Monday, April 13, 2020

Po co komu misjonarki w Maroku?

Minaret nad dachami Fezu

Allahu akbar!”
Wezwanie muezzina z megafonu na minarecie przypomina miastu, że Bóg jest wielki. O tym trzeba zawsze pamiętać, o Bogu nie wolno nigdy zapomnieć, tak przykazał Prorok. Niektórzy przerywają pracę, idą do meczetu, w fontannie na dziedzińcu myją nogi do kolan, ręce po łokcie, głowę. Tak przykazał Prorok. Potem wchodzą do meczetu i padają na twarz przed niewidzialnym Allahem. Tylko muzułmanie mogą tam wejść, my niewierni możemy tylko stać przy wejściu i zaglądać do wnętrza. Kilka pokłonów i modlitwa skończona, muzułmanie wracają do swoich zajęć.
Średniowieczny Fez – miasto niezmienione od stuleci. Otoczone murem ze szczerzącymi się krenelażami, od strony dworca przedmurze stanowi dwujezdniowa szosa, ale przejście przez bramę przenosi wędrowca w świat tysiąca i jednej nocy. Wąziutkie kręte uliczki, nie wjedzie tu żaden pojazd, cały transport towarów odbywa się na grzbietach mułów. Wzdłuż uliczek sklepiki i drący się przekupnie, stosy warzyw, stosy baranich głów i krowich racic jeszcze mokrych od krwi, stosy ceramiki, a przede wszystkim wyroby ze skóry, z których to miasto jest sławne. Część miasta stanowią tradycyjne garbarnie, gdzie skóry garbuje się przy pomocy gołębiego nawozu. Stamtąd dochodzi charakterystyczny zapach, z niego też miasto jest sławne.
W samym środku średniowiecznej metropolii, zagubione w labiryncie ciasnych uliczek, jest mauzoleum Maulaja Idrisa II, potomka Proroka. Maulaj Idris, który w IX wieku uczynił Fez stolicą Maroka, nie uznawał władzy kalifów w Bagdadzie, a jego dynastia panowała w Maroku przez parę stuleci. Pięć stuleci później w miejscu, gdzie Maulaj Idris był pochowany, znaleziono nierozłożone ciało, uznano że to na pewno jest ciało Idrisa, a to że jest tak zachowane jest dowodem świętości, zatem zbudowano nad jego grobem mauzoleum. Dziś pielgrzymi przybywają z daleka, by pobyć w jego obecności. Jest on znakiem Obecności Bożej w sercu miasta. Nam niewiernym nie wolno tam wchodzić, ale możemy stanąć w drzwiach i patrzeć, jak pielgrzymi przytulają się do okrytego kobiercami grobowca.
Dla turystów jest medresa Bu Inania, tam niewierni mogą wchodzić. Jest to majstersztyk architektury muzułmańskiej z XIV wieku pokryty filigranową rzeźbiona kaligrafią nie gorszą niż Alhambra. Wejście jest naprzeciw straganu z ociekającymi krwią baranimi łbami. Uliczni przewodnicy gromadzą się przed wejściem, oferują swoje usługi. Jegomość w pasiastej dżelabie i czerwonym fezie zagaduje nas uprzejmie po angielsku, a kiedy mówimy, że nie potrzebujemy przewodnika, rzuca za nami wiązkę przekleństw. Inny jegomość zapytany o drogę do zabytkowej synagogi prowadzi nas tam (choć go wcale o to nie prosimy), poczem nie tylko żąda pieniędzy, ale twierdzi, że dziesięć dirhamów (około jednego funta sterlinga) to za mało, on chce 25 dirhamów.
Baranie łby na sprzedaż
Czy wśród tych baranich łbów, odoru z garbarni i ludzi uprzejmych za pieniądze Allah jest obecny? Może jest tylko pustym dźwiękiem obecnym jedynie na wargach?
Uliczne kafejki, w których siedzą wyłącznie mężczyźni, nie zapraszają turystów. Kiedy spragniony kawy wchodzę do jednej z nich razem z Ewą, kelner robi wrażenie, jakby chciał nas zniechęcić i nie próbuje nas zatrzymać, kiedy odchodzimy. Tylko w okolicach Baab Bu Dżelud są lokale dla turystów, gdzie kelnerzy zaczepiają przechodzące pary i zapraszają do środka. Marokańskie kobiety nie chodzą do kawiarń, podobno dla nich miejscem spotkań towarzyskich są publiczne łaźnie. Tam, rozebrane do rosołu, spędzają czas na plotkach. Oczywiście w łaźniach też jest ścisła segregacja płci. Wyjątkiem są łaźnie przeznaczone tylko dla turystów. Bo ci turyści to jakieś dziwadła, wszędzie muszą parami chodzić, nawet do łaźni. Ale są to też prawdziwe hammamy, czyli łaźnie tureckie, w dodatku jak się człowiek wypoci, to go jeszcze masażystki wytłamszą i człowiek się czuje jak nowy.
Hammamu w Fezie trzeba koniecznie spróbować, więc się dajemy wypocić i wytłamsić i potem czując się jak nowi pętamy się po uliczkach. Wchodzimy do sklepu z ceramiką, gdzie na półkach porozkładane są cudeńka, dzbany i wazony, misy i miseczki malowane w kwieciste arabeski. Jest pora obiadowa, obsługa sklepu siedzi na podłodze wokół misy z zupą, urywa kawały chleba z wielkiego bochna, których używa się jako łyżek do jedzenia zupy. Zapraszają żebyśmy się przysiedli, urywają kawały chleba i podają nam. Przysiadamy się. Zaproszenie z czystej gościnności, bez oczekiwania że zapłacimy i bez związku z tym czy i co kupimy.
Świat tysiąca i jednej nocy, istny sezam, pieniądze się w trymiga rozpływają. No bo jak tu nie kupić tych cacuszek, filigranowej ceramiki, berberskich kolczyków, tkanin z wielbłądziej wełny, sandałów w różnych kolorach? Wszystko to ręczna robota i wszystko takie tanie! Potem już człowiek nie ma pieniędzy na to, żeby kupić paczuszkę herbaty z czternastu saharyjskich ziół od dziadka siedzącego w zakątku krętej uliczki. Ile kosztuje? Dziesięć dirhamów. Ale ja nie mam już nic. Bankomat jest wprawdzie zaraz za rogiem, ale nie ma w nim pieniędzy, a najbliższy następny jest przy Baab Bu Dżelud. A to chyba pół godziny przeciskania się przez tłum na Talaa Sghira. Prosimy dziadka, żeby dla nas odłożył tę paczuszkę.
Miejski transport w Fezie
Dziadek nie umie po francusku, rozmawiamy z pomocą sprzedawcy sandałów po drugiej stronie uliczki. On tłumaczy dziadkowi, że musimy iść wypłacić pieniądze i wrócimy za godzinę. Dziadek usłyszawszy to wetknął mi paczuszkę pod pachę i machnął ręką, że mamy sobie iść. Poszliśmy do bab Bu Dżelud, wypłaciliśmy pieniądze i niemal po godzinie byliśmy z powrotem. Kiedy nas dziadek zobaczył, krzyknął coś do sprzedawcy sandałów, a towarzyszący gest sugerował, że to było coś w rodzaju „A nie mówiłem?”
Na dworcu autobusowym świat tysiąca i jednej nocy się kończy, stamtąd dwujezdniowa szosa prowadzi za miasto przez Ville Nouvelle, czyli część miasta zbudowana przez Francuzów kiedy tu rządzili. Wzdłuż drogi drzewa obsypane niebieskim kwieciem. Wyjeżdżamy autobusem w góry, Atlas Średni pokryty cedrowym lasem, małpy skaczą tam między drzewami. Potem wyjeżdżamy na płaskowyż, równinę pomiędzy Atlasem Średnim a Wysokim. Na tej równinie znajduje się miasteczko Midelt, tam wysiadamy. Kierowca pamięta że jedziemy do Mideltu i wyrzuca nasze bagaże na stacji benzynowej Shella. Czy to tu jest dworzec autobusowy? „Tu jest Midelt” mówi kierowca i odjeżdża.
A gdzie jest dworzec autobusowy? Tam ma na nas czekać Cherif. Dzwonię do niego. Mówi, że jest na dworcu, 5 km za miastem, ale zaraz przyjedzie.
Czy go poznam? Byłem u niego parę dni sześć lat temu. Zapisałem wtedy numer jego telefonu na wypadek, gdybym chciał przyjechać jeszcze raz. Dzwoniłem do niego przed wyjazdem, dzwoniłem też z Fezu, mówił, ze wyjedzie po nas na dworzec w Midelcie. Może go i nie poznam, ale on nie powinien mieć problemów z rozpoznaniem dwojga turystów z plecakami czekających na stacji Shella.
Po chwili podchodzi do nas smagły Berber w niebieskim turbanie, najwyraźniej mnie poznaje. Idziemy pieszo do miejsca, skąd zabierze nas auto jadące do Tattouine. Jest to wieś w głębi gór, ostatnia przed główną granią Atlasu Wysokiego. W oddali widać ośnieżony szczyt Dżebel Ajaczi, najwyższy w tym rejonie. Śnieg jest tylko na najwyższych szczytach, reszta gór jest różowa, mamy znakomity widok jadąc na pace furgonetki. Różowe skały, z rzadka porośnięte kępkami roślinności, bardzo różne od naszych zielonych Tatr. Rozmawiamy z Cherifem, który jest wprawdzie Berberem z głębi Atlasu, ale zna francuski.
Jesteście Polakami? Siostra Barbara się ucieszy.”
