Friday, June 28, 2019

Malarstwo Odżibwejów

Wystawa Norvala Morriseau

Jak będziesz w Toronto, to zobacz obrazy malarzy Woodland School”, mówiła mi Trish, kiedy mieszkałem u niej w domku położonym wśród puszcz północnego Ontario. „To są wszystko Indianie, głównie Odżibweje, najlepszy jest Norval Morrisseau, inni to tak naprawdę jego naśladowcy. Koniecznie zobacz ich wystawę jak będziesz w Toronto.”
Łatwo powiedzieć - „zobacz”. Ale gdzie ich niby szukać?
Jeśli jest to grupa malarzy z Ontario, to pewnie należałoby szukać w Art Gallery of Ontario. Tak w każdym razie można by myśleć będąc w Toronto, zatem ja, będąc w Toronto, tam skierowałem swoje kroki. Muzeum jest duże, zatem w informacji przy wejściu zapytałem gdzie powinienem ich szukać. Woodland School? Kto to taki? Rzuciłem jedno nazwisko jakie mi się z tą szkoła kojarzyło: Norval Morrisseau. A, Norval Morrisseau, pan w informacji pokazał mi na planie gdzie wiszą jego obrazy. Poszedłem tam i rzeczywiście znalazłem jego obrazy w liczbie sześciu. Zatytułowane były „Przemiana człowieka w gromoptaka”. Wszystkie były tak zatytułowane, bowiem płócien jest sześć, ale tak naprawdę jest to jedno dzieło – na pierwszym płótnie namalowany jest człowiek, na ostatnim gromoptak, a pomiędzy nimi są stadia pośrednie. Tak że w Art Gallery of Ontario znalazłem jedno dzieło Norvala Morrisseau. To wszystko.
Wszystko?
No wszystko. Zadałem sobie trud i oblazłem całą galerię, a jest ona spora. Jest tam pierwszorzędna kolekcja drugorzędnej sztuki europejskiej, jest dobrze reprezentowana pierwszorzędna Grupa Siedmiu, jest całe piętro poświęcone współczesnej sztuce kanadyjskiej pełne takich samych dziwadeł jak wszędzie indziej na świecie (gdzie współcześni twórcy starają się na siebie zwrócić uwagę produkując dziwadła), ale malarzy Woodland School nie ma. A wydawałoby się, że mogłaby to być wizytówka Ontario. A nie ma. Dlaczego? Czy dlatego, że wszyscy ci malarze to Czerwonoskórzy z plemienia Odżibwejów?
Będąc w Toronto ma się jeszcze jedną możliwość: muzeum w Kleinbergu. Jest to willa położona daleko za miastem w miejscowości o nazwie Kleinberg. Dawni właściciele tej willi byli kolekcjonerami sztuki kanadyjskiej, swoją bogatą kolekcję przekazali krajowi i dziś jest to muzeum. Pięknie położone pośród drzew, ma znakomitą kolekcje obrazów Grupy Siedmiu, można taż mieć nadzieje, że znajdzie się tam również kolekcja Woodland School. Z tą nadzieją udałem się tam i okazało się, że miałem trochę rację. Trochę, bo obrazy tej szkoły owszem były, ale było ich tylko trochę, wszystkie mieściły się w jednej średniej wielkości sali. Kilka obrazów Norvala Morrisseau a pomiędzy nimi pojedyncze obrazy innych artystów. Są tam Daphne Ojig, Carl Ray, Saul Williams, Goyce Kakegamic. Niewiele, ale zawsze więcej niż nic.
Okładka katalogu Daphne Odjig
Kolejna możliwość jeśli się jest w Toronto, to dowiedzieć się gdzie są galerie sprzedające obrazy współczesnych artystów, w końcu artyści Woodland School nadal żyją i tworzą. Nie wszyscy wprawdzie, Norval Morrisseau zmarł kilka lat temu, ale to i tak sztuka współczesna. Ale jak znaleźć galerie? Można na przykład w jakiejś księgarni zajrzeć do szczegółowego przewodnika po mieście. Ja się w ten sposób dowiedziałem, że Kinsman Robinson Gallery zajmuje się sprzedażą dzieł Norvala Morrisseau. Poszedłem tam w ostatni dzień przed odlotem. Już z daleka widziałem wielki napis: Norval Morrisseau. Jegomość stojący przed wejściem zapytany czy znajdziemy tu prace artystów Woodland School odparł, że Norvala Morriseau tak, a innych nie. Właśnie mają wystawę retrospektywną Norvala, otwarcie dopiero za kilka dni, ale wszystkie obrazy już powiesili i można zwiedzać. Wystawa imponująca, dwie duże sale wielkich obrazów o pulsujących kolorach. Można zaobserwować rozwój artysty – najwcześniejsze obrazy dwukolorowe, wydrapane na korze brzozowej, późniejsze – z lat sześćdziesiątych – malowane akrylem na papierze łagodnymi odcieniami brązu, jeszcze późniejsze – z lat osiemdziesiątych – w jaskrawych, prawie neonowych kolorach. Wszystko w charakterystycznym stylu. Kurator wystawy opowiada że widział kilka obrazów Norvala przedstawiających łosia i mógł zaobserwować rozwój od realizmu do tego charakterystycznego stylu właściwego artyście. To Norval stworzył stylistykę tej tak zwanej szkoły puszczańskiej. Norval był szamanem Odżibwejów i twierdzi, że z duchowego świata otrzymał wezwanie do malowania. Była to kontrowersyjna decyzja, przedstawia on na swych obrazach tajemne mity Odżibwejów, które zdaniem innych szamanów nie powinny być nigdy publicznie przedstawiane. Inni później podjęli ten styl, ale to Norval był jego twórcą.
Inni, to znaczy kto?
Szukałem w księgarniach jakiejś solidnej informacji na ten temat. Znalazłem kilka książek na temat Norvala Morrisseau oraz jeden obszerny katalog wystawy Daphne Ojig. Kto to jest Daphne Ojig? Wspomniany katalog sugeruje, że jest to postać numer dwa w tej grupie malarzy. Urodziła się na wyspie Manitoulin na jeziorze Huron w tak zwanym niescedowanym rezerwacie Odżibwejów. Niescedowanym, ponieważ jego mieszkańcy nigdy nie podpisali traktatu przekazującego ich ziemie rządowi Kanady. Jednym z przedków Daphne Ojig był wódz szczepu Pottowatomi wsławiony w bitwach przeciwko Amerykanom w XIX wieku, wódz ten schronił się później u Odżibwejów na wyspie Manitoulin. Jednakże w połowie XX wieku, kiedy Daphne Ojig wchodziła w życie dorosłe, duma z dawnych czynów była w połowie zapomniana. Daphne szukała pracy w Toronto, a ponieważ indiańskie nazwisko było postrzegane jako przeszkoda, zmieniła je na Fisher. W Toronto miała prace biurowe, ale ponieważ miała talent plastyczny – cały czas również malowała. W jej obrazach widać było trochę wpływ kubizmu, a trochę jej indiańskiego dziadka, który uczył ją stylu rysunków na korze brzozowej. Przyszły lata sześćdziesiąte, wśród Indian czas odrodzenia dumy ze swego pochodzenia. W 1962 roku na wyspie Manitoulin zorganizowano pierwszy nowożytny powwow w Ontario. Daphne była tam obecna, wciągnięto ją w krąg tańca i nagle poczuła się Indianką. Od tego momentu tematem jej obrazów stały się legendy Odżibwejów, a styl zadziwiająco się upodobnił do Norvala Morrisseau. Z czasem przeprowadziła się z powrotem na Manitoulin i do dziś tam mieszka.
Pocztówka z obrazem Isaaca Bignella
No dobrze, to dwie osoby. A inni? Gdzie ich szukać?
Może po prostu tam, gdzie mieszka Trish, wśród puszcz na północ od jeziora Huron? Pewnego dnia Trish zabrała mnie do rezerwatu Odżibwejów, zwanego Serpent River, żebym zobaczył tamtejsza galerię grafiki. Galeria była na terenie rezerwatu, ale także przy szosie nr. 7, która to szosa prowadzi wzdłuż północnego brzegu jeziora Huron i dalej przez cała Kanadę aż nad Pacyfik. Naturalna klientela tej galerii to nie mieszkańcy rezerwatu, lecz mieszkańcy miast jadący tą szosą na wakacje. Nie dziwi więc, że jest tam sporo cepeliady, ale jest tam też trochę grafiki wysokiej klasy. Wszystkie te prace mają stylowo wiele wspólnego ze sobą a także ze stylem Norvala Morrisseau. O autorach nigdy nic nie słyszałem i nic o nich nie wiem. Ale znalazłem serie kartek pocztowych z tymi grafikami, a na odwrocie tych kartek było kilka słów o autorach, stąd pochodzi cała moja o nich wiedza. Wiedzą o dwóch najciekawszych postaciach dzielę się niniejszym.
Norval Morrisseau miał wielu naśladowców w zasadzie go kopiujących, ale do takich na pewno nie należy Cecil Youngfox – autor mitycznych scen w bardzo charakterystycznym stylu, jakby rozpiętych na pajęczynie. Urodzony w Blind River, mieścinie na północnym brzegu jeziora Huron (i zupełnie niedaleko Rezerwatu Serpent River) mieszkał i tworzył w Nowym Jorku, Vancouver i Toronto, ale styl i tematyka jego prac odzwierciedlały jego indiańskie pochodzenie. Niestety już nie żyje, zmarł w 1987 roku.
Isaac Bignell nie należał do szczepu Odżibwejów, lecz Kri, urodzony był w rezerwacie położonym 400 mil na północ od Winnipegu. Wypracował on własną technikę malowania gąbką, w której tworzył proste kompozycje nawiązujące do indiańskiego postrzegania przyrody. Mieszkał w Winnipegu, Minneapolis, Vancouver. Zmarł w 1995 roku w wieku 37 lat. Jego technikę i styl podjął Russel Noganosh, Odżibwej z Ontario, który obecnie staje się bardziej znany, acz nie ukrywa tego od kogo się uczył malować.
W galerii były oczywiście prace wielu innych artystów, w większości jeszcze żyjących. Bo Woodland School to wcale nie rozdział zamknięty, jest to wydarzenie, które się nadal dzieje. Ale warto dodać jeszcze jedno spostrzeżenie. Woodland Schol to sztuka Indian, tematyka i styl wywodza się z tradycji Odżibwejów, ale to nie Indianie są głównymi konsumentami tej sztuki. Nie jest tradycją Odżibwejów wieszanie obrazów na ścianach wigwamów. Dziś oczywiście nie mieszkają oni w wigwamach tylko w domach – takich samych, jak ich biali sąsiedzi, ale czy wieszają oni na ścianach obrazy Norvala Morrisseau? Nawet jeśli znajdą się tacy, których stać na zakup jego obrazów, które obecnie wyceniane są na kilkadziesiąt tysięcy dolarów (o czym naocznie przekonałem się w Kinsman Robinson Gallery w Toronto), to będą to ludzie zanurzeni po uszy w kulturze białego człowieka. Tylko bowiem ludziom tej kultury chce się zarabiać wielkie pieniądze.

