. Wśród ludów mieszkających nad wielką rzeką miało być plemię złożone z samych kobiet walczących zacieklej niż mężczyźni, stąd wzięła się nazwa rzeki. Ale tak naprawdę to wszyscy napotkani Indianie zaciekle zwalczali odkrywców, czyli obdartych i wygłodniałych rabusiów kradnących żywność gdziekolwiek dotarli. Ta żywność tam była, były wsie, w których można było jej żądać. W relacji Carvajala nie ma koczowników pętających się po pustej dżungli.
Orellana i jego kronikarz uznani zostali za kłamców, a to dlatego, że kiedy kilkadziesiąt lat później portugalscy żeglarze popłynęli w górę Amazonki, nie znaleźli ludnych wsi i w naturalny sposób doszli do wniosku, że zawsze tak musiało być. W Meksyku i w Peru Hiszpanie byli świadkami epidemii czarnej ospy, kiedy wymierało 90% ludności, ale nad Amazonką takich świadków nie było. Kraj był porośnięty dżunglą, w której mieszkali jacyś Indianie, ale prymitywni, nie wznosili wielkich kamiennych budowli, chodzili na golasa, nie znali żelaza i chętnie kupowali stalowe siekiery. Tymi siekierami łatwiej im było wytrzebić trochę dżungli i posadzić na tym miejscu maniok.
No właśnie, stalowe siekiery pochodzą z Europy, ale maniok pochodzi z Amazonii. Dziś jest to jedna z najważniejszych upraw na świecie, Afryka żywi się głównie maniokiem, ale przywieziono go tam z Ameryki. Z Ameryki również pochodzą ziemniaki, pomidory, kukurydza, tytoń, by wymienić najważniejsze uprawy. Trzy czwarte tego, co dziś jest na świecie uprawiane, udomowione zostało przez Indian. Nasze wyobrażenie Indian jako dzikusów powoduje, że o tym nie pamiętamy. Jak to – ziemniaki udomowione przez Indian? Czyż może być coś bardziej polskiego, niż ziemniaki?
Puszcza amazońska w porze deszczowej
W Amazonii udomowiono maniok, ale to nie znaczy, że Amazonia to żyzny kraj. Gleba w tropikalnym deszczowym klimacie nie jest żyzna, po części ze względu na sam deszcz. Ulewy nieporównywalne do czegokolwiek, czego można doświadczyć w klimacie umiarkowanym, powodują wymywanie gleby, a zwłaszcza substancji organicznych. Las po części chroni przed erozją, ale w lesie trudno sadzić maniok. Indianie więc regularnie wycinają kawałek lasu i tam przez kilka lat uprawiają poletka, aż do momentu, kiedy ziemia zupełnie wyjałowieje. Potem karczują inny kawałek lasu, a na poprzednie miejsce wraca dżungla. Przenoszą się regularnie z miejsca na miejsce, a dżungla zawsze wraca. To znaczy zawsze wracała, do momentu, kiedy dżunglę kupili jacyś ludzie, którzy chcieli wypasać w tym miejscy bydło i eksportować wołowinę. Kupili dżunglę, ale nie od Indian, którzy ją od pokoleń uprawiali, tylko od jakiegoś rządu w odległym mieście, który to rząd twierdził, że ma prawo dysponować tą dżunglą, a to dlatego, że ustalił to z innymi rządami w jeszcze bardziej odległych miastach. Wszystko to jest zapisane na jakichś papierkach, które zostały podpisane przez jakichś facetów w ubranych w garnitury i krawaty. Chodzących na golasa Indian uprawiających tę dżunglę nikt nie pytał o zdanie. Ale to nieprawda, że Indianie nie byli brani pod uwagę przy sprzedaży dżungli. Byli brani pod uwagę jako tania siła robocza. Mogą się przecież nauczyć jeździć konno i robić za kowbojów. Chyba że wolą uciec do lasu i tam się ukrywać. Widać mają jakiś problem z rozwojem gospodarczym. Ukrywają się w lesie i stają się tymi dzikimi koczownikami, z którymi nie nawiązano jeszcze kontaktu. Prawdopodobnie Siriono, u których przebywał Holmberg, to właśnie tacy uciekinierzy.
Ulewne deszcze wymywają glebę i niosą ją do oceanu, ale nie tylko. Kiedy w Andach jest pora deszczowa, poziom rzek spływających z tych gór podnosi się o kilka metrów, a wtedy mętna żółta woda niosąca muł z Andów wpływa pomiędzy drzewa. Potem woda opada, a muł pozostaje pomiędzy drzewami. Takie warunki panują właśnie w boliwijskiej części Amazonii, gdzie mieszkają Indianie Siriono. Tam też spore obszary kupione od rządu oczyszczono z lasu, by hodować tam bydło. Wtedy okazało się, że jest tam sieć kanałów irygacyjnych oraz innych konstrukcji ziemnych, często widocznych tylko z powietrza. Przeznaczenie tych konstrukcji nie jest znane, tym niemniej nie ma wątpliwości, że zbudowane one zostały ręką ludzką. Nie wiadomo kto je zbudował, ale na pewno nie koczownicy wędrujący z łukami po puszczy.
Dziś dochodzi jeszcze jedno: turyści z Ameryki i Europy, którzy chcą zobaczyć amazońskich Indian takich, jak ich zawsze sobie wyobrażali, czyli rozebranych i chodzących z łukami po dżungli. Więc Indianie się rozbierają, żeby zarobić na zupełnie zwykłe urania, a także na telefony komórkowe. Nawiasem mówiąc Machigenga nigdy nie chodzili nago po lesie, tylko tkali sobie bawełniane tuniki, i to narzucają na swoje zupełnie normalne ubrania, kiedy przychodzą do nich turyści trochę ich pofotografować. Jaki to ma związek z tymi Indianami, co w tej dżungli kiedyś mieszkali – to już zupełnie inna kwestia.
Indianki Machigenga w narzuconych strojach ludowych



