Tuesday, January 7, 2025

Kampa-Aszaninka, Indianie z peruwiańskiej dżungli


Dolina na wschodnich obrzeżach Andów

Gdybyś mógł, czytelniku, spojrzeć okiem kondora na kraj zwany Peru, ujrzałbyś bardzo wysokie góry przecinające kraj z północy na południe. Góry te sięgają powyżej sześciu tysięcy metrów i są pokryte wiecznym śniegiem, natomiast na wyżynie (też położonej wysoko, ponad trzy tysiące metrów) Indianie uprawiają ziemniaki. Hodują też alpaki, z których wełny sporządzają sobie ubrania. Na zachodnich stokach gór jest pustynia przecinana jedynie pasmami zieleni wzdłuż rzek mających swe źródła w wiecznych śniegach. Pustynia opada ku morzu, wybrzeże jest stosunkowo niedaleko gór. Wschodnie stoki gór porośnięte są natomiast dżunglą, chmury płynące znad dalekiego Atlantyku przynoszą ciągłe deszcze. Rzeki, same w sobie ogromne, nierzadko występują z brzegów zalewając całe połacie kraju. W tej dżungli pokrywającej wschodnie stoki gór też mieszkali Indianie. Uprawiali oni maniok, który jest łatwy w uprawie, ale potrzebuje ciepłego wilgotnego klimatu, a także bawełnę, z której sporządzali sobie ubrania.

Indianie na wyżynach znali dyscyplinę. Pracowali już jako chłopi, kiedy było tam państwo Inków, tak że kiedy przyjechali Hiszpanie, nie musieli nikogo uczyć poddaństwa. Indianie z dżungli nie znali dyscypliny. Nie zdołali ich nauczyć poddaństwa Inkowie, choć próbowali. Ci Indianie z porośniętych dżunglą dolin mieli niemiły zwyczaj strzelania z zarośli do nowoprzybyłych. Strzelali, a ponieważ te zarośla to nieprzebyta dżungla, nie wiadomo skąd ta strzała przyleciała. Hiszpanie początkowo szukali na wschodnich stokach gór Króla Ozłoconego, czyli El Dorado, ale nie znalazłszy go dali sobie spokój.

Dzisiejszy transport na szlaku Pichis

Tylko misjonarze wybierali się w tę dżunglę. Schodzili z płaskowyżu dolinami, a potem poruszali się po rzekach tak daleko, jak się tylko dało. Misjonarze nie szukali złota, tylko nieznanych ludów, których języków można będzie sie nauczyć i którym potem można będzie głosić Dobrą Nowinę. Tu też pojawiały się rywalizacje. Nie były to rywalizację krwawe, acz były rzeczywiste i musiały być jakoś rozwiązane. Mianowicie były różne zakony gotowe głosić tę Dobrą Nowinę. Byli jezuici, zakon młody powstały po to właśnie, by uczyć się języków nowo odkrytych krajów i głosić Dobrą Nowinę ich mieszkańcom. Byli franciszkanie, zakon powstały wcześniej, który podjął wyzwanie, skoro ono się pojawiło. Tak więc hiszpańscy jezuici i franciszkanie podzielili między siebie rejony, w których mieli głosić Dobrą Nowinę. Franciszkanie schodzili dolinami od strony położonych na płaskowyżu miast Jauja i Tarma, jezuici działali bardziej na północy. Ale to nie była jedyna rywalizacja. Hiszpańscy jezuici płynęli w dół Amazonki, portugalscy jezuici płynęli w górę tej rzeki, a najwyraźniej istotne też było którego króla poddanymi byli ci misjonarze. Dzisiejsza granica między Peru a Brazylią jest mniej więcej tam, gdzie jezuici z Hiszpanii i jezuici z Portugalii się spotkali.

Franciszkanie schodzący w doliny od strony Tarma zauważyli, że Indianie z dżungli regularnie przybywają do pewnej góry, by wydobywać z niej sól. Góra ta była powyżej granicy uprawy manioku, który był stałym pożywieniem tych Indian, więc ich przybycie w dużej mierze skorelowane było z pracami na polach manioku. Góra była na terenach zamieszkałych przez Indian zwanych Kampa lub Aszaninka, którzy następnie tę sól podawali dalej w wyprawach handlowych. Franciszkanie nazwali tę górę Cerro de la Sal i doszli do wniosku, że skoro Indianie sami ta przyjeżdżają, to tam najlepiej zbudować misję. Już w XVII wieku zbudowano w pobliżu tej góry misję Quimiri (dziś w tym miejscu stoi miasto La Merced).

Rzeka Pichis w Puerto Bermudez

Indianie organizowali wyprawy handlowe, ale handel między Indianami wyglądał inaczej niż nasz. Dla Indian kluczowy był podarunek, na który należało odpowiedzieć, acz niekoniecznie natychmiast. To się wiązało ze sposobem osadnictwa Aszaninków. Gleby w amazońskiej dżungli nie były zbyt żyzne, dlatego Aszaninkowie żyli w dużym rozproszeniu. W dodatku las trzeba było co jakiś czas karczować, bowiem maniok rósł dobrze na glebie świeżo wykarczowanego lasu, ale po kilku latach pole się wyjaławiało i trzeba było karczować następny las. To się wiązało z przenoszeniem się z miejsca na miejsce co jakiś czas. A znowu rozproszenie wiązało się z podejmowaniem gości, no bo przecież odwiedzenie sąsiada albo krewnego wiązało się z nocowaniem u niego; tym bardziej miało to miejsce podczas wypraw po sól. Każda rodzina miała więc jeden dom dla gości.

Ale żeby nie było wątpliwości – wszystkie domy były bez ścian. Stały na palach, miały podłogę oraz dach kryty strzechą, ale nie miały ścian, tak że nie było w nim sekretów. Aszaninkowie sporządzali sobie tuniki z bawełny, tak że nie chodzili nago po lesie, ale nikt nie miał wątpliwości skąd się biorą dzieci.

Ale nie wszyscy Indianie z peruwiańskiej dżungli żyli w takim rozproszeniu. Indianie Konibo, mieszkający nad Ukajali, mieli większe wsie. Wiązało się to z tym, że Konibo to byli gitowcy znad Ukajali, regularnie organizowali wyprawy łupieskie na wsie innych Indian, a napadłszy na wieś zabijali wszystkich mężczyzn, a młode kobiety i dzieci uprowadzali w niewolę. Oczywiście dalsi krewni tych kobiet i dzieci chcieli je odbić, Konibo spodziewali się napaści, dlatego mieszkali w większych skupiskach, łatwiejszych do obrony. No a misjonarze szukali najpierw większych skupisk, by założyć misje. Pierwsi misjonarze nie wiedzieli przecież kto w tej dżungli mieszka. Nie wiedzieli, że Konibo mówią innym językiem, niż Aszaninkowie. Nie wiedzieli też, że Aszaninkowie uważają Konibo za bandytów. Franiszkanie założyli więc misję we wsi Konibów, a potem poprosili swoich gospodarzy, by pomogli im przetrzeć szlak do kraju Aszaninków. Potem się dziwili, że Aszaninkowie niezbyt ufają misjonarzom.

Mieszkanie w dużych wsiach mogło mieć wpływ na obronność, ale przyczyniło się do tego, że populacja mieszkających tam Indian znacznie się zmniejszyła. Tego w XVII wieku nie mogli przewidzieć ani sami Indianie, ani przybywający do nich misjonarze. Misjonarze głosili Ewangelię, przywozili jednak też coś, czego nie byli świadomi, mianowicie choroby. Misjonarze byli na te choroby odporni, ale Indianie nie. Jedna epidemia ospy potrafiła wymieść 90% populacji wsi. Rozproszone osadnictwo jest bardziej odporne na epidemie, dlatego dziś Aszaninkowie stanowią główną grupę Indian w swojej okolicy, natomiast populacja Konibów znacznie spadła.

Misje zostały zbudowane i stały tam w tej dżungli kilkadziesiąt lat, a Aszaninkowie jakoś nie chcieli się chrzcić. Więc co tu zrobić, by kraj schrystianizować? Może przywieźć Indian, którzy ochrzcili się już dawno? Na przykład tych z płaskowyżu. Albo jeszcze lepiej Metysów, którzy są przecież trochę Indianami, ale nie całkiem.

Nabrzeże w Puerto Bermudez

Indianie owszem chcieli, by misje były. Rzecz w tym, że misjonarze przynosili Dobrą Nowinę, ale nie tylko. Przynosili też rzeczy przydatne również w tym życiu. Na przykład żelazne narzędzia. Dla Indian, którzy dotąd musieli karczować dżunglę narzędziami z kamienia, to było objawienie, nie jakaś tam Ewangelia. W misjach zbudowali nawet kuźnie, w których Aszaninkowie mogli naprawiać swe narzędzia.

Ale ci Metysi też stanowili problem, tym razem dla Aszaninków. Metysi niewątpliwie ciężko pracowali, karczowali ten las, tylko że oni karczowali las, który Aszaninkowie specjalnie zostawili odłogiem, żeby gleba się zregenerowała. Tylko że ani Metysi, ani franciszkanie tego nie rozumieli. Dżungla jest przecież niczyja, więc ją karczowali. A tymczasem wprowadzali się do czyjegoś ogrodu nikogo nie pytając o pozwolenie. Czy można się dziwić, że ten ktoś, kogo nie pytano o pozwolenie, pewnego dnia stracił cierpliwość i zaczął strzelać z zarośli do osadników karczujących las wokół misji? Kiedy paru takich zostało zastrzelonych, reszta spakowała manatki i wróciła tam, skąd przyszła.

To jest pewnie uproszczenie, ale w sumie o to chodziło. Zapewne pomocny był też klimat, niedostępność tych terenów, a przede wszystkim wszechobecne ogromne ilości komarów, tym niemniej faktem jest, że Aszaninkowie w swojej historii przeprowadzili kilka udanych powstań. Nikt nie ogłaszał żadnych zwycięstw, po prostu Aszaninkowie zdobyli sobie renomę nieprzejednanych wojowników, do których kraju podróżować jest niebezpiecznie. Historia tych powstań jest niepełna, bowiem pisana była na podstawie pogłosek przez tych, którzy wcale nie zamierzali się wybierać do kraju Aszaninków, a dla późniejszych peruwiańskich historiografów była to historia kęsk, o której lepiej zapomnieć.

Nie wszyscy Indianie z płaskowyżu byli intruzami w dżungli. Niektórzy uprawiali poletka w dolinach, gdzie było cieplej i udawały się rośliny, dla których na płaskowyżu było za zimno. A w 1742 roku w dżungli Aszaninków pojawił się ktoś, na kogo Aszaninkowie chyba czekali. W Źródłach historycznych pojawia się on jako Juan Santos Atahualpa. Źródła są oczywiście bardzo skąpe i wszystkie wrogie, tak że niewiele o nim wiadomo.