Obraz malowany na korze brzozowej widziany na straganie na powwow w północnym Ontario




Zarówno ten tekst, jak i inne na podobny temat, można przeczytać w mojej książce "ART ETNO"
 

Wednesday, June 12, 2019

Kaplica wypełniona ziarnem

Mnisi w świątyni w Ladakhu

Hemis Gompa to klasztor Czerwonych Czapek, zakonu starszego niż Żółte Czapki. Inaczej niż klasztory Żółtych Czapek, które zwykle wzniesione są na skałach nad doliną, budynki Hemis Gompa wtulone są w ściany wąwozu. Ściany wąwozu wznoszą się wysoko, aż do wiecznych śniegów przykrywających szczyty Himalajów.
Wokół dziedzińca podcienia, na ścianach podcieni wymalowane stwory o wykrzywionych ustach i trojgu oczu, każdy otoczony kręgiem płomieni. Z wnętrza głównego budynku słychać jakąś recytację. Wchodzę, mroczno. Na ławach wzdłuż filarów siedzą ubrani na bordowo mnisi i coś pod nosem recytują. Zapach jałowcowych kadzidełek i maślanych lampek. Naprzeciw wejścia w półmroku majaczy wielka złocona figura Buddy ubrana w żółtą szatę.
Mnisi kończą i rozchodzą się. Zapada cisza. Wielki Budda spogląda na mroczne wnętrze spod półprzymkniętych powiek. Cisza zaprasza do medytacji, ale ja wychodzę. Na dziedzińcu też jest cisza, popołudniowe słońce zagląda pod podcienia, oświetla trójokie stwory wymachujące rękami, w płomieniach. Wcześniej byli tu turyści, którzy przyjechali autobusem z Leh, ale ostatni autobus właśnie odjechał i turystów już nie ma. Została cisza. Stwory w podcieniach nadal wymachują rękami, ale już tylko na mnie. Może się dziwią, co ja tu jeszcze robię, skoro pojechał ostatni autobus? Ja nie odjechałem, bo chcę jeszcze iść do następnego klasztoru, Matho Gompa. Około czterech godzin marszu, powinienem przed zmrokiem zdążyć.
We wsi Hemis również cisza, mieszkańcy są zajęci swoimi codziennymi sprawami. Ktoś ubabrany po łokcie zmienia właśnie kierunek strumienia puszczając wodę na poletko jęczmienia. Kierunek strumyków jest tu zmieniany codziennie, codziennie nawadniane są pola. Wszystkie strumyki są uregulowane, wszystkie pola muszą być nawadniane, inaczej zamieniłyby się w pustynię w przeciągu tygodnia. W dolinie Indusu po północnej stronie Himalajów deszcze padają rzadko, za to z nieba leje się żar podzwrotnikowego słońca. Roślinność jest tylko tam, gdzie pracowity lud Tybetańczyków nawadnia ziemię wodą pochodzącą z himalajskich śniegów, wszędzie indziej jest pustynia.
Nawadnianie pól w Ladakhu
Mijam wieś i idę w kierunku pustyni drogą prowadzącą do Matho Gompa. Jest to klasztor zakonu Sakya-pa, starszego jeszcze niż Czerwone Czapki, przechowującego jeszcze bardziej ezoteryczną naukę, przekazywaną tylko najbardziej wtajemniczonym w największym sekrecie. W Matho Gompa podobno mieszkają dwaj mnisi, którzy podczas dorocznych obrzędów rozcinają sobie języki, lecz nie krwawią, po czym rany goją się w przeciągu paru dni. Każdy może zobaczyć ten obrzęd jeśli przyjedzie tam w styczniu, odbywa się on na dziedzińcu i jest otwarty dla widzów z zewnątrz.
Za wsią wzdłuż drogi jest murek długi na kilka metrów, wysoki na półtora. Na nim poukładane są obłe kamienie z wyrytym napisem w tybetańskim piśmie: „Om Mani Padme Hum”. Jest to buddyjska mantra, tu wszechobecna. Setki tych kamieni, może tysiące. Na niektórych zamiast napisu wyryto postać Buddy. Fotogenicznie to wygląda na tle dalekich ośnieżonych szczytów.
Pustynia, twarda wyschnięta polepa z czerwonej gliny, na której pełno rozsypanych kamieni, dużych i małych. Nie jest to wielka pustynia, szeroka dolina Indusu, po obu jej stronach w oddali widać ośnieżone szczyty. Z jednej strony Himalaje, z drugiej Karakoram. To gdzieś tam jest ten groźny K2, na którym alpiniści zamarzają na śmierć. Środkiem doliny płynie Indus, jego brzegi są zielone i wszędzie tam, gdzie pracowity lud nawadnia pola jest też zielono. Jednakże tu gdzie ja idę jest czerwona polepa, wody nie ma, tylko tu i tam jakieś wyschnięte krzaczki. Pasą się tam jakieś dwa zwierzęta, wyglądają na osły, ale chyba dzikie, nikt ich nie pilnuje.
Murek z wyrytymi mantrami
Kiedy dochodziłem do wsi Matho zapada już zmrok, a kiedy dochodzę do klasztoru jest już zupełnie ciemno. Klasztor stoi na wysokiej skale, więc nietrudno tam trafić, ale brama zamknięta. Co robić? Wokół klasztoru na zboczu domki, w jednym jeszcze pali się światło. Może zapukać? Nawet jeśli ktoś mnie zruga w niezrozumiałym języku, to i tak nic nie stracę, będę w tej samej sytuacji co teraz. Podchodzę do domku i pukam.
Po chwili otwiera się okno i pojawia się w nim łysa głowa. Zaczynam coś tłumaczyć po angielsku, ale głowa nie słucha i znika. Zaraz potem otwierają się drzwi i mnich w bordowej szacie zaprasza mnie do środka. Przechodzimy przez ciemny korytarzyk i wchodzimy do pokoju, w którym jest światło. Mnich sadza mnie na podłodze na wzorzystym dywaniku, a sam siada na drugim dywaniku za niziutkim stolikiem. Poza stolikiem oraz łożem stojącym pod ścianą w pokoju nie ma sprzętów. Mnich pyta: „Czha?” To znaczy po tybetańsku herbata, jedno z niewielu słów, które się zdążyłem nauczyć. Kiwam głową i mówię twierdząco „czha”, więc on idzie do kuchni obok i wraca z herbatą w termosie. Jest to „gurgur czha”, ulubiony napój Tybetańczyków, zielona herbata na słono i z masłem. Jeszcze wczoraj taka herbata wydawał mi się nie do przełknięcia, ale po przejściu pustyni jestem tak spragniony, że wydaje mi się ambrozją. Mnich pyta „tsampa?” Tym razem nie wiem o co chodzi, więc pokazuje mi szarawy proszek w okrągłym pudełku,. Tsampa to jest prażony a dopiero potem zmielony jęczmień. Wygląda jak mąka, ale nic się z tego nie wypieka, bo jest już prażony. Jest to podstawowe pożywienie w całym Tybecie, pałacu Dalaj Lamy nie wyłączają. Tylko ja nie mam pojęcie co się z tym robi. Mnich najwyraźniej domyśla się tego patrząc na moją minę, bo sam mi to przyrządza – miesza z herbatą i odrobiną cukru i ugniata w coś w rodzaju ciasta.
Na ścianie nad łóżkiem mnóstwo przylepionych świętych obrazków. Największy z nich to wyobrażenie jedenastogłowego i tysiącrękiego Avalokiteśvary. Obok wielkie zdjęcie Sakya Trizina, głowy zakony Sakya-pa, siedzącego w pozycji lotosu w wielkiej czerwono-złotej czapie. Zdjęcie Dalaj Lamy też jest, ale zupełnie malutkie. Potem lama przygotowuje spanie, ale nie w pokoju, tylko na dachu. Wszystkie domy w tej okolicy maja płaskie dachy. Mnich wyciąga jekieś dwa stare materace oraz kilka koców. Kładziemy się, on jeszcze odmawia jakieś modlitwy. Świeże powietrze, księżyc przesuwający się za chmurami, wszystko to byłoby znakomite, gdyby nie pluskwy w materacu.