Tattouine to wieś składająca się z domków z suszonej gliny nie odcinających się kolorem od otaczających gór. W domkach tych mieszkają Berberzy, a w jednym - na samym skraju wsi – dwie siostry franciszkanki. Akurat tego dnia jest u nich przyjęcie dla mieszkańców wsi. Wydał je Cherif i jego żona Hasna, ale odbywa się w domu sióstr, bowiem jest na cześć innej siostry, która tu kiedyś mieszkała, a niedawno zmarła. Cherif prowadzi nas do domu sióstr, jest tam akurat modlitwa, częściowo czytanie Koranu (bo tutejsi Berberzy to muzułmanie), a częściowo modlitwy po francusku. Po modlitwie wnoszone są wielkie misy z tadżiną pieczoną w domu Hasny, jedna misa na każdy stół. Mieszkańcy wsi siedzą w większym pokoju, nas sadzają w mniejszym pokoju, gdzie mówi się po francusku, bowiem większość obecnych tam osób to Francuzi. Jest tam dentysta, który przez pół roku mieszka we Francji i tam godziwie zarabia, a następne pół roku podróżuje z żoną po Afryce i leczy beduinom zęby. Jest dwóch mnichów trapistów z klasztoru w Midelcie, gdzie mieszka też (nieobecny na dzisiejszej uczcie) ostatni z mnichów z algierskiego klasztoru Tibhirine. Moi rozmówcy przy stole doskonale znają historię tego klasztoru. W Tibhirine było podobnie jak w Tattouine, muzułmańscy mieszkańcy żyli w całkowitej harmonii z katolickimi mnichami, ale komuś ta harmonia była nie na rękę i pewnej nocy wszyscy mnisi zostali zamordowani. Rząd Algerii twierdził, że to muzułmańscy ekstremiści dokonali tej zbrodni, ale winowajców nigdy nie znaleziono. Moi rozmówcy w taką wersję powątpiewają. Przypuszczają oni, że rząd potrzebował takiej zbrodni, by przykręcić w kraju śruby.
Wieś Tattouine
W Tattouine ta harmonia nadal trwa. Do domu sióstr franciszkanek wnoszone są na wielkich misach dania przygotowane przez muzułmańskich Berberów. Wśród gości są i beduini z gór, i trapiści z klasztoru w Midelt, i francuscy dentyści bez granic. Na jeden stół przypada jedna micha, każdy urywa sobie kawał chleba i używając go jako łyżki próbuje się dobrać do kurczaka pieczonego w warzywach. Tak podawane są wszystkie posiłki w domu Hasny i Cherifa, tak też karmią nas beduini, których odwiedzamy następnego dnia. Bo nazajutrz wybieramy się z Cherifem na dwudniową wycieczkę w góry.
Rano dostajemy śniadanie, na które składa się świeżo upieczony chleb maczany w oliwie oraz bardzo słodka zielona herbata z miętą, świeżą, zieloną i zmiętą. Przed domem Cherif i Hasna juczą muła. Cały prowiant będzie na jego plecach, nie musimy nosić plecaczków. Wyruszamy w górę doliny, gdzie tu i tam rozstawione są namioty beduinów. To jest miejsce styku dwóch światów, beduini znają szlaki przez góry i przez pustynię, ale miasto jest dla nich obce. Punktem styczności z tak zwaną cywilizacją jest dla nich przychodnia prowadzona przez siostrę Barbarę w Tattouine. Jeśli im coś dolega, to potrafią wędrować pieszo nawet kilkadziesiąt kilometrów, by do niej dotrzeć. My też idziemy pieszo przez góry, ale nie dlatego, że nam coś dolega, tylko dla przyjemności. Chcemy się choć na parę dni wyrwać z tak zwanej cywilizacji. Oznacza to marsz przez trzytysięczne przełęcze, wśród różowych gór porośniętych kępkami sucholubnych ziół. Nie ma tu trawy, ale owce beduinów i tak znajdują sobie coś do jedzenia. Nocujemy u beduinów, jemy z nimi posiłki z jednej miski, śpimy na podłodze na dywanach, w nocy gryzą nas pluskwy.
Siostry franciszkanki również wędrują po górach. Regularnie odwiedzają namioty koczowników służąc im pomocą medyczną. Ostatnimi laty wychodzą na wyprawy tylko na jeden miesiąc w roku, ale kiedyś sześć miesięcy w roku spędzały w górach śpiąc w beduińskim namiocie. Mają nawet przenośne tabernakulum, miniaturową beduińską sakwę podróżną, którą wieszają w oddzielnej części namiotu służącej za kapliczkę. Kiedy siostry są we wsi, sakiewka wisi na ścianie kapliczki, jaką siostry sobie urządziły w domu. Wtedy sakiewka jest pusta, bowiem stałe tabernakulum jest wbudowane w ścianę, hostie są tam przechowywane w pojemniku zrobionym ze srebrnych beduińskich bransolet. Kiedy siostry wyruszają w podróż, srebrny pojemnik wędruje z nimi w podróżnej sakwie. Kapliczka w domu jest bardzo skromna: białe ściany, beduiński dywan otrzymany w prezencie od wdzięcznych pacjentów, w czasie modlitwy siedzi się na podłodze. Na jednej ze ścian sznur, jakim przepasują się beduińskie kobiety, wisi zawieszony tak, że tworzy arabskie słowo Allah. Na innej wisi kopia ikony Andrieja Rublowa przedstawiająca trzech wędrowców w gościnie u beduina imieniem Abraham. Jest też piękny portret papieża Wojtyły wyszyty lewą ręką przez chłopca, który stracił prawą dłoń w wypadku z kosą podczas pracy w polu.
Dżebel  Ajaczi
Kaplica kaplicą, siostry we wsi prowadzą aktywne życie. Siostra Marie jest nauczycielką, założyła przedszkole i prowadzi je. Dzieci ze wsi przychodzą do przedszkola na pół dnia. Siostry sobie każą płacić dwadzieścia dirhamów od dziecka. Mogłyby to robić za darmo, ale każą sobie płacić, żeby rodzice mieli szacunek i regularnie przeprowadzali dzieci. Przedszkole jest w takim samym szarym domu jak inne domy we wsi, ale w środku jest tak wyposażone, jakby było gdzieś w Sztokholmie, a nie na berberskim wydmuchowie. Kiedyś jacyś zamożni ludzie ze Szwecji odwiedzili to miejsce i pytali czym można siostry wspomóc, na co siostra Marie powiedziała, że potrzebują wyposażenia przedszkola. Po pewnym czasie przyjechała ciężarówka i przywiozła wyposażenie. Berberskie dzieci uczą się tu obchodzenia z papierem i ołówkiem, uczą się kształtu liter. Kiedy pójdą do szkoły, będzie im znacznie łatwiej, niż gdyby poszły tam prosto z beduińskiego namiotu.
Siostra Barbara prowadzi przychodnię i współpracuje z lekarzami bez granic. Sama jest pielęgniarką, kiedy ją odwiedzamy w przychodni, właśnie prowadzi fizjoterapię małego chłopca z wadą chodzenia, opowiada nam, jakie zrobił postępy. Siostra Barbara ma gadane, trajkoce jak karabin maszynowy, w dodatku jest Polką, co bardzo ułatwia komunikację. Opowiada o niezwykłych medycznych przypadkach napotykanych wśród beduinów. Czasami coś każe jej wbrew logice wstać i iść. Tak jak ostatnio, kiedy dowiedziała się, że pewna kobieta właśnie rodzi, ale jest z nią obecna beduińska akuszerka. Barbara uważa tę akuszerkę za całkiem kompetentną, ale i tak, choć był środek nocy, ubrała się i poszła. Kiedy dotarła na miejsce, już było po wszystkim, dziecko zawinięte jak należy, ale Barbarę coś tknęło i kazała rozwinąć. I co się okazało? Że dziecko we krwi! Bo pępowina wprawdzie zawiązana, ale to zawiązanie się poluzowało i pępowina krwawiła. Wprawdzie powoli, ale do rana cała krew mogłaby wypłynąć, bo noworodek wiele tej krwi nie ma. A w związku z porodami, ciekawa była historia pewnego beduina, który przyszedł do sióstr mówiąc, że on nic nie jest wart, nawet urodził się w jaskini jak koza. Na to siostry mu opowiedziały historię Jezusa, który też się urodził w jaskini. Jezus to dla muzułmanów prorok Isa, więc beduin poszedł do domu wielce pocieszony i odtąd opowiadał, że urodził się w jaskini jak prorok Isa.
W naszych długich rozmowach z siostrą Barbarą nie usłyszałem ani jednego słowa na temat nawrócenia kogokolwiek z jednej religii na drugą. Najwyraźniej siostry nie po to tam są. A po co są?
W nasz ostatni poranek siostry nas zapraszają na modlitwę o świcie. Modlitwę stanowi kilka czytań, a potem długie milczenie. Bardzo długie milczenie, siedzimy tam bodaj godzinę. Potem jeszcze idziemy na śniadanie do Cherifa i Hasny, jak zwykle chleb z oliwą oraz dzbanek zielonej herbaty z miętą zieloną i zmiętą. To jest właśnie smak tego kraju, chleb maczany w oliwie i słodka herbata z miętą.
Po co te misjonarki tu są, jeśli nikogo nie nawracają?
Może po to, żeby przypominać ludziom, że Pan Bóg istnieje? Bo o Panu Bogu zapominać nie wolno.