Tradycyjne domostwo Aszaninków

Podobno pochodził z Cuzco, gdzie miał rodzeństwo. Podobno pochodził też z najwyższej indiańskiej arystokracji, z rodu Inków, tak że jego imię Atahualpa nie było przypadkowe. Podobno był kształcony w jezuickiej szkole i z jakimiś jezuitami podróżował do Europy, a także do Afryki. Ale w 1742 roku był z powrotem w Ameryce, w dżungli na północ od Cuzco.

Wtedy ku zdumieniu autorów owych skąpych źródeł historycznych , Aszaninkowie zaczęli masowo pielgrzymować, by go spotkać. Opuszczali miejsca, które autorom były znane, czyli misje, i znikali w dżungli. Nie tylko zresztą Aszaninkowie znikali, sąsiednie plemiona też, również Konibo. A kiedy któryś z franciszkanów do niego pojechał, Juan Santos mu wprost powiedział, że on nie ma nic przeciwko księżom, ale wszyscy osadnicy mają się wynosić. A jak mają funkcjonować misje bez osadników? Kto miałby franciszkanów żywić? W dodatku Indianie mieli jakieś obiekcje do Murzynów, którzy w misjach byli strażnikami i którzy też mieli się wynosić. A jak miałyby funkcjonować misje bez strażników? Więc wynieśli się wszyscy, franciszkanie też.

Ale franciszkanom było oczywiście nie w smak takie wynoszenie się z misji po kilkudziesięciu latach funkcjonowania. Posłowali więc do Juana Santosa ponownie, kilka razy. Stąd wiemy, że była to zupełnie rzeczywista postać i miała posłuch wśród Aszaninków. Któregoś razu Juan Santos powiedział księżom, że wicekról Peru też ma się wynosić, bo on – Juan Santos Atahualpa – zamierza odebrać swoje królestwo. Najpierw się z tego śmiano, potem się okazało, że istotnie jest spisek wśród Indian na płaskowyżu. Spiskowców powieszono, a rozochocony wicekról wysłał wojsko w dżunglę. Okazało się jednak, że w dżungli pozbawiona przewodnika armia nie odnosi sukcesu. Zbudowano fort w Quimiri, ale Aszaninkowie nie chcieli żadnych fortów na swoim terytorium i oblegli go. Załoga fortu próbowała uciekać, ale daleko nie uciekła. Kiedy przyszły posiłki, okazało się, że w forcie są Aszaninkowie.

Nowoczesne domostwo Aszaninków

Nikt nie ogłosił końca wojny, nikt nie ogłosił zwycięstwa, tylko nikt do kraju Aszaninków nie jechał. Dopiero w 1756 roku do Quimiri dotarła wyprawa, której nikt po drodze nie atakował. Uznano więc, że rebelia się skończyła. Oznaczało to tylko, że skończyły się walki, bo do dżungli i tak się nikt nie wybierał. Nic też nie było wiadomo, co się w kraju Aszaninków dzieje, żadne informacje nie docierały do autorów wrogich relacji. Nikt nie był pewny, czy przywódca powstania Juan Santos Atahualpa jeszcze żyje. Jakieś tylko dochodziły pogłoski, że zniknął i został po nim kłąb dymu. Tak czy owak przez resztę XVIII wieku nikt się do peruwiańskiej dżungli nie wybierał.

Dopiero w XIX wieku jacyś „civilisados” zaczęli tam przenikać. W XIX wieku nastąpiło też coś, czego sami Indianie są w pewnym sensie sobie winni. W końcu to oni wiedzieli, że w dżungli rośnie drzewo kauczukowe, i że z soku tego drzewa można robić rzeczy o różnych kształtach. Jacyś biali ten kauczuk kupowali, ale handel kauczukiem niewiele znaczył dla Amazonii do momentu, kiedy Henry Ford zaczął produkować samochody na gumowych oponach. Wtedy się zaczęło.

Wcześniej jacyś biali, a także Metysi rozumiejący oba światy, kupowali kauczuk, a Indianin dostawał za to metalowe narzędzia. Metalowe narzędzia były bardzo użyteczne, zwłaszcza siekiery do karczowania lasu, co Indianin regularnie musiał robić. Kiedy jednak raptownie wzrósł popyt na kauczuk, ci co go kupowali chcieli go jak najwięcej, nie chcieli więc, by Indianin zajmował się karczowaniem lasu. Chcieli, by chodził po lesie i szukał drzew kauczukowych. Sprowadzali więc żywność z dalekich krajów i dawali Indianinowi wszystko na kredyt, byle ten kauczuk dotarł. Teoretycznie Indianin był zadłużony, ale dla niego to nie było nic nowego, w końcu tradycyjny indiański handel polegał na podarunkach dawanych w długich odstępach czasowych. Kiedy jednak rąk do pracy ciągle było mało, niektórzy biali oferowali nawet strzelbę za dziecko, które będzie można nauczyć szukania drzew kauczukowych w lesie. To też nie było nic nowego, w końcu tradycyjne indiańskie wojny polegały na zabijaniu mężczyzn w napadniętej osadzie i braniu w niewolę młodych kobiet i dzieci. Oczywiście napastnicy uzbrojeni w boń palną mieli dużą szansę na sukces, jeśli napadnięci mieli tylko łuki i strzały. Taka była ekonomia dżungli, dopóki był popyt na kauczuk.

Wnętrze nowoczesnego domu Aszaninków
Wszystko się skończyło na początku XX wieku. Znana jest historia jak to jacyś Anglicy przeszmuglowali nasiona drzew kauczukowych i założyli plantacje w Malezji, co spowodowao drastyczny spadek cen kauczuku. Dla niektórych ludzi w Amazonii, którzy w ciągu kilku poprzednich lat stali się nagle niesłychanie bogaci, był to szok, bo raptem przestali być niesłychanie bogaci. Nie mieli za co kupić żywności w Europie by nakarmić swoich Indian, którzy przecież przestali uprawiać swoje poletka manioku. Natomiast dla Indian, którzy nie uprawiali manioku, tylko chodzili szukać drzew kauczukowych po lesie albo polowali na dzieci – była to najzwyczajniej zdrada. Jak to – nie dostaną żywności za kauczuk? Nie dostaną strzelby za dziecko?

Tylko te strzelby już wśród Indian były. No i byli krewni, którzy chcieli odzyskać dzieci. Kiedy skończyły się dostawy żywności, skończyło się dostawanie strzelby za dziecko – Aszaninkowie zaczęli odbierać dzieci przy pomocy tych strzelb, które już mieli. Ale nie było to odbieranie dzieci tu i tam, raczej to wygląda na działanie zaplanowane przez kogoś, kto rozumiał świat białego człowieka.

Najpierw przerwana została komunikacja z Limą: puszczone z dymem zostały gospody dla mułów i poganiaczy na „szlaku Pichis”. Szlak ten prowadził od miasta La Merced (dawniejszej misji Quimiri) do Puerto Bermudez nad rzeką Pichis. Rzeka Pichis była dość szeroka, by mogły po niej pływać statki, a wpadała do Ukajali i można nią było dopłynąć do Iquitos. Karawana mułów potrzebowała kilku dni, by przebyć szlak Pichis z La Merced do Puerto Bermudez, ale w owym czasie było to jedyne połączenie pomiędzy Limą a Iquitos. Więc jak kilka gospód zostało puszczonych z dymem, a z pozostałych załoga uciekła, tego połączenia nie było. W dodatku Indianie zrąbali też słupy telegraficzne (siekiery też już mieli). Później była seria ataków na składy kauczuku nad Ukajali, połączone z zabiciem właściciela i uwolnieniem dzieci. To wszystko się skończyło w 1915 roku bez jakiegoś wielkiego ogłoszenia zwycięstwa, ale efekt był taki, że kraj Aszaninków uznano za taki, do którego lepiej nie wjeżdżać.

Więc nie jechano tam. Nie pisano też o tym kraju specjalnie. Informacje o atakach na składy kauczuku czy na gospody na szlaku Pichis są w lokalnej prasie tego czasu, ale nigdzie poza tym. Nikt ważny tam nie jechał, na pewno nie żurnaliści ze stołecznej prasy. Kraj Aszaninków jakby nie istniał.

Lokalna prasa lat 1912-1915 nie tylko pisała o tych wydarzeniach, ale pisała też o przywódcy całej tej rebelii, którego nazywała imieniem Tasulinchi. Polski podróżnik kapitan Lepecki, który był nad Ukajali parę lat później, nawet spotkał tego człowieka. Chodził on w takiej samej tunice jak wszyscy inni Indianie, ale mówił płynnie po hiszpańsku i niewątpliwie miał posłuch wśród Aszaninków. Kapitan Lepecki to spotkanie opisał, ale po polsku, a peruwiańska prasa przestała pisać o atakach na składy kauczuku, skoro tylko te ataki się skończyły. Tak że powstanie Aszaninków zostało zapomniane. Dopiero niedawno specjalista w tej dziecinie Fernando Santos-Granego natknął się na relację kapitana Lepeckiego, zaczął szperać po lokalnej prasie i wyszło mu, że jak najbardziej było udane indiańskie powstanie, o którym peruwiańska historiografia milczy, bo się wstydzi, że Peruwiańczycy na swoim własnym (niby) terytorium dostali najzwyczajniej w dupę.

Kuchnia w nowoczesnym donu Aszaninków
I nie był to ani pierwszy, ani ostatni raz.

Z punktu widzenia lewicowców z Europy, a także ich południowoamerykańskich naśladowców, w czasach kauczukowego boomu Indianie z dżungli byli strasznie wyzyskiwani. Tymczasem sami Indianie się zbuntowali, kiedy cały ten boom się skończył. A może ktoś tu czegoś nie zrozumiał? Ja mam wrażenie, że całe to niezrozumienie jest charakterystyczne nie tyle dla tego regionu, co dla tej całej europejskiej lewicy i jej południowoamerykańskich naśladowców.

Potwierdza to historia z lewicową partyzantką w dżungli, która chciała polepszyć los uciskanych Indian. W Peru były tak naprawdę dwie partyzantki, jedna w stylu Che Guevary, popierana przez Kubę, druga maoistowska, zwana Sendero Luminoso, czyli Świetlisty Szlak. Dla obserwatorów zza morza jest między tymi partyzantkami szalona różnica, natomiast dla Aszaninków, którzy są na miejscu, to jeden pies. Wiem to na pewno, bo byłem tam, rozmawiałem z Aszaninkami i wiem, że im się te dwie armie myliły.

A zaczęło się od tego, że Alejandro Calderon, ważna postać w administracji regionu, został w 1989 roku przez tych partyzantów w stylu Che Guevary uprowadzony i stracony właśnie dlatego, że był ważną postacią w administracji regionu. Tyle że Alejandro Calderon to był Aszaninka i miał zaufanie współplemieńców i efekt był taki, że Aszaninkowie na wstępie byli wrogo nastawieni do lewicowych partyzantek. A kiedy Sendero Luminoso wparowali z kałaszami do Puerto Bermudez i wysadzili bank, Aszaninkowie zorganizowali armię, która nie miała kałaszy, tylko łuki, ale i tak wygrała tę wojnę. Łuki, bo to cicha broń. Aszaninkowie poruszali się cicho po lesie, porozumiewali się naśladując głosy ptaków. Senderyści trzymali się w grupie, ale jak ktoś się oddalił od grupy by na przykład zrobić kupę, to go potem znajdywano najeżonego strzałami jak święty Sebastian. Paru takich najeżonych zrobiło swoje – przez jakiś czas Puerto Bermudez było miastem, do którego się nie jechało.