Rano budzi mnie słońce wychodzące zza gór Ladakhu, żółto-błękitny wschód słońca, trochę żółto granatowych chmur. Mnich sprząta spanie, schodzimy na dół spożyć maślaną herbatkę z tsampą. Potem mnich kładzie na stoliku wielką księgę, otwiera ją i zaczyna śpiewać wykonując przy tym jakieś tajemnicze ruchy rękami, czasem uderzając w dzwonek, zupełnie nie zważając na mnie. Ja nie bardzo wiem jak się zachować, siedzę i milczę, ale chciałbym zobaczyć klasztor, w końcu po to tu przyszedłem. Po dłuższym czasie tego siedzenia i niewiedzenia co robić wstaję i mówię „gompa”, pokazując, ze chciałbym iść na górę do klasztoru. Mnich na chwilę przerywa, wskazując na górę mówi „gompa, lama”, poczem wraca do swojego śpiewu. Więc mówię „tugżecze” (to znaczy dziękuję, zdążyłem się tego już nauczyć) i wychodzę.
Świt nad świątynią w Ladakhu
Idę w górę ku klasztorowi pomiędzy glinianymi domkami mnichów. Nadal jest cichy poranek, tylko z wysoka dobiega śpiew przy akompaniamencie bębna, co jakiś czas również dzwonków, czynelu, rogu. Na klasztornym dziedzińcu żywego ducha, tylko ta dzika muzyka dobiegająca z malutkiego okienka na samym szczycie klasztornych budynków. Wchodzę w otwarte drzwi, za nimi schody na górę, potem znów jakieś otwarte drzwi, dalej jakaś drabinka na górę, kolejne otwarte drzwi, zza następnych otwartych drzwi dobiega ten śpiew i bicie bębna. Przechodzę przez te drzwi, przede mną jeszcze jedne drzwiczki, za nimi widzę już wnętrze kaplicy. Zatrzymuję się.
W kapliczce półmrok. Siedzi tam młody lama i długą pałką rytmicznie wali w wielki bęben wiszący u sufitu, w drugiej ręce trzyma dzwonek i dzwoni nim raz po raz, cały czas śpiewa coś w rytm bębna, czasem odkłada dzwonek i uderza w wielki czynel albo dmie w muszlę. Hałasu robi za dziesięciu. I to niesamowite wnętrze. Kapliczka maleńka i wypełniona ziarnem, nie widać podłogi, tylko ziarno. Na ziarnie siedzi lama, na ziarnie stoi przed nim stoliczek. W półmroku ledwo widać przedmioty wiszące u sufitu; jakieś prastare szable, jakieś przedziwne maski o wykrzywionych ustach, jakieś wysuszone kocie łby. Wszystko pokryte warstwami kurzu, pewnie wisi w tym samym miejscu od wieków. Naprzeciw mnicha wielka figura Mahakali, czarna i przerażająca, o stu rękach, w każdej ręce inna broń, głowa byka z trojgiem oczu, naszyjnik z ludzkich czaszek...
Lama, nie przerywając bębnienia i śpiewania, zaprasza mnie gestem do wnętrza...

Dolina Indusu


Friday, June 7, 2019

Czy Dalaj Lama może pisać miłosne wiersze?

