Friday, May 22, 2020

Co Indianie robią na Florydzie?

Jeśli wiatr wieje od Atlantyku, samoloty lądujące w Miami nadlatują od zachodu, nad bagniskami Florydy. Z okien widać mokradła i wijące się wśród nich rzeczki. Mokradła są dziewicze, jest to Park Narodowy Everglades, ale w niektórych miejscach widać coś, co wygląda jak ślady jakichś pojazdów. Tylko jakie pojazdy miałyby w te mokradła wjeżdżać? I po co? Kiedyś wśród tych mokradeł przemykały się czółna Seminolów, Indian ukrywających się przed kawalerią Stanów Zjednoczonych, ale dziś? A tak nawiasem to gdzie się podziali ci Indianie, co to się tu ukrywali przed kawalerią?
Wylądowawszy na lotnisku w Miami idę prosto do wypożyczalni samochodów. Z góry zamówione auto już na mnie czeka. Obsługujący mnie młody człowiek jest pełen entuzjazmu. „Gdzie chcesz jechać? Na Miami Beach? Nie? Chcesz jechać do Everglades? To koniecznie jedź do Indian. Oni mają takie ślizgacze ze śmigłem, biorą turystów na mokradła. To jest jak safari, widzisz aligatory, flamingi. It’s fantastic!”
W ustach białego Amerykanina stwierdzenie, że Indianie robią coś znakomicie, to rzadkość. A wygląda to na odpowiedź na pytanie gdzie się ci Indianie podziali. Ich łodzie nadal przemykają się wśród mokradeł, tylko że dzisiaj zmotoryzowane. Ale nadal robią wrażenie na białych Amerykanach.
Indianie zawsze mieli transport wodny w małym palcu. Koła nie znali, ale wodą przemierzali ogromne przestrzenie. Kontakt drogą morską pomiędzy Florydą a Amazonią istniał na długo przed przybyciem Kolumba. Jeszcze w XIX wieku Seminole z Florydy pływali pirogami na Wyspy Bahama kupować od Anglików broń. A bronić się chcieli przed Amerykanami, którzy chcieli ich z Florydy wysiedlić. Bronili się gryząc i kopiąc co najmniej jakby to był ich rodzinny kraj, a tymczasem wcale tak nie było, Seminole na Florydzie to również ludność napływowa. A przodkowie Seminolów poważnie się przyczynili do tego, że pierwotna ludność Florydy została wyeliminowana.
Kim byli przodkowie Seminolów? Mieszkali na północy nad górskimi potokami. Kiedy Hiszpanie w XVI wieku przybyli na Florydę, zastali tam Indian Timucua i spokojnie uprawiających kukurydzę. Hiszpańscy konkwistadorzy szukali złota i mieli nadzieję, że na Florydzie znajdą królestwa opływające w bogactwa takie jak w Meksyku. Timucua złota nie mieli, ale chcąc się pozbyć konkwistadorów, skierowali ich do bogatych księstw na północy. Tam księstwa istotnie były, były nawet silne i bogate, tyle że nie w złoto. Były na tyle silne, by mimo braku muszkietów dać konkwistadorom po nosie i wygonić ich z kraju. Złota nie było, wobec czego konkwistadorzy raz wygnani – już nie wrócili. Ale Hiszpańscy kolonizatorzy to nie tylko krwiożerczy konkwistadorzy. To również pełni dobrej woli misjonarze pragnący pozyskać nowych wyznawców dla Chrystusa. Na wybrzeżu Florydy powstało miasteczko San Augustine, a stamtąd misjonarze wybierali się w głąb kraju, by nawracać Indian. We wsiach Indian Timucua powstały misje. W imperium hiszpańskim Floryda była kolonia zupełnie marginalną, białych mieszkańców było niewielu, a ci co byli, pilnowali tego, żeby mieć przewagę militarną w razie czego, dlatego Indianom nie sprzedawano muszkietów. Nikt tu się specjalnie nie interesował handlem zwierzęcymi skórkami.
Tymczasem w XVIII wieku na północ od hiszpańskiej Florydy powstała angielska kolonia Karolina, a na zachód, nad Missisipi, francuska kolonia Luisiana. I Anglikom i Francuzom zależało na handlu z Indianami. Chodziło przede wszystkim o handel futrami, ale nie tylko. By ułatwić Indianom polowanie, Anglicy i Francuzi sprzedawali im muszkiety. Ale muszkiety nie tylko w polowaniu były pomocne. Plemiona mające dostęp do muszkietów miały przewagę militarną nad tymi, które muszkietów nie miały. A Anglicy nie tylko futra kupowali. Osadnicy w Karolinie to byli plantatorzy, którzy do pracy na plantacjach potrzebowali niewolników. Część tych niewolników sprowadzano zza morza, ale można też ich było kupić na miejscu, od Indian, którzy za muszkiety i proch gotowi byli sprzedać jeńców wojennych. A skoro mieli muszkiety i proch, mogli tych jeńców zdobyć więcej. Gdzie? To proste – na hiszpańskiej Florydzie, gdzie skupieni wokół misji Timucua mieli zapewnione zabawienie duszy po przegranej bitwie, ale muszkietów nie mieli. Przodkowie Seminolów mieszkali w górach nad potokami, dlatego biali koloniści nazywali ich Creek Indians, czyli Indianie znad Potoków. Nie była to wcale jedna grupa etniczna, nad jednym potokiem mogły być wsie Indian mówiących całkiem różnymi językami, ale Anglików takie szczegóły nie interesowały. Jeśli mieszkają nad jednym potokiem i podobnie się ubierają, to wszyscy są „Creeks”. Stąd się wzięła polka nazwa „Krikowie”. Spośród wielu języków nad tymi potokami używanych najczęstsze były Muskogi i Mikasuki.
Dla Indian znad Potoków powstanie Charles Town było dobrodziejstwem, bowiem strzelby i proch bardzo ułatwiały polowanie, również na niewolników. Wkrótce się okazało, że tego dobrodziejstwa robi się za dużo, że panowie dobrodzieje chcą zakładać plantacje na ziemiach, na których Indianie uprawiają kukurydzę. A trudno przeciw dobrodziejom prowadzić wojnę, bo przecież od nich trzeba kupować strzelby i proch. Przez jakiś czas można było tę broń nabyć od Hiszpanów w San Augustine i od Francuzów w Nowym Orleanie, ale po paru wojnach na innym kontynencie okazało się, że Francuzi i Hiszpanie muszą się wynieść i Anglicy zostali właścicielami ziem od Atlantyku po Missisipi. Krikowie i inni Indianie mogli mieć inna opinię na temat tego kto jest właścicielem tej ziemi, ale opinia ta nie zmieniała faktu, że Anglicy byli jedynym źródłem broni i amunicji.
Co ciekawe – Korona Brytyjska uważała Indian za swoich poddanych, których również należało chronić, dlatego też zakazała białym osadnikom osiedlania się poza pasmem Appalachów. Osadnicy natomiast uważali tego rodzaju ograniczenia za zamach na swoje swobody obywatelskie, zbuntowali się i stworzyli własne państwo, w którym tego rodzaju ograniczenia zostały zniesione. Państwo było wolne i sprawiedliwe, a nazywało się Stany Zjednoczone. W wolnym i sprawiedliwym państwie osadnikom wolno się było osiedlać nad potokami. Ktoś już tam wprawdzie mieszkał, ale czy to sprawiedliwe, by jacyś dzicy Indianie mieszkali w dolinach, w których mogliby się osiedlić biali osadnicy?
Ci dzicy Indianie wcale nie byli głupi i szybko się zorientowali, że europejskie metody rolnictwa przynoszą lepsze plony przy mniejszym nakładzie pracy, że wcale nie trzeba na zwierzynę polować w lesie, można ja hodować na łące koło domu, że ubrania łatwiej uszyć z materiału niż ze skóry. Szybko się tego wszystkiego nauczyli, a nawet więcej – spostrzegłszy, że osadnicy wygrywają wszystkie wojny, uznali, że może ich sposób rządzenia się też jest skuteczniejszy i stworzyli plemienne republiki z parlamentem, prezydentem itd. Nie mogli tylko koloru skóry zmienić. Fakt pozostawał faktem – byli Indianami znad Potoków, a nie białymi osadnikami, którzy nad tymi potokami chcieli się osiedlić. Dlatego chcąc uniknąć konfliktów na tle rasowym, rząd Stanów Zjednoczonych postanowił przesiedlić Indian znad Potoków do kraju po drugiej stronie Missisipi, do Oklahomy. Ale Indianie wcale nie chcieli się przesiedlać, zwłaszcza że w Oklahomie też ktoś już mieszkał. I ten ktoś to nie byli pobożni Timucua, na których można było napaść, wyrżnąć mężczyzn, a kobiety i dzieci powiązać i sprzedać białym kupcom w Charleston. W Oklahomie mieszkali Komancze, którzy właśnie nauczyli się hodować mustangi i na tych mustangach jeździli na łupieżcze wyprawy do Meksyku, Teksasu i wszędzie tam, gdzie można było coś złupić. Rząd Stanów Zjednoczonych chciał być praworządny, postanowił ziemię na potokami od Indian kupić i bez trudu znalazł takich, którzy byli ją gotowi sprzedać. Potem się znajdowali inni, którzy twierdzili, że ci co tę ziemię sprzedali wcale nie mieli do tego prawa bo to nie była ich ziemia, ale Amerykanów takie szczegóły nie interesowały. Co w takiej sytuacji robić? Walczyć z bronią w ręku przeciwko głównemu dostawcy broni i amunicji? Po paru przegranych powstaniach większość Muskogi i Mikasuki przeniosła się do Oklahomy.
Ale nie wszyscy. Niektórzy przenieśli się na hiszpańską Florydę. Teren znali z czasów polowania na niewolników, a kiedy niewolnicy się skończyli, natal tam się wyprawiali polować na jelenie. Tam ich nikt nie nazywał Indianami znad Potoków. Hiszpanie zwali ich Cimarrones (banici), co sprzymierzeni z Hiszpanami lokalni Indianie przerobili na Seminoles. Wkrótce Stany Zjednoczone przejęły również Florydę i zgodnie z oficjalną polityką chciały tych Seminolów przesiedlić do Oklahomy. Ci jednak tak łatwo się nie dali. Mieli niezależny dostęp do amunicji – kupowali ją od kubańskich rybaków okresowo zawijających na Florydę. Czasem też pirogami wyprawiali się na brytyjskie Wyspy Bahama. Potrafili znakomicie kryć się w bagnach Everglades, gdzie kawaleria Stanów nie była zbyt operatywna. Wojna była krwawa i długotrwała, bywało że cały oddział Amerykanów niknął bez śladu. Celem Amerykanów było całkowite wysiedlenie Seminolów z Florydy, celem Seminolów było nie dać się wysiedlić. W końcu Amerykanie uznali, że nie opłaca się wysyłać kolejnych oddziałów w te bagna, wydzielono Seminolom rezerwat i zostawiono ich w spokoju. Seminole osiągnęli swój cel, czyli poniekąd wygrali wojnę. Była to bodaj jedyna w historii Stanów Zjednoczonych wojna, którą wygrali Indianie.
Ten rezerwat nadal jest i można go odwiedzić. Nie żeby zaraz tłumy turystów tam waliły, ale jest. Znajduje się tuż obok Parku Narodowego Everglades. Do parku narodowego chroniącego cenne z ekologicznego punktu widzenia ale widokowo mało atrakcyjne bagna też tłumy nie walą. Na Florydzie tłumy walą przede wszystkim do Disneylandu, gdzie wśród plastikowych atrakcji są też plastikowe aligatory, ale niektórzy kochający przyrodę turyści chcą też zobaczyć prawdziwe żywe aligatory taplające się w cennych z ekologicznego punktu widzenia bagnach. A kto się najlepiej przemyka czółnami wśród tych bagien? Oczywiście Indianie. Tyle, że turyści nie są brani do czółen, tylko do szerokich płaskodennych łodzi skonstruowanych specjalnie tak, by nie niszczyły cennej z ekologicznego punktu widzenia bagiennej roślinności. Łodzie te nie mają podwodnej śruby tylko wielkie śmigło zamknięte w klatce za plecami sternika. Podwodnej roślinności nie niszczą, zostawiają natomiast na powierzchni ślady widoczne z wysoka.
Ale to nie jest największa atrakcja turystyczna w rezerwacie Seminolów. W dzisiejszych czasach największą atrakcją turystyczną w rezerwatach Indian w Stanach Zjednoczonych stanowi kasyno. W latach osiemdziesiątych amerykańskie sądy orzekły, że rezerwaty Indian są wyłączone spod jurysdykcji stanowej i nie obowiązują tam prawa zakazujące gier hazardowych. Od tego czasu Indianie budują u siebie kasyna, w których pozbawieni tej atrakcji u siebie zwykli Amerykanie mogą popróbować szczęścia i pomarzyć o wielkiej wygranej. Dlatego na rubieżach Miami na niczym nie wyróżniającym się skrawku mokradła stoi Moccosukee Resort and Gaming. Skrawek mokradła się nie wyróżnia, ale na odpowiednich mapach należy do Moccosukee Indian Reservarion i to wystarczy. Amerykanie próbują tam szczęścia, dla Indian to czysty zarobek. Z zarobku tego fundowane są instytucje oświatowe. Na przykład Miccosukee Indian Village – rekonstrukcja dawnych domostw funkcjonująca dziś jako muzeum. Stoi ona przy drodze którą jeżdżą turyści chcący zobaczyć żywe aligatory. Sami Indianie mieszkają gdzie indziej, obsługa muzeum i przystani z łodziami przyjeżdża z daleka samochodami tak jak turyści. W ogóle ci Indianie nie różnią się specjalnie od innych Amerykanów, są tak samo ubrani, z turystami rozmawiają po angielsku i nie wiadomo nawet czy znają jeszcze swój dawny język. Dawne domostwa to domy stojące na palach i kryte masywną strzechą, ale bez ścian. W tych domach siedzą ubrani w tradycyjne stroje artyści demonstrujący ludowe rzemiosło – rzeźbiarz, szwaczka szyjąca na maszynie tradycyjne stroje. Te stroje nie mają nic wspólnego z pióropuszami i frędzlami Indian prerii. Seminole już w XIX wieku ubierali się tak jak biali, ale nie całkiem – indiańskie szwaczki szyły suknie i koszule wedle własnej indiańskiej mody. Co widać na dawnych zdjęciach – też wystawionych jednym z tych krytych strzechą domów.
Pożyczonym na lotnisku samochodem pojechałem do Indian, zwiedziłem zrekonstruowaną wioskę i stąd to wszystko wiem. Poszedłem też coś przekąsić do Moccosukee Restaurant po drugiej stronie drogi. Przy sąsiednim stoliku siedziała grupa mężczyzn rozmawiająca w niezrozumiałym dla mnie języku. Zapytałem co to za język.
Mikasuki”, powiedział jeden z nich, a po chwili dodał „Nie możemy pozwolić językowi umrzeć.”