Dziś już można tam pojechać i nie być zastrzelonym z łuku. W dodatku dawny szlak Pichis funkcjonuje, acz nie ma po drodze gospód, bowiem całą drogę z La Merced można przebyć w ciągu dnia. Niektórzy jadą na pace furgonetki, inni samochodem regularnie kursującym na tej trasie; autobusów nie ma. No i szlak nie jest już najważniejszy, jest więcej dróg przez góry do Amazonii.

Kuczma, czyli tradycyjna tunika
Można tam dojechać, co wiem, bo tam pojechałem. Byłem w Puerto Bermudez, byłem też w pobliskiej wsi Aszaninków zwanej San Martin de Kirishari, acz przezornie wprowadzony przez ich znajomego. Była to wieś składająca się z kilku domostw, co u Aszaninków raczej niespotykane, a spowodowane zapewne tym, że była tam też szkoła. Domy miały ściany zbite z desek, ale tylko zewnętrzne ściany. Wnętrze było jedno, w którym spali i dorośli, i liczne dzieci, i przygodni wędrowcy jak my (acz w okolicy widzieliśmy również domy bez ścian). Domy były na wysokich palach, tak że ziemne robactwo z dżungli tam się nie dostało. Supermarketu w pobliżu nie było, więc jedzono to, co urodziła czakra (poletko), czyli przede wszystkim maniok. Jedzono także małe rybki złowione w pobliskim strumyku. Mieszkańcy mówili, że im supermarket niepotrzebny, czakra dostarcza wszystkiego, co potrzeba. Tym niemniej tylko starsi ludzie chodzili w tradycyjnych tunikach, młodsi ubierali się w dżinsy kupione zapewne w Puerto Bermudez.

No i wszyscy młodsi mówili po hiszpańsku, dzieci miały hiszpańskojęzyczne książki do nauki pisania. Dlatego mogliśmy się dogadać. Dlatego też wiem, że im się te komunistyczne partyzantki mylą, że dla nich to jeden pies. O Świetlistym Szlaku było kiedyś głośniej, dlatego im przypisują morderstwo Calderona. Tak czy owak i do jednych i do drugich strzelają z łuku. Lewicowe idee wysmażone gdzieś daleko za morzem, tu w dżungli nadziewają się na strzały wystrzelone z krzaków.

Stąd nauka jest dla lewicowych aktywistów: rozprzestrzenianie idei wysmażonych gdzieś za morzem może napotkać problemy w kraju nieprzejednanych wojowników.

Saturday, August 24, 2024

Czy feminizm poniża kobiety? (cykl tekstów z adrenaliną)

 Jestem zdecydowanym przeciwnikiem feminizmu. Nie dlatego, bym miał coś przeciw facetom wracającym z pracy i zabierającym się do gotowania obiadu. To jest praktyczna strona współczesnego życia i tak naprawdę nie ma nic do rzeczy. Nie mam też nic przeciw kobietom na przykład latającym na myśliwcach, jeśli chcą i potrafią, byle nie chodziło o wypełnienie jakiegoś parytetu. Chodzi o to, że feminizm jako ideologia tak naprawdę poniża kobiety.

Brzmi dziwnie?

Może, ale ja mam dowody. Dwa dowody. Zdroworozsądkowe i logiczne.

Po pierwsze - feministki z założenia deprecjonują to, co kobiety zawsze robiły, we wszystkich społeczeństwach. Cokolwiek robiły kobiety jest z definicji gorsze, niejako w definicji feminizmu zawarte jest twierdzenie, że cokolwiek tradycyjnie robili mężczyźni, jest lepsze. We wszystkich społeczeństwach kobiety zajmowały się opieką nad dziećmi, zwłaszcza małymi, ale wedle feministek właśnie to zajęcie jest gorsze od tego, czym w tym samym czasie zajmowali się faceci. Czymkolwiek by się nie zajmowali, zawsze jest to lepsze i kobiety powinny być do tego "dopuszczone". Ale czy deprecjonowanie tego, co kobiety zawsze robiły, nie jest poniżaniem kobiet?

Drugi dowód tak naprawdę dyskwalifikuje feminizm jako spójną ideologię. Czego bowiem domagają się feministki? Ano domagają się jakichś praw, których one same nie mają. Takie domaganie się zakłada, że jakieś takie prawa są i ktoś je może przyznać. Kto te prawa ma i kto je może przyznać? Oczywiście nie kobiety, które - zdaniem feministek - tych praw nie mają. Kto zatem? Logicznie z powyższego wynika, że owe prawa ma i może je kobietom przyznać druga połowa ludzkości, czyli mężczyźni. Wiec jak to jest - występowanie przeciw drugiej połowie ludzkości, a jednoczesna proszenie, by ta druga połowa jakieś prawa przyznała? Czy nie brzmi to jak sprzeczność?

Owszem, wygląda na sprzeczność, a żeby nie tak nie wyglądało trzeba założyć, że feministki tylko tak wyglądają, jakby się czegoś domagały, a w rzeczywistości nie domagają się, tylko uniżenie proszą, by im jakieś prawa przyznać.

Sorki, ale w moim słowniku to właśnie jest poniżanie kobiet.

Poniżaniem kobiet jest oczywiście sama wizja świata, w którym kobiety są w jakiś sposób gorsze. Ja tej wizji świata nie podzielam. W mojej wizji świata kobiety i mężczyźni wzajemnie się uzupełniają. Jest to wizja niejako ewangeliczna: kobieta i mężczyzna będą "jednym ciałem i jedną duszą", będą wzajemnie dla siebie "druga połową" (po angielsku wyrażenie "my other half" oznacza współmałżonka, a polskie słowo "połowica" też zapewne taki ma źródłosłów).

W mojej wizji świata kobiety i mężczyźni są partnerami. Najbardziej oczywistym miejscem, gdzie takie partnerstwo jest widoczne, jest małżeństwo. Przy czym żeby nie było niejasności - nie chodzi mi o jakąś magiczną formułkę, którą nad głowami dwojga ludzi wypowiada przedstawiciel jakiejś wspólnoty religijnej. Nie chodzi też o prawną formułkę wypowiadaną w analogicznej sytuacji przez przedstawiciela instytucji państwa. Chodzi mi o fakt: kobieta i mężczyzna żyją ze sobą przez całe życie, a kiedy jedno z nich umiera, drugie nie wie co ze sobą zrobić. Nie chodzi o zależność praktyczną; w dzisiejszych czasach automatycznych pralek i prefabrykowanych obiadów, kiedy kobiety pozostające "przy mężu" są raczej rzadkością, tradycyjny podział zajęć domowych przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Chodzi o taką zależność psychiczną, która zapewne nie jest udziałem wszystkich, ale która jest wystarczająco częsta, by być uznana za normę. Chodzi o sytuację, kiedy egoistycznie pojęte dobro własne ustępuje miejsca dobru wspólnemu.

Takie partnerstwo nie jest udziałem wszystkich, pary patologiczne istnieją, ale słusznie nazywa się je "patologicznymi". Przemoc domowa jest niewątpliwie patologią. A w mojej wizji świata patologią jest każda sytuacja, gdzie egoistycznie pojęte dobro własne jest nadrzędne wobec dobra wspólnego.

Jest to wizja świata nie do pogodzenia z feminizmem. W feministycznej wizji świata oczywistością jest nadrzędność egoistycznie pojętego dobra własnego. Mężczyźni dbają o swoje dobro kosztem kobiet i w tym celu tworzą tajemną strukturę, którą feministki nazywają "patriarchatem". Kobiety w tej wizji walczą o swoje przeciwko mężczyznom, ale nadal dobro własne jest nadrzędne. Sytuacja, która w mojej wizji świata jest patologiczna, w feministycznej wizji świata zdaje się być normalna.

"Dobro własne ustępuje miejsca dobru wspólnemu" - do tej wspólnoty należy nie tylko współmałżonek, ale też owe tak zwane "owoce małżeństwa". A ja, inaczej niż feministki, pełen jestem podziwu dla tego, do czego tylko kobiety są zdolne: tylko kobiety są zdolne do bycia mamą. Feministkom może się to wydawać niewiarygodne, ale jednak jest prawdą: każdy Napoleon i każdy Bach miał swoją mamę. Może i byli wielcy, niech im będzie, ale ta mama też w owej wielkości ma swój udział. 

A tak na marginesie - każda Joanna d'Arc też swoją mamę miała. 

A tak na drugim marginesie: całkowicie się zgadzam z tezą, że wychowywanie dzieci to pełnowymiarowa praca. Był czas, kiedy uważano, że ktoś (zwykle facet) jest żywicielem rodziny, a osoba (zwykle kobieta) zajmująca się wychowaniem dzieci korzysta z dochodów żywiciela rodziny. Dziś zakłada się, że kobieta powinna na siebie pracować. A skoro wychowywanie dzieci jest pełnowymiarową pracą, to bycie mamą powinno być uznane za zawód. Tak więc jeśli jakaś partia zaproponuje wynagradzanie mam, to chyba taki program poprę. 


Więcej podobnych tekstów z dodatkiem adrenaliny w mojej książce 

"ADRENALINA, czyli antologia przeciwnych poglądów"

Thursday, July 18, 2024

Czy można urodzić się gejem? (cykl tekstów z adrenaliną)

Nie podejmuję tego tematu dlatego, że mam jakąś wewnętrzną potrzebę jego podjęcia. Raczej podejmuję go dlatego, że jest to temat w naszych czasach modny, a jednocześnie podejmujące go teksty okazują kompletny brak jasności myślenia.

Zacząć trzeba od paru oczywistości. Nie od wierzeń tej czy innej grupy ludzi ani od teorii naukowych, ale oczywistości. To, że każdy człowiek kiedyś umrze, nie jest ani wierzeniem jakiejś grupy ludzi (na przykład religijnym), nie jest też teorią naukową, to jest oczywistość. To, że każdy człowiek kiedyś się urodził, też jest oczywistością. Otóż oczywistością należącą do tej samej kategorii jest twierdzenie, że narządy rodne służą do przekazywania życia. To nie jest teoria naukowa ani przedmiot wierzenia jakiejś grupy religijnej, to jest oczywistość. Zarówno przyjemność doznawana w czasie aktu przekazywania życia jak i popęd do tego, by owe akty wykonywać, są niejako podrzędne; są po to, by poszczególni osobnicy dążyli do wykonywania tego aktu.

Kolejną oczywistością jest, że je się po to, by przedłużać życie danego osobnika, a zarówno pojawiające się czasem uczucie głodu jak i przyjemność doznawana w czasie jedzenia smacznych potraw jest podrzędna; jest po to, by skłaniać danego osobnika do jedzenia. Nikt nie twierdzi (jak dotąd, nigdy nie wiadomo, co kto może za jakiś czas wymyślić), że celem jedzenia jest przyjemność doznawana w czasie spożywania smacznych pokarmów.

