Friday, June 19, 2020
Pisanki z Pisaka.
Drodzy czytelnicy, czy ktoś z was wybiera się może do Peru? Do
Cuzco? Zobaczyć ruiny Machu Picchu (słono za te przyjemność
płacąc) (200 soli za sam wstęp)? Polecam w takim przypadku
odwiedzenie również wsi Pisak. Inkaskie ruiny są tu również
imponujące, ale nie są tak sławne, bo nigdy nie zostały
zapomniane, nie było dramatycznego odkrycia przez angielskiego
podróżnika opisanego szeroko w anglojęzycznej prasie. Za wstęp
płaci się mniej słono, a jeśli się wie o tym, że przy kasach
pojawiają się bramkarze dopiero od ósmej, a o szóstej nikogo nie
ma, to można je zobaczyć za friko. Ale ruiny ruinami, w Pisaku w
przeciwieństwie do Maczu, mieszkają żywi ludzie i za ich
zobaczenie nic płacić nie trzeba. Rynek w Pisaku, na który licznie
zjeżdżają kolorowo ubrani wieśniacy z okolicznych wsi, stał się
też atrakcją turystyczną, wobec czego autobusy z turystami do
Maczu zajeżdżają również do Pisaka. Z autobusów wysypują się
tłumy Gringów i fotografują kolorowo ubranych wieśniaków, a
zwłaszcza wieśniaczki. Co ciekawe – inaczej niż na innych
kolorowych rynkach świata, wieśniaczki nie protestują. Już raczej
zagadują, dają się sfotografować a potem próbują coś sprzedać.
Najwyraźniej wyczuły, że Gringom trudniej jest w takiej sytuacji
odmówić.
To tłumy Gringów spowodowały, że rynek w Pisaku znacznie urósł
i teraz tylko może ćwierć to prawdziwy wiejski rynek, trzy czwarte
to stragany z pamiątkami, w dużej części wyprodukowanymi w
Chinach. Ale nie wszystko jest chińskie. Czasem można spotkać na
ulicy Indiankę sprzedającą indiańskie tkaniny i z nudów tkającą
coś małego na malutkich krosnach naciąganych stopą. A na
straganie sprzedającym akwarele można zobaczyć Indiankę malującą
następny obrazek. Ma ona tych obrazków sporo, wszystkie bardzo do
siebie podobne.
Tu się pojawia pytanie – czy malowane seryjnie obrazki to kicz?
Jaka jest definicja kiczu? Zarówno w Pisaku jak i w Cuzco jest sporo
galerii z obrazami, których duża część to bohomazy, ale te
akwarelki malowane przez Indiankę mają w sobie dużo uroku. No ale
czy to właśnie nie jest definicja kiczu – obrazy malowane
seryjnie?
Przechadzając się po rynku w Pisaku nawiązałem kontakt werbalny z
osobą malującą seryjnie akwarelki. Ma na imię Ruth i jest zupełną
amatorką, nigdy nie uczyła się malować. Najpierw kilka obrazków
od niej kupiłem, a potem zapytałem, czy mogę parę sfotografować
dla prasy, Boczyła się początkowo mówiąc, że jak zrobię
zdjęcie, to będę mógł potem z komputera powielać, a ona nic z
tego nie będzie miała. Ja jej próbowałem tłumaczyć, że artykuł
w prasie, nawet w małym polskojęzycznym pisemku w Londynie, na
dłuższą metę może jej przysporzyć klientów. W końcu dała się
przekonać i nawet pozowała do zdjęcia malując.
Chodząc
później wśród tych straganów widziałem więcej takich akwarel
przedstawiających indiańskie babuleńki, w trochę innym stylu, ale
podobne. Może to nieodkryta szkoła malarstwa? The
Pisaq school of painting.
Brzmi całkiem imponująco. Tylko wszystkie te akwarelki malowane są
jako pamiątki dla turystów. Czy takie coś można traktować jako
poważne malarstwo? Może to po prostu pisanki z Pisaka?
Powyższe spisałem w Pisaku, gdzie nie przyjechałem autobusem
pełnym Gringów, tylko lokalnym busikiem wożącym Indian z i do
Cuzco. Te busiki odjeżdżają w Cuzco z ulicy Puputi. W języku
Indian Keczua puputi znaczy pępek. Cuzco dla Inków było pępkiem
świata, a Puputi to pępek Cuzco. Za podróż minibusem nie trzeba
płacić słono, tylko cztery sole. Droga kręta przez góry, zboczem
doliny, widoki zapierają dech. Drodzy czytelnicy, radzę w tych
busikach zapinać pasy! Dla tutejszych kierowców takie rzeczy jak
znaki drogowe czy podwójne linie namalowane na środku drogi to
czysta dekoracja. Byłem tam krótko, ale i tak zdążyłem zobaczyć
busik, który wyleciał z szosy i pojechał w dół po zboczu. W Peru
wprawdzie nie ma zwyczaju zapinania pasów, ale jeśli chce się na
pewno żywcem do Pisaka dojechać, pójść o świcie zobaczyć
ruiny, kupić od Ruth pisanki i potem wrócić i komuś tę wizytę
opisać, to lepiej zerwać ze starym inkaskim zwyczajem i zapiąć
pasy.
Friday, May 22, 2020
Co Indianie robią na Florydzie?
Jeśli wiatr wieje od Atlantyku, samoloty lądujące w Miami nadlatują od zachodu, nad bagniskami Florydy. Z okien widać mokradła i wijące się wśród nich rzeczki. Mokradła są dziewicze, jest to Park Narodowy Everglades, ale w niektórych miejscach widać coś, co wygląda jak ślady jakichś pojazdów. Tylko jakie pojazdy miałyby w te mokradła wjeżdżać? I po co? Kiedyś wśród tych mokradeł przemykały się czółna Seminolów, Indian ukrywających się przed kawalerią Stanów Zjednoczonych, ale dziś? A tak nawiasem to gdzie się podziali ci Indianie, co to się tu ukrywali przed kawalerią?
Wylądowawszy na lotnisku w Miami idę prosto do wypożyczalni samochodów. Z góry zamówione auto już na mnie czeka. Obsługujący mnie młody człowiek jest pełen entuzjazmu. „Gdzie chcesz jechać? Na Miami Beach? Nie? Chcesz jechać do Everglades? To koniecznie jedź do Indian. Oni mają takie ślizgacze ze śmigłem, biorą turystów na mokradła. To jest jak safari, widzisz aligatory, flamingi. It’s fantastic!”
W ustach białego Amerykanina stwierdzenie, że Indianie robią coś znakomicie, to rzadkość. A wygląda to na odpowiedź na pytanie gdzie się ci Indianie podziali. Ich łodzie nadal przemykają się wśród mokradeł, tylko że dzisiaj zmotoryzowane. Ale nadal robią wrażenie na białych Amerykanach.
Indianie zawsze mieli transport wodny w małym palcu. Koła nie znali, ale wodą przemierzali ogromne przestrzenie. Kontakt drogą morską pomiędzy Florydą a Amazonią istniał na długo przed przybyciem Kolumba. Jeszcze w XIX wieku Seminole z Florydy pływali pirogami na Wyspy Bahama kupować od Anglików broń. A bronić się chcieli przed Amerykanami, którzy chcieli ich z Florydy wysiedlić. Bronili się gryząc i kopiąc co najmniej jakby to był ich rodzinny kraj, a tymczasem wcale tak nie było, Seminole na Florydzie to również ludność napływowa. A przodkowie Seminolów poważnie się przyczynili do tego, że pierwotna ludność Florydy została wyeliminowana.