Jeśli kto woli czytać z papieru, to zarówno niniejsze opowiadanie, jak i wiele innych na temat amerykańskich Indian,

 znajduje się w papierowej książce:




Wednesday, May 13, 2020

Wnuk z Vanuatu

Zostawanie wodzem na wyspie Zesłania Ducha Świętego

Wódz Roy Mata miał pięćdziesiąt żon, a kiedy zmarł, wszystkie one zostały razem z nim żywcem pogrzebane. Wódz Roy Mata był przynosicielem pokoju na archipelagu Vanuatu, tak głosi legenda. Przybył ze wschodu i podporządkował sobie wszystkich wodzów na Efate i okolicznych wyspach, tak zapanował pokój. Za jego panowania prowadzenie wojen karane było śmiercią. Kiedy zmarł, pochowane razem z nim były jego żony, a także podlegli mu pomniejsi wodzowie. Tak głosi podanie, a miejsce, gdzie Roy Mata został pochowany, do dziś otoczone jest kultem.
Legenda jak to legenda, mogła być ubarwiona albo w ogóle wymyślona. W latach sześćdziesiątych francuski archeolog Jose Garanger prowadził wykopaliska w miejscu, w którym pochowany był Roy Mata z całym dworem i znalazł tam jeden szkielet obwieszony oznakami władzy wodzowskiej oraz kilka szkieletów, które miały skrępowane ręce i nogi. Informacje o tych wykopaliskach, obficie ilustrowane zdjęciami, można znaleźć w Muzeum Narodowym w Port Vila.
Na Vanuatu wódz mógł mieć kilka żon. Jeśli miał ich kilka, musiały one być posłuszne, bo jeśli nie, to mogły skończyć w roli następnej kolacji (to nie moje sformułowanie, tak mi to opowiadał Hardiman, rodowity Ni-Vanuatu, właściciel sklepu ze sztuką w Port Vila). Na Vanuatu ludzkie mięso znikło z jadłospisu dopiero w latach sześćdziesiątych XX wieku, przy czym wcale niekoniecznie spożywani byli zdobyci na wojnie wrogowie. Najbliższa rodzina była cały czas pod ręką, a dla wodza, który miał kilka żon i kilkadziesiąt dzieci, przeznaczenie któregoś pulchnego wnuka na kolację nie stanowiło wielkiego problemu. Jeszcze na początku lat osiemdziesiątych jeden z wodzów na wyspie Malekula wybrał już sobie pulchnego i soczystego wnuka na wieczorny posiłek, ale niedoszła kolacja (też nie moje określenie, tylko Hardimana) miała osiem lat, zwęszyła co się święci i zwiała. Dziś jest kierowcą autobusu w Port Vila, Hardiman go dobrze zna i słyszał opowieść z pierwszej ręki.
Mimowolny uczestnik ceremonii mianowania na wodza
Witamy na Vanuatu, rajskim archipelagu, gdzie na niektórych wyspach nie ma dróg, nie ma samochodów, nie am prądu, nie ma bieżącej wody, nie ma betonowych budynków, wszystkie domy są zbudowane z plecionego bambusa i pni powiązanych lianami. Wszystkie – domy mieszkalne, szkoły, kościoły, nakamale (nakamal to jest główny budynek we wsi, na placu przed nim odbywają się publiczne ceremonie, takie jak śluby i nominacje na wodza). Witamy w Republice Vanuatu, która nie posiada armii, a policjantów w całym kraju jest mniej niż sześciuset, na niektórych wyspach nie ma ich wcale. Tam, gdzie policjantów nie ma, władzę sprawują wiejscy wodzowie. Tam, gdzie policjanci są, władzę również sprawują wodzowie, a policjanci wzywani są tylko w szczególnie drastycznych sytuacjach.