Istotne jest tu rozróżnienie pomiędzy celem a motywacją. Tak jak celem edukacji jest przygotowanie do lepszego startu w późniejszym życiu, ale motywacją kilkulatka do odrabiania lekcji jest cukierek, który dostanie jak skończy, tak celem jedzenia może być przedłużenie życia, ale przygotowując posiłek można o tym nie pamiętać i chcieć zjeść coś smacznego.

Dlatego twierdzenie, ze celem zachowań seksualnych jest doznawanie przyjemności jest pomieszaniem pojęć. Jest myleniem celu z motywacją. Twierdzenie, że niektórzy się rodzą z wrodzoną skłonnością do doznawania owej przyjemności z osobą tej samej płci - jest pomieszaniem tych samych pojęć. Jest oznaką braku jasności myślenia. Twierdzenie, że niektórzy się rodzą z taką właśnie skłonnością zdaje się być w ostatnich czasach jakby paradygmatem, jest to jednak paradygmat nie mający żadnych racjonalnych podstaw.

Nie ma i nie może ono mieć podstaw naukowych. Jedyne co może mieć to to, że osoby z jakimiś naukowymi tytułami takie twierdzenia głoszą. Jako się rzekło - nie jest to temat, który by mnie fascynował, nie czytałem więc rozważań z których by wynikało, że skłonności do czerpania przyjemności z zachowań seksualnych z osobami tej samej płci jest wrodzona. Wiem jednakże wystarczająco dużo o zasadach prowadzenia badań naukowych by wiedzieć, że twierdzenia takie nie mogą być wynikiem badań naukowych.

Już wyjaśniam o co chodzi. Otóż teorie naukowe wysnuwane są na podstawie eksperymentów, które inni mogą powtórzyć i sprawdzić. Mogą być też wnioski wysnuwane na podstawie danych statystycznych, które też mogą być ponownie zebrane. Aby sprawdzić skuteczność leków trzeba zawsze badać dwie grupy ludności, jednej podając lek, drugiej placebo. Dane anegdotyczne są (w takim przypadku) niedopuszczalne. Nie można naukowo stwierdzić, że lek działa, bo jakaś ciotka go użyła i zadziałało.

Tymczasem osoby czerpiące przyjemność z zachowań seksualnych z osobnikami z tej samej płci twierdzą czasem, że "zawsze ich interesowała nagość osób tej samej płci", ale są to wyłącznie dane anegdotyczne, czyli żadne. Można założyć, że skoro osoby te otwarcie określają same siebie jako "geje", to przeszły już inicjację seksualną. Czy taka inicjacja nie mogła mieć wpływu na późniejsze wybory?

W czasach kiedy ja byłem nastolatkiem i czytałem książki o seksie paradygmatem była teza, że o późniejszych wyborach decyduje prawo pierwszych połączeń, czyli inaczej - że pierwsze doświadczenia sprawiające przyjemność są następnie powtarzane. Czyli że jeśli ktoś miał inicjację z osobą tej samej płci, to następnie dążył do podobnych przeżyć. To nie była teoria naukowa oparta na badaniach, natomiast opierała się na założeniu, że wszyscy ludzie rodzą się tacy sami, a jedynie doświadczenia życiowe wpływają na późniejsze wybory. Ta teza została zastąpiona inną tezą, również nie opartą na badaniach, ale wychodzącą z założenia, że niektórzy ludzie wprawdzie wyglądają tak samo jak wszyscy, ale są już od urodzenia inni. Ta teza rozpowszechniona została tylko przez wielokrotne powtarzanie. Nie ma i nie może ona mieć podstaw naukowych.

Aby mieć rzeczywiście naukowe dane na temat tego, czy inicjacja seksualna z osobą tej samej płci ma wpływ na późniejsze wybory osoby poddanej takiej inicjacji, musielibyśmy przeprowadzić eksperyment - na przykład pewną grupę ludzi nieaktywną seksualnie poddać inicjacji z osobami tej samej płci, inną grupę kontrolną, również nieaktywną seksualnie, poddać inicjacji z osobami płci przeciwnej, a następnie mieć dane dotyczące ich późniejszych wyborów. Taki eksperyment nie tylko nie został przeprowadzony, ale przeprowadzony być nie może, bowiem w naszej kulturze jak dotąd (Bogu dzięki) inicjacja seksualna uważana jest za sferę życia zbyt intymną, by być przedmiotem eksperymentów. Dlatego właśnie trudno mi sobie wyobrazić jakikolwiek eksperyment w tej dziedzinie. Tymczasem bez przeprowadzenia badań naukowych teza, że niektórzy ludzie wyglądają wprawdzie tak samo, ale w rzeczywistości są inni niż wszyscy - jest bezpodstawna.

Piszę o wyborach (tych po inicjacji seksualnej), bowiem decyzja o tym z kim prowadzić życie seksualne - jest zawsze wyborem. Skłonności mogą mieć wpływ na wybory, ale to nie one są decydujące. Człowiek może mieć skłonność do jedzenia smacznych rzeczy na sam ich widok, ale przecież nikt nie je prosto z półki apetycznie zaprezentowanej żywności w supermarkecie. Wiele osób może mieć skłonność do współżycia seksualnego z osobami innymi niż współmałżonek, jednak wybiera wierność współmałżonkowi. Oczywiście jest też wiele osób, które wybierają niewierność albo i rozpustę, ale to nie skłonność jest tu decydująca. Osoby wybierające celibat wcale niekoniecznie mają do niego skłonność, podobnie jak osoby decydujące się na post wcale niekoniecznie mają skłonność do niejedzenia. Zwracam przy tym uwagę, ze piszę wprawdzie o wyborach, ale nigdzie nie napisałem, że którykolwiek wybór jest naganny.

Ten artykuł nie zawiera ocen. Jeżeli czytelnik w tym artykule widzi oceny, to sam jest ich źródłem. W żadnym miejscu nie jest tu napisane, że czerpanie przyjemności ze stosunku seksualnego z osobami tej samej płci jest naganne. Co najwyżej z tezy (oczywistej), że narządy rodne służą do prokreacji, a przyjemność doznawana przy tej okazji jest elementem podrzędnym - można wywnioskować, że doznawanie przyjemności z zachowań seksualnych z osobami tej samej płci jest zachowaniem zastępczym, czyli że narządy rodne są używane do osiągania przyjemności z pominięciem ich głównej funkcji. Tyle że taki wniosek nie jest w żadnym razie oceną. Nigdzie w tym tekście nie jest powiedziane, że zachowania zastępcze są naganne. Co więcej - wszelkie zachowania seksualne, które mają dostarczyć przyjemności nie doprowadzając do ciąży, są w takim sensie zachowaniami zastępczymi. Dotyczy to również praktyki okresowej wstrzemięźliwości, czyli powstrzymywanie się od stosunku (heteroseksualnego) w okresie płodnym kobiety, ale praktykowanie go w okresie niepłodnym. Zatem jeśli ktoś w moim tekście widzi ocenę, ten tak naprawdę sam ocenia. I w tym właśnie jest istota sprawy.

Teza o wrodzonej skłonności do pewnych zachowań seksualnych jest (jak wynika z powyższego tekstu) pozbawiona racjonalnych podstaw, a jednak jest z jakiegoś powodu uparcie głoszona. Z jakiego powodu? Jestem skłonny sugerować, że odpowiedź jest zawarta w samej tej tezie. Wrodzone skłonności miałyby tłumaczyć pewne zachowania. Tylko po co takie tłumaczenie? Dla porównania preferencje kulinarne są również różne, a przecież nikt nie powtarza uparcie tezy o wrodzonej skłonności do tej czy innej preferencji kulinarnej. No tak, ale nikt nie uznaje żadnej preferencji kulinarnej za naganną. A kto uznaje za naganne preferencje seksualne? Otóż jestem skłonny przypuszczać, że sam fakt szukania usprawiedliwienia dla jakichś zachowań seksualnych sugeruje, że owi szukający uważają tego rodzaju zachowania za naganne.

Dodatkowym problemem jest użycie słów "miłość" i "kochanie". Niektórzy podobno "kochają" osoby tej samej płci i dlatego powinni z tymi osobami współżyć seksualnie. W zasadzie jest to nadużycie, świadome mieszanie pojęć ułatwione tym, że słowa "miłość" i "kochanie" mają wiele znaczeń, nierzadko przeciwstawnych. Nikt się przecież nie dziwi miłości między rodzicami a dziećmi (a więc także między matką a córką lub między ojcem i synem), ale jeśli w tym kontekście zachodzą jakieś kontakty seksualne, są one uważane (nawet w naszym świecie pomieszanych pojęć) za zboczenie. Jednakże słowo "miłość" może mieć znaczenia przeciwstawne nawet w sytuacji, kiedy kontakt seksualny nikogo by nie dziwił. Mężczyzna kochający kobietę zamężną może (jednym znaczeniu tego słowa) robić wszystko, by mieć ją dla siebie, a więc i doprowadzić do rozpadu małżeństwa, może też (w przeciwnym znaczeniu) robić wszystko, by była szczęśliwa w swym małżeństwie (tak jak robił główny bohater filmu "Casablanca"). Dlatego twierdzenie, że "miłość" musi prowadzić do kontaktów seksualnych, jest nieuzasadnione. A jednak jest uparcie powtarzane. Dlaczego? Znów mi to wygląda jakby ktoś szukał usprawiedliwienia dla zachowań, które sam w głębi serca uważa za naganne.

Jednakże jest też bardziej złowroga strona tezy, że niektórzy ludzie wprawdzie wyglądają tak samo, ale w rzeczywistości są od urodzenia inni niż otaczająca ich większość. Taka teza była już kiedyś głoszona, też stała się paradygmatem przez czcze powtarzanie, powtarzana była przez autorytety z tytułami uniwersyteckimi, poparta wywodami uznawanymi podówczas za "naukowe". Żeby nie być gołosłownym rzucę jedno nazwisko: Houston Stewart Chamberlain, sztandarowa postać tak zwanego "naukowego rasizmu". Głosił on, że niektórzy ludzie wprawdzie wyglądają tak samo jak inni, ale mają wrodzoną tendencję do niszczenia społeczeństwa i w zasadzie należałoby się ich pozbyć. Wtedy nie chodziło o skłonności do zachowań seksualnych tylko o to, jaką religię wyznawali przodkowie. Wtedy również nie było żadnych badań, które można by uznać za naukowe, było jedynie powtarzanie. Jak się to wszystko skończyło, wiadomo.


* * *

Kilka słów gwoli powtórki, bo mam wrażenie że trzeba tu trochę łopatologii.

Ten tekst jest świadomie napisany bez oceniania by było jasne, że oceniającym jest tak naprawdę czytelnik. Piszę wprawdzie o wyborach, ale nigdzie nie jest napisane, że ten czy inny wybór jest naganny. Jeśli czytelnik widzi w tym tekście ocenę, to on jest jej źródłem. Napisałem ten tekst widząc, że teza o "wrodzonej" skłonności do pewnych zachowań stała się jakby paradygmatem, a ja sądzę, że nie ma on żadnych podstaw.