Kim byli przodkowie Seminolów? Mieszkali na północy nad górskimi potokami. Kiedy Hiszpanie w XVI wieku przybyli na Florydę, zastali tam Indian Timucua i spokojnie uprawiających kukurydzę. Hiszpańscy konkwistadorzy szukali złota i mieli nadzieję, że na Florydzie znajdą królestwa opływające w bogactwa takie jak w Meksyku. Timucua złota nie mieli, ale chcąc się pozbyć konkwistadorów, skierowali ich do bogatych księstw na północy. Tam księstwa istotnie były, były nawet silne i bogate, tyle że nie w złoto. Były na tyle silne, by mimo braku muszkietów dać konkwistadorom po nosie i wygonić ich z kraju. Złota nie było, wobec czego konkwistadorzy raz wygnani – już nie wrócili. Ale Hiszpańscy kolonizatorzy to nie tylko krwiożerczy konkwistadorzy. To również pełni dobrej woli misjonarze pragnący pozyskać nowych wyznawców dla Chrystusa. Na wybrzeżu Florydy powstało miasteczko San Augustine, a stamtąd misjonarze wybierali się w głąb kraju, by nawracać Indian. We wsiach Indian Timucua powstały misje. W imperium hiszpańskim Floryda była kolonia zupełnie marginalną, białych mieszkańców było niewielu, a ci co byli, pilnowali tego, żeby mieć przewagę militarną w razie czego, dlatego Indianom nie sprzedawano muszkietów. Nikt tu się specjalnie nie interesował handlem zwierzęcymi skórkami.
Tymczasem w XVIII wieku na północ od hiszpańskiej Florydy powstała angielska kolonia Karolina, a na zachód, nad Missisipi, francuska kolonia Luisiana. I Anglikom i Francuzom zależało na handlu z Indianami. Chodziło przede wszystkim o handel futrami, ale nie tylko. By ułatwić Indianom polowanie, Anglicy i Francuzi sprzedawali im muszkiety. Ale muszkiety nie tylko w polowaniu były pomocne. Plemiona mające dostęp do muszkietów miały przewagę militarną nad tymi, które muszkietów nie miały. A Anglicy nie tylko futra kupowali. Osadnicy w Karolinie to byli plantatorzy, którzy do pracy na plantacjach potrzebowali niewolników. Część tych niewolników sprowadzano zza morza, ale można też ich było kupić na miejscu, od Indian, którzy za muszkiety i proch gotowi byli sprzedać jeńców wojennych. A skoro mieli muszkiety i proch, mogli tych jeńców zdobyć więcej. Gdzie? To proste – na hiszpańskiej Florydzie, gdzie skupieni wokół misji Timucua mieli zapewnione zabawienie duszy po przegranej bitwie, ale muszkietów nie mieli. Przodkowie Seminolów mieszkali w górach nad potokami, dlatego biali koloniści nazywali ich Creek Indians, czyli Indianie znad Potoków. Nie była to wcale jedna grupa etniczna, nad jednym potokiem mogły być wsie Indian mówiących całkiem różnymi językami, ale Anglików takie szczegóły nie interesowały. Jeśli mieszkają nad jednym potokiem i podobnie się ubierają, to wszyscy są „Creeks”. Stąd się wzięła polka nazwa „Krikowie”. Spośród wielu języków nad tymi potokami używanych najczęstsze były Muskogi i Mikasuki.
Dla Indian znad Potoków powstanie Charles Town było dobrodziejstwem, bowiem strzelby i proch bardzo ułatwiały polowanie, również na niewolników. Wkrótce się okazało, że tego dobrodziejstwa robi się za dużo, że panowie dobrodzieje chcą zakładać plantacje na ziemiach, na których Indianie uprawiają kukurydzę. A trudno przeciw dobrodziejom prowadzić wojnę, bo przecież od nich trzeba kupować strzelby i proch. Przez jakiś czas można było tę broń nabyć od Hiszpanów w San Augustine i od Francuzów w Nowym Orleanie, ale po paru wojnach na innym kontynencie okazało się, że Francuzi i Hiszpanie muszą się wynieść i Anglicy zostali właścicielami ziem od Atlantyku po Missisipi. Krikowie i inni Indianie mogli mieć inna opinię na temat tego kto jest właścicielem tej ziemi, ale opinia ta nie zmieniała faktu, że Anglicy byli jedynym źródłem broni i amunicji.
Co ciekawe – Korona Brytyjska uważała Indian za swoich poddanych, których również należało chronić, dlatego też zakazała białym osadnikom osiedlania się poza pasmem Appalachów. Osadnicy natomiast uważali tego rodzaju ograniczenia za zamach na swoje swobody obywatelskie, zbuntowali się i stworzyli własne państwo, w którym tego rodzaju ograniczenia zostały zniesione. Państwo było wolne i sprawiedliwe, a nazywało się Stany Zjednoczone. W wolnym i sprawiedliwym państwie osadnikom wolno się było osiedlać nad potokami. Ktoś już tam wprawdzie mieszkał, ale czy to sprawiedliwe, by jacyś dzicy Indianie mieszkali w dolinach, w których mogliby się osiedlić biali osadnicy?
Ci dzicy Indianie wcale nie byli głupi i szybko się zorientowali, że europejskie metody rolnictwa przynoszą lepsze plony przy mniejszym nakładzie pracy, że wcale nie trzeba na zwierzynę polować w lesie, można ja hodować na łące koło domu, że ubrania łatwiej uszyć z materiału niż ze skóry. Szybko się tego wszystkiego nauczyli, a nawet więcej – spostrzegłszy, że osadnicy wygrywają wszystkie wojny, uznali, że może ich sposób rządzenia się też jest skuteczniejszy i stworzyli plemienne republiki z parlamentem, prezydentem itd. Nie mogli tylko koloru skóry zmienić. Fakt pozostawał faktem – byli Indianami znad Potoków, a nie białymi osadnikami, którzy nad tymi potokami chcieli się osiedlić. Dlatego chcąc uniknąć konfliktów na tle rasowym, rząd Stanów Zjednoczonych postanowił przesiedlić Indian znad Potoków do kraju po drugiej stronie Missisipi, do Oklahomy. Ale Indianie wcale nie chcieli się przesiedlać, zwłaszcza że w Oklahomie też ktoś już mieszkał. I ten ktoś to nie byli pobożni Timucua, na których można było napaść, wyrżnąć mężczyzn, a kobiety i dzieci powiązać i sprzedać białym kupcom w Charleston. W Oklahomie mieszkali Komancze, którzy właśnie nauczyli się hodować mustangi i na tych mustangach jeździli na łupieżcze wyprawy do Meksyku, Teksasu i wszędzie tam, gdzie można było coś złupić. Rząd Stanów Zjednoczonych chciał być praworządny, postanowił ziemię na potokami od Indian kupić i bez trudu znalazł takich, którzy byli ją gotowi sprzedać. Potem się znajdowali inni, którzy twierdzili, że ci co tę ziemię sprzedali wcale nie mieli do tego prawa bo to nie była ich ziemia, ale Amerykanów takie szczegóły nie interesowały. Co w takiej sytuacji robić? Walczyć z bronią w ręku przeciwko głównemu dostawcy broni i amunicji? Po paru przegranych powstaniach większość Muskogi i Mikasuki przeniosła się do Oklahomy.
Ale nie wszyscy. Niektórzy przenieśli się na hiszpańską Florydę. Teren znali z czasów polowania na niewolników, a kiedy niewolnicy się skończyli, natal tam się wyprawiali polować na jelenie. Tam ich nikt nie nazywał Indianami znad Potoków. Hiszpanie zwali ich Cimarrones (banici), co sprzymierzeni z Hiszpanami lokalni Indianie przerobili na Seminoles. Wkrótce Stany Zjednoczone przejęły również Florydę i zgodnie z oficjalną polityką chciały tych Seminolów przesiedlić do Oklahomy. Ci jednak tak łatwo się nie dali. Mieli niezależny dostęp do amunicji – kupowali ją od kubańskich rybaków okresowo zawijających na Florydę. Czasem też pirogami wyprawiali się na brytyjskie Wyspy Bahama. Potrafili znakomicie kryć się w bagnach Everglades, gdzie kawaleria Stanów nie była zbyt operatywna. Wojna była krwawa i długotrwała, bywało że cały oddział Amerykanów niknął bez śladu. Celem Amerykanów było całkowite wysiedlenie Seminolów z Florydy, celem Seminolów było nie dać się wysiedlić. W końcu Amerykanie uznali, że nie opłaca się wysyłać kolejnych oddziałów w te bagna, wydzielono Seminolom rezerwat i zostawiono ich w spokoju. Seminole osiągnęli swój cel, czyli poniekąd wygrali wojnę. Była to bodaj jedyna w historii Stanów Zjednoczonych wojna, którą wygrali Indianie.