Jedzenie ludzkiego mięsa jest dziś nielegalne, ale żeby zostać wodzem, trzeba udowodnić, że się potrafi zabijać. Ofiarami są świnie, w czasie ceremonii nominacji na wodza czekają na swój los na placu przed nakamalem przywiązane do świeżo zasadzonego palmowego drzewka.. Przy wejściu do nakamalu orkiestra – bębniści grający na szczelinowych tam-tamach. Korowód taneczny krąży wokół ofiar, kandydat na wodza łatwy do rozpoznania w tym korowodzie, bo to on trzyma w ręku siekierę. W odpowiednim momencie knur dostaje siekierą w głowę i pada w konwulsjach, krew spływa po pysku, a korowód dalej tańczy wokół następnej ofiary. To nie jest fikcja literacka, byłem świadkiem takiej ceremonii na Wyspie Zesłania Ducha Świętego.
Wyspa Zesłania Ducha Świętego jest długa i wąska, rozciągnięta z północy na południe. Na południowej części bywają turyści, tam bowiem odbywa się rytuał inicjacyjny, którego częścią jest skakanie na główkę z wysokiej platformy z lianami przywiązanymi do kostek tak, że skaczący na ziemię nie spada, tylko nad nią zawisa dyndając z nogi. Na północy turystów nie ma, a tam właśnie byłem świadkiem zarąbywania świń. Byłem jedynym białym obecnym przy ceremonii. Za to z północy tej wyspy, jak też z sąsiadującej z nią wyspy Ambae, pochodzi elita intelektualna kraju. Na lotnisku (nazwijmy to lotniskiem, stanowi je porośnięty trawą pas startowy oraz stojąca przy jednym końcu budka) minąłem się z odwiedzającymi rodzinę wicepremierem oraz prokuratorem generalnym. Obaj chodzili z charakterystyczną laską wodza, z czego wynika, że kiedyś musieli przyłożyć siekierą w łeb świni przywiązanej do drzewka. Kandydat na wodza, którego widziałem tańczącego z siekierą w ręce, jest znanym lekarzem praktykującym w stolicy. Pastor Walter Lini, pierwszy premier niepodległego Vanuatu, też pochodził z tych okolic i tu znajduje się dziś jego grób.
Stroje ludowe na Vanuatu
Nie na wszystkich wyspach archipelagu kandydat na wodza musi zarąbać świnię. Na wyspie Tanna wodzem zostaje najstarszy syn poprzedniego wodza, tak jak Jack Waiwai, który był moim przewodnikiem po tamtejszym buszu. Widz Jack czuł ze mną pewne pokrewieństwo duchowe; miał tyle lat co ja, parę lat temu zmarła mu małżonka, tyle że w przeciwieństwie do mnie miał już grono wnuków.
Na wyspę Tanna turyści przyjeżdżają. Jest tam najważniejsza atrakcja turystyczna archipelagu: wulkan Yasur, podobno najłatwiej dostępny aktywny wulkan na świecie. Można tam samochodem terenowym podjechać pod sam stok, wybetonowaną ścieżką podejść ostatnie sto metrów na krawędź krateru i spojrzeć w charkające ogniem gardło piekła. Lotnisko na Tannie to nie skoszony pas trawy, tylko porządny wyasfaltowany pas startowy, na którym lądują wielkie odrzutowce. Lotnisko jest przy miejscowości Lenakel, zwanej przez miejscowych Black Man Town, choć cała miejskość polega na tym, że nie wszystkie budynki plecione są z bambusa. Jest tam kilka murowanych domów, w których są sklepy, bank, nawet restauracje. Byłem tam z moim małym przyjacielem Gibsonem, wnukiem wodza Jacka; chodził ze mną za rękę patrząc szeroko otwartymi oczami na wielki świat.
Lenakel to dla Gibsona wielki świat, na codzień mieszka po drugiej stronie wyspy, we wsi Iatapu. Jest to tak zwana „kastom village”, gdzie turyści mogą przyjechać i sfotografować Papuasów wykonujących ludowe tańce w tradycyjnych strojach. Na wyspie Tanna tradycyjny strój męski składa się wyłącznie z pokrowca na penisa, oczywiście znacznie większego niż sam penis i zawsze sterczącego w górę; strój kobiecy to spódnica z trawy zasłaniająca również pośladki (ale góry już nie). Mieszkańcy wsi Iatapu ubierają się w te stroje wyłącznie wtedy, kiedy przyjeżdżają turyści zobaczyć tradycyjne tańce i płacą za przywilej robienia zdjęć. Za zarobione pieniądze mieszkańcy wsi kupują normalne ubrania, które noszą na codzień. Ale tylko dorośli, dzieci takie jak mój czteroletni przyjaciel Gibson biegają tak, jak je Pan Bóg stworzył.
Ja to wiem, bo kilka dni w tej wsi mieszkałem. Widziałem, jak przyjeżdżają turyści z aparatami, a mieszkańcy rozbierają się na ich cześć. A mały Gibson przez te kilka dni wszędzie ze mną chodził trzymając mnie za rękę, w stroju Adamowym oczywiście. Ubrano go tylko na wyprawę do Lenakel, Miasta Czarnych Ludzi. Nie wiem dlaczego sobie tak mnie upodobał, nie mogłem sobie z nim nawet pogadać, bo czterolatek po angielsku nie umiał. Kiedy musiałem wyjeżdżać, mały Gibson się popłakał. Siedzieliśmy przy moim ostatnim śniadaniu, mały Gibson u mnie na kolanach, a jego dziadek, wódz Jack, ze mną przy stole.
Jeśli chcesz, możesz go zabrać ze sobą”, mówił wódz Jack.
Jak to zabrać ze sobą? Przecież on by płakał za mamą i tatą, a mama i tata też by płakali.”
No może by płakali, ale ty mu dasz moc, a w przyszłości on będzie mógł pomóc swojej wspólnocie.”
Wódz Jack mówił najzupełniej poważnie.

Mój przyjaciel Gibson




Tę opowieść, a także parę innych, można znaleźć w mojej książce Pytania Obieżyświata. Wszystkie opowieści w niej zawarte są na niniejszym blogu. Jednakże witryny mają to do siebie, że są czas jakiś, potem znikają, a książka raz wydrukowana, już zostanie. Nikt tej książki nie wydał, ale lulu.com wydrukuje egzemplarz, jeśli się go zamówi.  



Monday, April 13, 2020

Po co komu misjonarki w Maroku?