Friday, September 6, 2019

Baranek i kobra


Indianin Lloni
Podobają ci się takie sandały? Jak chcesz, to ci mogę sprzedać. Mam w domu drugie takie same.”
Stoimy nad brzegiem urwiska wysokiego na ponad półtora kilometra. Barranca del Cobre to wąwóz głębszy niż Wielki Kanion Kolorado, ale nie jest taki sławny, bo nie jest w Stanach Zjednoczonych, tylko w Meksyku. No i nie ma nic wspólnego z barankami ani z kobrami, jest to hiszpańska nazwa oznaczająca Miedziany Wąwóz. Jest on całkiem niedaleko Kanionu Kolorado, krajobraz podobny (choć kolory inne), ale ta granica powoduje, że różnice są znaczne. Indianie tu mieszkający nazywają się Tarahumara i nadal biegają po tych górach tak, jak po Arizonie kiedyś biegali Apacze. Dziś Apacze nie biegają, tylko jadą cadillakiem do Wall Martu po żywność, Tarahumarowie natomiast z opon cadillaków robią sobie sandały, w których biegają na długie dystanse, nierzadko zresztą po żywność. Był to ich stary sposób polowania, biec za indykiem tak długo, aż ten już nie miał siły po raz kolejny podrywać się do ucieczki, wtedy wystarczyło indykowi ukręcić łeb. Podobnie jelenie, biegają szybciej niż ludzie, ale ludzie (a na pewno Tarahumarowie) są wytrzymalsi i potrafią jelenia zamęczyć na śmierć. Jednakże większość jedzenia pochodzi z poletek kukurydzy uprawianych w wąwozie lub z kóz pasanych na zboczach. Sandały zrobione z opon znakomicie się nadają do biegania i chodzenia po zboczach, a Indianin imieniem Lloni, który właśnie zgania stado ze zbocza, proponuje mi, że mi takie sprzeda.
Inaczej niż Apacze w Arizonie, Lloni zgania swój zapas żywności z pastwiska i całkiem dziarsko mu to idzie, mimo że – jak twierdzi – ma dziewięćdziesiąt lat, kilkoro dzieci i mnóstwo wnuków. Zgania kozy z pastwiska, ale do szkoły musiał kiedyś chodzić, skoro ze mną rozmawia po hiszpańsku. Spotkałem w tej okolicy Indian, którzy po hiszpańsku nie umieli, tylko po tarahumarsku.
Idziemy do jego domu, trochę przez las, tylko jemu znanymi ścieżkami, trochę przez łąkę. Dom stoi pośrodku zagrody, z nierównego muru, kryty podrdzewiałą falistą blachą. Wewnątrz polepa, nierówne ściany, piec zrobiony ze starej beki po ropie, stół przykryty ceratą, generalny nieporządek. Sprzęty na stole plastikowe i fajansowe, kupne, tradycyjnej ceramiki nie widzę, acz owszem, widzę w użyciu koszyki podobne do tych, które Indianki sprzedają turystom.
To jest mój dom. Dobry dom”, mówi Lloni pokazując gestem swoją posiadłość. Najwyraźniej jest z niego dumny. No cóż, różne są standardy. Dla lewicowego bojownika z Europy taki dom byłby dowodem skrajnego ubóstwa i podstawą do wzywania do rewolucji. Wszystko zależy od punktu wyjścia. Być może Lloni wychował się w jaskini i taki dom jest awansem społecznym.
Dom Tarahumarów w jaskini
O tę jaskinię nie pytałem, ale nie jest to bynajmniej nieprawdopodobne. Ruiny przedhistorycznych budowli wbudowanych w jaskinie w Arizonie i w Kolorado, takich jak słynna Mesa Verde, dziś wzbudzają podziw amerykańskich turystów. W Arizonie dziś już nikt w jaskiniach nie mieszka, natomiast w Barranca del Cobre jak najbardziej. Tarahumarowie to potomkowie tych Indian, co kiedyś w Arizonie mieszkali w jaskiniach. Barranca del Cobre to teren idealny dla takiej właśnie kultury. Jaskiń tu wiele, zarówno na zboczach wąwozu jak i w nie tak głębokich dolinach w okolicach miasteczka Creel, gdzie zbocza bywają podcięte poziomymi jaskiniami jakby czekającymi na lokatora. Jeśli Lloni wychował się w jaskini, to na pewno awansem społecznym jest dla niego dom pośrodku zagrody. Dom, w którym odwiedzać go może mnóstwo wnuków.
50 pesów i twoje”, mówi Lloni przynosząc mi sandały. Najpierw muszę się nauczyć jak to się wiąże, bo to wcale nie jest oczywiste. Tarahumarskie sandały mają tylko jeden długi rzemień przymocowany do podeszwy, ten rzemień trzeba obwiązać wokół kostki i ponownie przepleść przez podeszwę. 20 pesów? Prawie jak za darmo, to tylko około dwóch funtów. Lewacki bojownik uznałby to pewnie za czysty wyzysk. W internecie takie same sandały do biegania na długie dystanse można kupić najtaniej za dwadzieścia funtów. Ktoś takie sandały produkuje i sprzedaje w internecie, bo Tarahumarowie biegając w tych swoich podeszwach z opon mają znakomite osiągi, a przecież jak każdy producent obuwia sportowego powie, dobry sprzęt to połowa sukcesu. Tyle że sprzęt, który sprzedał mi Indianin Lloni zrobiony jest z kawałka starej opony z przymocowanym pojedynczym rzemieniem. On prawdopodobnie uważa, że zrobił na tym znakomity interes.
A ja? przecież nie po to je od niego kupowałem, żeby mieć obuwie do biegania. Dla mnie to była okazja do odwiedzenia Indianina w domu.