Chorągiewki modlitewne w Dardo

Tybet, dach świata, podniebna kraina modlitewnych chorągiewek furkocących na wietrze. Modlitwy wypisane są na chorągiewkach, a odmawia je wiatr trzepocząc nimi. Rozpięte na sznurach wszędzie gdzie się da, wzdłuż dróg, nad domami, wokół pól, na których rośnie tylko jęczmień, bo klimat zbyt surowy na cokolwiek innego. Wzdłuż pastwisk, na których pasą się długowłose jaki, bo klimat zbyt surowy na inne bydło. Na przełęczach ośnieżonych gór, które tylko latem przekroczyć można, bo zimą skute lodem.
Tybet, dach świata, otoczony krenelażem niebotycznych gór, które przez stulecia stanowiły skuteczną barierę dla najeźdźców. Od południa są to potężne Himalaje, od północy niewiele od nich mniejsze góry Kumbum od wschodu też ponad siedmiotysięczny masyw Minya Konka, który przez wieki stanowił granicę z Chinami. Była to skuteczna bariera, czasami zapuszczały się tam czambuły mongolskie, ale poza tym nikt. Za górami Tybetańczycy czuli się bezpiecznie i pewnie dlatego mogli wyznawać religię zakazującą wojen. Dowódcy mongolskich czambułów czuli respekt dla tybetańskich mnichów i sami wspierali pokojowe rządy najwyższego z nich, noszącego tytuł Dalaj Lamy. Zwłaszcza piątego z kolei, który w XVII wieku przy ich pomocy zjednoczył Tybet.
Chińczycy tylko wyjątkowo zapuszczali się dalej, niż graniczne miasto Dardo, położone w ciasnej dolinie u stóp masywu Minya Konka. W Dardo kwitł handel, bowiem narodowym napojem Tybetańczyków jest herbata, która w tym kraju nie rośnie. Herbata pita zawsze z solą i jakowym masłem. Graniczne miast Dardo kwitło na handlu zieloną herbatą sprasowaną w brykieciki, stąd rozchodziła się ona na cały Tybet, można ją było kupić daleko na zachodzie, nawet w Ladakhu, który obecnie jest w granicach Indii. Herbatę w Tybecie piją wszyscy: chłopi uprawiający jęczmień, nomadzi strzegący jaków na pastwiskach, mnisi strzegący buddyjskiej wiary, nawet sam Dalaj Lama, który tej wiary jest uosobieniem.
Dardo
Dalaj Lamowie, legendarni władcy Tybetu, to najbardziej niezwykła dynastia na świecie. Tron przechodzi nie z ojca na syna (bo Dalaj Lama jest zawsze bezżennym mnichem) lecz z wcielenia na wcielenie. Panujący w tym kraju buddyzm traktuje teorię reinkarnacji za pewnik, nad przechodzeniem dusz w nowe ciało prowadzone były w ciągu wieków badania, a ich efektem jest słynna tybetańska Księga Umarłych. Tybetańczycy przyjmują za pewnik, że dusza zmarłego właśnie Dalaj Lamy pojawia się z powrotem na świecie w ciele właśnie narodzonego chłopca. Mało tego, przyjmowane jest za pewnik, że dusza Dalaj Lamy odradza się w Tybecie. Dlatego zaraz po śmierci Dalaj Lamy prowadzone są poszukiwania, wysocy lamowie z jego otoczenia podróżują po kraju, by znaleźć to nowe wcielenie. Zakłada się, że nowo wcielona dusza rozpozna przedmioty, które używała w starym wcieleniu, dlatego kandydatom poczętym tuż po śmierci zmarłego daje się do zabawy kilka przedmiotów, z których niektóre były osobistą własnością zmarłego. Jeśli na przykład roczne dziecko bez wahania wybierze właściwe przedmioty do zabawy, wówczas uznawane jest za nowe wcielenie, zabierane do Lhasy (razem z rodziną, niezależnie od dotychczasowego statusu) i szkolone w nauce buddyjskiej, a z czasem obejmuje władzę w kraju. Tak właśnie wybrany został obecny, czternasty Dalaj Lama, o czym wiadomo, bowiem opisał to sam w swojej autobiografii.
Jeśli tak wybrany chłopiec ma powołanie do celibatu i inklinacje do zajmowania się polityką, to pewnie może być wybitnym władcą, ale co się dzieje, jeśli wybrany władca do celibatu nie ma za grosz skłonności, a zamiast zajmować się polityką woli pisać miłosne wiersze? Można by pewnie argumentować, że coś takiego zdarzyć się nie może, bowiem na nowo wcielona dusza Dalaj Lamy jest istotą przebudzoną od urodzenia i na pewno za babami latać nie będzie, gdyby nie to, że coś takiego się już raz zdarzyło. Tak właśnie zachowywał się Dalaj Lama numer sześć, który wymykał się z pałacu, by w pobliskiej gospodzie spędzać czas z dziewczynami, a potem zamiast teologicznych traktatów pisał wiersze o pięknym liczku swojej miłej.
W klasztorze w Dardo
W związku z tym wiemy, co się w takim przypadku dzieje. Wielcy lamowie mają wpojone przekonanie, że Dalaj Lama wciela się po to, by lud swój prowadzić ku przebudzeniu, dlatego w sposób teologiczny interpretują cokolwiek napisze. Miłosne wiersze Szóstego Dalaj Lamy traktowane są tak, jak Pieśń nad Pieśniami traktowana jest przez księży-teologów. A politycy? No cóż, potraktowali go jako słabego polityka, którego można złapać, uwięzić i Bóg wie co jeszcze z nim zrobić. To właśnie (zwłaszcza to ostatnie) zrobił z Szóstym Dalaj Lamą herszt jednego z mongolskich czambułów, które zapędziły się w głąb Tybetu.
Tego wszystkiego dowiedziałem się trzydzieści lat temu, kiedy podróżowałem po Ladakhu, spałem w buddyjskich klasztorach, piłem zieloną herbatę z masłem i solą. Ladakh to zachodnia część Tybetu, która nigdy nie była pod władzą Dalaj Lamów, bo kiedy w XVII wieku mongolskie czambuły jednoczyły Tybet w ich imieniu, król Ladakhu wezwał na pomoc maharadżę Kaszmiru i nie dał się zjednoczyć. Maharadża Kaszmiru mieszkał za Himalajami, więc zbytnio nie mieszał się w wewnętrzne sprawy Ladakhu, kraj ten pozostał kulturowo częścią Tybetu, tyle że rządził król, a nie mnisi. A potem stał się częścią Indii, najpierw brytyjskich, potem niepodległych i kiedy w 1949 roku do Tybetu wtargnęły czambuły maoistów, Ladakh pozostał poza ich zasięgiem. Skoro był poza zasięgiem, to stał się celem migracji rzesz Tybetańczyków uciekających przed komunistami. Najsłynniejszym z tych migrantów jest obecny, czternasty Dalaj Lama. Nie dał on się maoistom skolektywizować, tylko uciekł do Indii i stworzył tybetański rząd na uchodźstwie, w związku z czym w komunistycznych Chinach uważany jest za wroga numer jeden. Jest on zdeklarowanym pacyfistą w stylu Mahatmy Gandhiego, na świecie uważany jest za świątobliwą postać na miarę Matki Teresy, ale w Chinach bezpieczniej w ogóle o nim nie wspominać. Co innego w Indiach, Tybetańscy wygnańcy weszli w kulturę światową, wydają po angielsku książki. W Dharamsali w Indiach, gdzie mieszka dziś Dalaj Lama, można te książki znaleźć w księgarenkach. Ja tam trzydzieści lat temu byłem i parę tych książek kupiłem. Wśród nich tłumaczenia wierszy szóstego Dalaj Lamy na angielski. Podobały mi się i niektóre z nich spolszczyłem, opierając się na angielskich wersjach.
To wszystko było dawno, ale ostatnio znów znalazłem się w pobliżu Tybetu, tylko że z drugiej strony. Podróżując po Syczuanie odwiedziłem też miasto znajdujące się w samym środku tej chińskiej prowincji. Miasto nazywa się Kangding, a położone jest w ciasnej dolinie u stóp masywu Minya Konka. Kiedyś nazywało się Dardo, a właściwie nadal się tak nazywa po tybetańsku. Kiedyś było miastem granicznym, dalej na zachód był Tybet. Tak naprawdę nadal dalej jest tam Tybet, tylko na papierze jest to środek chińskiej prowincji Syczuan.
Pora obiadowa w klasztorze
Miasto znajduje się w ciasnej dolinie pomiędzy górami, dwie główne ulice prowadzą po obu stronach rwącej rzeki. Wzdłuż ulic wznoszą się socjalistyczne bloki mieszkalne, ale poprzez rzekę, zwłaszcza przy mostach, rozpięte są sznury modlitewnych chorągiewek. Na górach, poprzez granie, poprowadzone są socjalistyczne linie wysokiego napięcia, ale na zboczach namalowane są wielkie, widoczne z miasta, malowidła przedstawiające buddów i bodhisattwów. Na szczycie jednej, stosunkowo niewielkiej góry wznoszącej się bezpośrednio nad miastem są buddyjskie świątynie odbudowane po zniszczeniach rewolucji kulturalnej, można na tę górę dojechać kolejką linową i zapłacić za zwiedzanie. Świątynia buddyjska odbudowana w roli atrakcji turystycznej jest najwyraźniej strawna dla aktualnej władzy. Tym niemniej na szczycie wzdłuż ścieżek furkocą chorągiewki tak jak zawsze furkotały, modlitwy się odmawiają tak jak zawsze się odmawiały.
Ale świątynie odbudowują się nie tylko dla turystów. Można poprzesuwać granice na papierowej mapie, można zmienić nazwę miasta i można nasłać czambuły oszalałych hunwejbinów by burzyły świątynie, ale wyrwać czci dla bodhisattwów z serc Tybetańczyków tak łatwo się nie da. Dawne świątynie, ufundowane jeszcze w XVII wieku przez piątego Dalaj Lamę, odbudowują się ukryte pośród socjalistycznych bloków i tętnią życiem. Ubrani w bordowe szaty lamowie recytują sutry, wierni wchodzą i padają na twarz przed posągami buddów i bodhisattwów, obchodzą wkoło świątynie wprawiając w ruch bębny na których wypisane są modlitwy, a kiedy bębny się kręcą, modlitwy odmawiają się same. Gong ogłasza porę obiadu i młodzi mnisi roznoszą na tacach dania starym lamom. Przypadkiem jesteśmy w tym momencie w w klasztorze Nanwu. Ktoś nas pyta, czy dostaliśmy obiad. „Nie? To chodźcie za mną.” W refektarzu dla świeckich wydaja obiady za darmo, ryż i warzywa popijane soloną herbatą.
Mnisi tybetańscy ubrani są w bordowe habity, świeccy w charakterystyczne tybetańskie kufaje, mężczyźni niemal wszyscy zakładają tylko jeden rękaw, drugi wsuwają gdzieś za pas. Kobiety mają kolorowe pasiaste fartuszki. Myślicie, że to ludowe rękodzieło? Ja też tak myślałem, dopóki nie zobaczyłem tych ubrań na manekinach w sklepach z ostatnią modą. Jakie tam rękodzieło, wszystko jest made in China. Tybetanki chcą nosić ludowe tybetańskie stroje? Skoro takie chcą kupować, to takie im trzeba dostarczyć. Made in China, w końcu jesteśmy w samym środku chińskiej prowincji Syczuan.
Adzia
W Kangding wszystkie napisy są w dwóch językach, po chińsku i tybetańsku. Po angielsku napisów raczej nie ma. Są wprawdzie gromady turystów, ale to wszystko są Chińczycy przyjeżdżający zobaczyć lodowce spływające z masywu Minya Konka, najwyższej góry rdzennych Chin. Zachodnich turystów jest tu co kot napłakał. Ale jednak w jednej z uliczek pośród sklepów z ostatnią tybetańską modą znajdujemy otwarte drzwi, za nimi schody prowadzące na górę, a obok rozstawiona tablicę z wypisanym kredą angielskim napisem: „herbata, informacje o regionie, na piętrze”. Wchodzimy na to piętro. Jest to niby herbaciarnia, ale wygląda na to, że jesteśmy jedynymi gośćmi, reszta – kilkoro młodych ludzi mówiących nieźle po angielsku – to obsługa. Zamawiamy strasznie drogą chińską herbatę i rozmawiamy z młodą osobą imieniem Adzia. Popijając chińską herbatę mówię, że to właśnie tybetańska herbata z solą, jaką nas poczęstowano w świątyni, przypomniała mi moją podróż przez zachodnie Himalaje trzydzieści lat temu. Wędrowałem wtedy pieszo od klasztoru do klasztoru, mijałem pastwiska, na których pasły się stada jaków, pasterze mieli kufaje założone na jedno ramię, a w klasztorach ubrani na bordowo mnisi częstowali mnie soloną herbatą z masłem i karmili tsampą. „Chcecie spróbować tsampy?” pyta Adzia i wyjmuje z szafki worek czegoś, co wygląda jak razowa mąka, zaparza tybetańską herbatę z solą i pokazuje, jak to trzeba razem ugnieść, żeby był tybetański posiłek. No tak, to jest właśnie smak Tybetu, tsampa – czyli prażony i zmielony jęczmień – zmieszany z zieloną soloną herbatą.
Adzia jest Tybetanką i mówi, że ta jej kawiarenka to takie małe centrum młodej kultury tybetańskiej. Pokazuje mi, nad czym ostatnio pracują – robią zdjęcia, reprodukcje prac młodego malarza, mnicha mieszkającego w Litangu, imieniem Da Qiongpei. W jego obrazach pojawiają się motywy z tradycyjnego buddyjskiego malarstwa Tybetu, ale połączone w niekonwencjonalny sposób, jest w nich też sporo motywów erotycznych. Niektóre z tych obrazów to ilustracje do wierszy tybetańskiego poety, które Da Qiongpei przetłumaczył na chiński. Adzia pokazuje nam tomik tych wierszy po chińsku. Poeta nazywał się Tsanyang Gyatso, żył w XVII wieku i był żywym buddą. W pierwszej chwili nie wiem o kogo chodzi, ale po chwili coś mi klika. Czterowiersze niby buddyjskie, ale z erotycznym podtekstem? Przecież sam coś takiego kiedyś tłumaczyłem na polski.
Czy to są wiersze szóstego Dalaj Lamy?”
Ćśśś” mówi Adzia kładąc palec na ustach. „O Dalaj Lamie nie wolno w Chinach mówić'”