Wnętrze kaplicy sióstr w Tattouine




Tę opowieść, a także parę innych, można znaleźć w mojej książce Pytania Obieżyświata. Wszystkie opowieści w niej zawarte są na niniejszym blogu. Jednakże witryny mają to do siebie, że są czas jakiś, potem znikają, a książka raz wydrukowana, już zostanie. Nikt tej książki nie wydał, ale lulu.com wydrukuje egzemplarz, jeśli się go zamówi.  





Wednesday, April 1, 2020

Z kim mogą się żenić Indianie Tukano?

Przekraczanie strumyków w dżungli

Ścieżka przez tropikalny las prowadzi początkowo po równinie. Raz po raz przekraczamy leniwie płynące strumyki czerwonawej wody ostrożnie stąpając po zwalonych pniach drzew przerzuconych przez rzekę jako kładki. Potem ścieżka (razem z dżunglą) wchodzi między strome skały, ostre podejścia, ciasne wąwozy. Na ostrych podejściach człowiek ma ochotę chwytać za wystające korzenie, ale trzeba uważać, bo po niektórych chodzą amazońskie mrówki, które nie znają litości.
Idziemy na górę Cabari, a prowadzi nas Guedes, Indianin ze szczepu Tukano. Ubrany jest w w podkoszulkę z wielkodziobym tukanem i napisem: „Tukano – ritos, mitos e tradiciones. XVIII Festival, São Gabriel do Cachoeira”. To tak żeby było wiadomo z jakiego jest szczepu. Ale to dziś, wczoraj miał koszulkę z trupią czaszką i napisem „Iron Maiden”, żeby było wiadomo jaką muzykę lubi.
Biwak na skale nad równiną, ognisko skrzesane w załomie, mięso pieczone na rożnie. Rozwieszamy hamaki między drzewami, tu zostaniemy na noc. Mięso nie jest z upolowanej w dżungli zwierzyny, tylko kurczaki kupione w mieście na tę wyprawę. Miasto – São Gabriel da Cachoeira, widoczne jest w oddali. Jest wprawdzie odległe o dzień marszu przez dżunglę, ale sygnał w telefonie jest i można wysłać pozdrowienia do znajomych w Europie. Widok zapiera dech: porośnięta dżunglą płaska jak stół równina, tylko gdzieniegdzie sterczą nad nią pojedyncze góry, takie jak ta, na której stoimy. Najwyższa z nich to widoczna na horyzoncie Bela Andormecida – Śpiąca Królewna – która rzeczywiście wygląda jak leżąca na plecach kobieta z obfitym biustem. Pośród lasu wije się szeroka rzeka Rio Negro, nad którą w strategicznym punkcie leży miast São Gabriel. Guedes podaje mi udziec pieczony na ruszcie. „Anią” mówię popisując się znajomością słowa w języku Tukano (nauczyłem się go wczoraj, a znaczy 'dziękuję'). Emmanuel mówi, jak to samo słowo brzmi w języku Hupida. Emmanuel jest etnologiem i ma dużą wiedzę na temat mieszkających w tej okolicy ludów. Guedes komentuje:
Hupida to byli kiedyś nasi niewolnicy.”
Indianin Guedes
São Gabriel da Cachoeira to jedyne miast w Brazylii, gdzie większość ludności stanowią Indianie. Wyglądają oni praktycznie tak samo jak kaboklowie w całej Amazonii, tylko kaboklowie twierdzą, że nie są Indianami, a mieszkańcy São Gabriel należą do konkretnych szczepów i nawet znają własne języki. Ta liczba mnoga jest istotna, ponieważ okolice górnego Rio Negro, a zwłaszcza dorzecze rzeki Uaupes, to tak zwany rejon kulturowy Tukano, który cechują dość niezwykłe zwyczaje matrymonialne: Indianin Tukano może się ożenić tylko z kobietą mówiącą innym językiem.
Cachoeira znaczy bystrzyna. Górne Rio Negro poprzecinane jest progami wodnymi. Do São Gabriel można dopłynąć z Manaus statkiem, ale powyżej już tylko indiańskim czółnem. Portugalczycy zbudowali twierdzę w strategicznym miejscu nad pierwszym progiem i dotąd sięgała ich władza, powyżej była kraina Indian i tak naprawdę jest do dziś. São Gabriel jest na styku cywilizacji. Indianie znad Uaupes przyjeżdżają tu zobaczyć wielkie miasto, zobaczyć sklepy i może nawet coś kupić. Kiedyś przywozili na sprzedaż niewolników, później kauczuk. Dziś niektórzy przyjeżdżają na stałe, znajdują pracę, a kiedy mają wolną chwilę - prowadzą grupę Gringów ścieżką przez las na górę Cabari. Większość Indian przyjeżdża tu jednak tylko na chwilę, do banku wypłacić zasiłki.
Parę dni temu Indianin spotkany na brzegu rzeki tam, gdzie cumują łodzie Indian przybyłych z daleka, opowiadał nam jak to jest. W ostatnich latach lewicowy rząd Brazylii przyznał Indianom zasiłek na każde dziecko posłane do szkoły. Szkoły są we wsiach nad Uaupes, ale zasiłek można wypłacić tylko w banku, a najbliższy bank jest w São Gabriel. Podróż czółnem z motorkiem trwa tydzień. Całe rodziny przyjeżdżają do miasta, rozwieszają sobie hamaki w opuszczonym magazynie, gotują na ognisku obiady z ryb złapanych w rzece, garnek stawiają na kilku cegłach. Nasz rozmówca pokazywał nam to miejsce, z nami rozmawiając po portugalsku, ale z innymi w języku Tukano. Mówił nam jeszcze, że powinniśmy zobaczyć jeszcze inne takie biwakowisko, pokazywał nam gdzie iść.
Hamakowisko Indian w opuszczonym magazynie
Nie poszliśmy tam. Spotkany następnego dnia Emmanuel mówił, że mieszkają tam Indianie Hupida, ale lepiej tam teraz nie iść, bo właśnie wczoraj kogoś tam zamordowano. Emmanuel mieszka w São Gabriel i wszystkich tu zna. Sugerował mi, że powinienem postarać się o wywiad z jednym z dyrektorów FOIRN. Zaoferował pomoc, również językową, jako że ja portugalski rozumiem raczej mgliście, a tutejsi Indianie wprawdzie znają co najmniej trzy języki – swój, swojej żony i portugalski – ale trudno oczekiwać, żeby znali również angielski.
Co to jest FOIRN? Przed przyjazdem do São Gabriel nie miałem pojęcia o istnieniu czegoś takiego. Federação das Organizações Indígenas do Rio Negro, czyli Zjednoczenie Organizacji Indiańskich znad Rio Negro, to forum spotkań Indian z różnych szczepów, które do niedawna prowadziły ze sobą ciągłą wojnę, a dziś wolą uzgadniać wspólne stanowisko wobec problemów współczesnego świata. Na przykład wobec rządu, który twierdzi, że terytorium nad rzeką Uaupes to terytorium Brazylii. Są podobno gdzieś w lesie jeszcze szczepy, które mają gdzieś postanowienia rządu i strzelają z łuku do każdego, kto postawi stopę na ich terytorium, ale szczepy zrzeszone w FOIRN uznały, że lepiej utworzyć grupę nacisku, która mogłaby wpływać na decyzje rządu. Jest to jedno z zadań FOIRN. W São Gabriel jest budynek, w którym organizacja ma swoje biura, od frontu jest też sklepik, gdzie turyści mogą sobie kupić tradycyjne rękodzieło prosto ze wsi ukrytych w dżungli. Dziewczęta obsługujące w sklepiku do klientów mówią po portugalsku, ale między sobą w języku Tukano. To od nich dowiedziałem się, że „anią” znaczy dziękuję. W ogródku za biurami stoi też tradycyjna, kryta strzechą maloka – tu odbywają się wydarzenia publiczne, tu spotykają się wodzowie przybyli z odległych wsi. Właśnie w przyszłym tygodniu ma się odbyć taki zjazd wodzów, możemy być nawet obecni na otwarciu uświetnionym tańcami ludu Tujuka.
Indianie w Sao Gabriel w kolejce do banku