* * *

Na górze Miedzianego Wąwozu, 2200 metrów nad poziomem morza, jest chłodno, ale na dnie, o 1800 metrów niżej, temperatury są podzwrotnikowe. W południe nigdzie nie ma cienia bo słońce jest w zenicie, a naparza niemiłosiernie. Tymczasem ja się właśnie wybrałem na kilkugodzinny spacer, w wziąłem za mało wody. W klimacie podzwrotnikowym trzeba na wycieczki brać więcej wody niż w Tatrach, ze dwa litry trzeba ze sobą nosić, inaczej grozić może odwodnienie i udar cieplny. Ja się wybrałem na trasę, którą biegają maratończycy, a o wodzie zapomniałem.
Na dnie wąwozu organizowany jest doroczny maraton, a to dlatego, że Tarahumarowie to słynni maratończycy, najwytrzymalsza rasa świata. Długodystansowe biegi to ich narodowy sport. Słynni biegacze świata przyjeżdżają tu, by zmierzyć się z Indianami. Przy czym Indianie nie reklamują żadnych butów, biegają w swoich sandałach zrobionych z opon cadillaka. Kobiety biegają w perkalikowych sukniach, a poubierani w najnowocześniejsze buty i odzienie sportowcy z całego świata próbują je dogonić. A trasa jest malownicza. Na dnie wąwozu, wzdłuż Rio Urique, prowadzi droga, którą mogą jechać samochody. Muszą to być terenowe samochody, bo jest to droga, którą w Polsce nazwalibyśmy polną. Tutaj pól niewiele, bo niewiele jest skrawków płaskiego terenu, na których pole mogłoby być. Są owszem tu i tam indiańskie poletka kukurydzy, a podobno w miejscach mniej widocznych uprawia się też inne rośliny. Jednak pól niewiele, po obu stronach Rio Urique wznoszą się przede wszystkim strome zbocza aż do krawędzi kanionu. Zbocza nie mniej przepaściste niż w Kanionie Kolorado, ale tu porośnięte lasem, więc nieco inna kolorystyka. Do miejscowości Urique po takim właśnie zboczu poprowadzono drogę, „polną” oczywiście, wijącą się zygzakiem serpentynę.
Barranca del Cobre
Codziennie o świcie z Urique wyjeżdża autobus do miejscowości Bahuchivo na górze kanionu, tam czeka na autobusy przyjeżdżające z Chihuahua i po południu wraca. Jest to używany żółty autobus, który kiedyś w Stanach woził dzieci do szkoły, nawet go nie przemalowano i teraz całkiem malowniczo się prezentuje na tle lasów porastających zbocza. Kiedyś w Afryce jechałem taką górska drogą autobusem, który poślizgnął się na błocie i przewrócił w dolinę, ale zatrzymał się na najbliższym drzewie, dzięki czemu mogłem się wygramolić i parę lat później jechać podobną błotnistą drogą z Bahuchivo do Urique. Tyle że gdyby ten autobus się poślizgnął i spadł w dolinę, to raczej nie miałbym szansy na wygramolenie się, bo na tutejszych urwiskach to on może i zatrzymałby się na drzewie, ale kilkaset metrów niżej. A wiecie, jak malownicza to jest droga? Kierowca specjalnie się zatrzymywał w co bardziej malowniczych miejscach, żebym sobie mógł porobić zdjęcia.
Na dole wąwozu sama droga nie jest taka groźna, tu największym niebezpieczeństwem jest zapomnienie zabrania ze sobą odpowiedniej ilości wody. Krawędzie wąwozu widziane z dołu wyglądają ja dalekie turnie, ale jeśli się idzie w lejącym się z nieba żarze, a nie ma się choć litra wody do popicia, malowniczość szlaku przestaje mieć znaczenie. A droga jest wprawdzie przejezdna dla terenowych samochodów, ale te przejeżdżają średnio raz na dwie godziny. Prawdopodobieństwo, że ktoś podwiezie, nie jest wysokie.
Idę więc dnem wąwozu przegrzany i nie zwracam uwagi na niezwykły krajobraz. Wybrałem się zobaczyć wieś Guadelupe Coronado, która jest podobno zamieszkała głównie przez Indian. Mówię podobno, bo dotarłem tam wczesnym popołudniem, czyli w czas sjesty, i na ulicach nie było żywego ducha. Nie widziałem też sklepiku, w którym mógłbym kupić coś do picia. Wracam więc co nieco spragniony i droga wzdłuż rzeki, która rano mi się całkiem podobała, teraz podoba mi się mniej. Nagle zza zakrętu wyjeżdża toyota pick-up, w szoferce trzech chłopaków. Zatrzymują się.
Chcesz jechać do Urique?”
No pewnie. Miejsce tylko na pace, ale nie szkodzi. Przynajmniej będzie wiaterek.
Ale właśnie, w Barranka del Cobre nie można zakładać, że wszyscy napotkani chłopacy to łagodne baranki. Może się na przykład okazać, że są uzbrojeni w broń palną. Ci, co mnie właśnie zabrali, akurat są, ten siedzący przy oknie raz po raz strzela na drugą stronę doliny. Nie mam pojęcia czy na wiwat, czy ostrzeliwuje kogoś kryjącego się na tamtym brzegu. W pewnym momencie zatrzymujemy się i młodzieniec mierzy do siedzącego na gałęzi orła. Strzela, chybia, orzeł odlatuje. Nikt z drugiej strony rzeki do nas nie strzela, dojeżdżamy spokojnie do Urique. Co więcej, nikt nie żąda za mnie okupu, chłopcy wysadzają mnie tam, gdzie chciałem wysiąść.
Hasta luego, hermano (do widzenia, bracie)”.
Później ktoś w Urique tłumaczy mi, że to nie Indianie, tylko gangi narkotykowe, a to są biali Meksykanie. Ale tutejsze gangi są dobre dla ludności, nikomu nie zagrażają, strzelają się tylko z innymi gangami. Mają tu poletka marihuany i maku. Ale Tarahumarowie się w to nie mieszają. Indianie są tu najbiedniejsi, często nie chodzą do szkoły i czasem nawet po hiszpańsku nie umieją mówić, tylko po swojemu.