Domyślam się, że niektórzy z czytelników chcieliby choć rzucić okiem na miłosne wiersze szóstego Dalaj Lamy. Oto one, w moim tłumaczeniu sprzed trzydziestu lat
Obraz pędzla Da Qiongpei

Zapach dziewczęcego ciała
Miłej mej, królowej szlaku
Kryształ górski bez wartości
Znaleziomy, wyrzucony.

Kochana czeka mnie w łóżku,
Poddaje swe słodkie ciało.
Czy przyszła mnie oszukać
I okraść mnie z moich zasług?

Szron na powiędniętych kwiatach
Zimny wiatr wieje z północy.
Szron i wiatr musiały przybyć,
By odgonić z kwiatów pszczoły.

Nad wzgórzami wolno wschodzi
Uśmiechnięta twarz księżyca.
W mym umyśle się pojawia
Uśmiechnięta twarz mej miłej.

Łabędź kocha się w jeziorze,
Chciałby na nim zostać dłużej.
Mróz jezioro skuwa lodem,
Łabędź leci w dal bez żalu.

Thursday, April 25, 2019

Dlaczego indiańskie maski pokazują jęzory?



Popękane oczy wyrzezane z tujowego drewna patrzą groźnie na przybysza wchodzącego do wsi. Totemy stoją przed domami i mierzą przybysza drewnianymi oczami. Taki totem to piramida stworów siedzących jeden na drugim – orzeł siedzący na głowie niedźwiedzia, delfin balansujący na nosie. A wokoło ośnieżona turnie, wieś położona jest w dolinie rzeki otoczonej wysokimi górami. Totemy wyglądają bardzo malowniczo na ich tle.
Jest to wieś Ksan należąca do Indian Gitksan, ale Indianie w niej nie mieszkają. Zbudowali ją jako atrakcję dla turystów zniecierpliwieni pytaniami tylu:: „Czy wy ciągle mieszkacie w wigwamach?” Gitksan w wigwamach nigdy nie mieszkali. Dziś mieszkają w takich samych domach jak inni Kanadyjczycy, ale dla turystów zbudowali kilka takich domów, w jakich ich przodkowie mieszkali sto lat temu. Są to solidne domy z tujowych desek, a wchodzi się do nich przez totemy – przez rozdziawiona paszczę jakiegoś dziwnego stwora, albo między jego nogami. Ta nowa-stara wieś to dziś muzeum, zgromadzono tam przedmioty używane przez Indian w dawnych czasach. W jednym z domów jest szkoła snycerki, w której młode pokolenie uczy się, jak ich przodkowie rzezali dziwne stwory w tujowym drewnie. A jeśli młode pokolenie nie jest w danej chwili obecne, to i tak siedzi tam – w roli atrakcji turystycznej – snycerz i rzeza następna płaskorzeźbę do sklepu z pamiątkami.
Ze snycerzem można porozmawiać, on się spodziewa pytań i po to właśnie tam siedzi, żeby zagadywać turystów. Na większość pytań ma już gotową odpowiedź, zapewne się regularnie powtarzają. Na przykład pytanie o wigwamy. A ja nie lubię zadawać pytań, najciekawsze jest zawsze to, co mi ktoś powie nieindagowany. Tylko tak mogę się dowiedzieć rzeczy zupełnie niespodziewanych. Ale też jakoś trzeba zagaić rozmowę. No i chciałbym, żeby mi ktoś powiedział co to jest potlacz.