Ten rezerwat nadal jest i można go odwiedzić. Nie żeby zaraz tłumy turystów tam waliły, ale jest. Znajduje się tuż obok Parku Narodowego Everglades. Do parku narodowego chroniącego cenne z ekologicznego punktu widzenia ale widokowo mało atrakcyjne bagna też tłumy nie walą. Na Florydzie tłumy walą przede wszystkim do Disneylandu, gdzie wśród plastikowych atrakcji są też plastikowe aligatory, ale niektórzy kochający przyrodę turyści chcą też zobaczyć prawdziwe żywe aligatory taplające się w cennych z ekologicznego punktu widzenia bagnach. A kto się najlepiej przemyka czółnami wśród tych bagien? Oczywiście Indianie. Tyle, że turyści nie są brani do czółen, tylko do szerokich płaskodennych łodzi skonstruowanych specjalnie tak, by nie niszczyły cennej z ekologicznego punktu widzenia bagiennej roślinności. Łodzie te nie mają podwodnej śruby tylko wielkie śmigło zamknięte w klatce za plecami sternika. Podwodnej roślinności nie niszczą, zostawiają natomiast na powierzchni ślady widoczne z wysoka.
Ale to nie jest największa atrakcja turystyczna w rezerwacie Seminolów. W dzisiejszych czasach największą atrakcją turystyczną w rezerwatach Indian w Stanach Zjednoczonych stanowi kasyno. W latach osiemdziesiątych amerykańskie sądy orzekły, że rezerwaty Indian są wyłączone spod jurysdykcji stanowej i nie obowiązują tam prawa zakazujące gier hazardowych. Od tego czasu Indianie budują u siebie kasyna, w których pozbawieni tej atrakcji u siebie zwykli Amerykanie mogą popróbować szczęścia i pomarzyć o wielkiej wygranej. Dlatego na rubieżach Miami na niczym nie wyróżniającym się skrawku mokradła stoi Moccosukee Resort and Gaming. Skrawek mokradła się nie wyróżnia, ale na odpowiednich mapach należy do Moccosukee Indian Reservarion i to wystarczy. Amerykanie próbują tam szczęścia, dla Indian to czysty zarobek. Z zarobku tego fundowane są instytucje oświatowe. Na przykład Miccosukee Indian Village – rekonstrukcja dawnych domostw funkcjonująca dziś jako muzeum. Stoi ona przy drodze którą jeżdżą turyści chcący zobaczyć żywe aligatory. Sami Indianie mieszkają gdzie indziej, obsługa muzeum i przystani z łodziami przyjeżdża z daleka samochodami tak jak turyści. W ogóle ci Indianie nie różnią się specjalnie od innych Amerykanów, są tak samo ubrani, z turystami rozmawiają po angielsku i nie wiadomo nawet czy znają jeszcze swój dawny język. Dawne domostwa to domy stojące na palach i kryte masywną strzechą, ale bez ścian. W tych domach siedzą ubrani w tradycyjne stroje artyści demonstrujący ludowe rzemiosło – rzeźbiarz, szwaczka szyjąca na maszynie tradycyjne stroje. Te stroje nie mają nic wspólnego z pióropuszami i frędzlami Indian prerii. Seminole już w XIX wieku ubierali się tak jak biali, ale nie całkiem – indiańskie szwaczki szyły suknie i koszule wedle własnej indiańskiej mody. Co widać na dawnych zdjęciach – też wystawionych jednym z tych krytych strzechą domów.
Pożyczonym na lotnisku samochodem pojechałem do Indian, zwiedziłem zrekonstruowaną wioskę i stąd to wszystko wiem. Poszedłem też coś przekąsić do Moccosukee Restaurant po drugiej stronie drogi. Przy sąsiednim stoliku siedziała grupa mężczyzn rozmawiająca w niezrozumiałym dla mnie języku. Zapytałem co to za język.
„Mikasuki”, powiedział jeden z nich, a po chwili dodał „Nie możemy pozwolić językowi umrzeć.”
Wednesday, May 13, 2020
Wnuk z Vanuatu
| Zostawanie wodzem na wyspie Zesłania Ducha Świętego |
Wódz Roy Mata miał pięćdziesiąt żon, a kiedy zmarł, wszystkie
one zostały razem z nim żywcem pogrzebane. Wódz Roy Mata był
przynosicielem pokoju na archipelagu Vanuatu, tak głosi legenda.
Przybył ze wschodu i podporządkował sobie wszystkich wodzów na
Efate i okolicznych wyspach, tak zapanował pokój. Za jego panowania
prowadzenie wojen karane było śmiercią. Kiedy zmarł, pochowane
razem z nim były jego żony, a także podlegli mu pomniejsi
wodzowie. Tak głosi podanie, a miejsce, gdzie Roy Mata został
pochowany, do dziś otoczone jest kultem.
Legenda jak to legenda, mogła być ubarwiona albo w ogóle
wymyślona. W latach sześćdziesiątych francuski archeolog Jose
Garanger prowadził wykopaliska w miejscu, w którym pochowany był
Roy Mata z całym dworem i znalazł tam jeden szkielet obwieszony
oznakami władzy wodzowskiej oraz kilka szkieletów, które miały
skrępowane ręce i nogi. Informacje o tych wykopaliskach, obficie
ilustrowane zdjęciami, można znaleźć w Muzeum Narodowym w Port
Vila.
Na Vanuatu wódz mógł mieć kilka żon. Jeśli miał ich kilka,
musiały one być posłuszne, bo jeśli nie, to mogły skończyć w
roli następnej kolacji (to nie moje sformułowanie, tak mi to
opowiadał Hardiman, rodowity Ni-Vanuatu, właściciel sklepu ze
sztuką w Port Vila). Na Vanuatu ludzkie mięso znikło z jadłospisu
dopiero w latach sześćdziesiątych XX wieku, przy czym wcale
niekoniecznie spożywani byli zdobyci na wojnie wrogowie. Najbliższa
rodzina była cały czas pod ręką, a dla wodza, który miał kilka
żon i kilkadziesiąt dzieci, przeznaczenie któregoś pulchnego
wnuka na kolację nie stanowiło wielkiego problemu. Jeszcze na
początku lat osiemdziesiątych jeden z wodzów na wyspie Malekula
wybrał już sobie pulchnego i soczystego wnuka na wieczorny posiłek,
ale niedoszła kolacja (też nie moje określenie, tylko Hardimana)
miała osiem lat, zwęszyła co się święci i zwiała. Dziś jest
kierowcą autobusu w Port Vila, Hardiman go dobrze zna i słyszał
opowieść z pierwszej ręki.
| Mimowolny uczestnik ceremonii mianowania na wodza |
Witamy na Vanuatu, rajskim archipelagu, gdzie na niektórych wyspach
nie ma dróg, nie ma samochodów, nie am prądu, nie ma bieżącej
wody, nie ma betonowych budynków, wszystkie domy są zbudowane z
plecionego bambusa i pni powiązanych lianami. Wszystkie – domy
mieszkalne, szkoły, kościoły, nakamale (nakamal to jest główny
budynek we wsi, na placu przed nim odbywają się publiczne
ceremonie, takie jak śluby i nominacje na wodza). Witamy w Republice
Vanuatu, która nie posiada armii, a policjantów w całym kraju jest
mniej niż sześciuset, na niektórych wyspach nie ma ich wcale. Tam,
gdzie policjantów nie ma, władzę sprawują wiejscy wodzowie. Tam,
gdzie policjanci są, władzę również sprawują wodzowie, a
policjanci wzywani są tylko w szczególnie drastycznych sytuacjach.