Minaret nad dachami Fezu

Allahu akbar!”
Wezwanie muezzina z megafonu na minarecie przypomina miastu, że Bóg jest wielki. O tym trzeba zawsze pamiętać, o Bogu nie wolno nigdy zapomnieć, tak przykazał Prorok. Niektórzy przerywają pracę, idą do meczetu, w fontannie na dziedzińcu myją nogi do kolan, ręce po łokcie, głowę. Tak przykazał Prorok. Potem wchodzą do meczetu i padają na twarz przed niewidzialnym Allahem. Tylko muzułmanie mogą tam wejść, my niewierni możemy tylko stać przy wejściu i zaglądać do wnętrza. Kilka pokłonów i modlitwa skończona, muzułmanie wracają do swoich zajęć.
Średniowieczny Fez – miasto niezmienione od stuleci. Otoczone murem ze szczerzącymi się krenelażami, od strony dworca przedmurze stanowi dwujezdniowa szosa, ale przejście przez bramę przenosi wędrowca w świat tysiąca i jednej nocy. Wąziutkie kręte uliczki, nie wjedzie tu żaden pojazd, cały transport towarów odbywa się na grzbietach mułów. Wzdłuż uliczek sklepiki i drący się przekupnie, stosy warzyw, stosy baranich głów i krowich racic jeszcze mokrych od krwi, stosy ceramiki, a przede wszystkim wyroby ze skóry, z których to miasto jest sławne. Część miasta stanowią tradycyjne garbarnie, gdzie skóry garbuje się przy pomocy gołębiego nawozu. Stamtąd dochodzi charakterystyczny zapach, z niego też miasto jest sławne.
W samym środku średniowiecznej metropolii, zagubione w labiryncie ciasnych uliczek, jest mauzoleum Maulaja Idrisa II, potomka Proroka. Maulaj Idris, który w IX wieku uczynił Fez stolicą Maroka, nie uznawał władzy kalifów w Bagdadzie, a jego dynastia panowała w Maroku przez parę stuleci. Pięć stuleci później w miejscu, gdzie Maulaj Idris był pochowany, znaleziono nierozłożone ciało, uznano że to na pewno jest ciało Idrisa, a to że jest tak zachowane jest dowodem świętości, zatem zbudowano nad jego grobem mauzoleum. Dziś pielgrzymi przybywają z daleka, by pobyć w jego obecności. Jest on znakiem Obecności Bożej w sercu miasta. Nam niewiernym nie wolno tam wchodzić, ale możemy stanąć w drzwiach i patrzeć, jak pielgrzymi przytulają się do okrytego kobiercami grobowca.
Dla turystów jest medresa Bu Inania, tam niewierni mogą wchodzić. Jest to majstersztyk architektury muzułmańskiej z XIV wieku pokryty filigranową rzeźbiona kaligrafią nie gorszą niż Alhambra. Wejście jest naprzeciw straganu z ociekającymi krwią baranimi łbami. Uliczni przewodnicy gromadzą się przed wejściem, oferują swoje usługi. Jegomość w pasiastej dżelabie i czerwonym fezie zagaduje nas uprzejmie po angielsku, a kiedy mówimy, że nie potrzebujemy przewodnika, rzuca za nami wiązkę przekleństw. Inny jegomość zapytany o drogę do zabytkowej synagogi prowadzi nas tam (choć go wcale o to nie prosimy), poczem nie tylko żąda pieniędzy, ale twierdzi, że dziesięć dirhamów (około jednego funta sterlinga) to za mało, on chce 25 dirhamów.
Baranie łby na sprzedaż
Czy wśród tych baranich łbów, odoru z garbarni i ludzi uprzejmych za pieniądze Allah jest obecny? Może jest tylko pustym dźwiękiem obecnym jedynie na wargach?
Uliczne kafejki, w których siedzą wyłącznie mężczyźni, nie zapraszają turystów. Kiedy spragniony kawy wchodzę do jednej z nich razem z Ewą, kelner robi wrażenie, jakby chciał nas zniechęcić i nie próbuje nas zatrzymać, kiedy odchodzimy. Tylko w okolicach Baab Bu Dżelud są lokale dla turystów, gdzie kelnerzy zaczepiają przechodzące pary i zapraszają do środka. Marokańskie kobiety nie chodzą do kawiarń, podobno dla nich miejscem spotkań towarzyskich są publiczne łaźnie. Tam, rozebrane do rosołu, spędzają czas na plotkach. Oczywiście w łaźniach też jest ścisła segregacja płci. Wyjątkiem są łaźnie przeznaczone tylko dla turystów. Bo ci turyści to jakieś dziwadła, wszędzie muszą parami chodzić, nawet do łaźni. Ale są to też prawdziwe hammamy, czyli łaźnie tureckie, w dodatku jak się człowiek wypoci, to go jeszcze masażystki wytłamszą i człowiek się czuje jak nowy.
Hammamu w Fezie trzeba koniecznie spróbować, więc się dajemy wypocić i wytłamsić i potem czując się jak nowi pętamy się po uliczkach. Wchodzimy do sklepu z ceramiką, gdzie na półkach porozkładane są cudeńka, dzbany i wazony, misy i miseczki malowane w kwieciste arabeski. Jest pora obiadowa, obsługa sklepu siedzi na podłodze wokół misy z zupą, urywa kawały chleba z wielkiego bochna, których używa się jako łyżek do jedzenia zupy. Zapraszają żebyśmy się przysiedli, urywają kawały chleba i podają nam. Przysiadamy się. Zaproszenie z czystej gościnności, bez oczekiwania że zapłacimy i bez związku z tym czy i co kupimy.
Świat tysiąca i jednej nocy, istny sezam, pieniądze się w trymiga rozpływają. No bo jak tu nie kupić tych cacuszek, filigranowej ceramiki, berberskich kolczyków, tkanin z wielbłądziej wełny, sandałów w różnych kolorach? Wszystko to ręczna robota i wszystko takie tanie! Potem już człowiek nie ma pieniędzy na to, żeby kupić paczuszkę herbaty z czternastu saharyjskich ziół od dziadka siedzącego w zakątku krętej uliczki. Ile kosztuje? Dziesięć dirhamów. Ale ja nie mam już nic. Bankomat jest wprawdzie zaraz za rogiem, ale nie ma w nim pieniędzy, a najbliższy następny jest przy Baab Bu Dżelud. A to chyba pół godziny przeciskania się przez tłum na Talaa Sghira. Prosimy dziadka, żeby dla nas odłożył tę paczuszkę.
Miejski transport w Fezie
Dziadek nie umie po francusku, rozmawiamy z pomocą sprzedawcy sandałów po drugiej stronie uliczki. On tłumaczy dziadkowi, że musimy iść wypłacić pieniądze i wrócimy za godzinę. Dziadek usłyszawszy to wetknął mi paczuszkę pod pachę i machnął ręką, że mamy sobie iść. Poszliśmy do bab Bu Dżelud, wypłaciliśmy pieniądze i niemal po godzinie byliśmy z powrotem. Kiedy nas dziadek zobaczył, krzyknął coś do sprzedawcy sandałów, a towarzyszący gest sugerował, że to było coś w rodzaju „A nie mówiłem?”
Na dworcu autobusowym świat tysiąca i jednej nocy się kończy, stamtąd dwujezdniowa szosa prowadzi za miasto przez Ville Nouvelle, czyli część miasta zbudowana przez Francuzów kiedy tu rządzili. Wzdłuż drogi drzewa obsypane niebieskim kwieciem. Wyjeżdżamy autobusem w góry, Atlas Średni pokryty cedrowym lasem, małpy skaczą tam między drzewami. Potem wyjeżdżamy na płaskowyż, równinę pomiędzy Atlasem Średnim a Wysokim. Na tej równinie znajduje się miasteczko Midelt, tam wysiadamy. Kierowca pamięta że jedziemy do Mideltu i wyrzuca nasze bagaże na stacji benzynowej Shella. Czy to tu jest dworzec autobusowy? „Tu jest Midelt” mówi kierowca i odjeżdża.
A gdzie jest dworzec autobusowy? Tam ma na nas czekać Cherif. Dzwonię do niego. Mówi, że jest na dworcu, 5 km za miastem, ale zaraz przyjedzie.
Czy go poznam? Byłem u niego parę dni sześć lat temu. Zapisałem wtedy numer jego telefonu na wypadek, gdybym chciał przyjechać jeszcze raz. Dzwoniłem do niego przed wyjazdem, dzwoniłem też z Fezu, mówił, ze wyjedzie po nas na dworzec w Midelcie. Może go i nie poznam, ale on nie powinien mieć problemów z rozpoznaniem dwojga turystów z plecakami czekających na stacji Shella.
Po chwili podchodzi do nas smagły Berber w niebieskim turbanie, najwyraźniej mnie poznaje. Idziemy pieszo do miejsca, skąd zabierze nas auto jadące do Tattouine. Jest to wieś w głębi gór, ostatnia przed główną granią Atlasu Wysokiego. W oddali widać ośnieżony szczyt Dżebel Ajaczi, najwyższy w tym rejonie. Śnieg jest tylko na najwyższych szczytach, reszta gór jest różowa, mamy znakomity widok jadąc na pace furgonetki. Różowe skały, z rzadka porośnięte kępkami roślinności, bardzo różne od naszych zielonych Tatr. Rozmawiamy z Cherifem, który jest wprawdzie Berberem z głębi Atlasu, ale zna francuski.
Jesteście Polakami? Siostra Barbara się ucieszy.”