System prawny – mówi mi snycerz. Tak kiedyś było – podczas potlaczu ogłaszane były ważne decyzje, a kto był na potlaczu, ten był świadkiem: „Tak, byłem tam wtedy i to dostałem w prezencie”. Potlacz się wydaje na przykład wtedy, kiedy się wznosi totem. Kiedyś taki totem wznosiło się siedem dni. Te siedem dni to był czas, by zaprotestować przeciwko czemuś, czego na totemie nie powinno być. Bo na totemie mogą być tylko takie symbole, do jakich jego właściciel ma prawo. Jeśli jest inaczej, to prawy właściciel danego symbolu może przyjść i zaprotestować: „Tego zwierzaka musisz zlikwidować, bo nie masz prawa do tego symbolu”. Bo to nie tylko symbole, to także prawo do użytkowania tego czy innego kawałka ziemi, do polowania w tym lesie czy łowienia ryb w tej rzece. Totem to także coś w rodzaju herbu, by wszyscy z daleka widzieli jaki klan w danym domu mieszka. Dziś totemów przed domami się nie stawia, ale klany są nadal ważne, w czasie potlaczu każdy klan siada przy swoim stole.”
Przy stole?” pytam. „To w długich domach używano stołów?”
Nie nie, kiedyś było inaczej. Dziś potlacze nie są w długich domach, dziś potlacze wydaje się w miejskiej świetlicy i wszyscy siedzą przy stołach.”

Potlacz to jest takie dziwne słowo, które w literaturze używane jest jakby wszyscy wiedzieli o co chodzi, a jednocześnie nie można znaleźć wyjaśnienia co to właściwie jest. Zwłaszcza po polsku. Zetknąłem się z tym słowem w latach siedemdziesiątych, w wydanej wówczas po polsku książce Marcela Maussa. Marcel Mauss pisał po francusku i domyślam się, że jego tekst był głosem w jakiejś szerszej dyskusji, zapewne autor miał prawo wychodzić z założenia, że czytelnik będzie wiedział o czym mowa. Rzecz w tym, że dyskusja, której istnienia się domyślam, toczona była we Francji, w Polsce natomiast znalazłem wówczas tylko ten jeden głos. Z tekstu Maussa wynikało, że potlacz to była ceremonia celebrowana przez Indian z zachodniego wybrzeża Kanady, w czasie której wódz rozdawał wszystko co miał. No dobrze, ale co w czasie tej ceremonii się odbywało? Z jakiej okazji była celebrowana? No i jak to – rozdawał wszystko co miał? I co potem? Czy stawał się żebrakiem,jak buddyjscy mnisi?
Siedząc obok snycerza i nie zadając pytań obserwuję jak rzeza płaskorzeźbę. Raz po raz wchodzą inni turyści i zadają pytania. Słucham, jak rozmawia o kompozycji. Wśród Indian zachodniego wybrzeża Kanady od stuleci kwitła sztuka rzeźby, zarówno totemów, jak i płaskorzeźby na drewnianych pudełkach. Kompozycja zawsze tworzona była z charakterystycznych obłych kształtów. Słyszę, jak snycerz wyjaśnia turystom: „My to nazywamy ovoid”. Tu mi w głowie coś klika. „My”, to znaczy kto? My Indianie? My Gitskan? Przecież słowo „ovoid” nie pochodzi z języka Gitskan. Jest to słowo angielskie, stworzone zupełnie niedawno i tak się w dodatku składa, że ja wiem kto go po raz pierwszy użył.
Wiem to, bo trochę się do tej podróży przygotowałem. Nie znalazłem wprawdzie wiele o potlaczu, ale za to sporo na temat sztuki snycerskiej, która przykuwa uwagę turystów. Stąd wiem, że słowo 'ovoid” wprowadził autor nazwiskiem Bill Holm w książce opublikowanej w 1965 roku, a nazwał tak często w tej sztuce występujący charakterystyczny kształt, ni to owal, ni to prostokąt. Jest to termin bardzo przydatny, jeśli się o tej sztuce rozmawia tak, jak to robią krytycy sztuki. Jeśli się robi wystawy, kupuje i sprzedaje, jeśli ta sztuka funkcjonuje tak, jak w zachodniej cywilizacji funkcjonuje sztuka. Ale czy w dawnych czasach Indianie mieli wystawy, krytyków sztuki, sklepy z pamiątkami? Snycerz jest Indianinem, ale sam własną sztukę widzi oczyma białego człowieka. Trudno się temu dziwić, bowiem wedle wszelkiego prawdopodobieństwa chodził do takiej samej szkoły, co wszyscy Kanadyjczycy.
Indiański snycerz w Ksan
Płaskorzeźba skończona, snycerz pozwala sobie z nią zrobić zdjęcie. Ale nie będzie w żaden sposób użyta do potlaczu. Wędruje od razu na półkę w sklepie z pamiątkami, który znajduje się w sąsiednim długim domu.
Sugestią, że rzeźba mogłaby być użyta do potlaczu, wcale nie jest wyssana z palca. W Vancouver w Muzeum Antropologii jest cała wystawa masek używanych właśnie do potlaczu. Groteskowe twarze niby-ludzkie strojące przedziwne miny, pomalowane w pstrokate kolory. Groteskowe ptasie głowy z wielkimi dziobami kłapiącymi w czasie tańca. Jedna maska kruka ma dziób chyba na twa metry długi (tak naprawdę to wcale nie jest kruk, tylko Wielki Ludojad Mieszkający na Północnym Krańcu Świata Wydziobujący Ludziom Oczy). Wszystkie stłoczone w szklanych gablotach w Muzeum Antropologii w Vancouver. Wszystko na pokaz, żeby gawiedź mogła sobie to obejrzeć. Ale te maski wcale nie powstały po to, by być stłoczone w muzealnej gablocie na pokaz dla gawiedzi. Z opisów wynika, że są to maski używane do potlaczu. U pierwotnych właścicieli trzymane były w ukryciu, wyjmowane tylko na czas tańca, który był dramatyzacją mitu. Nie można ich było oglądać kiedykolwiek. Podobnie jak niektórych opowieści nie można było opowiadać w nieodpowiednim czasie. Zimowych opowieści nie opowiadano latem. Masek nie pokazywano poza momentem tańca.
Wśród opisów jest też wyjaśnienie, że wszystkie te maski były zgodnie z prawem kupione od wodza Jamesa Knoxa, któr zarobione pieniądze przeznaczył na zbożny cel. Wygląda to trochę tak, jakby muzeum się obawiało, że ktoś mógłby sobie coś pomyśleć. Na przykład że jest coś niewłaściwego w tym, że te maski są w tym miejscu wystawione na pokaz.
Muzeum Antropologii ma jak najbardziej podstawy do takich obaw. Takie kolekcje masek trafiały do muzeów w czasach, kiedy potlacz był w Kanadzie nielegalny, a Królewska Konna aresztowała uczestników i konfiskowała wszelkie rekwizyty w czasie potlaczu używane. Później, kiedy prawo zakazujące potlaczu zostało cofnięte, Indianie Kwakiutl wytoczyli proces rządowi Kanady i odzyskali skonfiskowane maski. Dziś te odzyskane maski są wystawione w Centrum Kultury U'mista w miejscowości Alert Bay, na małej wysepce na Pacyfiku u północnych wybrzeży wyspy Vancouver.
Opis w Muzeum Antropologii zaznacza, że wódz James Knox zupełnie dobrowolnie sprzedał te maski do muzeum, a za zarobione pieniądze zbudował łódź. Ale dlaczego wódz James Knox zgodził się sprzedać te maski? Czy przypadkiem on sam nie zaczął ich widzieć oczyma białego człowieka, jako obiektu niejako archeologicznego, który każdy kto chce może sobie w dowolnej chwili obejrzeć?
Drewniane oczy pomalowane na jaskrawe kolory patrzą na widza zza szkła. Niektóre patrzą na niego tak, jakby chciały mu coś powiedzieć, a on nie rozumiał. Inne chyba już dawno uznały, że widz i tak nic nie zrozumie, i tylko wybałuszają gały i pokazują mu język.

`



Jeśli kto woli czytać z papieru, to zarówno niniejsze opowiadanie, jak i wiele innych na temat amerykańskich Indian,

 znajduje się w papierowej książce:





Friday, March 15, 2019

Dlaczego nie wolno wywozić totemów z indiańskich wsi?