Jedzenie ludzkiego mięsa jest dziś nielegalne, ale żeby zostać
wodzem, trzeba udowodnić, że się potrafi zabijać. Ofiarami są
świnie, w czasie ceremonii nominacji na wodza czekają na swój los
na placu przed nakamalem przywiązane do świeżo zasadzonego
palmowego drzewka.. Przy wejściu do nakamalu orkiestra – bębniści
grający na szczelinowych tam-tamach. Korowód taneczny krąży wokół
ofiar, kandydat na wodza łatwy do rozpoznania w tym korowodzie, bo
to on trzyma w ręku siekierę. W odpowiednim momencie knur dostaje
siekierą w głowę i pada w konwulsjach, krew spływa po pysku, a
korowód dalej tańczy wokół następnej ofiary. To nie jest fikcja
literacka, byłem świadkiem takiej ceremonii na Wyspie Zesłania
Ducha Świętego.
Wyspa Zesłania Ducha Świętego jest długa i wąska, rozciągnięta
z północy na południe. Na południowej części bywają turyści,
tam bowiem odbywa się rytuał inicjacyjny, którego częścią jest
skakanie na główkę z wysokiej platformy z lianami przywiązanymi
do kostek tak, że skaczący na ziemię nie spada, tylko nad nią
zawisa dyndając z nogi. Na północy turystów nie ma, a tam właśnie
byłem świadkiem zarąbywania świń. Byłem jedynym białym obecnym
przy ceremonii. Za to z północy tej wyspy, jak też z sąsiadującej
z nią wyspy Ambae, pochodzi elita intelektualna kraju. Na lotnisku
(nazwijmy to lotniskiem, stanowi je porośnięty trawą pas startowy
oraz stojąca przy jednym końcu budka) minąłem się z
odwiedzającymi rodzinę wicepremierem oraz prokuratorem generalnym.
Obaj chodzili z charakterystyczną laską wodza, z czego wynika, że
kiedyś musieli przyłożyć siekierą w łeb świni przywiązanej do
drzewka. Kandydat na wodza, którego widziałem tańczącego z
siekierą w ręce, jest znanym lekarzem praktykującym w stolicy.
Pastor Walter Lini, pierwszy premier niepodległego Vanuatu, też
pochodził z tych okolic i tu znajduje się dziś jego grób.
| Stroje ludowe na Vanuatu |
Na wyspę Tanna turyści przyjeżdżają. Jest tam najważniejsza
atrakcja turystyczna archipelagu: wulkan Yasur, podobno najłatwiej
dostępny aktywny wulkan na świecie. Można tam samochodem terenowym
podjechać pod sam stok, wybetonowaną ścieżką podejść ostatnie
sto metrów na krawędź krateru i spojrzeć w charkające ogniem
gardło piekła. Lotnisko na Tannie to nie skoszony pas trawy, tylko
porządny wyasfaltowany pas startowy, na którym lądują wielkie
odrzutowce. Lotnisko jest przy miejscowości Lenakel, zwanej przez
miejscowych Black Man Town, choć cała miejskość polega na tym, że
nie wszystkie budynki plecione są z bambusa. Jest tam kilka
murowanych domów, w których są sklepy, bank, nawet restauracje.
Byłem tam z moim małym przyjacielem Gibsonem, wnukiem wodza Jacka;
chodził ze mną za rękę patrząc szeroko otwartymi oczami na
wielki świat.
Lenakel to dla Gibsona wielki świat, na codzień mieszka po drugiej
stronie wyspy, we wsi Iatapu. Jest to tak zwana „kastom village”,
gdzie turyści mogą przyjechać i sfotografować Papuasów
wykonujących ludowe tańce w tradycyjnych strojach. Na wyspie Tanna
tradycyjny strój męski składa się wyłącznie z pokrowca na
penisa, oczywiście znacznie większego niż sam penis i zawsze
sterczącego w górę; strój kobiecy to spódnica z trawy
zasłaniająca również pośladki (ale góry już nie). Mieszkańcy
wsi Iatapu ubierają się w te stroje wyłącznie wtedy, kiedy
przyjeżdżają turyści zobaczyć tradycyjne tańce i płacą za
przywilej robienia zdjęć. Za zarobione pieniądze mieszkańcy wsi
kupują normalne ubrania, które noszą na codzień. Ale tylko
dorośli, dzieci takie jak mój czteroletni przyjaciel Gibson biegają
tak, jak je Pan Bóg stworzył.
Ja to wiem, bo kilka dni w tej wsi mieszkałem. Widziałem, jak
przyjeżdżają turyści z aparatami, a mieszkańcy rozbierają się
na ich cześć. A mały Gibson przez te kilka dni wszędzie ze mną
chodził trzymając mnie za rękę, w stroju Adamowym oczywiście.
Ubrano go tylko na wyprawę do Lenakel, Miasta Czarnych Ludzi. Nie
wiem dlaczego sobie tak mnie upodobał, nie mogłem sobie z nim nawet
pogadać, bo czterolatek po angielsku nie umiał. Kiedy musiałem
wyjeżdżać, mały Gibson się popłakał. Siedzieliśmy przy moim
ostatnim śniadaniu, mały Gibson u mnie na kolanach, a jego dziadek,
wódz Jack, ze mną przy stole.
„Jeśli
chcesz, możesz go zabrać ze sobą”, mówił wódz Jack.
„Jak
to zabrać ze sobą? Przecież on by płakał za mamą i tatą, a
mama i tata też by płakali.”
„No
może by płakali, ale ty mu dasz moc, a w przyszłości on będzie
mógł pomóc swojej wspólnocie.”
Wódz Jack mówił najzupełniej poważnie.
| Mój przyjaciel Gibson |
Tę opowieść, a także parę innych, można znaleźć w mojej książce Pytania Obieżyświata. Wszystkie opowieści w niej zawarte są na niniejszym blogu. Jednakże witryny mają to do siebie, że są czas jakiś, potem znikają, a książka raz wydrukowana, już zostanie. Nikt tej książki nie wydał, ale lulu.com wydrukuje egzemplarz, jeśli się go zamówi.
Monday, April 13, 2020
Po co komu misjonarki w Maroku?
| Minaret nad dachami Fezu |
„Allahu
akbar!”
Wezwanie muezzina z megafonu na minarecie przypomina
miastu, że Bóg jest wielki. O tym trzeba zawsze pamiętać, o Bogu
nie wolno nigdy zapomnieć, tak przykazał Prorok. Niektórzy
przerywają pracę, idą do meczetu, w fontannie na dziedzińcu myją
nogi do kolan, ręce po łokcie, głowę. Tak przykazał Prorok.
Potem wchodzą do meczetu i padają na twarz przed niewidzialnym
Allahem. Tylko muzułmanie mogą tam wejść, my niewierni możemy
tylko stać przy wejściu i zaglądać do wnętrza. Kilka pokłonów
i modlitwa skończona, muzułmanie wracają do swoich zajęć.
Średniowieczny Fez – miasto niezmienione od stuleci.
Otoczone murem ze szczerzącymi się krenelażami, od strony dworca
przedmurze stanowi dwujezdniowa szosa, ale przejście przez bramę
przenosi wędrowca w świat tysiąca i jednej nocy. Wąziutkie kręte
uliczki, nie wjedzie tu żaden pojazd, cały transport towarów
odbywa się na grzbietach mułów. Wzdłuż uliczek sklepiki i drący
się przekupnie, stosy warzyw, stosy baranich głów i krowich racic
jeszcze mokrych od krwi, stosy ceramiki, a przede wszystkim wyroby ze
skóry, z których to miasto jest sławne. Część miasta stanowią
tradycyjne garbarnie, gdzie skóry garbuje się przy pomocy gołębiego
nawozu. Stamtąd dochodzi charakterystyczny zapach, z niego też
miasto jest sławne.