* * *

Indianka w Creel
Na głównym skwerze w Creel, w cieniu drzew, siedzą Indianki ubrane w suknie z kwiecistego perkalu i sprzedają swoje rękodzieło. Przed nimi koszyki z trawy plecione w kształcie garnuszków, gliniane miseczki z charakterystycznym jaśniejszym deseniem, kolczyki w kształcie małych Indianeczek wycięte z kory sosnowej. Do Creel, miasteczka położonego na górze kanionu, można łatwo dojechać z Chihuahua dobrą asfaltową szosą, a także pociągiem – jedyną funkcjonującą jeszcze w Meksyku linią. Creel wabi więc turystów, a turyści wabią mieszkających w okolicy Indian chcących na turystach zarobić.
Pociąg z Chihuahua kursuje właściwie tylko dlatego, że poprowadzono go niezwykle malowniczą trasą. Korzystają z niego obecnie turyści, dla miejscowych bilety są za drogie, autobus jest dużo tańszy. W dodatku podróż pociągiem trwa dłużej. Mimo tego bilety są wyprzedane daleko naprzód, nie można liczyć na to, że się je kupi tego samego dnia. Zwłaszcza na odcinku z Creel do Bahuchivo, najbardziej malowniczym. Na stacji Divisadero (dosłownie Punkt Widokowy) pociąg zatrzymuje się wyłącznie po to, by turyści mogli wyjść z pociągu i pospacerować ścieżką wzdłuż brzegu wąwozu. Ścieżka jest starannie ułożona, z balustradką, żeby przypadkiem nikt nie stoczył się w otchłań. No i jest tam ryneczek z pamiąteczkami, są Indianki w perkalikach sprzedające koszyczki, garnuszki i kolczyki z kory sosnowej. Niektóre sprzedają też wszelkiego rodzaju torebki, czapki i inne rzeczy z napisem Barranca del Cobre.
Asfaltowa szosa z Chihuahua prowadzi przez Creel do Bahuchivo, ale dalej już nie, wygodnym autobusem tylko tam można dojechać. Dalej zaczynają się schody, a właściwie stroma błotnista droga na dno kanionu. Na dole wszystko jest inaczej. Nie ma straganów z pamiąteczkami. Nie ma bankomatów. Właściwie nie ma Gringów, ja jestem jeden. Prawie nie ma samochodów, dzieciaki kopią piłkę na środku jezdni i jest bezpiecznie. Domy są otwarte, życie rodzinne toczy się przed domem, po części na ulicy. Telewizor nie ukradł tu jeszcze życia towarzyskiego. Gdzieś w głębi domu telewizory są włączone, ale rodzina i tak siedzi na krzesełkach przed domem i wdaje się w rozmowy z przechodniami.
No i ktoś zapala świeczki w przydrożnych kapliczkach Matki Boskiej z Guadelupe. Matka Boska z Guadelupe jest tu wszechobecna. Przydrożne kapliczki pod skałą wąwozu, albo pod murem domu, albo grafitti namalowane na murze. Lewaccy wyzwoliciele Indian mogą sobie mówić co chcą, ale matka Boska z Guadelupe to nie obca wiara narzucona przez najeźdźców. Matka Boska z Guadelupe ukazała się w wizji Indianinowi, a Indianie wierzą wizjom. Niektórzy misjonarze chcieli początkowo ten kult zwalczać, twierdzili że to jakaś aztecka bogini płodności przebrana za Matkę Boską, ale cóż oni mogli? Racjonalni misjonarze i lewaccy wyzwoliciele mogą sobie mówić co chcą, ale Matka Boska z Guadelupe tu jest. Ktoś maluje ją na murach, ktoś buduje je kapliczki, ktoś zapala jej wieczorem znicze, które palą się jeszcze o świcie, kiedy Gringo przychodzi na autobus mający go zabrać na górę, do normalnego świata pełnego turystów i sklepów z pamiąteczkami.
Matko Boska z Guadelupe, opiekunko Indian, których stać tylko na sandały z opon cadillaca, opiekunko białych Meksykanów których stać na nowoczesną broń palną, ale którzy nie wyrządzają Indianom krzywdy i może nawet opiekunko Gringów, którzy przypadkiem się tu zaplątają...
Módl się za nami.