Celem tego tekstu nie jest ocenianie i tak naprawdę moja ocena tej czy innej aktywności jest tu bez znaczenia. Celem tego tekstu jest pokazanie, że:

  • - samo szukanie usprawiedliwienia dla jakieś aktywności jest podbudowane oceną, czyli inaczej kto szuka usprawiedliwienia, ten sam tak naprawdę ocenia (oczywiście negatywnie, skoro szuka usprawiedliwienia).

  • - twierdzenie, że pewne skłonności seksualne są wrodzone, nie ma i nie może mieć uzasadnienia naukowego, bowiem ewentualne badania dotyczyłyby sfery zbyt intymnej, by mogła być przedmiotem eksperymentów. Dlatego takie uparcie powtarzane twierdzenie jest w swej istocie szukaniem usprawiedliwienia.

Nie jest celem tego tekstu udowodnienie, że pewne skłonności nie mogą być wrodzone, a jedynie, że nie można takiej wrodzoności naukowo udowodnić. Skoro nie można udowodnić wrodzoności, to nie można również udowodnić tezy przeciwnej, ale to nie ma się nijak do argumentu: twierdzenie, że pewne skłonności seksualne są wrodzone, nie ma i nie może mieć uzasadnienia naukowego.

Piszę też o oczywistościach, bo w dzisiejszym świecie "nauka" stała się jakimś fetyszem, osoba z tytułem naukowym jest - niczym jakiś kapłan - niepodważalnym autorytetem. A przecież do niektórych twierdzeń wcale nie trzeba nauki, bo są oczywiste. Mi chodzi przede wszystkim o jasność myślenia. Teza o "wrodzoności" jest akurat w modzie, moda z całą pewnością przeminie, natomiast istotne jest, by nie przeminęła jasność myślenia.

I na koniec trochę łopatologii o ostatnim akapicie. Obecnie modne są zarówno teza o "wrodzonej skłonności do pewnych zachowań" jak i pozytywne nastawienie wobec osobników, którzy takie "wrodzone skłonności" mają. To się może zmienić, na przykład może pozostać teza o "wrodzoności", a pozytywne nastawienie się może przestać być pozytywne. Nastawienie do Żydów zmieniło się diametralnie, tak samo może się zmienić nastawienie do gejów. Już w tej chwili zaczyna się uważać skłonność do pedofilii za wrodzoną, ale już nastawienie do osób ją przejawiających pozytywne nie jest. Czy trudno sobie wyobrazić nagonkę na ludzi o takich czy innych skłonnościach, a za ileś tam lat przejęcie władzy przez jakąś partię, która będzie wcielać w życie jakieś absurdalne tezy? Dlatego uważam, że obrona jasności myślenia jest bardzo istotna.



Więcej podobnych tekstów z dodatkiem adrenaliny w mojej książce 

"ADRENALINA, czyli antologia przeciwnych poglądów"



Saturday, July 13, 2024

Feminizm jako choroba psychiczna (cykl tekstów z adrenaliną)

Dziś będzie o takiej kulturze, której z różnych względów postanowiłem nie nazywać po imieniu. Dlaczego? Na razie zmilczę, tym niemniej zapewniam, że pomimo dziwności opisywanych poniżej zachowań jest to najprawdziwsza kultura rozwijająca się w wysoko rozwiniętym kraju.

Otóż w pewnym kraju za górami za lasami powszechnie uznaną teorią powstania i rozwoju życia na Ziemi jest teoria ewolucji. Z teorii tej wynika, że istoty żywe ciągle się zmieniają, powstają wciąż nowe gatunki, w wyniku takiej ewolucji wzmacniane są cechy przysparzające potomstwa, natomiast eliminowane są cechy zmniejszające szanse na potomstwo. Teoria owa wydaje się być na pierwszy rzut oka całkiem sensowną, na drugi rzut oka też, dlatego dziwić może, że w owym kraju pojawił się w pewnym momencie ruch dążący do odrzucenia tej teorii. Podstawą do tego odrzucenia ma być sprawiedliwość społeczna. Dziwne, prawda? Ja też się dziwię. Istnieje w owym kraju spora grupa ludzi, która zamiast normalnych zachowań seksualnych prowadzących do stosunku seksualnego pomiędzy osobnikami przeciwnej płci i ostatecznie do prokreacji – woli zachowania, które również nazywa seksualnymi, ale które seksualnymi z definicji być nie mogą, bowiem odbywają się pomiędzy osobnikami tej samej płci, czyli w żadnym razie do prokreacji prowadzić nie mogą, czyli – jeszcze innymi słowy – są całkowicie bezpłodne. Zachowania te objęte zostały tą samą nazwą, ponieważ towarzyszy im zdejmowanie majtek (które w owym kraju kojarzy się z seksem) oraz pobudzanie narządów płciowych. Osobnicy owi bardzo lubią się oddawać takim zastępczym zachowaniom, twierdzą przy tym, że odczuwana przez nich tendencja jest wrodzona. Teza o wrodzonej skłonności do erzacu dowodzi oczywiście, że teoria ewolucji jest nieprawdziwa, bowiem wedle niej cecha obniżająca szanse wzbudzenia potomstwa powinna zostać wyeliminowana wiele milionów lat temu. Tymczasem zwolennicy erzacu uważają się za inny rodzaj ludzi stanowiący mniejszość i – domagający się praw. Jednym z głównych żądań jest oficjalne uznanie tej tendencji za wrodzoną. Skoro normalne zachowania seksualne są wrodzone, to skłonność do zachowań zastępczych powinna być uznana za wrodzoną, wówczas głoszenie tezy przeciwnej byłoby nielegalne. Tak więc teorię ewolucji należy zdelegalizować.

Zwolennicy erzacu w owym kraju domagają się praw, które nazywają równymi, ale tak naprawdę chodzi nie o prawa równe, lecz równiejsze. Twierdzą oni nierzadko, że nie mają „żadnych praw”, ale jest to oczywista nieprawda, mają bowiem prawa dokładnie takie same jak wszyscy inni. Mają prawo do wchodzenia do wszystkich restauracji i autobusów, mają prawo do nauki, do opieki zdrowotnej, do służby w armii, do głosowania i do kandydowania we wszelkich wyborach, mają prawo do zawierania małżeństw z (tak jak wszyscy inni) osobami płci przeciwnej i po zawarciu takiego małżeństwa do adoptowania dzieci. Zwolennicy erzacu twierdzą jednak, że prawa do adopcji nie mają. Żądają oni, by „małżeństwami” nazywano związki dwojga osobników płci tej samej i by takie „małżeństwa” miały prawo adoptować dzieci. Żądają oni, by – jak na pewnej planecie, którą swego czasu odwiedził sławny podróżnik Ijon Tichy – oficjalnie zadekretowano, że np. mężczyzna może być matką, ewentualnie że dziecko nie potrzebuje matki (co w sumie na jedno wychodzi). Żądają oni również, by oficjalnie zadekretowano, że prawo do adopcji ma nie dziecko, że to nie dziecko ma prawo bycia adoptowanym przez najlepszą dlań rodzinę, lecz że mają je potencjalni „rodzice”, którzy dziecka potrzebują, by na nim spełniać jakieś swoje naturalne potrzeby.

Nie jest to jedyny ruch walczący w tym kraju o sprawiedliwość społeczną i posługujący się w swej walce tego rodzaju błyskotliwą inteligencją. Istnieje tam pewna grupa kobiet (mniejszość, na szczęście dla kobiet w ogólności), która uważa, że jest prześladowana ze względu na swoją kobiecość. Przykłady owego prześladowania podaje różne, jeden z nich, dość typowy, jest następujący: w dominującej w owym kraju religii funkcje kapłańskie spełniali zawsze wyłącznie mężczyźni. Kapłaństwo jest oczywiście uważane za służbę, sam ryt święceń kapłańskich zawiera szereg znaków pokory (jak leżenie przez jakiś czas krzyżem), owe bojowniczki domagają się jednak tego, by i one mogły służyć w taki sposób, w jaki one uznają za stosowne. Jakoś nie przychodzi im do głowy, że domaganie się jest niekompatybilne z pokorą. Nie przychodzi im do głowy, że służba polega na robieniu tego, o co się jest poproszonym, a nie na domaganiu się. Z tego wynika, że bojowniczki owe nie domagają na umyśle. Na całe szczęście stanowią one mniejszość stanu kobiecego, większość kobiet jest zdrowa na umyśle i potrafi zrozumieć znaczenie słów i zachowań.

Owe domagające się kobiety nie potrafią poprawnie rozumować, nawet lekcja marksizmu spłynęła po nich jak po kaczce. Przypomnijmy na wstępie na czym polegał marksizm. Otóż w owym systemie wniosek był z góry ustalony, a całe „rozumowanie” polegało na znajdywaniu „przesłanek” mających ten wniosek uzasadnić. Oczywiście tego rodzaju „rozumowanie” jest równie płodne, co zabawa dwóch facetów pobudzających wzajemnie swe genitalia. „Przesłanki” tym sposobem znalezione niczego nie udowadniają, mogą jedynie zwodzić i fałszować rzeczywistość. Prawdziwe rozumowanie jest procesem odwrotnym: jest to wyciąganie wniosków z posiadanych informacji, jest to proces stosowany po to, by wynikające zeń działanie miało sens. Człowiek stosujący prawdziwe rozumowanie nie ma problemów ze zmianą poglądów w przypadku zmiany (zwiększenia) zasobu wiedzy stanowiącego ich podstawę. Na tym polega warunkowość wszystkich teorii naukowych, na tej też zasadzie nowe technologie wypierają stare. Marksizm oczywiście nie należał do teorii naukowych, był tylko „teorią”, jednakże jej prawdziwość została zadekretowana i głoszenie poglądów przeciwnych było niezgodne z prawem. Głosiciele marksizmu na próby podważenia tej „teorii” reagowali nie polemiką, ale telefonem do odpowiedniej instytucji. Owe domagające się kobiety w kraju, o którym mówimy, z niedawnej historii marksizmu nie wyciągnęły żadnych wniosków i do dziś funkcjonują podobnie: mają gotową „tezę”, a całe ich „studia” oraz „rozumowanie” polega jedynie na szukaniu przesłanek mających ową tezę udowodnić. Są oczywiście i różnice, na przykład na próbę polemiki reagują one nie telefonem, lecz kocim wrzaskiem, choć dążą też do tego – na razie bez wielkiego sukcesu – by przynajmniej niektóre swoje tezy zadekretować prawnie jako prawdziwe tak, by głoszenie poglądów przeciwnych uznane było za dyskryminację i zwalczane przez policję. Na razie bez wielkiego sukcesu, bo na całe szczęście stanowią one mniejszość kobiecego rodzaju.

Dziwna kultura, prawda? Ja też się dziwię. A gdyby ktoś z polskich czytelników (lub czytelniczek) odnalazł jakieś znajome cechy i chciał się obrazić, to nie powinien, bowiem nazwę opisywanego kraju zataiłem świadomie, by ewentualnego kociego wrzasku uniknąć. Koci wrzask jest bowiem również czynnością bezpłodną, a na takowe szkoda energii.