W samym środku średniowiecznej metropolii, zagubione w
labiryncie ciasnych uliczek, jest mauzoleum Maulaja Idrisa II,
potomka Proroka. Maulaj Idris, który w IX wieku uczynił Fez stolicą
Maroka, nie uznawał władzy kalifów w Bagdadzie, a jego dynastia
panowała w Maroku przez parę stuleci. Pięć stuleci później w
miejscu, gdzie Maulaj Idris był pochowany, znaleziono nierozłożone
ciało, uznano że to na pewno jest ciało Idrisa, a to że jest tak
zachowane jest dowodem świętości, zatem zbudowano nad jego grobem
mauzoleum. Dziś pielgrzymi przybywają z daleka, by pobyć w jego
obecności. Jest on znakiem Obecności Bożej w sercu miasta. Nam
niewiernym nie wolno tam wchodzić, ale możemy stanąć w drzwiach i
patrzeć, jak pielgrzymi przytulają się do okrytego kobiercami
grobowca.
Dla turystów jest medresa Bu Inania, tam niewierni mogą
wchodzić. Jest to majstersztyk architektury muzułmańskiej z XIV
wieku pokryty filigranową rzeźbiona kaligrafią nie gorszą niż
Alhambra. Wejście jest naprzeciw straganu z ociekającymi krwią
baranimi łbami. Uliczni przewodnicy gromadzą się przed wejściem,
oferują swoje usługi. Jegomość w pasiastej dżelabie i czerwonym
fezie zagaduje nas uprzejmie po angielsku, a kiedy mówimy, że nie
potrzebujemy przewodnika, rzuca za nami wiązkę przekleństw. Inny
jegomość zapytany o drogę do zabytkowej synagogi prowadzi nas tam
(choć go wcale o to nie prosimy), poczem nie tylko żąda pieniędzy,
ale twierdzi, że dziesięć dirhamów (około jednego funta
sterlinga) to za mało, on chce 25 dirhamów.
| Baranie łby na sprzedaż |
Czy wśród tych baranich łbów, odoru z garbarni i
ludzi uprzejmych za pieniądze Allah jest obecny? Może jest tylko
pustym dźwiękiem obecnym jedynie na wargach?
Uliczne kafejki, w których siedzą wyłącznie
mężczyźni, nie zapraszają turystów. Kiedy spragniony kawy
wchodzę do jednej z nich razem z Ewą, kelner robi wrażenie, jakby
chciał nas zniechęcić i nie próbuje nas zatrzymać, kiedy
odchodzimy. Tylko w okolicach Baab Bu Dżelud są lokale dla
turystów, gdzie kelnerzy zaczepiają przechodzące pary i zapraszają
do środka. Marokańskie kobiety nie chodzą do kawiarń, podobno dla
nich miejscem spotkań towarzyskich są publiczne łaźnie. Tam,
rozebrane do rosołu, spędzają czas na plotkach. Oczywiście w
łaźniach też jest ścisła segregacja płci. Wyjątkiem są łaźnie
przeznaczone tylko dla turystów. Bo ci turyści to jakieś dziwadła,
wszędzie muszą parami chodzić, nawet do łaźni. Ale są to też
prawdziwe hammamy, czyli łaźnie tureckie, w dodatku jak się
człowiek wypoci, to go jeszcze masażystki wytłamszą i człowiek
się czuje jak nowy.
Hammamu w Fezie trzeba koniecznie spróbować, więc się
dajemy wypocić i wytłamsić i potem czując się jak nowi pętamy
się po uliczkach. Wchodzimy do sklepu z ceramiką, gdzie na półkach
porozkładane są cudeńka, dzbany i wazony, misy i miseczki malowane
w kwieciste arabeski. Jest pora obiadowa, obsługa sklepu siedzi na
podłodze wokół misy z zupą, urywa kawały chleba z wielkiego
bochna, których używa się jako łyżek do jedzenia zupy.
Zapraszają żebyśmy się przysiedli, urywają kawały chleba i
podają nam. Przysiadamy się. Zaproszenie z czystej gościnności,
bez oczekiwania że zapłacimy i bez związku z tym czy i co kupimy.
Świat tysiąca i jednej nocy, istny sezam, pieniądze
się w trymiga rozpływają. No bo jak tu nie kupić tych cacuszek,
filigranowej ceramiki, berberskich kolczyków, tkanin z wielbłądziej
wełny, sandałów w różnych kolorach? Wszystko to ręczna robota i
wszystko takie tanie! Potem już człowiek nie ma pieniędzy na to,
żeby kupić paczuszkę herbaty z czternastu saharyjskich ziół od
dziadka siedzącego w zakątku krętej uliczki. Ile kosztuje?
Dziesięć dirhamów. Ale ja nie mam już nic. Bankomat jest
wprawdzie zaraz za rogiem, ale nie ma w nim pieniędzy, a najbliższy
następny jest przy Baab Bu Dżelud. A to chyba pół godziny
przeciskania się przez tłum na Talaa Sghira. Prosimy dziadka, żeby
dla nas odłożył tę paczuszkę.
| Miejski transport w Fezie |
Dziadek nie umie po francusku, rozmawiamy z pomocą
sprzedawcy sandałów po drugiej stronie uliczki. On tłumaczy
dziadkowi, że musimy iść wypłacić pieniądze i wrócimy za
godzinę. Dziadek usłyszawszy to wetknął mi paczuszkę pod pachę
i machnął ręką, że mamy sobie iść. Poszliśmy do bab Bu
Dżelud, wypłaciliśmy pieniądze i niemal po godzinie byliśmy z
powrotem. Kiedy nas dziadek zobaczył, krzyknął coś do sprzedawcy
sandałów, a towarzyszący gest sugerował, że to było coś w
rodzaju „A nie mówiłem?”
Na dworcu autobusowym świat tysiąca i jednej nocy się
kończy, stamtąd dwujezdniowa szosa prowadzi za miasto przez Ville
Nouvelle, czyli część miasta zbudowana przez Francuzów kiedy tu
rządzili. Wzdłuż drogi drzewa obsypane niebieskim kwieciem.
Wyjeżdżamy autobusem w góry, Atlas Średni pokryty cedrowym lasem,
małpy skaczą tam między drzewami. Potem wyjeżdżamy na płaskowyż,
równinę pomiędzy Atlasem Średnim a Wysokim. Na tej równinie
znajduje się miasteczko Midelt, tam wysiadamy. Kierowca pamięta że
jedziemy do Mideltu i wyrzuca nasze bagaże na stacji benzynowej
Shella. Czy to tu jest dworzec autobusowy? „Tu jest Midelt” mówi
kierowca i odjeżdża.
A gdzie jest dworzec autobusowy? Tam ma na nas czekać
Cherif. Dzwonię do niego. Mówi, że jest na dworcu, 5 km za
miastem, ale zaraz przyjedzie.
Czy go poznam? Byłem u niego parę dni sześć lat
temu. Zapisałem wtedy numer jego telefonu na wypadek, gdybym chciał
przyjechać jeszcze raz. Dzwoniłem do niego przed wyjazdem,
dzwoniłem też z Fezu, mówił, ze wyjedzie po nas na dworzec w
Midelcie. Może go i nie poznam, ale on nie powinien mieć problemów
z rozpoznaniem dwojga turystów z plecakami czekających na stacji
Shella.
Po chwili podchodzi do nas smagły Berber w niebieskim
turbanie, najwyraźniej mnie poznaje. Idziemy pieszo do miejsca, skąd
zabierze nas auto jadące do Tattouine. Jest to wieś w głębi gór,
ostatnia przed główną granią Atlasu Wysokiego. W oddali widać
ośnieżony szczyt Dżebel Ajaczi, najwyższy w tym rejonie. Śnieg
jest tylko na najwyższych szczytach, reszta gór jest różowa, mamy
znakomity widok jadąc na pace furgonetki. Różowe skały, z rzadka
porośnięte kępkami roślinności, bardzo różne od naszych
zielonych Tatr. Rozmawiamy z Cherifem, który jest wprawdzie Berberem
z głębi Atlasu, ale zna francuski.
„Jesteście
Polakami? Siostra Barbara się ucieszy.”
Tattouine to wieś składająca się z domków z
suszonej gliny nie odcinających się kolorem od otaczających gór.