Tattouine to wieś składająca się z domków z suszonej gliny nie odcinających się kolorem od otaczających gór. W domkach tych mieszkają Berberzy, a w jednym - na samym skraju wsi – dwie siostry franciszkanki. Akurat tego dnia jest u nich przyjęcie dla mieszkańców wsi. Wydał je Cherif i jego żona Hasna, ale odbywa się w domu sióstr, bowiem jest na cześć innej siostry, która tu kiedyś mieszkała, a niedawno zmarła. Cherif prowadzi nas do domu sióstr, jest tam akurat modlitwa, częściowo czytanie Koranu (bo tutejsi Berberzy to muzułmanie), a częściowo modlitwy po francusku. Po modlitwie wnoszone są wielkie misy z tadżiną pieczoną w domu Hasny, jedna misa na każdy stół. Mieszkańcy wsi siedzą w większym pokoju, nas sadzają w mniejszym pokoju, gdzie mówi się po francusku, bowiem większość obecnych tam osób to Francuzi. Jest tam dentysta, który przez pół roku mieszka we Francji i tam godziwie zarabia, a następne pół roku podróżuje z żoną po Afryce i leczy beduinom zęby. Jest dwóch mnichów trapistów z klasztoru w Midelcie, gdzie mieszka też (nieobecny na dzisiejszej uczcie) ostatni z mnichów z algierskiego klasztoru Tibhirine. Moi rozmówcy przy stole doskonale znają historię tego klasztoru. W Tibhirine było podobnie jak w Tattouine, muzułmańscy mieszkańcy żyli w całkowitej harmonii z katolickimi mnichami, ale komuś ta harmonia była nie na rękę i pewnej nocy wszyscy mnisi zostali zamordowani. Rząd Algerii twierdził, że to muzułmańscy ekstremiści dokonali tej zbrodni, ale winowajców nigdy nie znaleziono. Moi rozmówcy w taką wersję powątpiewają. Przypuszczają oni, że rząd potrzebował takiej zbrodni, by przykręcić w kraju śruby.
Wieś Tattouine
W Tattouine ta harmonia nadal trwa. Do domu sióstr franciszkanek wnoszone są na wielkich misach dania przygotowane przez muzułmańskich Berberów. Wśród gości są i beduini z gór, i trapiści z klasztoru w Midelt, i francuscy dentyści bez granic. Na jeden stół przypada jedna micha, każdy urywa sobie kawał chleba i używając go jako łyżki próbuje się dobrać do kurczaka pieczonego w warzywach. Tak podawane są wszystkie posiłki w domu Hasny i Cherifa, tak też karmią nas beduini, których odwiedzamy następnego dnia. Bo nazajutrz wybieramy się z Cherifem na dwudniową wycieczkę w góry.
Rano dostajemy śniadanie, na które składa się świeżo upieczony chleb maczany w oliwie oraz bardzo słodka zielona herbata z miętą, świeżą, zieloną i zmiętą. Przed domem Cherif i Hasna juczą muła. Cały prowiant będzie na jego plecach, nie musimy nosić plecaczków. Wyruszamy w górę doliny, gdzie tu i tam rozstawione są namioty beduinów. To jest miejsce styku dwóch światów, beduini znają szlaki przez góry i przez pustynię, ale miasto jest dla nich obce. Punktem styczności z tak zwaną cywilizacją jest dla nich przychodnia prowadzona przez siostrę Barbarę w Tattouine. Jeśli im coś dolega, to potrafią wędrować pieszo nawet kilkadziesiąt kilometrów, by do niej dotrzeć. My też idziemy pieszo przez góry, ale nie dlatego, że nam coś dolega, tylko dla przyjemności. Chcemy się choć na parę dni wyrwać z tak zwanej cywilizacji. Oznacza to marsz przez trzytysięczne przełęcze, wśród różowych gór porośniętych kępkami sucholubnych ziół. Nie ma tu trawy, ale owce beduinów i tak znajdują sobie coś do jedzenia. Nocujemy u beduinów, jemy z nimi posiłki z jednej miski, śpimy na podłodze na dywanach, w nocy gryzą nas pluskwy.
Siostry franciszkanki również wędrują po górach. Regularnie odwiedzają namioty koczowników służąc im pomocą medyczną. Ostatnimi laty wychodzą na wyprawy tylko na jeden miesiąc w roku, ale kiedyś sześć miesięcy w roku spędzały w górach śpiąc w beduińskim namiocie. Mają nawet przenośne tabernakulum, miniaturową beduińską sakwę podróżną, którą wieszają w oddzielnej części namiotu służącej za kapliczkę. Kiedy siostry są we wsi, sakiewka wisi na ścianie kapliczki, jaką siostry sobie urządziły w domu. Wtedy sakiewka jest pusta, bowiem stałe tabernakulum jest wbudowane w ścianę, hostie są tam przechowywane w pojemniku zrobionym ze srebrnych beduińskich bransolet. Kiedy siostry wyruszają w podróż, srebrny pojemnik wędruje z nimi w podróżnej sakwie. Kapliczka w domu jest bardzo skromna: białe ściany, beduiński dywan otrzymany w prezencie od wdzięcznych pacjentów, w czasie modlitwy siedzi się na podłodze. Na jednej ze ścian sznur, jakim przepasują się beduińskie kobiety, wisi zawieszony tak, że tworzy arabskie słowo Allah. Na innej wisi kopia ikony Andrieja Rublowa przedstawiająca trzech wędrowców w gościnie u beduina imieniem Abraham. Jest też piękny portret papieża Wojtyły wyszyty lewą ręką przez chłopca, który stracił prawą dłoń w wypadku z kosą podczas pracy w polu.
Dżebel  Ajaczi
Kaplica kaplicą, siostry we wsi prowadzą aktywne życie. Siostra Marie jest nauczycielką, założyła przedszkole i prowadzi je. Dzieci ze wsi przychodzą do przedszkola na pół dnia. Siostry sobie każą płacić dwadzieścia dirhamów od dziecka. Mogłyby to robić za darmo, ale każą sobie płacić, żeby rodzice mieli szacunek i regularnie przeprowadzali dzieci. Przedszkole jest w takim samym szarym domu jak inne domy we wsi, ale w środku jest tak wyposażone, jakby było gdzieś w Sztokholmie, a nie na berberskim wydmuchowie. Kiedyś jacyś zamożni ludzie ze Szwecji odwiedzili to miejsce i pytali czym można siostry wspomóc, na co siostra Marie powiedziała, że potrzebują wyposażenia przedszkola. Po pewnym czasie przyjechała ciężarówka i przywiozła wyposażenie. Berberskie dzieci uczą się tu obchodzenia z papierem i ołówkiem, uczą się kształtu liter. Kiedy pójdą do szkoły, będzie im znacznie łatwiej, niż gdyby poszły tam prosto z beduińskiego namiotu.
Siostra Barbara prowadzi przychodnię i współpracuje z lekarzami bez granic. Sama jest pielęgniarką, kiedy ją odwiedzamy w przychodni, właśnie prowadzi fizjoterapię małego chłopca z wadą chodzenia, opowiada nam, jakie zrobił postępy. Siostra Barbara ma gadane, trajkoce jak karabin maszynowy, w dodatku jest Polką, co bardzo ułatwia komunikację. Opowiada o niezwykłych medycznych przypadkach napotykanych wśród beduinów. Czasami coś każe jej wbrew logice wstać i iść. Tak jak ostatnio, kiedy dowiedziała się, że pewna kobieta właśnie rodzi, ale jest z nią obecna beduińska akuszerka. Barbara uważa tę akuszerkę za całkiem kompetentną, ale i tak, choć był środek nocy, ubrała się i poszła. Kiedy dotarła na miejsce, już było po wszystkim, dziecko zawinięte jak należy, ale Barbarę coś tknęło i kazała rozwinąć. I co się okazało? Że dziecko we krwi! Bo pępowina wprawdzie zawiązana, ale to zawiązanie się poluzowało i pępowina krwawiła. Wprawdzie powoli, ale do rana cała krew mogłaby wypłynąć, bo noworodek wiele tej krwi nie ma. A w związku z porodami, ciekawa była historia pewnego beduina, który przyszedł do sióstr mówiąc, że on nic nie jest wart, nawet urodził się w jaskini jak koza. Na to siostry mu opowiedziały historię Jezusa, który też się urodził w jaskini. Jezus to dla muzułmanów prorok Isa, więc beduin poszedł do domu wielce pocieszony i odtąd opowiadał, że urodził się w jaskini jak prorok Isa.
W naszych długich rozmowach z siostrą Barbarą nie usłyszałem ani jednego słowa na temat nawrócenia kogokolwiek z jednej religii na drugą. Najwyraźniej siostry nie po to tam są. A po co są?
W nasz ostatni poranek siostry nas zapraszają na modlitwę o świcie. Modlitwę stanowi kilka czytań, a potem długie milczenie. Bardzo długie milczenie, siedzimy tam bodaj godzinę. Potem jeszcze idziemy na śniadanie do Cherifa i Hasny, jak zwykle chleb z oliwą oraz dzbanek zielonej herbaty z miętą zieloną i zmiętą. To jest właśnie smak tego kraju, chleb maczany w oliwie i słodka herbata z miętą.
Po co te misjonarki tu są, jeśli nikogo nie nawracają?
Może po to, żeby przypominać ludziom, że Pan Bóg istnieje? Bo o Panu Bogu zapominać nie wolno.