Emmanuel kilkakrotnie pytał dziewcząt w sklepie z rękodziełem, czy moglibyśmy porozmawiać z którymś z dyrektorów FOIRN, dziewczęta odpowiadały ze owszem, moglibyśmy, ale wszyscy akurat są zajęci. Ja bym pewnie dał za wygraną, ale Emmanuel jest uparty i w końcu jeden z wodzów zgadza się z nami porozmawiać. Jest to Renato da Silva Matos, wódz ludu Tukano, w FOIRN pełniący obowiązki jednego z pięciu dyrektorów. Chętnie opowiada, nie trzeba zadawać dodatkowych pytań, a Emmanuel mu nie przerywa. Ja zwykle takie wywiady lubię, bez zadawania pytań, kiedy mój rozmówca mówi to, co dla niego jest ważne, a nie to, co pytający chce usłyszeć. Tylko że ja niestety portugalskiego nie rozumiem i muszę co jakiś czas prosić Emmanuela o tłumaczenie. No i kilka pytań jednak mam. Co to jest ten FOIRN? Kiedy powstał? Kto go powołał? Jakieś nazwiska? Jakieś osiągnięcia?
Otóż FOIRN powstał w 1987 roku w ramach ruchu brazylijskich Indian walczących o swoje prawa, jako że interesy Indian tu mieszkających nie zawsze idą w parze z interesem międzynarodowych firm chcących wykorzystać zasoby naturalne tego kraju. Jak to ujął Renato – kolonizatorzy widzą ten kraj jako potencjalne źródło zysku, podczas gdy dla Indian jest to dom. Kluczową postacią w utworzeniu FOIRN był niejaki Alvaro Tukano, którego talenty za młodu dostrzegł pracujący w tym rejonie Brazylii lekarz wojskowy i posłał go na uniwersytet. W latach osiemdziesiątych Alvaro spotykał się z spotykał się z innymi przywódcami brazylijskich Indian, tworzących grupę nacisku na władzę. W efekcie w 1988 roku wprowadzono w Brazylii prawo przyznające Indianom prawo do pewnych terytoriów, jednak nie było pieniędzy na to, by wytyczyć ich granice. W na spotkaniu w Rio de Janeiro 1992 roku FOIRN uzyskał pieniądze na ten cel od ONZ, w dużej mierze od rządu Niemiec. FOIRN ma również wpływ na szkolnictwo, na przykład obecnie lekcje w szkołach odbywają się nie tylko po portugalsku, ale też w językach plemiennych. Jednak języki plemienne zanikają i w rejonie górnego Rio Negro w użyciu są jeszcze tylko trzy: Tukano, Baniwa i Nheengatu.
To szkolnictwo przychodzące z zewnątrz, ale Indianie mają też własną tradycyjną wiedzę. Ta wiedza jest zupełnie innego rodzaju, niż wiedza białych ludzi. Na przykład wiedza pajes, czyli szamanów. Szamani potrafią osiągnąć taką koncentrację, że widza całą ziemię jak malutka kulkę. Potrafią widzieć, co będzie w przyszłości. Chociaż wśród Tukano raczej nie ma szamanów. Tukano tradycyjnie mieli myślicieli (pensadores), a szamani byli wśród innych ludów, na przykład Bare albo Baniwa. Szamani uczyli się z dala od ludzi, przez wiele lat musieli być nie tylko w celibacie, ale nawet nie mogli widzieć kobiety. Teraz jest mniej szamanów, bo misjonarze często walczą ze starymi tradycjami.
Renato da Silva
Wywiad trwał półtorej godziny, powyższe to tylko króciutkie streszczenie, ale i tak daje do myślenia. Mnie zaintrygowali zwłaszcza owi „myśliciele” wśród Tukano. Słowo „myśliciel” oznacza kogoś, kto dzięki myśleniu odkrywa coś nowego, a nie tylko uczy się na pamięć tradycji. Czyżby więc wśród Tukano była jakaś szkoła filozofii? Niby czemu nie, jeśli mogła istnieć wśród starożytnych Greków, to czemu nie wśród Tukano w XIX wieku? To tylko myśl socjalistyczna redukuje mniejszości narodowe do trwających w tępocie prymitywów, których jedynym osiągnięciem intelektualnym są stroje ludowe i wiklinowe koszyki. Indianie w dżungli to w myśli socjalistycznej „wspólnota pierwotna” (pewnie Tukano powinni być dumni z takiego określenia). Inną sprawą są ci misjonarze. Prawdą jest, że protestanccy misjonarze nawołują do porzucenia wszelkich dawnych zwyczajów, katoliccy księża od ostatniego soboru są bardziej tolerancyjni, otwarci na „inkulturację”. Prawdą jest też, że ci wszyscy misjonarze odnieśli taki sukces, ponieważ ich przyjście zapowiadali szamani! W pierwszej połowie XX wieku wśród ludu Baniwa prorok Kudui głosił koniec znanego świata (było to po strasznych epidemiach spowodowanych kontaktem z białymi ludźmi poszukującymi kauczuku), a w latach pięćdziesiątych tego wieku przybyła tam z Ameryki misjonarka Sophie Muller, która nauczyła się języka Baniwa i głosiła Ewangelie w wersji ewangelickiej. Zachowywała się dziwnie, chodziła się modlić nocą do lasu, więc dla Indian było jasne, że kontaktuje się z duchami i posiada jakieś moce. Z czasem większość nawróciła się na jej wersję chrześcijaństwa. Natomiast wśród Tukano przed przybyciem misji Salezjanów krążyło proroctwo dziewczyny imieniem Maria, która miała wizje trochę podobne do siostry Faustyny. Miała respekt swego ludu, więc kiedy przybyli Salezjanie, mieli zadanie ułatwione.
Ciekawe rzeczy o misjonarzach opowiada Auxiliadora, która mieszka w chacie obok naszego hotelu. Przedstawił mi ją i rozmowę tłumaczył nieoceniony Emmanuel, który tu wszystkich zna. Auxiliadora jest przewodniczącą związku nauczycieli indiańskich, a także wójtem swojej wsi, zamieszkałej przez Indian ze szczepu Löw. Jest to wieś wyjątkowa choćby dlatego, że tylko tam się używa języka Löw, niepodobnego do innych indiańskich języków w okolicy, z wyjątkiem języka Hupida. Auxiliadora mówi, że w zasadzie możliwe byłoby odwiedzenie jej wsi, choć odbywająca się właśnie konferencja związku nauczycieli indiańskich powoduje, że jest bardzo zajęta. Ale opowiada ciekawe rzeczy. Na przykład że ludzie w FUNAI (brazylijskim urzędzie do spraw Indian) mówią, że misjonarze niszczą indiańską kulturę (taki jest trend w naszych politycznie-poprawnych czasach), a tymczasem w jej wsi to właśnie misjonarze kupili tę ziemię, na której jej lud następnie zbudował wieś. Ewangeliccy misjonarze bezwzględnie zakazują spożywania alkoholu, a jak już coś, to właśnie alkohol niszczy kulturę. Tu w mieście widać na ulicach niszczenie kultury. Wczoraj w miejscu, gdzie mieszkają Hupida, kogoś zamordowano. To efekt alkoholu. To właśnie wśród Hupida jest najwyższe spożycie alkoholu. Ci ludzie w FOIRN owszem, działają z pewnym sukcesem, dostają teraz od rządu jakieś pieniądze na projekty w środowisku Indian, ale w FOIRN wszyscy są Tukano albo Baniwa albo Bare. Żadne pieniądze nie są przekazywane na Hupida!
Hupida to inni Indianie, niegdyś koczujący po dżungli z łukami, dziś koczujący po mieście z butelczyną. Tukano, Tujuka, Baniwa, to ludy osiadłe mieszkające w dużych wsiach nad brzegami rzek, od stuleci uprawiające maniok, od stuleci handlujące z białym człowiekiem. Hupida, być może pierwotni mieszkańcy tych ziem, to żyjący z myślistwa koczownicy wędrujący w małych grupkach po dżungli pomiędzy wielkimi rzekami. W dawnych czasach Tukano napadali na obozowiska Hupidów, zabijali mężczyzn, kobiety i dzieci brali jako jeńców, by pracowali na polach manioku albo by ich sprzedać Portugalczykom. Z czasem całe rodziny Hupida oddawały się w niewolę zapewniając sobie tym sposobem bezpieczeństwo. Pracowali na polach manioku, ale mogli też iść do lasu na polowanie. Mówili innym językiem, ale Tukano nie brali sobie kobiet Hupida za żony. Dziś też jest to nie do pomyślenia. Biały Amerykanin może się ożenić z Murzynką, ale Indianin Tukano z kobietą Hupida?