W domkach tych mieszkają Berberzy, a w jednym - na samym skraju wsi
– dwie siostry franciszkanki. Akurat tego dnia jest u nich
przyjęcie dla mieszkańców wsi. Wydał je Cherif i jego żona
Hasna, ale odbywa się w domu sióstr, bowiem jest na cześć innej
siostry, która tu kiedyś mieszkała, a niedawno zmarła. Cherif
prowadzi nas do domu sióstr, jest tam akurat modlitwa, częściowo
czytanie Koranu (bo tutejsi Berberzy to muzułmanie), a częściowo
modlitwy po francusku. Po modlitwie wnoszone są wielkie misy z
tadżiną pieczoną w domu Hasny, jedna misa na każdy stół.
Mieszkańcy wsi siedzą w większym pokoju, nas sadzają w mniejszym
pokoju, gdzie mówi się po francusku, bowiem większość obecnych
tam osób to Francuzi. Jest tam dentysta, który przez pół roku
mieszka we Francji i tam godziwie zarabia, a następne pół roku
podróżuje z żoną po Afryce i leczy beduinom zęby. Jest dwóch
mnichów trapistów z klasztoru w Midelcie, gdzie mieszka też
(nieobecny na dzisiejszej uczcie) ostatni z mnichów z algierskiego
klasztoru Tibhirine. Moi rozmówcy przy stole doskonale znają
historię tego klasztoru. W Tibhirine było podobnie jak w Tattouine,
muzułmańscy mieszkańcy żyli w całkowitej harmonii z katolickimi
mnichami, ale komuś ta harmonia była nie na rękę i pewnej nocy
wszyscy mnisi zostali zamordowani. Rząd Algerii twierdził, że to
muzułmańscy ekstremiści dokonali tej zbrodni, ale winowajców
nigdy nie znaleziono. Moi rozmówcy w taką wersję powątpiewają.
Przypuszczają oni, że rząd potrzebował takiej zbrodni, by
przykręcić w kraju śruby.
| Wieś Tattouine |
W Tattouine ta harmonia nadal trwa. Do domu sióstr
franciszkanek wnoszone są na wielkich misach dania przygotowane
przez muzułmańskich Berberów. Wśród gości są i beduini z gór,
i trapiści z klasztoru w Midelt, i francuscy dentyści bez granic.
Na jeden stół przypada jedna micha, każdy urywa sobie kawał
chleba i używając go jako łyżki próbuje się dobrać do kurczaka
pieczonego w warzywach. Tak podawane są wszystkie posiłki w domu
Hasny i Cherifa, tak też karmią nas beduini, których odwiedzamy
następnego dnia. Bo nazajutrz wybieramy się z Cherifem na dwudniową
wycieczkę w góry.
Rano dostajemy śniadanie, na które składa się świeżo
upieczony chleb maczany w oliwie oraz bardzo słodka zielona herbata
z miętą, świeżą, zieloną i zmiętą. Przed domem Cherif i Hasna
juczą muła. Cały prowiant będzie na jego plecach, nie musimy
nosić plecaczków. Wyruszamy w górę doliny, gdzie tu i tam
rozstawione są namioty beduinów. To jest miejsce styku dwóch
światów, beduini znają szlaki przez góry i przez pustynię, ale
miasto jest dla nich obce. Punktem styczności z tak zwaną
cywilizacją jest dla nich przychodnia prowadzona przez siostrę
Barbarę w Tattouine. Jeśli im coś dolega, to potrafią wędrować
pieszo nawet kilkadziesiąt kilometrów, by do niej dotrzeć. My też
idziemy pieszo przez góry, ale nie dlatego, że nam coś dolega,
tylko dla przyjemności. Chcemy się choć na parę dni wyrwać z tak
zwanej cywilizacji. Oznacza to marsz przez trzytysięczne przełęcze,
wśród różowych gór porośniętych kępkami sucholubnych ziół.
Nie ma tu trawy, ale owce beduinów i tak znajdują sobie coś do
jedzenia. Nocujemy u beduinów, jemy z nimi posiłki z jednej miski,
śpimy na podłodze na dywanach, w nocy gryzą nas pluskwy.
Siostry
franciszkanki również wędrują po górach. Regularnie odwiedzają
namioty koczowników służąc im pomocą medyczną. Ostatnimi laty
wychodzą na wyprawy tylko na jeden miesiąc w roku, ale kiedyś
sześć miesięcy w roku spędzały w górach śpiąc w beduińskim
namiocie. Mają nawet przenośne tabernakulum, miniaturową beduińską
sakwę podróżną, którą wieszają w oddzielnej części namiotu
służącej za kapliczkę. Kiedy
siostry są we wsi, sakiewka wisi na ścianie kapliczki, jaką
siostry sobie urządziły w domu. Wtedy sakiewka jest pusta, bowiem
stałe tabernakulum jest wbudowane w ścianę, hostie są tam
przechowywane w pojemniku zrobionym ze srebrnych beduińskich
bransolet. Kiedy siostry wyruszają w podróż, srebrny pojemnik
wędruje z nimi w podróżnej sakwie. Kapliczka w domu jest bardzo
skromna: białe ściany, beduiński dywan otrzymany w prezencie od
wdzięcznych pacjentów, w czasie modlitwy siedzi się na podłodze.
Na jednej ze ścian sznur, jakim przepasują się beduińskie
kobiety, wisi zawieszony tak, że tworzy arabskie słowo Allah. Na
innej wisi kopia ikony Andrieja Rublowa przedstawiająca trzech
wędrowców w gościnie u beduina imieniem Abraham. Jest też piękny
portret papieża Wojtyły wyszyty lewą ręką przez chłopca, który
stracił prawą dłoń w wypadku z kosą podczas pracy w polu.
| Dżebel Ajaczi |
Kaplica kaplicą, siostry we wsi prowadzą aktywne
życie. Siostra Marie jest nauczycielką, założyła przedszkole i
prowadzi je. Dzieci ze wsi przychodzą do przedszkola na pół dnia.
Siostry sobie każą płacić dwadzieścia dirhamów od dziecka.
Mogłyby to robić za darmo, ale każą sobie płacić, żeby rodzice
mieli szacunek i regularnie przeprowadzali dzieci. Przedszkole jest w
takim samym szarym domu jak inne domy we wsi, ale w środku jest tak
wyposażone, jakby było gdzieś w Sztokholmie, a nie na berberskim
wydmuchowie. Kiedyś jacyś zamożni ludzie ze Szwecji odwiedzili to
miejsce i pytali czym można siostry wspomóc, na co siostra Marie
powiedziała, że potrzebują wyposażenia przedszkola. Po pewnym
czasie przyjechała ciężarówka i przywiozła wyposażenie.
Berberskie dzieci uczą się tu obchodzenia z papierem i ołówkiem,
uczą się kształtu liter. Kiedy pójdą do szkoły, będzie im
znacznie łatwiej, niż gdyby poszły tam prosto z beduińskiego
namiotu.
Siostra Barbara prowadzi przychodnię i współpracuje z
lekarzami bez granic. Sama jest pielęgniarką, kiedy ją odwiedzamy
w przychodni, właśnie prowadzi fizjoterapię małego chłopca z
wadą chodzenia, opowiada nam, jakie zrobił postępy. Siostra
Barbara ma gadane, trajkoce jak karabin maszynowy, w dodatku jest
Polką, co bardzo ułatwia komunikację. Opowiada o niezwykłych
medycznych przypadkach napotykanych wśród beduinów. Czasami coś
każe jej wbrew logice wstać i iść. Tak jak ostatnio, kiedy
dowiedziała się, że pewna kobieta właśnie rodzi, ale jest z nią
obecna beduińska akuszerka. Barbara uważa tę akuszerkę za całkiem
kompetentną, ale i tak, choć był środek nocy, ubrała się i
poszła. Kiedy dotarła na miejsce, już było po wszystkim, dziecko
zawinięte jak należy, ale Barbarę coś tknęło i kazała
rozwinąć. I co się okazało? Że dziecko we krwi! Bo pępowina
wprawdzie zawiązana, ale to zawiązanie się poluzowało i pępowina
krwawiła. Wprawdzie powoli, ale do rana cała krew mogłaby
wypłynąć, bo noworodek wiele tej krwi nie ma. A w związku z
porodami, ciekawa była historia pewnego beduina, który przyszedł
do sióstr mówiąc, że on nic nie jest wart, nawet urodził się w
jaskini jak koza. Na to siostry mu opowiedziały historię Jezusa,
który też się urodził w jaskini. Jezus to dla muzułmanów prorok
Isa, więc beduin poszedł do domu wielce pocieszony i odtąd
opowiadał, że urodził się w jaskini jak prorok Isa.