PS (napisane po przeczytaniu kilku komentarzy)
Wygląda na to, że zbyt dużo adrenaliny nie zawsze dobrze wpływa na odbiór tekstu. Ktokolwiek odebrał go w kategoriach "biją naszych", ten powinien przeczytać ten tekst jeszcze raz. Mnie nie interesuje patrzenie na świat w kategoriach kibica sportowego, czyli podział ludzi na naszych, których trzeba bronić, oraz obcych, którym można przysrywać. Interesuje mnie wadliwy mechanizm myślenia, który tępiłem i będę tępił w każdej wersji: patriotycznej, teologicznej, feministycznej, homoseksualnej i jaka tam jeszcze może być. Chodzi o myślenie wedle schematu: najpierw jest "wniosek", potem szukanie przesłanek mających ten "wniosek" udowodnić. Nie wypowiadam się na temat dopuszczalności czy też niedopuszczalności zachowań homoseksualnych samych w sobie, natomiast nazywam je po imieniu, to znaczy zachowaniami zastępczymi. Natura wyposażyła człowieka w narządy rodne po to, by przekazywał życie; to nie jest teoria naukowa, to jest oczywistość. Wynika z niej, że wykorzystanie tychże narządów w innych celach jest zachowaniem zastępczym. Budowanie "naukowych teorii" mających dowieść czegoś innego jest - niezależnie od ilości naukowych tytułów twórcy takiej "teorii" - wadliwym myśleniem wedle wyżej przedstawionego schematu.
W powyższym tekście mi nie chodzi o same kobiety wyzwolone (nie mam absolutnie nic przeciwko takowym, a często mi imponują) czy mniejszości seksualne (też mi nie wadzą póki mi nie wadzą, co zaznaczam, bowiem parę dni temu niewiele brakowało, a dopuściłbym się rasistowskiego ataku na pewnym Murzynie w pisuarze na stacji Finsbury Park, który to Murzyn z takim zainteresowaniem oglądał mi kutasa, że omal mi go nie polizał). Chodzi mi o sposób myślenia. Jest to dokładnie ten sam sposób myślenia, który swego czasu w tekściku "Odruch Pawłowa a sytuacja w Polsce" opisałem na przykładzie księży oraz Hegla, bodajże użyłem nawet tych samych sformułowań. Najpierw jest wniosek, a potem cały wysiłek skierowany na to, żeby "wniosek" udowodnić. Jest to gonienie w piętkę i w najlepszym razie strata czasu, tak naprawdę sądzę, ze konsekwencje są znacznie groźniejsze. Jest to bowiem utwierdzanie się w niezrozumieniu rzeczywistości, a to nierzadko grozi katastrofą. Jest to dokładnie takie samo "myślenie", co na przykład przemysłowców wydających wielkie pieniądze na badania mające udowodnić, że ich działania nie szkodzą środowisku, potem taki Trump im wierzy, a płacić będą przyszłe pokolenia. Z feministkami i walczącymi mniejszościami seksualnymi jest to samo: igrają z ludzką psychiką posługując się jedną tylko miarą: zasadą przyjemności, ale nie wiedzą co robią, a dżinn wypuszczony raz z butelki tak łatwo do niej nie wróci. Mój głos brzmi może gniewnie, ale jest tak naprawdę ostrzeżeniem. Nie jest zbyt słyszalny, no ale cóż, robię co mogę. A z całą pewnością nie będę firmował wypuszczania dżinna z butelki.



Więcej podobnych tekstów z dodatkiem adrenaliny w mojej książce 

"ADRENALINA, czyli antologia przeciwnych poglądów"


Wednesday, July 3, 2024

Odruch Pawłowa a sytuacja w Polsce (z cyklu tekstów z adrenaliną)

Choroba społeczna (W), którą można by nazwać "przerostem uwarunkowania", panoszy się po kraju. To nie są wcale żarty, bakcyl ogarnia coraz szersze grupy ludzi, deformując ich myślenie. (I) Trzeba bić na alarm - to epidemia! Odruch warunkowy jest rzeczą normalną i konieczną, dzięki niemu chodzimy i mówimy, świadomie go wykorzystujemy ćwicząc dżudo czy grę na fortepianie. (A) Ważne jednak, by był na swoim miejscu: narzędziem pod kontrolą świadomości. Choroba - czyli zachwianie naturalnej równowagi - pojawia się w tedy, gdy uwarunkowanie zaczyna determinować świadome działanie. (R) Treść uwarunkowania może być bardzo różna, ale bez przesady można powiedzieć, że ta właśnie choroba doprowadziła do upadku wielkie państwa i cywilizacje, wyjaławiała największe nawet ruchy religijne. Przykładów można by przytoczyć setki, ale ja ograniczę się tylko do trzech; wszystkie trzy dotyczą, obecnej sytuacji w Polsce. (A)

Odruch Pawłowa a poezja.
Jestem najlepszym poetą w Polsce, mówi o sobie chyba co najmniej z setka polskich poetów. O czym to świadczy? (,) Czy o tym, że istotnie są najlepsi? Krytyk literacki ( nie tylko zresztą literacki) powinien sobie zadawać zawsze trzy pytania: 1.Co autor chce osiągnąć za pomocą wypowiedzi? 2.Czy warto to osiągnąć? 3.Czy wypowiedź rzeczywiście osiąga swój cel? (N) Zwykły czytelnik nie musi oczywiście być krytykiem, ale jeśli ma rozważać kwestię "najlepszości", to te pytania zadać sobie może i tak. A zatem co chce osiągnąć "najlepszy poeta" pisząc wiersze? (I) Z chętnie i głośno wyrażanej samooceny wnioskować można, że przede wszystkim osiągnąć chce własną sławę. A jeśli tak, to odpowiedź na pytanie drugie, z punktu widzenia czytelnika, będzie: Co mnie to obchodzi? (E) A na pytanie trzecie (zważywszy, że to właśnie reakcja czytelnika stanowi odpowiedź) będzie: Pocałuj mnie w... Stąd oczywiście płynie nauka dla poetów: przed napisaniem wiersza warto siebie samego zapytać: Co chcę przezeń osiągnąć?( )Jeżeli odpowiedzią ma być "wyrażenie siebie", to warto zadać sobie i pytanie drugie: Czy to ma sens? (W) Dlaczegóż bowiem potencjalnego czytelnika zamęczać tekstami o stanach psychicznych nieznanego sobie poety? Dlaczegóż czytelnika owego miałoby to w ogóle obchodzić? Może z takim tekstem należałoby udać się nie do wydawcy, ale do psychiatry? (I) Jestem najlepszym poetą w Polsce, mówi o sobie chyba z setka poetów. Czy świadczy to o tym, że są istotnie najlepsi? (E) Ależ skądże! Świadczy to jedynie o tym, że nie wyrośli z myślenia szkolnego: piszą wypracowania na ocenę. (R) Szkoła polska daje być może rozległą wiedzę, ale najwyraźniej kształtuje też odruch warunkowy: za dobre wypracowanie należy się pochwała. Większość jej adeptów wyrasta kiedyś ze stadium szukania pochwał jako motywu działania, ale najwyraźniej nie wszyscy. (Z) Dlaczego jakikolwiek poeta miałby być w ogóle najlepszy? Każda wypowiedź, wiersza nie wyłączając, jest po to, by coś komunikować; oceny typu "gorszy, lepszy" nie powinny być tu wplątywane. (C) Oceny takie należą do kategorii aktywności ludzkiej związanej ze zwracaniem uwagi. Potrzeba zwrócenia na siebie uwagi jest również jedną z naturalnych potrzeb psychicznych, ale ona również powinna być - tak jak uwarunkowanie - pod kontrolą świadomości. (I) Jeżeli jest ona impulsem dla działalności pożytecznej z innych względów, to dobrze. Jeżeli potrzeba zwrócenia uwagi jest jedynym motywem wypowiedzi, to mamy do czynienia z paplaniem. (E) Na marginesie mam też pytanie do krytyków, szczególnie tych deliberujących nad stanem polskiej poezji: czy nie warto by wpierw zapytać samego siebie: po co właściwie jest poezja? ( ) Jaka jest jej funkcja społeczna? Może jest skamieniałością, przeżytkiem z czasów, gdy była użyteczna i pozostała jedynie na zasadzie uwarunkowania? Nie twierdzę że tak jest, ale pytanie warto sobie zadać (F)


Odruch Pawłowa a poglądy
Rozumowanie jest wyciąganiem wniosków z posiadanych informacji, jest procesem myślowym stosowanym po to, by wynikające zeń działanie miało sens. Wynikiem rozumowania jest POGLĄD. (E) Wada w myśleniu pojawia się wówczas, gdy osoba głosząca pogląd identyfikuje go ze swym "honorem", kiedy obalenie poglądu staje się utratą twarzy. Wówczas zaczyna się "rozumowanie" nie po to, by wyciągnąć właściwe wnioski, ale po to, by usprawiedliwić pogląd. (N) Jest to częsta choroba uczonych, szczególnie humanistów. Łysenkę zdemaskowały drzewa, ale kretyni tacy jak Hegel do dziś mają poważanie. (R) Pół biedy byłoby, gdyby pogląd był zawsze wnioskiem rozumowania, choćby błędnego; rzecz w tym, że wcale nie zawsze tak jest. Gdyby tak było, to nie byłoby problemu ze zmianą poglądów w razie zmiany (zwiększenia) zasobu informacji stanowiącego ich podstawę. (Y) Tymczasem jakże często spotykamy się (w Polsce) z opinią, że "niezmienne poglądy" to cecha pozytywna, a "obrona poglądów" to szlachetna aktywność. W takim wypadku poruszamy się w świecie uwarunkowań. (C) Dla przykładu poglądy religijne - sedno religii jest poza uwarunkowaniami, ale cały szereg związanych z nią zachowań i sposobów myślenia jest wynikiem uwarunkowania (np. wpływ rodziców: Będziesz miał taki światopogląd jak ci mówię, inaczej nie masz się co w domu pokazywać; zazwyczaj metody są łagodniejsze, lecz nie mniej skuteczne. Najbardziej jaskrawym przykładem jest tu zawód księdza. Ksziądz jest zawodowym obrońcą poglądów nakazanych, niezależnie od własnych wątpliwości. (H) Głoszenie poglądów wbrew własnemu przekonaniu jest jawnym kłamstwem, dlatego w razie wątpliwości dla zachowania "czystości sumienia" ksiądz sam musi sobie udowodnić wątpiony pogląd. Jest to samoindoktrynacja, szczególnie szkodliwy proces myślowy polegający w zasadzie na uwarunkowywaniu samego siebie. (O) Wątpliwości wypchnięte są do podświadomości, by głosić kazania w zgodzie z sumieniem, lecz taka "prawdomówność" jest tylko pozorna. Szczególna szkodliwość tego procesu leży jednak gdzie indziej. (W) Kiedy mój trzyletni syn dostał trzykołowy rower, nie umieją na nim jeszcze jeździć wsiadał nań i wołał: Pędzę! Pędzę! Na całe szczęście nie uwierzył w to, że na tym polega jazda na rowerze, gdyby bowiem tak się stało - nigdy by się nie nauczył naprawdę jeździć. (I) Niestety, zbyt wielu kaznodziejów zdaje się sądzić, że samoindoktrynacja jest "pogłębianiem wiary". Znajdą się pewnie osoby skłonne posądzić mnie o nihilizm religijny czy też "bezbożność". (,) Osobom tym chciałbym zwrócić uwagę, że przytaczając anegdotkę o moim synu nie sugeruję wcale, że na rowerze nie da się jeździć, lecz że wykrzykiwanie Pędzę! Pędzę! nie jest jazdą na rowerze.( )