Bela Andormecida



Thursday, March 19, 2020

Dlaczego derwisze wirują?


Dla derwiszów najważniejsza jest obecność.
Dla nas, wychowanych w kulturze Zachodu, bywa to rudne do pojęcia. Jak to – obecność. Przecież chyba najważniejsza jest doktryna? Przecież jeśli derwisze zbierają się, by posłuchać swego mistrza, to chyba po to, by nauczyć się tego, co ten mistrz ma do powiedzenia. To chyba oczywiste, nieprawdaż?
Ano nieprawda. Ż.
W XIII wieku w mieście Konya w centralnej Turcji, prowadził swe wykłady jeden z najsławniejszych sufich w historii, znany jako Maulana Rumi. Derwisze przychodzili na jego wykłady, niektórzy je zapisywali i przetrwały one stulecia w rękopisach. Rumi do milkliwych nie należał, był jednym z najbardziej płodnych poetów wszechczasów, pozostawił po sobie ogromne tomidła, które dzisiaj tłumaczone są na wszystkie możliwe języki. Mało tego, dziś jest on najpopularniejszym poetą Ameryki, a skoro tak, to są pieniądze na to, żeby dokładnie badać jego twórczość. Odkryto zatem również te wykłady spisywane przez uczniów i one również przetłumaczone zostały na angielski, w dodatku więcej niż raz. Ja tę księgę wykładów czytałem i na początku wykładu drugiego znalazłem coś takiego (cytuję we własnym spolszczeniu):
Ktoś powiedział: Mistrz nic nie mówi. Powiedziałem: Ten człowiek znalazł się w mojej obecności, ponieważ miał w myśli mój obraz i ten obraz go tu przywiódł. Ten obraz w myśli nie mówił do niego. Nie pytał 'jak się masz', ani 'co u ciebie słychać'. Ten obraz w myśli przywiódł go tutaj bez słów. Cóż jest niezwykłego w tym, że ja rzeczywisty bez jednego słowa powoduję, że on przemieszcza się z jednego miejsca do drugiego? Słowa to cień rzeczywistości. Słowa to tylko gałąź rzeczywistości. Jeśli cień może tu człowieka przyprowadzić, o ileż bardziej może tego dokonać rzeczywistość. Słowa to tylko pretekst.”
Z tego by wynikało, że wykład, na który przychodzą derwisze, to tylko pretekst by być w obecności mistrza. Potwierdzeniem jest tytuł, jakim derwisze określają sławnych mistrzów: 'hadhrat', co dosłownie znaczy 'obecność'. Sama obecność mistrza powoduje, że łaski spływają na zebranych derwiszów. Ale rzecz w tym, że taki sufi, którego obecność powoduje spływanie łask, wcale nie musi być sławny. Może to być anonimowy derwisz w tłumie, jakiś szewc albo wyplatacz koszyków. Sława to tylko pretekst, powiedziałby Rumi. Sława to rzecz powierzchowna i tak naprawdę przypadkowa. Sam Rumi jest najlepszym przykładem tego, że sława zależy od przypadku.
Przy grobie Mistrza
Do połowy XX wieku był on sławny tylko w dwóch krajach: w Persji oraz w Turcji. W Persji, ponieważ wszystkie te jego ogromne tomidła napisane są po persku, jest to jeden z największych poetów tego języka, perski odpowiednik Kochanowskiego. W Iranie jest on znany jako Maulana Dżalaluddin Balchi, ponieważ urodził się w mieście Balch w dzisiejszym Afganistanie (tam też mówią po persku). Księgi jego kiedyś przepisywane były piękną kaligrafią, pojedyncze wykaligrafowane wiersze wieszane były na ścianach jak obrazy, pisano do nich muzykę i śpiewano z towarzyszeniem orkiestry. I tak jest do dziś – klasyczna muzyka perska to w dużej mierze śpiewana średniowieczna poezja.
W Turcji jest on sławny z zupełnie innego powodu. Poezje pisał w języku dla Turków obcym, ale mieszkał i działał w Turcji i znany jest tam przede wszystkim jako twórca bardzo w tym kraju rozpowszechnionego zakonu wirujących derwiszów. Czyli dla Turków jest od odpowiednikiem kogoś takiego jak święty Benedykt. To znaczy ściśle mówiąc sam Rumi nie zakładał zakonu, zorganizowali go jego najbliżsi uczniowie, ale to on miał być inspiracją i to on zapoczątkował praktykę wirowania. Podobno kiedy wirował po sali wykładów przychodziło do niego natchnienie i wykrzykiwał te swoje wiersze, które uczniowie skwapliwie zapisywali. Dla nas sytuacja, w której wykładowca w czasie wykładu kręci się w kółko jest raczej dziwna, ale nie wydawała się dziwna uczniom Rumiego, którzy praktykę wirowania uznali za godną naśladowania i naśladują ją do dziś. Zorganizowali się w zakon zwany po turecku 'mevleviya', a to od tytułu mistrza, który po turecku (we współczesnej pisowni) brzmi Mevlana Celaleddin Rumi. W imperium osmańskim zakon ten zdobył szerokie wpływy, podobno nawet niektórzy z sułtanów do niego należeli. W Persji natomiast wpływy miały inne zakony derwiszów, które praktyki wirowania nie stosowały (choć rozważały teksty Rumiego, zwłaszcza jego poezje).
Powiadają, że nawet władcy należeli do zakonu mevleviya. Podobno ostatni z sułtanów zarabiał na życie wyplataniem koszy, które ktoś ze służby sprzedawał na bazarze. Brzmi to niewiarygodnie dla naszego zachodniego ucha, nieprawdaż? Tym niemniej tak powiadają, ostatni sułtan dynastii jadł tylko to, co sługa kupił po sprzedaniu koszy. Tureccy rewolucjoniści tego czasu twierdzili, że źle prowadził sprawy państwa, obalili monarchię i zaprowadzili rządy republiki. Postanowili kraj zeuropeizować, a w ramach tej akcji zamknięto wszystkie klasztory derwiszów. Po co komu to dziwaczne wirowanie? Przecież to jakiś średniowieczny zabobon.
Gipsowi derwisze w muzeum
Po co komu? Jak to, a turyści?
Dla turystów można zrobić muzeum. Jeśli amerykańscy entuzjaści chcą przyjeżdżać do Konyi i szukać śladów po Rumim, to proszę bardzo, jest muzeum. Można kupić bilet i zobaczyć grobowiec wielkiego poety. Można zobaczyć 'tekke', czyli salę, w której derwisze niegdyś wirowali. Można też zwiedzić stojący obok klasztor, w którym wszystko jest dokładnie opisane. Są tam cele derwiszów, kuchnia, gipsowe figury derwiszów w wysokich czapach, przy czym gipsowe figury szejków mają wokół tych czap jeszcze zielony turban. Wszystko jest wyjaśnione: jak nowicjusz musiał przez trzy dni siedzieć w kuchni i obserwować życie klasztoru, jak przechodził przez srogi nowicjat, jak uczył się wirować albo grać na flecie, objaśnione są wszystkie funkcje poszczególnych osób w klasztorze. Można się wszystkiego dowiedzieć a potem kupić sobie w przymuzealnym sklepie koszulkę z obrazkiem. Albo płytę z muzyką sufich grana tylko na flecie.
Ciekawe, że większość tych co przybywają i za biletami wchodzą do sanktuarium to wcale nie entuzjaści z Ameryki tylko rdzenni Turcy, babuleńki zakutane w chusty jak Prorok przykazał, dziadkowie z sumiastymi wąsiskami, przychodzą tu nie gapić się tylko żeby się modlić. Bo to przecież grobowiec Mevlany, on tu jest OBECNY! Bo dla derwiszów najważniejsza jest obecność, a śmierć to tylko szczegół w biografii. Mało znaczący szczegół.
Zachodni entuzjaści pytają również, czy można zobaczyć taki taniec derwiszów. Klasztorów nie ma i derwisze ćwiczą w sekrecie, ale najwyraźniej ćwiczą, bo kiedy władze zezwoliły na sesje wirowania specjalnie dla turystów, znaleźli się derwisze, którzy to potrafili robić. Jest to dziwna sytuacja, bowiem zachodni turyści przychodzą obejrzeć spektakl, tymczasem dla derwiszów spektakl to tylko pretekst, najważniejsza jest obecność. Sama obecność sufich powoduje, że łaski spływają na zebranych, nawet jeśli przyszli oni na spektakl. A ten sufi, którego obecność powoduje spływanie łask, wcale nie musi być wszystkim znany. Może to był anonimowy derwisz w tłumie tych, co wirują. Anonimowy wyplatacz koszyków.
Jeszcze jeden wyjątek z księgi wykładów Rumiego (w moim spolszczeniu):
Pewien pobożny człowiek zamknął się na czterdziestodniowy post chcąc osiągnąć wzniosły cel. Wewnętrzny głos mu powiedział: tak wzniosłego celu nie da się osiągnąć przez czterdziestodniowy post. Przerwij swój post, aby pewien wielki święty mógł na ciebie spojrzeć, wówczas twój cel będzie osiągnięty. 'Gdzie znajdę tego wielkiego świętego?', zapytał ów człowiek. 'W wielkim meczecie', odpowiedział wewnętrzny głos. 'Jak rozpoznam kto to jest w tak wielkim tłumie ludzi?' Wewnętrzny głos odpowiedział: 'Idź, on ciebie rozpozna i spojrzy na ciebie. Znakiem tego że on na ciebie spojrzał będzie to, że upuścisz dzban i zemdlejesz. Wtedy będziesz wiedział, że on na ciebie spojrzał.' Człowiek ten zrobił to co mu nakazał wewnętrzny głos. Napełnił dzban wodą i chodził pomiędzy rzędami modlących się oferując każdemu wodę. Nagle poczuł, że spływa na niego dziwne uczucie, głośno krzyknął i upuścił dzban. Leżał w kącie meczetu, a wszyscy zebrani wyszli. Kiedy przyszedł do siebie, zobaczył że jest sam. Nie widział tego króla, który na niego spojrzał, ale swój cel osiągnął.”