Matka Boska z Guadelupe na murze w Urique


Wednesday, August 28, 2019

Co robić, żeby zaświeciło słońce?

Wulkan Villarica

Wulkan Villarica dymi. Dymi codziennie, biały dym z białego stożkowatego komina. Zakopcony czubek otoczony jest kryzą wiecznego śniegu.
Kiedy dwa lata temu ten wulkan wybuchł, cały ten śnieg od razu spłynął i były powodzie. W dodatku woda niosła jakieś trujące opary i nie wolno było podchodzić do potoków. Ale ten wybuch nie przyniósł wielkich szkód. A potem, dwa miesiące później, wybuchł wulkan Chalbuco, dalej na południe. Wtedy była noc w dzień, zupełnie ciemno, jeszcze o jedenastej. Dopiero około południa zaczęło się przejaśniać. Potem popiół padał jak śnieg.”
Ksiądz Stanisław, który mi to opowiada, mieszka w Currarehue, w górach Araukarii, czyli w kraju Mapuczów. Powinienem pewnie jeszcze dodać, że to jest w Chile, bo istotnie republika Chile podbiła kraj Mapuczów jakieś sto trzydzieści lat temu. Do tego czasu Mapucze byli całkowicie niepodlegli. Araukaria, czyli kraj Mapuczów, to niby Andy, ale w tym rejonie niewysokie, sięgające około półtora tysiąca metrów nad poziomem morza. Wyjątkiem są wulkany sięgające czterech tysięcy, albo i pięciu. Niektóre dymią cały czas, niektóre co kilkadziesiąt lat wybuchają. Pokryte wiecznym śniegiem, a tam, gdzie śniegu nie ma, popiołem albo zastygłą lawą, szare. Otaczające je górskie łańcuchy są zielone, pokryte lasem, który powyżej tysiąca metrów staje się lasem araukarii. Araukarie to potężne drzewa, które rosną tylko w tym rejonie świata i tylko powyżej tysiąca metrów. Podobno są to relikty z czasów dinozaurów, a istniejące do dziś stanowiska to niedobitki. Indywidualne drzewa też potrafią osiągać imponujący wiek, ponad dwa tysiące lat. Są pod tak ścisłą ochroną, że nie ścina się ich nawet jeśli stoją na drodze właśnie budowanej międzynarodowej szosy. Nieoceniony ksiądz Stanisław zabiera mnie w takie miejsce, gdzie araukarie rosną na środku drogi. Jest to niedaleko granicy z Argentyną, u stóp wulkanu Lanin, szarego masywu.
Ksiądz Stanisław, rodowity góral z Beskidu Żywieckiego, jest tu w swoim żywiole. W niedziele jeździ parafialnym jeepem do odległych o dziesiątki kilometrów dolin i odprawia msze we wsiach zamieszkałych przez Mapuczów. Jadę z nim na jedną z takich wypraw. Kapliczki są malutkie, niektóre zbudowane specjalnie jako małe kościoły stojące na wydzielonej parceli otoczonej drzewami, a na sąsiednich parcelach pasą się woły. Inne to opuszczone domy używane obecnie jako kaplice, mają kuchnię i łazienkę, drzwi do łazienki za ołtarzem. Niewiele osób przychodzi na msze. W jednej wsi tylko pięć, w dodatku trzeba jechać po klucze, bo kościelna ma gości i na mszę nie przyszła. Do innej (tej z łazienką za ołtarzem) przychodzi może trzydzieści osób razem z dziećmi.
Araukaria
Tu nie ma frekwencji”, mówi ksiądz Stanisław. „W krajach, gdzie rządzili Hiszpanie, wiara tak się nie zakorzeniła. Ci Mapucze mają jeszcze swoje tradycje, odprawiają swoje ceremonie, tak zwane ngilatun, którym przewodniczy lonko, wódz klanu. A jednocześnie oficjalnie są chrześcijanami. Protestanckie sekty zwalczają tę pogańską tradycję, a Kościół Katolicki to toleruje.”
Sami Mapucze nie widzą tu żadnej sprzeczności. Są katolikami i jednocześnie odprawiają swoje ceremonie – dlaczego miałaby to być sprzeczność? Jeszcze dziś mają swoich proroków, tak jak kiedyś mieli ich na pustyni Żydzi. Przez proroków Bóg objawia swoją wolę i Mapucze go słuchają. A Ngilatun to rozmowa z Bogiem. Nie prywatna rozmowa, religia Mapuczów to nie prywatne wyznanie, cały klan zbiera się na ceremonię, a inne klany też są zaproszone. Lonko całą ceremonię prowadzi, ale jest to święto całej wspólnoty. Lonko musi się specjalnie przygotować, przez pewien czas musi żyć w celibacie, nie może też przez jakiś czas spożywać żywności kupionej w sklepie. On prowadzi ceremonię, ale prowadzi ją w imieniu całej wspólnoty. Nie tylko ludzi, zwierzęta też są obecne, są woły i barany, one też potrzebują Bożej opieki. Konie biorą udział w ceremonii, młodzi jeźdźcy galopują wokół terenu, aby nie dopuścić na to miejsce diabła. Młodzież czuwa też nocami, śpiewa pieśni, słucha opowieści, by diabeł nie mógł się wcisnąć. Dlaczego taka ceremonia miałaby by być sprzeczna z katolicyzmem?