Wyspy Haida Gwaii
Deszcz chlasta po twarzy, łódź skacze na falach jak narowisty koń, ale ma dwa silniki i porusza się szybko. Jedziemy do słynnej na cały świat atrakcji turystycznej, którą stanowi kilka spróchniałych i porośniętych mchem słupów, na których kiedyś dawno było coś wyrzeźbione. Dziś z tych rzeźb widać zaiste niewiele, gdzieś jakieś oko wyzierające spod mchu albo wyszczerzony drewniany kieł. Jeszcze jakieś dziesięć lat i już pewnie nic z tego nie zostanie. Może właśnie to dogorywanie jest magnesem dla turystów? Ale żeby jechać na kraj świata, żeby zobaczyć próchniejące drewniane zębiszcza? I jeszcze płacić kilkaset dolarów firmie, która cię tam zawiezie skaczącą po falach łódką?

Inaczej niż skaczącą łódką dojechać się tam nie da. Można ewentualnie dopłynąć jachtem lub kajakiem, ale skakania na oceanicznej fali uniknąć nie można. Próchniejące rzeźby to pozostałości wsi Indian Haida, którzy zamieszkiwali archipelag nazwany pod koniec XVIII wieku Wyspami Królowej Charlotte. Są to wyspy należące dziś do Kanady, ale położone daleko na oceanie i niewidoczne ze stałego lądu. Indianie Haida mieszkali na tych wyspach od tysiącleci, budowali znakomite łodzie i niczym Wikingowie napadali na wsie Indian mieszkających na stałym lądzie. Mieszkali w solidnych domach zbudowanych z desek, żyli przede wszystkim z połowów łososia wpływającego co roku tłumnie na tarło w górę rzek. Rzeźbili totemy, dzięki którym zdobyli światową sławę jako artyści. Inne szczepy tego regionu tez rzeźbiły totemy, ale każdy szczep miał własny styl, a totemy Haida mają w sobie najwięcej uroku dla widza z innych kręgów cywilizacyjnych.
Totem we wsi Skedans
Haida rzeźbili totemy jeszcze przed nawiązaniem kontaktów z białymi żeglarzami. Istnieje rysunek jeszcze z XVIII wieku przedstawiający dom z totemem służącym jako wejście – groteskowe rozdziawione usta, przez które wchodziło się do wnętrza. Jednakże kontakt z białymi spowodował eksplozję tej sztuki, a to dlatego, że biali przywieźli stalowe narzędzia, które znacznie ułatwiły rzeźbienie. Handlarze za stalowe narzędzia chcieli futra morskiej wydry, wówczas pospolitej w tych okolicach. Futra te były następnie sprzedawane w Chinach z wielokrotnym przebiciem. Tak więc rozkwit sztuki rzeźbionego totemu znacznie się przyczynił do tego, że wydra morska została prawie całkowicie wytępiona.
Biali handlarze jednakże przywieźli ze sobą nie tylko stalowe narzędzia. Przywieźli również zarazki czarnej ospy, o czym sami nie wiedzieli, bo byli na nią odporni. Nie wiedzieli o tym również dlatego, że nie wiedzieli o istnieniu zarazków, doktor Pasteur nie dokonał jeszcze swoich epokowych odkryć. Ale niezależnie od tego co kto rozumiał a czego nie rozumiał – proces był nieubłagany: w drugiej połowie stulecia Haida prawie poszli w ślady morskiej wydry, niemal wszyscy wymarli. W wyniku europejskich chorób, zwłaszcza w epidemiach czarnej ospy w latach sześćdziesiątych XIX wieku wymarło 90% ludności archipelagu. To więcej niż żydowski holokaust podczas drugiej wojny światowej. Wymarła starszyzna pamiętająca ustnie przekazywaną tradycję. Wsie opustoszały, po bujnym rozwoju sztuki pozostały rzeźbione słupy stojące pośród chaszczy. Dziś nie wiadomo dokładnie co przedstawiały rzeźby na niektórych totemach, ponieważ wymarli ci, którzy mogli to opowiedzieć. Opuszczone półtora stulecia temu, próchnieją i upadają, wracają do Matki Ziemi, z której niegdyś wyrosły.
Tymczasem totemami stojącymi wśród opustoszałych wsi zainteresowali się kolekcjonerzy. Niektórzy przypływali tam na jachtach i po prostu brali to co było. Zapewne wychodzili z założenia, że skoro stoi to opuszczone i nikt się tym nie interesuje, to można sobie brać. Niektóre z tych rzeźb wylądowały w muzeach, inne w zbiorach prywatnych.
Problem w tym, że właściciele wcale nie całkiem wymarli. Wymarło ich 90%, ale 10 % przeżyło. Wśród ludu Haida prawo własności było bardzo rozwinięte, w tym prawo do użytkowania ziemi, a co za tym idzie sprecyzowane było prawo dziedziczenia. Ci, którzy przeżyli epidemie, zgromadzili się w dwóch wsiach na największej wyspie archipelagu, ale do dziś wiadomo kto jest dziedzicznym wodzem każdej z opuszczonych wsi na innych wyspach. Ci wodzowie wprawdzie tam nie mieszkają, ale to nie znaczy, że zgadzają się by ktoś ot tak po prosty wywoził sobie stamtąd rzeźby. Te rzeźby powstały w konkretnym celu i maja pozostać tam, gdzie je postawiono.
Stary totem Haida w muzeum w Vancouver
W międzyczasie społeczeństwo Haida przeszło sporą ewolucję. Niegdyś wódz obejmował swoją pozycję w czasie ceremonii zwanej potlacz, wielkiej uczty z muzyka i tańcami, w czasie której rozdawano prezenty wszystkim zaproszonym gościom. Goście przybywali nie tylko z jednej wsi, ale z całej okolicy, również z daleko położonych miejscowości. W czasie potlaczu wódz rozdawał wszystko co miał; było to w czasach, kiedy respekt zyskiwało się nie dzięki temu ile się ma, ale ile się rozdaje. Każdy obecny na potlaczu był świadkiem tego, co tam zostało ogłoszone, potlacz spełniał funkcję prawną w społeczeństwie nie znającym pisma.
Zyskiwanie respektu przez rozdawanie wszystkiego, co się ma? Przecież to oczywisty przejaw barbarzyństwa! W każdym razie władze Kanady uznały tę praktykę za barbarzyńska i zakazały jej w 1884 roku. Nie tylko za organizację, ale za sam udział w potlaczu groziło więzienie. Kanada wprowadziła także obowiązek szkolny, przy czym dla Indian organizowano szkoły z internatem, gdzie dzieci mieszkały z dala od rodziców. Przemieszane z uczniami z innych szczepów, z którymi można się było porozumieć tylko po angielsku, dzieci zapominały swojego języka. Dziś językiem Haida mówi tylko kilkudziesięciu staruszków.
Co nie znaczy, że Haida zapomnieli kim są. Biali Kanadyjczycy nie próbowali zrozumieć systemu prawnego opartego na zgromadzeniach z muzyką i tańcami, ale młodzież Haida, przeszedłszy przez kanadyjski system szkolnictwa, z czasem zrozumiała system prawny oparty na posiedzeniach facetów w togach i perukach. I wynikły z tego ciekawe rzeczy.
Kanadyjskie prawo wcale nie pozwala ot tak po prostu brać sobie rzeźb, których nikt nie pilnuje. Pewnego dnia dziedziczny wódz wsi Skedans, który pracował jako rybak na kutrze bazującym w porcie Prince Rupert, dowiedział się, że na jednym z cumujących w porcie jachtów znajduje się rzeźba właśnie zabrana ze Skedans. Zawiadomił policję, rzeźba została skonfiskowana i zwrócona prawowitym właścicielom. Aby zapobiec tego rodzaju kradzieżom powstała organizacja Haida Watchmen, której członkowie (dziś w większości młodzi ludzie) przebywają w opuszczonych wsiach i pilnują, by nikt niczego nie wywoził.
Haida Watchmen we wsi Skedans
Zainteresowanie kolekcjonerów rzeźbami z opuszczonych wsi spowodowało inną ciekawa reakcję – produkcję totemów dla nowego odbiorcy. Pierwotnie totem stał przed domem, w którym mieszkała liczna rodzina i stanowił coś w rodzaju herbu – ogłaszał wszem i wobec jaka rodzina w tym domu mieszka. Istniały też totemy grobowce, na których szczycie umieszczano bogato rzeźbioną trumnę ze szczątkami wielkiego wodza. Dzisiejsi Haida mieszkają w takich samych domach, co inni mieszkańcy Kanady, przed domami na podjeździe stoją samochody, tym niemniej sztuka rzeźbienia totemów nie wymarła. Kolekcjonerzy spowodowali, że sztuka ta stała się sławna w całym świecie, z czego ich twórcy są najzwyczajniej w świecie dumni. Ostatnio nawet UNESCO jedną z tych opuszczonych wsi (tą, w której zachowało się najwięcej nieprzegniłych totemów) ogłosiło skarbem ludzkości. Obecnie powstają totemy na zamówienie instytucji, które chciałyby postawić totem przed swoim biurowcem. Na potrzeby kolekcjonerów powstał nawet nowy gatunek sztuki – miniaturowy totem rzeźbiony w argilicie, czarnej skale występującej tylko na Wyspach Królowej Charlotte.
Zupełnie przypadkiem tego samego dnia, kiedy rano skaczącą po falach łodzią płynąłem do opuszczonej wsi Skedans, wieczorem byłem w centrum Kultury w Skidagate na wernisażu wystawy współczesnych artystów. Żeby nie było wątpliwości – nie były to żadne postmodernistyczne bohomazy, lecz rzeźby w tujowym drewnie i argilicie, tkaniny z tujowego łyka, a także maski używane do tradycyjnych tańców. Tańce i tradycyjna muzyka były także częścią wernisażu, ale to nie były ludowe tańce dla turystów, zgromadzony na wernisażu tłum składał się prawie wyłącznie z Indian. Całą ceremonię otwierał Taniec Rozsypywania Orlego Pierza, które jest symbolem pokoju i dobrej myśli, mającej zapanować wśród zebranych. A śpiewacy wykonywali tradycyjne pieśni z dynamiką współczesnej grupy folkowej, a nie etnograficznego dokumentu.
Sztuka Haida najwyraźniej żyje, póki żyją młodzi ludzie tworzący ja z entuzjazmem. Żyje i kontynuuje dawne formy, choć tworzona jest w innym celu i innego rodzaju są dziś odbiorcy. Po części tworzona jest po to, by być wystawiona w muzeum i by wystawę otwierał wernisaż. Ta dawna sztuka, mimo podobnych form, nie po to była tworzona. Totemy grobowe nie po to powstały, by je kiedyś zabrać do muzeum, one miały z czasem upaść i wrócić do Matki Ziemi, z której wyszły. Taki jest cykl życia, nawet wielcy i sławni wodzowie i całe ich bogactwo kiedyś do Matki Ziemi wrócić muszą. A dzisiejsi młodzi Indianie pilnują, by tak się właśnie stało.