Mauzoleum Rumiego w Konyi




Tę opowieść, a także parę innych, można znaleźć w mojej książce Pytania Obieżyświata. Wszystkie opowieści w niej zawarte są na niniejszym blogu. Jednakże witryny mają to do siebie, że są czas jakiś, potem znikają, a książka raz wydrukowana, już zostanie. Nikt tej książki nie wydał, ale lulu.com wydrukuje egzemplarz, jeśli się go zamówi.  


Monday, March 9, 2020

Gdzie mieszka Stwórca Świata?

Góra Baboquivari

Misja San Xavier Le Bac leży prawie na przedmieściach Tucson. Patrząc stamtąd na wschód widać autostradę i miasto, jeśli patrzeć na zachód, widać porośniętą kaktusami pustynię. Za pustynią, w oddali, widać błękitny zarys górskiego łańcucha, którego najwyższy szczyt sterczy wysoko ponad resztą jak wystający palec. Jest to góra Baboquivari, na której mieszka...
O tym potem, skupmy się na misji świętego Ksawerego. Po pierwsze temperatura, jaka tam panuje: jest to samo południe (sic) Arizony, najniżej położone tereny, a zatem najgorętsze – temperatura pod koniec września (wtedy tam jestem) spada do 40ºC. W Stanach jest więcej miejsc, gdzie temperatura tak spada, natomiast zupełnie wyjątkowy (jak na stany) jest kościół: jest to zupełnie autentyczny, niepodrabiany osiemnastowieczny barok. Poziom artystyczny figur może trochę prowincjonalny, ale też kiedy go budowano była to naprawdę daleka prowincja. W kontynentalnej Europie jest takich kościołów na pęczki, ale w Stanach? Ze świecą szukać (chociaż tutaj akurat słońce leje się z nieba żarem i świeca by się raczej redundowała). Ale jest jeszcze inny powód, dla którego ten kościół jest wyjątkowy. Jest on pod wezwaniem świętego Franciszka Ksawerego, jezuickiego misjonarza Dalekiego Wschodu, którego figura odziana w biała komżę (prawdziwą szytą, nie rzeźbioną) stoi w głównym ołtarzu. Do świętego Ksawerego licznie przychodzą się pomodlić tutejsi Indianie. Bo misja stoi na terenie rezerwatu Indian Papago, którzy przychodzą się pomodlić przy figurze świętego Ksawerego, ale nie tej w głównym ołtarzu. (Jak ja to napisałem? Indian Papago? Oj chyba muszę uważać, bo mogę po łapach dostać. „Papago” to nazwa ostatnimi czasy niepolitycznie poprawna, jakieś gryzipiórki uznały, że jest ona uwłaczająca godności i teraz należy używać nazwy „Tohono O'odham”. Co piszę na wypadek, gdyby ktoś szukał na mapie rezerwatu Papago; na nowszych mapach takiego nie będzie, będzie natomiast na jego miejscu rezerwat Tohono O'odham. Ja będę nadal używał nazwy Papago, a gryzipiórki mogą mnie ugryźć w piórko. Wracając...) W lewym transepcie jest leżąca figura tego świętego i to do niej przychodzą Indianie, przychodzą się pomodlić i podnieść świętego za głowę. Święty Franciszek Ksawery należał do tych świętych, których zwłoki się nie rozkładały (podobnie jak zwłoki niektórych papieży wystawione do dziś w szklanych trumnach w bazylice św. Piotra w Rzymie), dlatego czasem jest on rzeźbiony w postaci figury leżącej na katafalku. Tak właśnie jest on przedstawiany w sanktuarium w Magdalena del Kino w północnym Meksyku. Dla Papagów, zamieszkujących tereny po obu stronach granicy, sanktuarium w Magdalena jest czymś takim jak dla nas Częstochowa, pielgrzymują tam tłumnie, a leżąca figura świętego powielana jest w licznych kaplicach na terenach zamieszkałych przez Indian. Ale... Ale...
Pierwsze ale: na początku XX wieku w Meksyku zwyciężyła rewolucja i władzę przejęli antyklerykałowie, czego efektem była m.in. Oficjalna walka z kultem świętych. Całkiem ostra walka, w 1934 roku sanktuarium w Magdalenie zostało zamknięte, a wszystkie figury porąbane i spalone w piecu browaru.
Wszystkie?
Misja San Xavier Le Bac
Ha! Wcale nie wszystkie. Oni tylko myślą, że porąbali figurę świętego Ksawerego. Indianie twierdzą, że w St. Xavier le Bac, po amerykańskiej stronie granicy, leży ta właśnie figura, która kiedyś leżała w sanktuarium w Magdalenie. Figura w Bac nie ma nóg, bo pewnej nocy wstała i szła całą drogę aż tam, gdzie dziś leży, nogi jej się przy tym starły. Legenda? Pewnie tak, wedle innej legendy figura z Magdaleny ukryła się na czas represji, a kiedy te minęły, wróciła na swoje miejsce. A wedle jeszcze innej uciekła do miejscowości San Francisquito, (przy granicy ze Stanami), gdzie do dziś leży w kaplicy.
Do meksykańskiej Magdaleny nie pojechałem, ale w San Xavier le Bac byłem (pod koniec września, kiedy temperatura spada do 40ºC) i widziałem tamtejszą figurę świętego Ksawerego. Dwa rodzaje ludzi przychodzą do tego kościoła. Jest on opisywany w przewodnikach jako zupełnie autentyczny, niepodrabiany osiemnastowieczny barokowy kościół, zupełnie wyjątkowy w USA, zatem przychodzą tam turyści z aparatami fotograficznymi i robią zdjęcia (tak jak ja). Niektórzy z nich są katolikami (tak jak ja) i przyklękają wchodząc. Większość rozmawia po angielsku, ale są też przybysze zza granicy, którzy rozmawiają po francusku lub hiszpańsku. Przewodniki nic nie wspominają o leżącej figurze świętego Ksawerego, zatem większość turystów nie jest świadoma znaczenia, jakie ta figura ma dla drugiej grupy ludzi tam przychodzących. Kościół jest położony na terenie rezerwatu Papagów, którzy też tu przychodzą licznie. Wizualnie się specjalnie nie odcinają, ubrani są tak jak wszyscy Amerykanie, choć mają indiańskie rysy twarzy i czasem rozmawiają w języku, którego nie rozumiem. Ci wchodząc przyklękają przy wejściu i natychmiast kierują się do lewego transeptu, by pomodlić się przy leżącej figurze i podnieść ją za głowę. Przychodzą całe rodziny, małe dzieci są brane na ręce, żeby też mogły głowę świętego podnieść.