Wnętrze kaplicy sióstr w Tattouine




Tę opowieść, a także parę innych, można znaleźć w mojej książce Pytania Obieżyświata. Wszystkie opowieści w niej zawarte są na niniejszym blogu. Jednakże witryny mają to do siebie, że są czas jakiś, potem znikają, a książka raz wydrukowana, już zostanie. Nikt tej książki nie wydał, ale lulu.com wydrukuje egzemplarz, jeśli się go zamówi.  





Wednesday, April 1, 2020

Z kim mogą się żenić Indianie Tukano?

Przekraczanie strumyków w dżungli

Ścieżka przez tropikalny las prowadzi początkowo po równinie. Raz po raz przekraczamy leniwie płynące strumyki czerwonawej wody ostrożnie stąpając po zwalonych pniach drzew przerzuconych przez rzekę jako kładki. Potem ścieżka (razem z dżunglą) wchodzi między strome skały, ostre podejścia, ciasne wąwozy. Na ostrych podejściach człowiek ma ochotę chwytać za wystające korzenie, ale trzeba uważać, bo po niektórych chodzą amazońskie mrówki, które nie znają litości.
Idziemy na górę Cabari, a prowadzi nas Guedes, Indianin ze szczepu Tukano. Ubrany jest w w podkoszulkę z wielkodziobym tukanem i napisem: „Tukano – ritos, mitos e tradiciones. XVIII Festival, São Gabriel do Cachoeira”. To tak żeby było wiadomo z jakiego jest szczepu. Ale to dziś, wczoraj miał koszulkę z trupią czaszką i napisem „Iron Maiden”, żeby było wiadomo jaką muzykę lubi.
Biwak na skale nad równiną, ognisko skrzesane w załomie, mięso pieczone na rożnie. Rozwieszamy hamaki między drzewami, tu zostaniemy na noc. Mięso nie jest z upolowanej w dżungli zwierzyny, tylko kurczaki kupione w mieście na tę wyprawę. Miasto – São Gabriel da Cachoeira, widoczne jest w oddali. Jest wprawdzie odległe o dzień marszu przez dżunglę, ale sygnał w telefonie jest i można wysłać pozdrowienia do znajomych w Europie. Widok zapiera dech: porośnięta dżunglą płaska jak stół równina, tylko gdzieniegdzie sterczą nad nią pojedyncze góry, takie jak ta, na której stoimy. Najwyższa z nich to widoczna na horyzoncie Bela Andormecida – Śpiąca Królewna – która rzeczywiście wygląda jak leżąca na plecach kobieta z obfitym biustem. Pośród lasu wije się szeroka rzeka Rio Negro, nad którą w strategicznym punkcie leży miast São Gabriel. Guedes podaje mi udziec pieczony na ruszcie. „Anią” mówię popisując się znajomością słowa w języku Tukano (nauczyłem się go wczoraj, a znaczy 'dziękuję'). Emmanuel mówi, jak to samo słowo brzmi w języku Hupida. Emmanuel jest etnologiem i ma dużą wiedzę na temat mieszkających w tej okolicy ludów. Guedes komentuje:
Hupida to byli kiedyś nasi niewolnicy.”
Indianin Guedes
São Gabriel da Cachoeira to jedyne miast w Brazylii, gdzie większość ludności stanowią Indianie. Wyglądają oni praktycznie tak samo jak kaboklowie w całej Amazonii, tylko kaboklowie twierdzą, że nie są Indianami, a mieszkańcy São Gabriel należą do konkretnych szczepów i nawet znają własne języki. Ta liczba mnoga jest istotna, ponieważ okolice górnego Rio Negro, a zwłaszcza dorzecze rzeki Uaupes, to tak zwany rejon kulturowy Tukano, który cechują dość niezwykłe zwyczaje matrymonialne: Indianin Tukano może się ożenić tylko z kobietą mówiącą innym językiem.
Cachoeira znaczy bystrzyna. Górne Rio Negro poprzecinane jest progami wodnymi. Do São Gabriel można dopłynąć z Manaus statkiem, ale powyżej już tylko indiańskim czółnem. Portugalczycy zbudowali twierdzę w strategicznym miejscu nad pierwszym progiem i dotąd sięgała ich władza, powyżej była kraina Indian i tak naprawdę jest do dziś. São Gabriel jest na styku cywilizacji. Indianie znad Uaupes przyjeżdżają tu zobaczyć wielkie miasto, zobaczyć sklepy i może nawet coś kupić. Kiedyś przywozili na sprzedaż niewolników, później kauczuk. Dziś niektórzy przyjeżdżają na stałe, znajdują pracę, a kiedy mają wolną chwilę - prowadzą grupę Gringów ścieżką przez las na górę Cabari. Większość Indian przyjeżdża tu jednak tylko na chwilę, do banku wypłacić zasiłki.
Parę dni temu Indianin spotkany na brzegu rzeki tam, gdzie cumują łodzie Indian przybyłych z daleka, opowiadał nam jak to jest. W ostatnich latach lewicowy rząd Brazylii przyznał Indianom zasiłek na każde dziecko posłane do szkoły. Szkoły są we wsiach nad Uaupes, ale zasiłek można wypłacić tylko w banku, a najbliższy bank jest w São Gabriel. Podróż czółnem z motorkiem trwa tydzień. Całe rodziny przyjeżdżają do miasta, rozwieszają sobie hamaki w opuszczonym magazynie, gotują na ognisku obiady z ryb złapanych w rzece, garnek stawiają na kilku cegłach. Nasz rozmówca pokazywał nam to miejsce, z nami rozmawiając po portugalsku, ale z innymi w języku Tukano. Mówił nam jeszcze, że powinniśmy zobaczyć jeszcze inne takie biwakowisko, pokazywał nam gdzie iść.
Hamakowisko Indian w opuszczonym magazynie
Nie poszliśmy tam. Spotkany następnego dnia Emmanuel mówił, że mieszkają tam Indianie Hupida, ale lepiej tam teraz nie iść, bo właśnie wczoraj kogoś tam zamordowano. Emmanuel mieszka w São Gabriel i wszystkich tu zna. Sugerował mi, że powinienem postarać się o wywiad z jednym z dyrektorów FOIRN. Zaoferował pomoc, również językową, jako że ja portugalski rozumiem raczej mgliście, a tutejsi Indianie wprawdzie znają co najmniej trzy języki – swój, swojej żony i portugalski – ale trudno oczekiwać, żeby znali również angielski.
Co to jest FOIRN? Przed przyjazdem do São Gabriel nie miałem pojęcia o istnieniu czegoś takiego. Federação das Organizações Indígenas do Rio Negro, czyli Zjednoczenie Organizacji Indiańskich znad Rio Negro, to forum spotkań Indian z różnych szczepów, które do niedawna prowadziły ze sobą ciągłą wojnę, a dziś wolą uzgadniać wspólne stanowisko wobec problemów współczesnego świata. Na przykład wobec rządu, który twierdzi, że terytorium nad rzeką Uaupes to terytorium Brazylii. Są podobno gdzieś w lesie jeszcze szczepy, które mają gdzieś postanowienia rządu i strzelają z łuku do każdego, kto postawi stopę na ich terytorium, ale szczepy zrzeszone w FOIRN uznały, że lepiej utworzyć grupę nacisku, która mogłaby wpływać na decyzje rządu. Jest to jedno z zadań FOIRN. W São Gabriel jest budynek, w którym organizacja ma swoje biura, od frontu jest też sklepik, gdzie turyści mogą sobie kupić tradycyjne rękodzieło prosto ze wsi ukrytych w dżungli. Dziewczęta obsługujące w sklepiku do klientów mówią po portugalsku, ale między sobą w języku Tukano. To od nich dowiedziałem się, że „anią” znaczy dziękuję. W ogródku za biurami stoi też tradycyjna, kryta strzechą maloka – tu odbywają się wydarzenia publiczne, tu spotykają się wodzowie przybyli z odległych wsi. Właśnie w przyszłym tygodniu ma się odbyć taki zjazd wodzów, możemy być nawet obecni na otwarciu uświetnionym tańcami ludu Tujuka.
Indianie w Sao Gabriel w kolejce do banku