W naszych długich rozmowach z siostrą Barbarą nie
usłyszałem ani jednego słowa na temat nawrócenia kogokolwiek z
jednej religii na drugą. Najwyraźniej siostry nie po to tam są. A
po co są?
W nasz ostatni poranek siostry nas zapraszają na
modlitwę o świcie. Modlitwę stanowi kilka czytań, a potem długie
milczenie. Bardzo długie milczenie, siedzimy tam bodaj godzinę.
Potem jeszcze idziemy na śniadanie do Cherifa i Hasny, jak zwykle
chleb z oliwą oraz dzbanek zielonej herbaty z miętą zieloną i
zmiętą. To jest właśnie smak tego kraju, chleb maczany w oliwie i
słodka herbata z miętą.
Po co te misjonarki tu są, jeśli nikogo nie nawracają?
Może po to, żeby przypominać ludziom, że Pan Bóg
istnieje? Bo o Panu Bogu zapominać nie wolno.
| Wnętrze kaplicy sióstr w Tattouine |
Tę opowieść, a także parę innych, można znaleźć w mojej książce Pytania Obieżyświata. Wszystkie opowieści w niej zawarte są na niniejszym blogu. Jednakże witryny mają to do siebie, że są czas jakiś, potem znikają, a książka raz wydrukowana, już zostanie. Nikt tej książki nie wydał, ale lulu.com wydrukuje egzemplarz, jeśli się go zamówi.
Wednesday, April 1, 2020
Z kim mogą się żenić Indianie Tukano?
| Przekraczanie strumyków w dżungli |
Ścieżka przez tropikalny las prowadzi początkowo po równinie. Raz
po raz przekraczamy leniwie płynące strumyki czerwonawej wody
ostrożnie stąpając po zwalonych pniach drzew przerzuconych przez
rzekę jako kładki. Potem ścieżka (razem z dżunglą) wchodzi
między strome skały, ostre podejścia, ciasne wąwozy. Na ostrych
podejściach człowiek ma ochotę chwytać za wystające korzenie,
ale trzeba uważać, bo po niektórych chodzą amazońskie mrówki,
które nie znają litości.
Idziemy na górę Cabari, a prowadzi nas Guedes, Indianin ze szczepu
Tukano. Ubrany jest w w podkoszulkę z wielkodziobym tukanem i
napisem: „Tukano – ritos, mitos e tradiciones. XVIII Festival,
São Gabriel do Cachoeira”. To tak żeby było wiadomo z jakiego
jest szczepu. Ale to dziś, wczoraj miał koszulkę z trupią czaszką
i napisem „Iron Maiden”, żeby było wiadomo jaką muzykę lubi.
Biwak na skale nad równiną, ognisko skrzesane w załomie, mięso
pieczone na rożnie. Rozwieszamy hamaki między drzewami, tu
zostaniemy na noc. Mięso nie jest z upolowanej w dżungli zwierzyny,
tylko kurczaki kupione w mieście na tę wyprawę. Miasto – São
Gabriel da Cachoeira, widoczne jest w oddali. Jest wprawdzie odległe
o dzień marszu przez dżunglę, ale sygnał w telefonie jest i można
wysłać pozdrowienia do znajomych w Europie. Widok zapiera dech:
porośnięta dżunglą płaska jak stół równina, tylko
gdzieniegdzie sterczą nad nią pojedyncze góry, takie jak ta, na
której stoimy. Najwyższa z nich to widoczna na horyzoncie Bela
Andormecida – Śpiąca Królewna – która rzeczywiście wygląda
jak leżąca na plecach kobieta z obfitym biustem. Pośród lasu wije
się szeroka rzeka Rio Negro, nad którą w strategicznym punkcie
leży miast São Gabriel. Guedes podaje mi udziec pieczony na
ruszcie. „Anią” mówię popisując się znajomością słowa w
języku Tukano (nauczyłem się go wczoraj, a znaczy 'dziękuję').
Emmanuel mówi, jak to samo słowo brzmi w języku Hupida. Emmanuel
jest etnologiem i ma dużą wiedzę na temat mieszkających w tej
okolicy ludów. Guedes komentuje:
São Gabriel da Cachoeira to jedyne miast w Brazylii, gdzie większość
ludności stanowią Indianie. Wyglądają oni praktycznie tak samo
jak kaboklowie w całej Amazonii, tylko kaboklowie twierdzą, że nie
są Indianami, a mieszkańcy São Gabriel należą do konkretnych
szczepów i nawet znają własne języki. Ta liczba mnoga jest
istotna, ponieważ okolice górnego Rio Negro, a zwłaszcza dorzecze
rzeki Uaupes, to tak zwany rejon kulturowy Tukano, który cechują
dość niezwykłe zwyczaje matrymonialne: Indianin Tukano może się
ożenić tylko z kobietą mówiącą innym językiem.
Cachoeira znaczy bystrzyna. Górne Rio Negro poprzecinane jest
progami wodnymi. Do São Gabriel można dopłynąć z Manaus
statkiem, ale powyżej już tylko indiańskim czółnem.
Portugalczycy zbudowali twierdzę w strategicznym miejscu nad
pierwszym progiem i dotąd sięgała ich władza, powyżej była
kraina Indian i tak naprawdę jest do dziś. São Gabriel jest na
styku cywilizacji. Indianie znad Uaupes przyjeżdżają tu zobaczyć
wielkie miasto, zobaczyć sklepy i może nawet coś kupić. Kiedyś
przywozili na sprzedaż niewolników, później kauczuk. Dziś
niektórzy przyjeżdżają na stałe, znajdują pracę, a kiedy mają
wolną chwilę - prowadzą grupę Gringów ścieżką przez las na
górę Cabari. Większość Indian przyjeżdża tu jednak tylko na
chwilę, do banku wypłacić zasiłki.
Parę dni temu Indianin spotkany na brzegu rzeki tam, gdzie cumują
łodzie Indian przybyłych z daleka, opowiadał nam jak to jest. W
ostatnich latach lewicowy rząd Brazylii przyznał Indianom zasiłek
na każde dziecko posłane do szkoły. Szkoły są we wsiach nad
Uaupes, ale zasiłek można wypłacić tylko w banku, a najbliższy
bank jest w São Gabriel. Podróż czółnem z motorkiem trwa
tydzień. Całe rodziny przyjeżdżają do miasta, rozwieszają sobie
hamaki w opuszczonym magazynie, gotują na ognisku obiady z ryb
złapanych w rzece, garnek stawiają na kilku cegłach. Nasz rozmówca
pokazywał nam to miejsce, z nami rozmawiając po portugalsku, ale z
innymi w języku Tukano. Mówił nam jeszcze, że powinniśmy
zobaczyć jeszcze inne takie biwakowisko, pokazywał nam gdzie iść.
| Hamakowisko Indian w opuszczonym magazynie |
Co
to jest FOIRN? Przed przyjazdem do São Gabriel nie miałem pojęcia
o istnieniu czegoś takiego. Federação das Organizações Indígenas
do Rio Negro, czyli Zjednoczenie Organizacji Indiańskich znad Rio
Negro, to forum spotkań Indian z różnych szczepów, które do
niedawna prowadziły ze sobą ciągłą wojnę, a dziś wolą
uzgadniać wspólne stanowisko wobec problemów współczesnego
świata. Na przykład wobec rządu, który twierdzi, że terytorium
nad rzeką Uaupes to terytorium Brazylii. Są podobno gdzieś w lesie
jeszcze szczepy, które mają gdzieś postanowienia rządu i
strzelają z łuku do każdego, kto postawi stopę na ich terytorium,
ale szczepy zrzeszone w FOIRN uznały, że lepiej utworzyć grupę
nacisku, która mogłaby wpływać na decyzje rządu. Jest to jedno z
zadań FOIRN. W São Gabriel jest budynek, w którym organizacja ma
swoje biura, od frontu jest też sklepik, gdzie turyści mogą sobie
kupić tradycyjne rękodzieło prosto ze wsi ukrytych w dżungli.