Pytam potem spotkanych Indian o co chodzi a tym podnoszeniem głowy. Młody człowiek w sklepiku z pamiątkami (przede wszystkim ręcznie plecionymi koszykami, z których Papago słyną) wyjaśnia: jeśli uniesiesz świętego, to znaczy że przyszedłeś z czystym sercem i modlitwa będzie wysłuchana. Inny Indianin, autostopowicz, którego podwozimy jadąc przez rezerwat, pyta o którego świętego chodzi. Ach, tego w San Xavier le Bac? To jest Francisco Kino, który ewangelizował ten kraj.
Zaraz zaraz, jak to Francisco Kino? Czy jest taki święty? Nie wiem nic o tym, by był on kiedykolwiek kanonizowany.
Może sekret jest ukryty w znaczeniu słowa kanonizacja. Kanonizacja to jest włączenie do kanonu, oficjalne uznanie przez władze kościelne że dany ktoś jest święty, nikt nie staje się świętym przez kanonizację. Kiedyś okoliczna ludność uznawała jakiegoś zmarłego za świętego i robiła pielgrzymki do jego grobu. Zdarzało się w średniowieczu, że świętym uznany został osobnik, którego Kościół za świętego uznać nie mógł ze względu na głoszoną doktrynę, na przykład kiedy ludność w pewnej miejscowości we Francji zaczęła czcić świętego Guineforta, Kościół musiał zakazać tego kultu, ponieważ święty Guinefort był psem, a wedle kościelnej nauki pies nie ma duszy, a więc nie może iść do nieba (czyli być świętym). Tym niemniej Kościół nikogo nie robi świętym, a tylko uznaje że dany zmarły jest już w niebie, a do procesu kanonizacyjnego konieczny jest jakiś udowodniony cud (bo tylko święci, którzy już są w niebie, mogą mieć bezpośredni kontakt z Bogiem, a sprawcą cudu jest Bóg, a nie święty). Zatem można, a nawet trzeba się modlić do zmarłych, którzy nigdy nie zostali kanonizowanie. Z tego prawa korzystają Indianie Papago modląc się do świętego Francisco Kino.
Indianie przy leżącej figurze świętego Ksawerego
Eusebio Francisco Kino był jezuitą, który pod koniec XVII wieku spędził dwadzieścia kilka lat w rejonie zwanym Pimeria Alta głosząc tam Ewangelię. Niestrudzenie jeździł po okolicy i zakładał misje, wśród nich w miejscowości Magdalena (dziś w meksykańskim stanie Sonora) i w San Xavier le Bac (w Arizonie). W 1711 roku zmarł w Magdalenie, gdzie go pochowano. W głównym kościele tego miasta jest figura zmarłego świętego, który też ma na imię Francisco. Czy można się dziwić, że niektórym się oni mylą? W końcu święty Franciszek Ksawery to odległa postać, zmarł gdzieś za ogromnym oceanem, pochowany jest za innym oceanem, natomiast ojciec Kino jeździł po tym właśnie kraju i to on zakładał tu misje i jest zupełnie naturalne, że to jego czci lokalna ludność. A żeby dodać jeszcze trochę zamieszania - wielka fiesta w Magdalena odbywa się w dzień świętego Franciszka, ale... tego z Asyżu.
Pimeria Alta to kraj przez długi czas ignorowany przez Hiszpanów. Nie było żadnych legend o ogromnych bogactwach, nie było też murowanych indiańskich wsi tak jak nad Rio Grande, była tylko pustynia, na której żyli jacyś Indianie mieszkający w szałasach. Skoro w szałasach, to pewnie prymitywni. Taka ocena, oparta na pozorach, była (jak to często bywa) złudna. Mieszkający tu Indianie Pima i Papago żyli z rolnictwa, a żeby z rolnictwa wyżyć na pustyni – trzeba nie lada umiejętności. Od niepamiętnych czasów ci Indianie uprawiali kukurydzę, starannie nawadniając pola. Tym niemniej prowadzili życie na poły koczownicze, schodząc w doliny dopiero kiedy temperatura spadała do 40ºC, gorętsze miesiące spędzając w wyższych rejonach gór. Papago nie przeszli do popularnej literatury o Dzikim Zachodzie, bo mieli na pieńku z Apaczami, którzy (jak mi powiedział młody człowiek w sklepie z pamiątkami) napadali na nich, zabijali mężczyzn i kradli kobiety. Aby ułatwić okiełznanie wspólnego wroga, Papago służyli jako wywiadowcy dla amerykańskich oddziałów uganiających się za Geronimem. No i dzięki wysiłkom ojca Kino byli to pilni katolicy, przychodzący do swego świętego pomodlić się i podnieść go za głowę. Udało im się wynegocjować duży rezerwat i w tym rezerwacie budują swemu świętemu kapliczki i zapalają w nich setki świeczek, tak że człowiek wchodzi z dworu, gdzie temperatura spadła do 40ºC, jak do rozżarzonego pieca. Co bardzo istotne – na terenie rezerwatu znalazła się też góra Baboquivari. Jest to bardzo istotne, ponieważ mieszka tam...
No właśnie, o to też pytałem napotkanych Indian. I nieodmiennie dostawałem odpowiedź – mieszka tam I'itoi, Stwórca Świata. Mieszka w jaskini na samej górze, Indianie przynoszą mu ofiary i kwiaty. Czasami można go spotkać, jawi się jako zgarbiony staruszek. A czy ja też mógłbym pójść do tej jaskini? Słyszę, że mógłbym, ale musiałbym dostać pozwolenie od władz rezerwatu. Niestety na takie pozwolenie trzeba czekać dwa tygodnie, a my za dwa dni mamy odlot. Więc nic z tego.
Tak że widziałem górę, na której mieszka Stwórca Świata, zrobiłem jej nawet zdjęcie, ale nie mogłem pójść do wrót jaskini, bo nie mogłem czekać na pozwolenie władz rezerwatu. A właściwie to ciekawe. Przecież z tego można by zrobić znakomitą atrakcję turystyczną. Spacer do miejsca, gdzie mieszka Stwórca Świata – to dopiero byłaby gratka! Władze Rezerwatu mogłyby zarabiać na wydawaniu pozwoleń za opłatą, a okoliczna ludność na sprzedaży ręcznie plecionych koszyków, albo podkoszulek z odpowiednim nadrukiem.
Tylko ze spotkaniem Stwórcy mógłby być kłopot. Powiadają, że żeby go spotkać, trzeba mieć czyste serce, a tego od władz rezerwatu kupić się nie da.