Na łąkach koło kaplic pasą się woły. To wcale nie przenośnia, są one tu do dziś używane jako napęd do pojazdów, raz po raz mijamy wóz ciągniony przez woły. Mijamy także szeroką łąkę, na której zbudowane są zadaszenia z drewna i słomy otaczające półkolem centralny plac. „To tu właśnie Mapucze odbywają swoje ceremonie,” mówi ksiądz Stanisław. „Później pojedziemy spotkać lonko, będziesz sobie z nim mógł pogadać.”
Lonko Alejandro
Mam całkiem sporo czasu, by pogadać sobie z lonko Alejandro, bo zatrzymuję się u niego na kilka dni. Nie ma on wołów, jego rodzina porusza się samochodami. Ma pięć córek, trzech synów i kilkanaścioro wnuków. Mieszka w domu w zasadzie takim samym jak inni Chilijczycy, acz pierwszą rozmowę z turystą zainteresowanym tradycją Mapuczów zabiera nas do specjalnie w tym celu zbudowanego tradycyjnego domostwa, zwanego ruka. Jest to solidna chata zbudowana z solidnych pionowo wbitych w ziemię bali, dach też z solidnych desek. „Mapucze na wybrzeżu budowali domy kryte strzechą, ale tu w górach musimy mieć dach solidny, bo czasami pada kilka metrów śniegu”, mówi lonko Alejandro. Pośrodku ruki ułożone kamieniami miejsce na ognisko, a pod ścianami ławy wylożone baranimi skórami.
Tak mieszkali Mapucze kiedyś, a lonko Alejandro specjalnie zbudował sobie taką rukę, żeby ją pokazywać turystom zainteresowanym kulturą Indian. A takich jest coraz więcej. Przyjeżdżają w góry uprawiać górskie sporty, a skoro w górach mieszkają Indianie, to można zawsze w któryś deszczowy dzień zobaczyć jak wyglądają. Kupić jakiś ręcznie robiony bibelocik. A Mapucze nie w ciemię bici, wyczuli popyt i teraz produkują masowo ręcznie robione bibelociki. Całkiem ładne bibelociki. I organizują targi rękodzieła ludowego, które trwają całe lato. Na targach można też zakosztować tradycyjnej kuchni Mapuczów, potraw gotowanych na polowym piecyku. Dwie córki lonko Alejandro pracują w takiej polowej kuchni na ludowych targach w Currarehue. Inne mają domki wynajmowane turystom, którzy przyjeżdżają uprawiać sporty górskie. Lonko Alejanro ma również zięcia imieniem François, który pracuje jako przewodnik górski. Bo w Chile nie można sobie ot tak po prostu chodzić po górach, trzeba mieć przewodnika. Góry są albo prywatne, a wówczas właściciel takiej góry pobiera opłaty za wejście, albo są w parkach narodowych, które też pobierają opłaty, a w dodatku nie wpuszczają bez przewodnika. Zatem przewodnicy mają zatrudnienie oprowadzając po górach turystów przybywających licznie z Niemiec i Francji. Zięć lonko Alejandro też jest Francuzem i akurat kiedy tam jestem, prowadzi grupę ziomków na świętą górę Mapuczów. Dołączam się.
Rehue
Chmury tego dnia są nisko, na wysokości tysiąca metrów idziemy przez gęstą mgłę. Las jest tu dziewiczy, pomiędzy chaszczami colinhue majaczą wielkie drzewa, potężne konary, niektóre pnie wypróchniałe. Colinhue to rodaj bambusa odpornego na mrozy i pleniącego się gęsto w górach Mapuczów, tworzącego trudne do przebycia chaszcze. W pewnym miejscu na małej polance François przystaje mówiąc: „Tu jest rehue, święte miejsce Mapuczów i ołtarz, przy którym trzeba złożyć ofiarę.” Ołtarzem jest niski przycięty pień drzewa z dużym kamieniem wciśniętym między dwa konary. François prosi najpierw o chwilę milczenia, w czasie której trzeba prosić duchy tego miejsca o pozwolenie wejścia, a następnie obchodzi rehue wkoło obsypując je ziarnem.