Dziewczęta obsługujące w sklepiku do klientów mówią po
portugalsku, ale między sobą w języku Tukano. To od nich
dowiedziałem się, że „anią” znaczy dziękuję. W ogródku za
biurami stoi też tradycyjna, kryta strzechą maloka
– tu odbywają się wydarzenia publiczne, tu spotykają się
wodzowie przybyli z odległych wsi. Właśnie w przyszłym tygodniu
ma się odbyć taki zjazd wodzów, możemy być nawet obecni na
otwarciu uświetnionym tańcami ludu Tujuka.
| Indianie w Sao Gabriel w kolejce do banku |
Emmanuel kilkakrotnie pytał dziewcząt w sklepie z rękodziełem,
czy moglibyśmy porozmawiać z którymś z dyrektorów FOIRN,
dziewczęta odpowiadały ze owszem, moglibyśmy, ale wszyscy akurat
są zajęci. Ja bym pewnie dał za wygraną, ale Emmanuel jest uparty
i w końcu jeden z wodzów zgadza się z nami porozmawiać. Jest to
Renato da Silva Matos, wódz ludu Tukano, w FOIRN pełniący
obowiązki jednego z pięciu dyrektorów. Chętnie opowiada, nie
trzeba zadawać dodatkowych pytań, a Emmanuel mu nie przerywa. Ja
zwykle takie wywiady lubię, bez zadawania pytań, kiedy mój
rozmówca mówi to, co dla niego jest ważne, a nie to, co pytający
chce usłyszeć. Tylko że ja niestety portugalskiego nie rozumiem i
muszę co jakiś czas prosić Emmanuela o tłumaczenie. No i kilka
pytań jednak mam. Co to jest ten FOIRN? Kiedy powstał? Kto go
powołał? Jakieś nazwiska? Jakieś osiągnięcia?
Otóż FOIRN powstał w 1987 roku w ramach ruchu brazylijskich Indian
walczących o swoje prawa, jako że interesy Indian tu mieszkających
nie zawsze idą w parze z interesem międzynarodowych firm chcących
wykorzystać zasoby naturalne tego kraju. Jak to ujął Renato –
kolonizatorzy widzą ten kraj jako potencjalne źródło zysku,
podczas gdy dla Indian jest to dom. Kluczową postacią w utworzeniu
FOIRN był niejaki Alvaro Tukano, którego talenty za młodu
dostrzegł pracujący w tym rejonie Brazylii lekarz wojskowy i posłał
go na uniwersytet. W latach osiemdziesiątych Alvaro spotykał się z
spotykał się z innymi przywódcami brazylijskich Indian, tworzących
grupę nacisku na władzę. W efekcie w 1988 roku wprowadzono w
Brazylii prawo przyznające Indianom prawo do pewnych terytoriów,
jednak nie było pieniędzy na to, by wytyczyć ich granice. W na
spotkaniu w Rio de Janeiro 1992 roku FOIRN uzyskał pieniądze na ten
cel od ONZ, w dużej mierze od rządu Niemiec. FOIRN ma również
wpływ na szkolnictwo, na przykład obecnie lekcje w szkołach
odbywają się nie tylko po portugalsku, ale też w językach
plemiennych. Jednak języki plemienne zanikają i w rejonie górnego
Rio Negro w użyciu są jeszcze tylko trzy: Tukano, Baniwa i
Nheengatu.
To
szkolnictwo przychodzące z zewnątrz, ale Indianie mają też własną
tradycyjną wiedzę. Ta wiedza jest zupełnie innego rodzaju, niż
wiedza białych ludzi. Na przykład wiedza pajes,
czyli
szamanów. Szamani potrafią
osiągnąć taką koncentrację, że widza całą ziemię jak malutka
kulkę. Potrafią widzieć, co będzie w przyszłości. Chociaż
wśród Tukano raczej nie ma szamanów. Tukano tradycyjnie mieli
myślicieli (pensadores),
a szamani byli wśród innych ludów, na przykład Bare albo Baniwa.
Szamani uczyli się z dala od ludzi, przez wiele lat musieli być
nie tylko w celibacie, ale nawet nie mogli widzieć kobiety. Teraz
jest mniej szamanów, bo misjonarze często walczą ze starymi
tradycjami.
| Renato da Silva |
Ciekawe
rzeczy o misjonarzach opowiada Auxiliadora, która mieszka w chacie
obok naszego hotelu. Przedstawił mi ją i rozmowę tłumaczył
nieoceniony Emmanuel, który tu wszystkich zna. Auxiliadora jest
przewodniczącą związku nauczycieli indiańskich, a także wójtem
swojej wsi, zamieszkałej przez Indian ze szczepu Löw.
Jest to wieś wyjątkowa choćby dlatego, że tylko tam się używa
języka Löw,
niepodobnego do innych indiańskich języków w okolicy, z wyjątkiem
języka Hupida. Auxiliadora mówi, że w zasadzie możliwe byłoby
odwiedzenie jej wsi, choć odbywająca się właśnie konferencja
związku nauczycieli indiańskich powoduje, że jest bardzo zajęta.
Ale opowiada ciekawe rzeczy. Na przykład że ludzie w FUNAI
(brazylijskim urzędzie do spraw Indian) mówią, że misjonarze
niszczą indiańską kulturę (taki jest trend w naszych
politycznie-poprawnych czasach), a tymczasem w jej wsi to właśnie
misjonarze kupili tę ziemię, na której jej lud następnie zbudował
wieś. Ewangeliccy misjonarze bezwzględnie zakazują spożywania
alkoholu, a jak już coś, to właśnie alkohol niszczy kulturę. Tu
w mieście widać na ulicach niszczenie kultury. Wczoraj w miejscu,
gdzie mieszkają Hupida, kogoś zamordowano. To efekt alkoholu. To
właśnie wśród Hupida jest najwyższe spożycie alkoholu. Ci
ludzie w FOIRN owszem, działają z pewnym sukcesem, dostają teraz
od rządu jakieś pieniądze na projekty w środowisku Indian, ale w
FOIRN wszyscy są Tukano albo Baniwa albo Bare. Żadne pieniądze nie
są przekazywane na Hupida!
Hupida to inni Indianie, niegdyś koczujący po dżungli z łukami,
dziś koczujący po mieście z butelczyną. Tukano, Tujuka, Baniwa,
to ludy osiadłe mieszkające w dużych wsiach nad brzegami rzek, od
stuleci uprawiające maniok, od stuleci handlujące z białym
człowiekiem. Hupida, być może pierwotni mieszkańcy tych ziem, to
żyjący z myślistwa koczownicy wędrujący w małych grupkach po
dżungli pomiędzy wielkimi rzekami. W dawnych czasach Tukano
napadali na obozowiska Hupidów, zabijali mężczyzn, kobiety i
dzieci brali jako jeńców, by pracowali na polach manioku albo by
ich sprzedać Portugalczykom. Z czasem całe rodziny Hupida oddawały
się w niewolę zapewniając sobie tym sposobem bezpieczeństwo.
Pracowali na polach manioku, ale mogli też iść do lasu na
polowanie. Mówili innym językiem, ale Tukano nie brali sobie kobiet
Hupida za żony. Dziś też jest to nie do pomyślenia. Biały
Amerykanin może się ożenić z Murzynką, ale Indianin Tukano z
kobietą Hupida?
| Bela Andormecida |
Subscribe to:
Comments (Atom)