Jeśli kto woli czytać z papieru, to zarówno niniejsze opowiadanie, jak i wiele innych na temat amerykańskich Indian,

 znajduje się w papierowej książce:




Wednesday, February 5, 2020

Spojrzeć w oczy nieżyjących wojowników

Chief of Blood tribe

George Catlin czasem uciekał ze szkoły i bawił się w Indian. Wychowywał się w latach trzydziestych XIX wieku w Pensylwanii, gdzie wówczas już Indian nie było. Bawił się w Indian, ale nie tak jak my, nie miał plastikowej pukawki, tylko prawdziwa strzelbę, z którą mógł pójść do prawdziwego lasu i naprawdę polować na jelenie. W lesie w pobliżu jego domu była lizawka, czyli miejsce, gdzie jelenie regularnie przychodziły lizać sól. W takich miejscach Indianie czatują, a kiedy jeleń podejdzie dostatecznie blisko – powalają go jednym strzałem. George pewnej nocy wykradł się z domy żeby zapolować, czekał nieruchomo przy lizawce pół nocy, w końcu zobaczył sylwetkę jelenia, a kiedy ten zbliżył się na tyle, że George chciał strzelić – nagle rozległ się huk, a z krzaków wyskoczył Indianin, żeby zastrzelonego jelenia oprawić. Najprawdziwszy Indianin! Skąd się tutaj wziął? Geroge nie pytał, tylko leżał nieruchomo w krzakach następne pół nocy, a kiedy rano wrócił do domu, cieszył się że uszedł ze skalpem. Tego samego ranka służący, niedawny imigrant z Irlandii, doniósł że na skraju wsi rozbili się Cyganie. Cyganie? Jak to Cyganie? Przecież w Ameryce nie ma Cyganów (wtedy istotnie ich tam nie było). Ależ są – przekonywał służący – kolorowo ubrani, smagli, rozbili się na skraju wsi z namiotem i oprawiają świeżo upolowanego jelenia.
To był oczywiście ten Indianin, który w nocy ustrzelił jelenia, oraz jego rodzina. Kiedy wyszło na jaw, że młody George czatował na tego samego jelenia – Indianin ofiarował mu połowę zwierzęcia, co znacznie się przyczyniło do zawarcia przyjaznych stosunków pomiędzy rodziną Catlinów, a rodziną Indian. Ale skąd wzięli się Indianie w miejscu, gdzie nie widziano ich od dziesiątków lat?
Ów Indianin opowiedział im historię złotego kociołka. Pamiętał, że jego babcia miała złoty kociołek, który zakopała pod drzewem, kiedy jej wieś musiała się ewakuować. On był wtedy tylko małym chłopcem, ale dokładnie pamiętał w którym to było miejscu, pod którym drzewem. Przyjechał więc, żeby go odnaleźć, ale okazało się, że las dawno wykarczowany, cała okolica zaorana, ani śladu po drzewie, pod którym miał być złoty kociołek. Słysząc to jeden z sąsiadów przypomniał sobie, że kiedyś orząc pole natrafił na zaśniedziały mosiężny garnuszek. Mosiądz, kiedy wyczyszczony, lśni żółtym blaskiem prawie jak złoto.
No cóż, nie ma kociołka to nie ma. Wkrótce rodzina Indian ruszyła w drogę powrotną do swego dalekiego domu. Nie dotarła tam jednak – o kilka wsi dalej jacyś osadnicy nie chcąc mieć Indian rozbitych na skraju wsi wystrzelali całą rodzinę.
W końcu minął czas bawienia się w Indian, młody George został wysłany do Conneticut na studia prawnicze. Czas jakiś był adwokatem, jednakże Indianie cały czas go fascynowali. Był też malarzem-amatorem, potrafił dobrze uchwycić podobieństwo twarzy i malowanie portretów też przynosiło mu dochód. Pewnego dnia porzucił adwokaturę, spakował sztalugi i farby i pojechał na pogranicze – tam, gdzie jeszcze mieszkali Indianie.
W owym czasie pogranicze to było świeżo kupione od Napoleona terytorium na zachód od Missisipi. Kowbojów tam jeszcze nie było, niedawno założone miasto St. Louis było ośrodkiem handlu futrami. Kompanie futrzane organizowały wyprawy w górę biegu rzeki Missouri, by handlować z Indianami. Indianie nad Missouri wyglądeli wtedy inaczej niż ci znani nam z westernów upióropuszeni Siuksowie koczujący konno po preriach. Siuksowie dopiero zaczynali hodować konie i powoli zasiedlać przerie. Tymczasem w kraju nad Missouri mieszkali zupełnie inni Indianie. No może nie zupełnie inni, ludy Mandan, Hidatsa, Omaha mówiły językami zbliżonymi do Siuksów, miały podobne wierzenia i zwyczaje religijne, tym niemniej były to ludy osiadłe, których głównym źródłem pożywienia była kukurydza uprawiana na polach nad brzegami rzek. Na bizony, owszem, polowano jeśli stada przechodziły w pobliżu wsi, ale nie zapuszczano się za nimi zbyt daleko na prerie. Wsie składały się z solidnych domów o drewnianej i przysypanej ziemią konstrukcji, tak że z daleka wyglądały one jak kopce. Otoczone były palisadą, co stanowiło znakomitą obronę przed ewentualnymi atakami koczowników, których najgroźniejszą bronią dalekiego rażenia był łuk. Oprócz ludów mówiących językami podobnymi do Siuksów były też inne – Arikara i Pawnee – należące do innej grupy językowej i kultywujące inne wierzenia, ale prowadzące podobną gospodarkę i mieszkające we wsiach o o podobnym wyglądzie. Do początku XIX wieku jedynymi białymi przybyszami przybyszami w tym kraju byli wędrowni handlarze futer. W sposób naturalny zatrzymywali się oni w stałych osadach, gdzie kupowali futra wymieniając je na europejskie towary. Osiadli Indianie w dużej mierze kupowali te futra od koczowników, którzy przyjeżdżali do nich na regularnie odbywające się festyny religijne. Tak więc stałe wsie były również ośrodkami handlu międzyplemiennego.
Mandan girl
W latach trzydziestych, kiedy George Catlin przyjechał do St Louis, było to miasto kompanii futrzenych, które miały faktorie w górnym biegu rzeki. Jedna z tych kompanii wysłała nawet parostatek w górę Missouri, aż do ujścia rzeki Yellowstone, z czego skorzystał Catlin, spakował sztalugi i farby i popłynął z nimi. Czas jakiś przebywał w faktorii nad Yellowstone malując portrety Indian, którzy tam przyjeżdżali handlować. Byli to Indianie z różnych plemion – Blackfeet (Czarne Stopy), Crow, Assiniboin. Później w drodze powrotnej do St Louis zatrzymał się na jakiś czas we wsi Indian Mandan. Wodzowie przyznali mu jedną ze swych drewnianych przysypanych ziemią chat, gdzie Catlin od razu urządził pracownię. Malował wodzów i wojowników, ich żony, dzieci, piękne dziewczęta, każda postać jest nie tylko opisana imieniem, ale scharakteryzowana w listach wydanych później drukiem, opisane są konkretne spotkania, rozmowy, często dowcipne wydarzenia. Opisane jest zderzenie kultur, komiczna reakcja Indian na sztukę zupełnie sobie nieznaną – malowanie portretów potrafiących uchwycić podobieństwo malowanych postaci. Słowem nie są to postacie abstrakcyjne, ale najzupełniej żywe. Malował również obrzędy, których podczas swojego długiego pobytu był świadkiem, m. in. tańca słońca, podczas którego młodzieńcy są poddawani torturom przygotowującym ich do dorosłego życia.
Wszystkie te prace Catlin zabrał ze sobą do St. Louis. Później jeszcze pojechał do Oklahomy, gdzie malował Osedżów, Komanczów i inne ludy w tamtej okolicy mieszkające. W końcu cały swój dorobek zabrał ze sobą do Filadelfii i tam zorganizował wystawę. Wystawa okazała się hitem – Catlin w ogóle nie sprzedawał obrazów, zarabiał wyłącznie na sprzedaży biletów.
To były inne czasy niż dziś, wtedy wystawa nie potrzebowała dofinansowania z pieniędzy publicznych. Pamiętajmy, że wtedy nie było nie tylko komputerów i telewizorów, ale również kina, prasa dopiero się formowała, nie wszyscy chodzili do szkoły i umieli czytać. Ciekawa wystawa w mieście była wydarzeniem, na które waliły tłumy. Odniósłszy finansowy sukces Catlin przeniósł wystawę do innych miast w Stanach, a potem także za ocean, do Londynu, Paryża i innych miast Europy.
Niestety w biznesie często tak bywa, że początkowy sukces powoduje optymistyczne zwiększenie wydatków, a następnie niespodziewane zmniejszenie przychodów powoduje – no cóż, długi, a w końcu plajtę. To właśnie przydarzyło się Catlinowi, który aby wyjść z długów musiał sprzedać wszystkie obrazy. Kupił je hurtem pewien amerykański milioner, zabrał do Ameryki i schował w piwnicy. Minął czas wystaw, Catlina przyćmił wędrujący po Europie cyrk Buffalo Billa z żywymi Indianami, potem kino z westernami. Portrety dawno nieżyjących wodzów i ich żon przez kilkadziesiąt lat leżały pod kluczem. Dopiero w drugiej połowie XX wieku pojawiło się nowe zainteresowanie i zaczęto organizować wystawy, tym razem w muzeach i (no cóż, inne czasy) finansowane z pieniędzy publicznych. Tłumy na nie nie walą, mimo że wstęp jest za darmo. Za darmo można wejść do muzealnej sali i spojrzeć w oczy dawno nieżyjących wojowników.

Mandan ceremony