Emmanuel kilkakrotnie pytał dziewcząt w sklepie z rękodziełem, czy moglibyśmy porozmawiać z którymś z dyrektorów FOIRN, dziewczęta odpowiadały ze owszem, moglibyśmy, ale wszyscy akurat są zajęci. Ja bym pewnie dał za wygraną, ale Emmanuel jest uparty i w końcu jeden z wodzów zgadza się z nami porozmawiać. Jest to Renato da Silva Matos, wódz ludu Tukano, w FOIRN pełniący obowiązki jednego z pięciu dyrektorów. Chętnie opowiada, nie trzeba zadawać dodatkowych pytań, a Emmanuel mu nie przerywa. Ja zwykle takie wywiady lubię, bez zadawania pytań, kiedy mój rozmówca mówi to, co dla niego jest ważne, a nie to, co pytający chce usłyszeć. Tylko że ja niestety portugalskiego nie rozumiem i muszę co jakiś czas prosić Emmanuela o tłumaczenie. No i kilka pytań jednak mam. Co to jest ten FOIRN? Kiedy powstał? Kto go powołał? Jakieś nazwiska? Jakieś osiągnięcia?
Otóż FOIRN powstał w 1987 roku w ramach ruchu brazylijskich Indian walczących o swoje prawa, jako że interesy Indian tu mieszkających nie zawsze idą w parze z interesem międzynarodowych firm chcących wykorzystać zasoby naturalne tego kraju. Jak to ujął Renato – kolonizatorzy widzą ten kraj jako potencjalne źródło zysku, podczas gdy dla Indian jest to dom. Kluczową postacią w utworzeniu FOIRN był niejaki Alvaro Tukano, którego talenty za młodu dostrzegł pracujący w tym rejonie Brazylii lekarz wojskowy i posłał go na uniwersytet. W latach osiemdziesiątych Alvaro spotykał się z spotykał się z innymi przywódcami brazylijskich Indian, tworzących grupę nacisku na władzę. W efekcie w 1988 roku wprowadzono w Brazylii prawo przyznające Indianom prawo do pewnych terytoriów, jednak nie było pieniędzy na to, by wytyczyć ich granice. W na spotkaniu w Rio de Janeiro 1992 roku FOIRN uzyskał pieniądze na ten cel od ONZ, w dużej mierze od rządu Niemiec. FOIRN ma również wpływ na szkolnictwo, na przykład obecnie lekcje w szkołach odbywają się nie tylko po portugalsku, ale też w językach plemiennych. Jednak języki plemienne zanikają i w rejonie górnego Rio Negro w użyciu są jeszcze tylko trzy: Tukano, Baniwa i Nheengatu.
To szkolnictwo przychodzące z zewnątrz, ale Indianie mają też własną tradycyjną wiedzę. Ta wiedza jest zupełnie innego rodzaju, niż wiedza białych ludzi. Na przykład wiedza pajes, czyli szamanów. Szamani potrafią osiągnąć taką koncentrację, że widza całą ziemię jak malutka kulkę. Potrafią widzieć, co będzie w przyszłości. Chociaż wśród Tukano raczej nie ma szamanów. Tukano tradycyjnie mieli myślicieli (pensadores), a szamani byli wśród innych ludów, na przykład Bare albo Baniwa. Szamani uczyli się z dala od ludzi, przez wiele lat musieli być nie tylko w celibacie, ale nawet nie mogli widzieć kobiety. Teraz jest mniej szamanów, bo misjonarze często walczą ze starymi tradycjami.
Renato da Silva
Wywiad trwał półtorej godziny, powyższe to tylko króciutkie streszczenie, ale i tak daje do myślenia. Mnie zaintrygowali zwłaszcza owi „myśliciele” wśród Tukano. Słowo „myśliciel” oznacza kogoś, kto dzięki myśleniu odkrywa coś nowego, a nie tylko uczy się na pamięć tradycji. Czyżby więc wśród Tukano była jakaś szkoła filozofii? Niby czemu nie, jeśli mogła istnieć wśród starożytnych Greków, to czemu nie wśród Tukano w XIX wieku? To tylko myśl socjalistyczna redukuje mniejszości narodowe do trwających w tępocie prymitywów, których jedynym osiągnięciem intelektualnym są stroje ludowe i wiklinowe koszyki. Indianie w dżungli to w myśli socjalistycznej „wspólnota pierwotna” (pewnie Tukano powinni być dumni z takiego określenia). Inną sprawą są ci misjonarze. Prawdą jest, że protestanccy misjonarze nawołują do porzucenia wszelkich dawnych zwyczajów, katoliccy księża od ostatniego soboru są bardziej tolerancyjni, otwarci na „inkulturację”. Prawdą jest też, że ci wszyscy misjonarze odnieśli taki sukces, ponieważ ich przyjście zapowiadali szamani! W pierwszej połowie XX wieku wśród ludu Baniwa prorok Kudui głosił koniec znanego świata (było to po strasznych epidemiach spowodowanych kontaktem z białymi ludźmi poszukującymi kauczuku), a w latach pięćdziesiątych tego wieku przybyła tam z Ameryki misjonarka Sophie Muller, która nauczyła się języka Baniwa i głosiła Ewangelie w wersji ewangelickiej. Zachowywała się dziwnie, chodziła się modlić nocą do lasu, więc dla Indian było jasne, że kontaktuje się z duchami i posiada jakieś moce. Z czasem większość nawróciła się na jej wersję chrześcijaństwa. Natomiast wśród Tukano przed przybyciem misji Salezjanów krążyło proroctwo dziewczyny imieniem Maria, która miała wizje trochę podobne do siostry Faustyny. Miała respekt swego ludu, więc kiedy przybyli Salezjanie, mieli zadanie ułatwione.
Ciekawe rzeczy o misjonarzach opowiada Auxiliadora, która mieszka w chacie obok naszego hotelu. Przedstawił mi ją i rozmowę tłumaczył nieoceniony Emmanuel, który tu wszystkich zna. Auxiliadora jest przewodniczącą związku nauczycieli indiańskich, a także wójtem swojej wsi, zamieszkałej przez Indian ze szczepu Löw. Jest to wieś wyjątkowa choćby dlatego, że tylko tam się używa języka Löw, niepodobnego do innych indiańskich języków w okolicy, z wyjątkiem języka Hupida. Auxiliadora mówi, że w zasadzie możliwe byłoby odwiedzenie jej wsi, choć odbywająca się właśnie konferencja związku nauczycieli indiańskich powoduje, że jest bardzo zajęta. Ale opowiada ciekawe rzeczy. Na przykład że ludzie w FUNAI (brazylijskim urzędzie do spraw Indian) mówią, że misjonarze niszczą indiańską kulturę (taki jest trend w naszych politycznie-poprawnych czasach), a tymczasem w jej wsi to właśnie misjonarze kupili tę ziemię, na której jej lud następnie zbudował wieś. Ewangeliccy misjonarze bezwzględnie zakazują spożywania alkoholu, a jak już coś, to właśnie alkohol niszczy kulturę. Tu w mieście widać na ulicach niszczenie kultury. Wczoraj w miejscu, gdzie mieszkają Hupida, kogoś zamordowano. To efekt alkoholu. To właśnie wśród Hupida jest najwyższe spożycie alkoholu. Ci ludzie w FOIRN owszem, działają z pewnym sukcesem, dostają teraz od rządu jakieś pieniądze na projekty w środowisku Indian, ale w FOIRN wszyscy są Tukano albo Baniwa albo Bare. Żadne pieniądze nie są przekazywane na Hupida!
Hupida to inni Indianie, niegdyś koczujący po dżungli z łukami, dziś koczujący po mieście z butelczyną. Tukano, Tujuka, Baniwa, to ludy osiadłe mieszkające w dużych wsiach nad brzegami rzek, od stuleci uprawiające maniok, od stuleci handlujące z białym człowiekiem. Hupida, być może pierwotni mieszkańcy tych ziem, to żyjący z myślistwa koczownicy wędrujący w małych grupkach po dżungli pomiędzy wielkimi rzekami. W dawnych czasach Tukano napadali na obozowiska Hupidów, zabijali mężczyzn, kobiety i dzieci brali jako jeńców, by pracowali na polach manioku albo by ich sprzedać Portugalczykom. Z czasem całe rodziny Hupida oddawały się w niewolę zapewniając sobie tym sposobem bezpieczeństwo. Pracowali na polach manioku, ale mogli też iść do lasu na polowanie. Mówili innym językiem, ale Tukano nie brali sobie kobiet Hupida za żony. Dziś też jest to nie do pomyślenia. Biały Amerykanin może się ożenić z Murzynką, ale Indianin Tukano z kobietą Hupida?

Bela Andormecida



Thursday, March 19, 2020

Dlaczego derwisze wirują?