Idziemy dalej, Na pewnej wysokości wśród drzew zaczynają się pojawiać araukarie. Dla Mapuczów araukaria to święte drzewo. Na wysokich gałęziach araukarii rosną potężne szyszki, które co dwa lub trzy lata wysypują ogromne ilości nasion wielkich ja orzechy. Są to tak zwane po hiszpańsku piñones, czyli orzechy sosnowe. Indianie wtedy idą je po prostu zbierać z ziemi. Zebrane w obfitym roku mogą być przechowywane przez trzy lub cztery lata. Można je jeść surowe, gotować lub zmielić na mąkę i z tej mąki zrobić chleb. W dawnych czasach było to ważne źródło żywności i trudno się dziwić, że było traktowane jak święte.
Wieczorem przed domem przy ogrodowym stole, popijając maté, pytam lonko Alejndro co to jest rehue.
Rehue jest po to, żeby chronić las. Póko rehue tam jest, tego lasu nikt nie wytnie. Nie ma takiej możliwości. To tak, jak z tym mostem, co tu niedaleko budowano przez rzekę. Inżynierowie zaprojektowali most i przez dwa lata nie mogli go zbudować. Nikt nie wiedział dlaczego. Benita, moją żona, powiedziała im, żeby przyszli do mnie. W końcu przyszli do mnie i pytali, czy coś mogę zrobić. Odprawiłem ceremonię prosząc duchy opiekuńcze tego miejsca o pozwolenie zbudowania mostu. W czasie ceremonii kondor zniżył lot nad nami, a to oznacza, że nasza prośba została wysłuchana. Powiedziałem inżynierom, że mają trzy miesiące na zbudowanie tego mostu. I zbudowali.
Tak samo dwa lata temu, kiedy wybuchł wulkan Chalbuco i słońce nie wyszło. O jedenastej przed południem było jeszcze zupełnie ciemno. Byli tu u nas wtedy studenci z Valparaiso i zaczęli rozpaczać, padali na kolana i prosili Boga o przywrócenie słońca. Benita powiedziała, że powinienem odprawić ceremonię. Odprawiłem ceremonię i jak tylko skończyłem, zaczęło się przejaśniać.
Potem ci studenci z Valparaiso pytali mnie, jak ja to zrobiłem. Co miałem im powiedzieć? Miałem ich uczyć co robić, żeby zaświeciło słońce?”