Odruch Pawłowa a politykierstwo
Przedsierpniowa opozycja demokratyczna w Polsce skupiała dwa bardzo ze sobą kontrastujące typy ludzi. Pierwszy typ stanowili ci, którzy zrozumiawszy naturę systemu nie zgadzali się nań albo ze względu na niezgodę na zakłamanie, albo z nadzieją uniknięcia jego niszczących skutków praktycznych, np. ekonomicznych. Dla nich indoktrynacja komunistyczna była próbą uwarunkowania wolnego umysłu. (O) Drugi typ stanowili tacy, którzy uwarunkowani byli na inną ideologię lub światopogląd i oponowali przeciw próbom przewarunkownia ich na komunizm. (N) Dla tych indoktrynacja komunistyczna była próbą zastąpienia Piłsudskiego czy Matki Boskiej Częstochowskiej - Leninem. Nie próbowali oni nawet zrozumieć komunizmu, lecz odrzucali go w całości razem ze wszystkimi osobami, które się kiedykolwiek oń otarły. ( ) W dzisiejszym panteonie politycznym gołym okiem widać podział na tych, którzy uwarunkowani na Józefa P. (lub Romana D.) oraz NMP Częstochowską nie rozumieją nic z życia społecznego, za to głośno krzyczą o wartościach przez siebie wyznawanych; oraz tych, którzy przynajmniej starają się zrozumieć życie społeczne, a w każdym razie zdają sobie sprawę, że Józef P., Roman D. oraz NMP nie mają wiele wspólnego ze współczesną polityką. Kilkadziesiąt lat rządów ludzi uwarunkowanych na ideologię ustaloną przez dawno wymarłych Przewodniczących powinno nam jasno uświadomić niebezpieczeństwo pojawiające się, gdy pseudopolitycy przejmują władzę. (B) Służba poglądom to niebezpieczeństwo, które trudno przecenić. Podróże kształcą: mieszkając w Anglii dowiedziałem się, że w tym kraju osoba nie potrafiąca odróżnić opinii od faktu nie ma kwalifikacji nawet do tego, by pisać policyjny raport. (R) W Polsce najwyraźniej umiejętność odróżnienia poglądów od wiedzy wcale nie jest konieczna, by dostać się na najwyższe stanowiska państwowe, nie mówiąc już o sejmie. A czym się różnią poglądy od wiedzy? (E) Aby zilustrować to w sposób praktyczny, literkami w nawiasach wstawiłem dodatkowe zdanie w mój tekst i radzę je przeczytać Z faktu funkcjonowania odruchu Pawłowa w naszym myśleniu trzeba sobie bezwzględnie zdać sprawę. (D) Jest to warunek konieczny następnego, nie mniej istotnego kroku: odróżnienia rzeczywistej aktywności umysłowej od kłapania szczękami.

A co jest rzeczywistą aktywnością umysłową? (Z)
Na to pytanie odmawiam udzielenia odpowiedzi.
Pozostawiam ją aktywności umysłowej czytelnika. (I)




Więcej podobnych tekstów z dodatkiem adrenaliny w mojej książce 

"ADRENALINA, czyli antologia przeciwnych poglądów"

Monday, June 17, 2024

Patriotyzm jako choroba psychiczna (z cyklu tekstów z adrenaliną)

     JAK to było możliwe, żeby Amerykanie dali się tak zaskoczyć w Pearl Harbor? W pięćdziesiątą rocznicę to pytanie pojawiło się po raz kolejny na pierwszych stronach amerykańskich magazynów, a wewnątrz tychże magazynów pojawiły się rozwlekłe próby odpowiedzi. W jednym z takich rozwlekłych artykułów, zamieszczonym w tygodniku „Newsweek", znalazłem następujące zdanie: Amerykanie nie traktowali zbyt poważnie zagrożenia japońskiego, bo uważali Japończyków za małych żółtych ludzików z ryżowych pól, którzy nie umieją nic porządnie zrobić. Wbrew pozorom ocena ta była jak najbardziej trafna, a skutki, jakie przyniósł atak na Pearl Harbor, jedynie ją potwierdzają. Ta wspaniała akcja japońskiego lotnictwa był jednym z najgłupszych posunięć w historii wojen, czymś w rodzaju udanego odgryzienia tygrysowi czubka ogona. Przecież w wyniku tej akcji Japończycy nie zdołali nawet zająć Hawajów! Jedynie szaleniec mógł w ten sposób rozpoczynać wojnę. Czy boski monarcha Hirohito, dzielny generał Tojo, liczni doradcy i jeszcze bardziej liczni wykonawcy szaleńczego rozkazu byli chorzy psychicznie? Na czym polegała ich choroba?

Patriotyzm. Gotowość oddania „ku chwale ojczyzny" nie tylko życia, ale wszystkiego łącznie z rozumem. Za wszelką cenę udowodnić światu, że Japończycy nie są małymi żółtymi ludzikami z ryżowych pól, którzy nic nie umieją porządnie zrobić. Pragnienie tak silne, że nawet tym, którzy byli podobno najlepiej poinformowani i którzy powinni podejmować rozsądne decyzje - odebrało zdolność logicznego myślenia i wyciągania wniosków z posiadanych informacji. Nie wyszli na pajaców tylko dlatego, że całe to ich przedsięwzięcie okazało się krwawą jatką.

PEWNA moja poznańska przyjaciółka nosząca rdzennie słowiańskie nazwisko zarówno panieńskie, jak mężowskie, nie znająca słowa po niemiecku i w latach siedemdziesiątych zaklinająca się, że ona by nigdy Ojczyzny nie opuściła - w połowie lat osiemdziesiątych wyjechawszy na wycieczkę do RFN, podpisała volkswagenlistę i wczasując w obozie dla uchodźców, zaczęła ryć słowniki, twierdząc, że jest Niemką. Mówiła do mnie: Zrobiłam to tylko dla dzieci. TAM nie ma przyszłości... znane teksty. Zachowanie mojej przyjaciółki jest zupełnie normalne, ostatecznie kombinuje się wykorzystując istniejące przepisy. Dziabnięci są ci, którzy te przepisy wymyślili i jeszcze je podtrzymują. Przepisy, wedle których praktycznie każdy rdzenny mieszkaniec Poznania mógłby, zapragnąwszy volkswagena, pojechać do Vaterlandu i wyznać w odpowiednim urzędzie, że ma niemiecką świadomość narodową i tylko nie umie po niemiecku, bo został wynarodowiony.

ROŻNI chrześcijańskonarodowcy i inni polityczni Polacy-katolicy twierdzą, że zwalczają aborcję, ponieważ ich chrześcijańskie sumienie podpowiada im, że nie wolno zabijać żadnej istoty ludzkiej. Ciekawe, że ci sami panowie nie rozpętali jak dotąd kampanii na rzecz rozwiązania armii. Przecież skoro chodzi im o niedopuszczalność zabijania, to te dwie sprawy winny być nierozerwalnie powiązane. Odpowiedź, oczywiście, wszyscy znamy: armia jest potrzebna dla obrony Ojczyzny oraz do innych działań, przynoszących Ojczyźnie chwałę. Ku chwale Ojczyzny wolno sobie odpuścić chrześcijańskie sumienie. Znów mamy do czynienia ze ślepotą patriotyczną. Ślepotą, która nie pozwala dostrzec najoczywistszych absurdów i najjaskrawszej hipokryzji. Przypuszczam, że panowie ci obraziliby się, gdyby ich nazwać hipokrytami. Niezależnie jednak od tego, czy się ich tak nazwie, czy nie - są hipokrytami dokładnie w tym samym stopniu, co domagające się prawa do aborcji feministki-pacyfistki.

NA subkontynencie indyjskim pojęcie „narodu" nie istnieje. Istnieje mnogość języków, ale nigdy w historii nikt nie miał takiego pomysłu, żeby granice polityczne wiązać z językiem ludności. Mieszkańcy kraju Kerala różnią się rasowo i językowo od mieszkańców Radżastanu tak akurat, jak Polacy od ludu Suahili, a przecież nie przeszkadza im to w zamieszkiwaniu jednego państwa. Znacznie ważniejszy jest podział ludności na tych, którzy jedzą wołowinę, i tych, którzy wołowiny nigdy nie tkną, prędzej wieprzowinę; wedle tego właśnie kryterium przeprowadzono granice polityczne przez środek Bengalu i Pendżabu, krajów rasowo i językowo jednolitych. Istotny jest także podział ludności na tych, którzy jedzą wieprzowinę, i tych, którzy nie jedzą żadnego mięsa, a także na tych, którzy noszą całe życie na szyi potrójną nitkę (którą przy siusianiu trzeba przewiesić przez ucho), i tych, którzy jej nie noszą. Ten podział nie wywołuje żądań terytorialnych ze względu na wyjątkowe przemieszanie wymienionych grup ludności, ale problemy takie, jak czy i jaki procent stanowisk w aparacie państwa ma być zarezerwowany dla tych bez nitki albo czy rezerwacją objąć także tych, co mają nitkę, ale jedzą wieprzowinę - stanowią istotny temat debat parlamentarnych, wielkich demonstracji, strajków za i przeciw, a nawet rozłamów w wielkich partiach. Natomiast na środkowoeuropejskie kłótnie o „świadomość narodową" i terytoria z tąż związane mieszkańcy Indii - jeśli w ogóle coś z tego rozumieją - patrzą z politowaniem: „barbarzyństwo".

Dla mieszkańców Indii oczywisty jest fakt, że w Europie mieszkają barbarzyńcy, narodowościowe awantury są tylko jednym z wielu tego barbarzyństwa przejawów. Inny jest fakt, że Europejczykom nie sprawia różnicy, którą ręką jedzą, a którą uprawiają miłość i, co gorsza, podcierają tyłek. Cywilizowany lud subkontynentu wie, że Brahma dał ludziom prawą rękę do dotykania ust, a lewą do dolnych otworów....