Dla derwiszów najważniejsza jest obecność.
Dla nas, wychowanych w kulturze Zachodu, bywa to rudne do pojęcia. Jak to – obecność. Przecież chyba najważniejsza jest doktryna? Przecież jeśli derwisze zbierają się, by posłuchać swego mistrza, to chyba po to, by nauczyć się tego, co ten mistrz ma do powiedzenia. To chyba oczywiste, nieprawdaż?
Ano nieprawda. Ż.
W XIII wieku w mieście Konya w centralnej Turcji, prowadził swe wykłady jeden z najsławniejszych sufich w historii, znany jako Maulana Rumi. Derwisze przychodzili na jego wykłady, niektórzy je zapisywali i przetrwały one stulecia w rękopisach. Rumi do milkliwych nie należał, był jednym z najbardziej płodnych poetów wszechczasów, pozostawił po sobie ogromne tomidła, które dzisiaj tłumaczone są na wszystkie możliwe języki. Mało tego, dziś jest on najpopularniejszym poetą Ameryki, a skoro tak, to są pieniądze na to, żeby dokładnie badać jego twórczość. Odkryto zatem również te wykłady spisywane przez uczniów i one również przetłumaczone zostały na angielski, w dodatku więcej niż raz. Ja tę księgę wykładów czytałem i na początku wykładu drugiego znalazłem coś takiego (cytuję we własnym spolszczeniu):
Ktoś powiedział: Mistrz nic nie mówi. Powiedziałem: Ten człowiek znalazł się w mojej obecności, ponieważ miał w myśli mój obraz i ten obraz go tu przywiódł. Ten obraz w myśli nie mówił do niego. Nie pytał 'jak się masz', ani 'co u ciebie słychać'. Ten obraz w myśli przywiódł go tutaj bez słów. Cóż jest niezwykłego w tym, że ja rzeczywisty bez jednego słowa powoduję, że on przemieszcza się z jednego miejsca do drugiego? Słowa to cień rzeczywistości. Słowa to tylko gałąź rzeczywistości. Jeśli cień może tu człowieka przyprowadzić, o ileż bardziej może tego dokonać rzeczywistość. Słowa to tylko pretekst.”
Z tego by wynikało, że wykład, na który przychodzą derwisze, to tylko pretekst by być w obecności mistrza. Potwierdzeniem jest tytuł, jakim derwisze określają sławnych mistrzów: 'hadhrat', co dosłownie znaczy 'obecność'. Sama obecność mistrza powoduje, że łaski spływają na zebranych derwiszów. Ale rzecz w tym, że taki sufi, którego obecność powoduje spływanie łask, wcale nie musi być sławny. Może to być anonimowy derwisz w tłumie, jakiś szewc albo wyplatacz koszyków. Sława to tylko pretekst, powiedziałby Rumi. Sława to rzecz powierzchowna i tak naprawdę przypadkowa. Sam Rumi jest najlepszym przykładem tego, że sława zależy od przypadku.
Przy grobie Mistrza
Do połowy XX wieku był on sławny tylko w dwóch krajach: w Persji oraz w Turcji. W Persji, ponieważ wszystkie te jego ogromne tomidła napisane są po persku, jest to jeden z największych poetów tego języka, perski odpowiednik Kochanowskiego. W Iranie jest on znany jako Maulana Dżalaluddin Balchi, ponieważ urodził się w mieście Balch w dzisiejszym Afganistanie (tam też mówią po persku). Księgi jego kiedyś przepisywane były piękną kaligrafią, pojedyncze wykaligrafowane wiersze wieszane były na ścianach jak obrazy, pisano do nich muzykę i śpiewano z towarzyszeniem orkiestry. I tak jest do dziś – klasyczna muzyka perska to w dużej mierze śpiewana średniowieczna poezja.
W Turcji jest on sławny z zupełnie innego powodu. Poezje pisał w języku dla Turków obcym, ale mieszkał i działał w Turcji i znany jest tam przede wszystkim jako twórca bardzo w tym kraju rozpowszechnionego zakonu wirujących derwiszów. Czyli dla Turków jest od odpowiednikiem kogoś takiego jak święty Benedykt. To znaczy ściśle mówiąc sam Rumi nie zakładał zakonu, zorganizowali go jego najbliżsi uczniowie, ale to on miał być inspiracją i to on zapoczątkował praktykę wirowania. Podobno kiedy wirował po sali wykładów przychodziło do niego natchnienie i wykrzykiwał te swoje wiersze, które uczniowie skwapliwie zapisywali. Dla nas sytuacja, w której wykładowca w czasie wykładu kręci się w kółko jest raczej dziwna, ale nie wydawała się dziwna uczniom Rumiego, którzy praktykę wirowania uznali za godną naśladowania i naśladują ją do dziś. Zorganizowali się w zakon zwany po turecku 'mevleviya', a to od tytułu mistrza, który po turecku (we współczesnej pisowni) brzmi Mevlana Celaleddin Rumi. W imperium osmańskim zakon ten zdobył szerokie wpływy, podobno nawet niektórzy z sułtanów do niego należeli. W Persji natomiast wpływy miały inne zakony derwiszów, które praktyki wirowania nie stosowały (choć rozważały teksty Rumiego, zwłaszcza jego poezje).
Powiadają, że nawet władcy należeli do zakonu mevleviya. Podobno ostatni z sułtanów zarabiał na życie wyplataniem koszy, które ktoś ze służby sprzedawał na bazarze. Brzmi to niewiarygodnie dla naszego zachodniego ucha, nieprawdaż? Tym niemniej tak powiadają, ostatni sułtan dynastii jadł tylko to, co sługa kupił po sprzedaniu koszy. Tureccy rewolucjoniści tego czasu twierdzili, że źle prowadził sprawy państwa, obalili monarchię i zaprowadzili rządy republiki. Postanowili kraj zeuropeizować, a w ramach tej akcji zamknięto wszystkie klasztory derwiszów. Po co komu to dziwaczne wirowanie? Przecież to jakiś średniowieczny zabobon.
Gipsowi derwisze w muzeum
Po co komu? Jak to, a turyści?
Dla turystów można zrobić muzeum. Jeśli amerykańscy entuzjaści chcą przyjeżdżać do Konyi i szukać śladów po Rumim, to proszę bardzo, jest muzeum. Można kupić bilet i zobaczyć grobowiec wielkiego poety. Można zobaczyć 'tekke', czyli salę, w której derwisze niegdyś wirowali. Można też zwiedzić stojący obok klasztor, w którym wszystko jest dokładnie opisane. Są tam cele derwiszów, kuchnia, gipsowe figury derwiszów w wysokich czapach, przy czym gipsowe figury szejków mają wokół tych czap jeszcze zielony turban. Wszystko jest wyjaśnione: jak nowicjusz musiał przez trzy dni siedzieć w kuchni i obserwować życie klasztoru, jak przechodził przez srogi nowicjat, jak uczył się wirować albo grać na flecie, objaśnione są wszystkie funkcje poszczególnych osób w klasztorze. Można się wszystkiego dowiedzieć a potem kupić sobie w przymuzealnym sklepie koszulkę z obrazkiem. Albo płytę z muzyką sufich grana tylko na flecie.
Ciekawe, że większość tych co przybywają i za biletami wchodzą do sanktuarium to wcale nie entuzjaści z Ameryki tylko rdzenni Turcy, babuleńki zakutane w chusty jak Prorok przykazał, dziadkowie z sumiastymi wąsiskami, przychodzą tu nie gapić się tylko żeby się modlić. Bo to przecież grobowiec Mevlany, on tu jest OBECNY! Bo dla derwiszów najważniejsza jest obecność, a śmierć to tylko szczegół w biografii. Mało znaczący szczegół.
Zachodni entuzjaści pytają również, czy można zobaczyć taki taniec derwiszów. Klasztorów nie ma i derwisze ćwiczą w sekrecie, ale najwyraźniej ćwiczą, bo kiedy władze zezwoliły na sesje wirowania specjalnie dla turystów, znaleźli się derwisze, którzy to potrafili robić. Jest to dziwna sytuacja, bowiem zachodni turyści przychodzą obejrzeć spektakl, tymczasem dla derwiszów spektakl to tylko pretekst, najważniejsza jest obecność. Sama obecność sufich powoduje, że łaski spływają na zebranych, nawet jeśli przyszli oni na spektakl. A ten sufi, którego obecność powoduje spływanie łask, wcale nie musi być wszystkim znany. Może to był anonimowy derwisz w tłumie tych, co wirują. Anonimowy wyplatacz koszyków.
Jeszcze jeden wyjątek z księgi wykładów Rumiego (w moim spolszczeniu):
Pewien pobożny człowiek zamknął się na czterdziestodniowy post chcąc osiągnąć wzniosły cel. Wewnętrzny głos mu powiedział: tak wzniosłego celu nie da się osiągnąć przez czterdziestodniowy post. Przerwij swój post, aby pewien wielki święty mógł na ciebie spojrzeć, wówczas twój cel będzie osiągnięty. 'Gdzie znajdę tego wielkiego świętego?', zapytał ów człowiek. 'W wielkim meczecie', odpowiedział wewnętrzny głos. 'Jak rozpoznam kto to jest w tak wielkim tłumie ludzi?' Wewnętrzny głos odpowiedział: 'Idź, on ciebie rozpozna i spojrzy na ciebie. Znakiem tego że on na ciebie spojrzał będzie to, że upuścisz dzban i zemdlejesz. Wtedy będziesz wiedział, że on na ciebie spojrzał.' Człowiek ten zrobił to co mu nakazał wewnętrzny głos. Napełnił dzban wodą i chodził pomiędzy rzędami modlących się oferując każdemu wodę. Nagle poczuł, że spływa na niego dziwne uczucie, głośno krzyknął i upuścił dzban. Leżał w kącie meczetu, a wszyscy zebrani wyszli. Kiedy przyszedł do siebie, zobaczył że jest sam. Nie widział tego króla, który na niego spojrzał, ale swój cel osiągnął.”


Mauzoleum Rumiego w Konyi




Tę opowieść, a także parę innych, można znaleźć w mojej książce Pytania Obieżyświata. Wszystkie opowieści w niej zawarte są na niniejszym blogu. Jednakże witryny mają to do siebie, że są czas jakiś, potem znikają, a książka raz wydrukowana, już zostanie. Nikt tej książki nie wydał, ale lulu.com wydrukuje egzemplarz, jeśli się go zamówi.