Ruka - tradycyjne domostwo Mapuczów


Friday, July 19, 2019

Autostrada Matki Teresy

Malowany meczet w Tetowie

Ściany malowanego meczetu w Tetowie wyglądają, jakby je kto obwiesił dywanami. Drzwi są zamknięte i nie możemy tam wejść. Ten meczet jest słynną atrakcją miasta, ale my szukamy tekke, miejsca zgromadzeń derwiszów. Jak tam dojechać? Pytamy o drogę mężczyznę szukającego czegoś w koszu na śmieci. Mężczyzna nam wyjaśnia, to tylko dwie ulice dalej. Uśmiech ma tak spokojny, jakby to on sam był derwiszem.
Jedziemy te dwie ulice dalej. Aneta kiedyś już tam była, dawno temu, kiedy jeszcze istniała Jugosławia. Wtedy w tym miejscu była stylowa restauracja, bo komuniści znacjonalizowali tekke (czyli odebrali je derwiszom) i zrobili tam restaurację. Aneta była tam kiedyś na jakimś rodzinnym weselu. Teraz restauracji tam nie ma, otoczony murem teren jest zaniedbany, trawniki niekoszone. Wszedłszy zobaczyliśmy tam grupę ludzi, wśród nich pannę młodą świetnie się prezentującą w białej sukni na tle wiosennej zieleni, harmonizującą z ośnieżonymi wierzchołkami gór.
Czy są tu gdzieś derwisze?” pytamy. „Owszem, są. Ich główny baba mieszka w tym domu”, odpowiada mężczyzna z nalaną twarzą i muzułmańską brodą. „On zaraz będzie szedł do tamtego budynku, idźcie tam, to go spotkacie.” Dom baby zbudowany jest z krzywych belek, wygląda jakby miał kilkaset lat. Po chwili baba w szarym ubraniu i czapeczce derwisza przechodzi we własnej osobie. Podchodzimy do niego, zagadujemy.
Co chcecie wiedzieć?”
Kim są Bektaszi? Czym się różnią od innych derwiszów? Czy można wziąć udział w medytacji?”
Chodźcie.”
Baba prowadzi nas do budynku po drugiej stronie podwórza, sadza za stołem. Na ścianach wiszą portrety brodatych mężczyzn, zapewne derwiszów. Wśród nich zdjęcie kobiety, natychmiast rozpoznawalne - jest to najsłynniejsza w świecie Albanka, w dodatku urodzona w Skopje.
W medytacji mogą brać udział tylko ci, którzy przeszli inicjację. Do zakonu Bektaszi mogą wejść i kobiety i mężczyźni, panuje całkowita równość, tyle że kobiety nie mogą być przewodnikami.”
Nasz rozmówca pokazuje na jedno ze zdjęć na ścianie
Bektaszi baba
To jest mój przewodnik duchowy, obecny dedebaba, głowa zakonu Bektaszi. Mieszka w Tiranie. Przewodnikiem całego zakonu może być tylko mężczyzna żyjący w celibacie. Ja bym nie mógł, bo mam żonę, więc moja miłość jest rozdzielona. Przewodnik całego zakonu musi mieć całą miłość skierowaną ku Bogu. Do zakonu teoretycznie może wstąpić każdy, ale tak naprawdę nie każdy. Sunnici chcą, żeby wszyscy byli sunnitami i żeby wszyscy robili to samo, ale do Bektaszich mogą wejść tylko ludzie o odpowiednim charakterze. Sprawdzamy najpierw, czy ktoś ma charakter zająca, lisa czy lwa. Po trzykroć zachęcamy: przyjdź, przyjdź, przyjdź. Po trzykroć przypominamy: bądź szczery. Za czwartym razem mówimy: nie wracaj. Bez szczerości nie można być derwiszem. A nominalna religia ma drugorzędne znaczenie. Spójrzcie na to zdjęcie: Matka Teresa pośród portretów derwiszów. Ona była katoliczką, ale robiła to, co powinien robić derwisz. Jakie znaczenie ma tu zewnętrzna religia? Bóg jest jeden, a wszyscy ludzie są braćmi.
Tutejsze tekke powstało w szesnastym wieku, kiedy przybył tu derwisz o imieniu Ali Baba, szwagier Sulejmana Wspaniałego. Jego uczniowie zbudowali to tekke i byliśmy w tym miejscu przez stulecia, dopiero komuniści nam to miejsce odebrali. Budynki są zabytkowe, więc w czasach komunizmu zrobiono tu restaurację. W Albanii było jeszcze gorzej, sam dedebaba i kilku najbardziej znanych derwiszów zostało rozstrzelanych. Ale spotkania nadal się odbywały, tylko w prywatnych domach. W czasie ceremonii udawano rodzinne przyjęcie, jeśli wchodziła policja, to na stole pojawiała się wódka i było wesele albo imieniny.
Bektaszi nie unikają alkoholu. Sunnici zakazują alkoholu zupełnie, ale Bektaszi nie, jeśli człowiek panuje nad alkoholem, to alkohol nie jest wrogiem. Może być nawet użyteczny, bo przy alkoholu wychodzi na jaw prawdziwy charakter człowieka.
Kiedy skończył się komunizm, odzyskaliśmy to miejsce, ale naszymi adwersarzami są nie tylko komuniści. Niedawno skrajna grupa sunnitów weszła tu z bronią w ręku i zajęła meczet. Widzieliście tego człowieka z czarną brodą na dziedzińcu? To właśnie jest mój adwersarz.
Portret Matki Teresy na ścianie tekke w Tetowie
Bektaszi są zakonem derwiszów Alawi, to znaczy mają szczególny szacunek dla Alego, zięcia Mahometa. Islam dzieli się na dwa odłamy: sunnitów i szyitów. Szyici nie uznawali władzy kalifów, dla nich przewodnikami byli imamowie, czyli w prostej linii potomkowie Alego. Sunnici też maja zakony derwiszów, na przykład zakon Mevlevi, czyli derwiszów wirujących. Twórcą tego zakonu był Mevlana Rumi, słynny poeta. Ale Rumi stał się derwiszem dopiero, kiedy spotkał na swej drodze Szamsa z Tebryzu, a ten był derwiszem Bektaszi. Twórcą naszego zakonu był żyjący w XIII wieku Hadżi Bektasz, który osiedlił się w dzisiejszej Turcji. Tam przez stulecia było centrum zakonu, ale teraz Republika Turecka nie uznaje derwiszów i centrum zakonu Bektaszi jest w Albanii. W Tiranie znajduje się World Bektashi Centre.”
W czasie naszej rozmowy przychodzą jacyś faceci w czarnych garniturach, jeden z nich ma wielki aparat fotograficzny. Derwisz jest bardzo fotogeniczny, więc Aneta też pyta, czy parę zdjęć może zrobić. Nie ma sprawy, więc Aneta strzela zdjęcie za zdjęciem, sesja portretu podwójnego. Nie zgadniecie, który z nas jest starszy (ja, o dwa tygodnie).
A wspólny język? Derwisz jest Albańczykiem, ale urodzonym w Macedonii, zna więc tutejszy język. Aneta – rodowita Macedonka – może tłumaczyć. Ale chwilami derwisz odzywa się mocno łamaną niemczyzną. Mówi, że w latach osiemdziesiątych pracował w Niemczech i trochę się nauczył.
Pracował w Niemczech? Ja też wtedy byłem w Niemczech i też pracowałem. Byli tam wtedy jacyś Jugosłowianie (wtedy istniała jeszcze Jugosławia). Może któryś z nich był Albańczykiem? I może nawet derwiszem?
Na koniec dostajemy błogosławieństwo. Nie jest to bynajmniej byle krzyżyk machnięty nad głowami. Błogosławieństwo baby derwisza trwało kilka minut, w czasie których trzymał nas za ręce, trajkotał coś po arabsku, kilkakrotnie na nas chuchnął i dał do zjedzenia cukiereczki. Ale jakie to było błogosławieństwo nie wyjaśnił.
Jeszcze tego samego wieczoru jechaliśmy dalej na południe autostradą Matki Teresy, przez góry. Skończył się komunizm, była wiosna, tylko na dalekich szczytach jeszcze śnieg. A ta Matka Teresa najwyraźniej popularna w Macedonii. Wprawdzie nie Macedonka tylko Albanka, nie prawosławna tylko katoliczka, ale czy to ważne? Jest to najsłynniejsza na świecie osoba urodzona na terenie tego kraju. Wszyscy się tu z nią identyfikują, jej imieniem nazywa się autostrady i nawet derwisze pośmiertnie włączają ja do swego grona.


Który z nasz starszy?