DLACZEGO organizacja zrzeszająca państwa nazywa się Organizacją NARODÓW Zjednoczonych? Dlaczego upaństwowienie przemysłu nazywa się NACJONALIZACJĄ? Osobiście dowiedziałem się tego dopiero po kilku latach pobytu w Anglii, kiedy zdałem sobie sprawę, że w języku angielskim nic ma odpowiednika polskiego wyrazu „naród". Nie ma tu w ogóle takiego pojęcia. Słowo nation, które w słowniku znajdziemy pod hasłem „naród", wcale nie oznacza tego samego: nation to jest „niepodległe państwo". Dlatego też „United Nations Organisation" znaczy „Organizacja Zjednoczonych Niepodległych Państw". We wrześniu 1991 roku powstało pięć nowych „narodów": trzy kraje bałtyckie i dwa archipelagi na Pacyfiku. Wedle ONZ-owskiej definicji „naród", by być takowym, musi mieć pięć cech: musi mieć terytorium o ściśle wyznaczonych granicach; musi mieć stolicę; musi mieć międzynarodowy (!) port lotniczy; musi mieć „głowę państwa", czyli człowieka, który odwiedzając inny „naród", będzie podejmowany wedle protokołu dyplomatycznego; i wreszcie musi mieć ambasadora przy ONZ. W ten sposób „narodem" jest w chwili obecnej Czecho-Słowacja oraz wyspa St. Vincent na Morzu Karaibskim, a nie jest nim Tajwan ani Tybet. W ten sposób również wyrażenia „naród radziecki" oraz „naród amerykański" mają sens. Niestety, w normalnym polskim użyciu słowa „naród" wyrażenie „naród amerykański" ma tyleż sensu, co właśnie „naród radziecki".

Albowiem pojęcie narodu nie istnieje w świecie anglojęzycznym. Wiązanie używanego języka z granicami politycznymi czy też z prawem do zamieszkiwania jakiegoś terytorium jest niezrozumiałe dla Anglosasów. Niepodległość Stanów Zjednoczonych nie miała nic wspólnego z językiem ani „świadomością narodową", w grę wchodził jedynie interes ekonomiczny. Brytyjczycy też nie po to budowali imperium, by propagować język; interes ekonomiczny był jedynym motorem. W Szkocji, której stosunki z Anglią tak przecież przypominają stosunki Litwy z Polską, ludność mówiąca po celtycku nie wpadła jak dotąd na pomysł, że tylko ona jest prawowitym właścicielem kraju i anglojęzyczni mieszkańcy Edynburga powinni się wynieść albo zmienić język. W Irlandii jedynym kryterium przy wyznaczaniu granicy między Ulsterem a Republiką była religia, jako że praktycznie wszyscy Irlandczycy mówią w domu po angielsku. Owszem, istnieje w angielszczyźnie słowo patriotism, ale oznacza ono wyłącznie wierną służbę w armii oraz gotowość do śmierci na wojnie. Jakiejkolwiek wojnie, również tej o naftę w Zatoce. W każdym razie działalność Mahatmy Gandhiego nie miała z angielskim słowem patriotism nic wspólnego.

Polskie słowo „naród" nie ma w angielszczyźnie odpowiednika, a używane zazwyczaj w jego miejsce (jeśli mowa jest o tym zjawisku, równie egzotycznym, co indyjskie kasty) słowa people, race lub tribe - są jedynie bliskoznaczne. People oznacza grupę ludzi powiązanych ze sobą czymkolwiek, może być to nawet wspólne miejsce aktualnego przebywania (np. na ulicy), wówczas odpowiada polskiemu „ludzie"; może być wspólne miejsce zamieszkania, wówczas odpowiada polskiemu „ludność"; może być wspólne pochodzenie i język, wówczas odpowiada polskiemu „lud"; ale może też obejmować wszystkich mieszkańców globu, czyli „ludzkość". Słowo race oznacza grupę ludzi powiązanych genetycznie, ale nie językowo, i też nie ma żadnej określonej wielkości tej grupy; może oznaczać typ ludzi zamieszkujących jakąś wyspę czy obszar kraju; może odpowiadać polskiemu „naród", ale tylko w sensie powiązań genetycznych, nigdy językowych (czyli nie da się nikogo „wynarodowić"); może oznaczać grupę ludzi o wspólnym kolorze skóry (i tylko wówczas odpowiada polskiemu „rasa"); i wreszcie może oznaczać cały rodzaj ludzki: human race. Najbliższe polskiemu „naród" jest zapewne słowo tribe, oznaczające grupę powiązaną genetycznie, językowo oraz świadomością wspólnoty jej członków. W słowniku angielsko-polskim pod hasłem tribe znajdziemy oczywiście „plemię", ale jedynym powodem różnicy w znaczeniu słów „plemię" i „naród" w polszczyźnie jest półświadomy rasizm użytkowników tego języka. Jeżeli „plemię" to koczująca z maczugami w dżungli wspólnota pierwotna, której starszyzna zbiera się na narady w szałasie wodza, to z pewnością nie dotyczy to ludu Zulu, który liczy kilka milionów. W każdym razie Anglosasi, z niedowierzaniem obserwując środkowoeuropejskie pyskówki o „świadomość narodową" oraz zaciekłą strzelaninę o spłachetki ziemi, określają to zjawisko słowem tribalism - tym samym, którym określają plemienną politykę krajów Czarnego Lądu.

Obrońcy różnych małych języków zdają się mniemać, że skoro Pan Bóg pod wieżą Babel pomieszał ludziom mowę, to tak powinno zostać. Na chłop­ski rozum jednakże język służy do porozumiewania się i najlepiej jest znać takie języki, którymi mówi maksymalna liczba ludzi. Żadne arcydzieła nie bronią angielskiego (tak nawiasem mówiąc, to użytkownikom tegoż raczej nie przychodzi do głowy, że trzeba go „bronić"), lecz fakt, że mówi nim pół świata. Natomiast owa rola arcydzieł jest wątpliwa choćby z tego względu, że angielski stosunkowo szybko ewoluuje i współczesny Anglik nie rozu­mie nawet Chaucera, a cóż dopiero literatury sprzed najazdu Normanów, która podobno nie miała równej w Europie (a dla kontrastu – współczesny literacki arabski niewiele się różni od języka Koranu). Z drugiej strony to właśnie użyteczność angielskiego przysparza mu arcydzieł. Któż by czytał „Ulyssesa", gdyby James Joyce, za wezwaniem nacjonalistów, pisał po iryjsku? Więcej pewnie miałby czytelników Dylan Thomas, gdyby się zdecydował pisać po walijsku, ale się nie zdecydował. A Joseph Conrad?

Język jest używany do porozumiewania się, jest to oczywiste w przypad­ku języków wielkich, a także takich średniego zasięgu, jak niemiecki czy polski. Nie potrzeba tu żadnej „obrony". Im jednak mniejszy zasięg języka, tym mniej jest to oczywiste i tym bardziej absurdalna obrona. W Kornwalii mieszka około dziewięćdziesięciu ludzi umiejących mówić po kornijsku; założyli oni towarzystwo na rzecz restytucji tego języka i udają, że nie rozu­mieją, jeśli ktoś się do nich zwraca po angielsku.

SPRAWA jest bardzo prosta: we współczesnym świecie użytkownicy małych języków mają bardzo ograniczony dostęp do kultury i nauki. Wiemy, jak trudno w czterdziestomilionowęj Polsce wydawać czasopismo o takim nakładzie, żeby się redaktorzy mieli z czego utrzymać. A jak to zrobić na trzymilionowej Litwie? Albo kogo stać na publikacje naukowe z fizyki w języku Apaczów? Stąd wśród użytkowników małych języków tendencja do dwujęzyczności. A dwujęzyczność trwająca kilka pokoleń powoduje stop­niowe zlewanie się języków.

Języki ewoluują, wszyscy to wiemy. Ewoluują w różnych kierunkach, nie tylko ze staroniemieckiego we współczesny niemiecki, ale także ze staroanglosaskiego, starobrytyjskiego i francuskiego we współczesny an­gielski, z koptyjskiego w arabski albo ze staropomorskiego w Kolonisationsdeutsch. Nie tylko mają do tego prawo; jest to jak najbardziej pożąda­ny rozwój, jeśli funkcją języka ma być porozumiewanie się. Owszem, ist­nieje też inny kierunek rozwoju: z łaciny we włoski, hiszpański i francuski albo ze staroniemieckiego we współczesny holenderski i bawarski. Jest to jednak zupełnie inna kwestia, nie mająca wiele wspólnego z patriotyzmem (chyba że się patrioci zaczną lękać, czy aby górale nie stanowią nowego małego narodu) (albo Ślązacy).

Obrona polszczyzny w czasach rozbiorów należy do zupełnie innej beczki. Polska przedrozbiorowa, mimo wszystkich wad, była społeczeństwem otwartym. Wszystkie trzy państwa zaborcze były wrogami tegoż i walka o Polskę była walką o społeczeństwo otwarte. Niemieckojęzyczny z domu Henryk Dąbrowski odbierał Prusakom Poznań. W momencie trzeciego rozbioru Prusy były państwem niemieckim, którego większość ludności mówiła w domu po słowiańsku. Bismarckowskie przymuszanie do zmiany języka miało zwiększyć liczbę ludności, która identyfikowałaby się z niemieckością i lojalnie służyła w armii; w zaborze rosyjskim sytuacja była w zasadzie podobna. Kto walczył o język polski, walczył o społeczeństwo otwarte. Wyjątkiem był tu Roman Dmowski i jego wielbiciele. Wszystko, co Dmowski robił, miało być „ku chwale ojczyzny", co on sam wielokrotnie publicznie i wielosłownie oświadczał. Tylko że ta polska ojczyzna w jego wizji niewiele się różniła od rosyjskiego carstwa, jedynie język urzędowy miał być polski. Zastraszająco podobna była ta wizja do imperialnych rojeń kaisera Wilhelma oraz jego dalekowschodnich naśladowców.

Dla dobra ludności zamieszkującej jakikolwiek kraj powinno się zdelegalizować wszelką działalność „ku chwale ojczyzny". Nawet pisanie wierszy, jeśli celem jest jedynie uświetnienie ojczystej literatury, stanowi początek choroby psychicznej, która, jeśli nie leczona, w późniejszych stadiach może być bardzo niebezpieczna. Mamy być „drugą Japonią" - mam nadzieję, że nie chodzi o syndrom generała Tojo.

ZAKOŃCZYĆ chciałbym twierdzeniem, które wedle wszelkiego prawdopodobieństwa pobudzi wydzielanie adrenaliny u chrześcijańsko-narodowców, jeśli tacy się znajdą pośród moich czytelników. Oto ono: PATRIOTYZM JEST POGAŃSKIM KULTEM, NIE DO POGODZENIA Z RELIGIĄ CHRZEŚCIJAŃSKĄ. Tak właśnie; Paul Lagarde i Roman Dmowski mieli w tym względzie całkowitą rację: patriotyzm i religia chrześcijańska nie mają ze sobą nic wspólnego. Chrześcijańskonarodowcy, skoro z takim zapałem czytają Pismo święte, powinni się w końcu doczytać, że zadaniem człowieka na ziemi jest szukanie Boga. Patriotyzm jest szukaniem własnej chwały. Własna chwała nie jest Bogiem, lecz bałwanem.



Więcej podobnych tekstów z dodatkiem adrenaliny w mojej książce 

"ADRENALINA, czyli antologia przeciwnych poglądów"