Taniec pokoju 


Jeśli kto woli czytać z papieru, to zarówno niniejsze opowiadanie, jak i wiele innych na temat amerykańskich Indian,

 znajduje się w papierowej książce:





Wednesday, February 27, 2019

Po co wiosłować po morzu do Bella Bella?

Indiańskie łodzie w Alert Bay

Gilakasla, gilakasla”
Słowa powitania w języku Kwakwala skierowane są do podpływających do brzegu łodzi. Kilka łodzi wymalowanych w fantazyjne stwory podpływa po kolei do kamienistej plaży, w każdej kilkoro wioślarzy w kapeluszach plecionych z tujowego łyka. Wiosła, też wymalowane w fantazyjne indiańskie wzory, w ostatnim momencie wznoszone są w górę. Sternicy każdej łodzi po kolei wstają i w kwiecistych słowach proszą o zezwolenie wylądowania. Na brzegu wódz wsi w otoczeniu starszyzny stoi pod ścianą Długiego Domu też wymalowanego po indiańsku, na dachu domu ktoś w masce z wielkim dziobem tańczy taniec orła. Na prośby wioślarzy wódz w nie mniej kwiecistych słowach zaprasza do zejścia na ląd.
Gilakasla”
Dzieje się to we wsi Namgis na jednej z licznych wysp północnego Pacyfiku. Pośród tych wysp indiańscy wioślarze przebywają ogromne dystanse wiosłując po morzu w otwartych dłubankach. Wyspy roszone są regularnym deszczem i porośnięte puszczą, w której rosną kilkusetletnie gigantyczne tuje. To właśnie z tych drzew robi się dalekomorskie łodzie, a z ich łyka wyplata się stożkowate kapelusze. Z tych drzew robi się również deski, z których zbudowane są długie domy.
Wieczorem w Długim Domu, zgodnie z zapowiedzią, przyjęcie zgotowane specjalnie dla wioślarzy. Wśród dań lokalne smakołyki, przede wszystkim wędzony łosoś, który co roku ogromnymi ławicami wpływa w górę tutejszych rzek na tarło. Jest go tu tyle, że wystarczy stać w rzece nad wodospadem i tylko otwierać paszczę, a łososie same w nią wskakują – tak właśnie robią tutejsze niedźwiedzie. Ale wśród smakołyków są nie tylko łososie. Jest też na przykład ikra śledziowa przylepiona do gałązek świerka – specjalnie włożonych do wody w miejscu, gdzie śledzie regularnie przypływają na tarło. A przede wszystkim olej z ryby zwanej olakon. Ten olej jest uważany za specjał nad specjałami i rozdawany jako cenny prezent w czasie potlaczów. Uczta dla wioślarzy to wprawdzie nie potlacz, ale tak jak potlacz wydana jest w Długim Domu i tak jak po potlaczu następują po niej tańce. Różnorakie tańce. Ze skrzyń wyjmowane są wielkie drewniane maski, a na środek wychodzą tancerze w barwnych strojach. Jest taniec hamatsa, podczas którego młodzi chłopcy zawinięci w kępy łyka wyją jak ludożercy. Taniec kobiet, który uspokaja chłopców, tak że staja się ludźmi. Taniec wioślarzy, podczas którego tancerze machaj wiosłami jakby pływali po morzu. Taniec bukuosa, złośliwego leśnego duszka, w którego zamieniają się rozbitkowie dopłynąwszy do nieznanego brzegu. Bo łódź na otwartym morzu może się zawsze wywrócić, a wtedy co?
Taniec orła na dachu długiego domu
Wiosłowanie w dłubance po otwartym morzu to nie przelewki. Do Namgis nie dopłynęły dwie z łodzi, które wedle planu miały tam dopłynąć. Kiedy mocniej powiało i na falach zaczęły się pojawiać grzywy, czółna się wywróciły i wioślarze wylądowali w wodzie. Na całe szczęście nikt nie musiał dopływać do nieznanego brzegu, bo za czółnem jechała zmotoryzowana obstawa i wszystkich wyłowiła. Mogli być obecni w Długim domu na uczcie i tańcach.
Wszystkie te łodzie płyną do Bella Bella, indiańskiej wsi położonej na innej wyspie na Pacyfiku, jeszcze dalej na północ. Dwa tygodnie później ma tam być wielki spływ indiańskich wioślarzy. Będą tam płynąć łodzie ze wszystkich kierunków. Indianie Tlingit będą wiosłować z Alaski, Indianie Haida z wysp Królowej Charlotte, Indianie Quinault ze stanu Washington, Indianie Chinook aż z Oregonu. To znaczy nie będą wiosłować, tylko już wiosłują, bo ci z Oregonu są już w drodze od ponad tygodnia.
Kiedyś dłubanki były głównym środkiem lokomocji na tym archipelagu. Wykonywane z jednego pnia morskie łodzie miały spore rozmiary, pływało w nich po kilkunastu wioślarzy. Rosnące w tutejszej dziewiczej puszczy tuje potrafią osiągać wiek kilkuset lat i ogromne rozmiary. Indiańscy szkutnicy wycinali całą łódź z jednego pnia, ale znaleźli sposób na zmienianie jego kształtu, na przykład poszerzanie kadłuba przez rozginanie burt. Odkryli oni, że drewno tui staje się giętkie pod wpływem gorącej wody, nalewali więc wody do wyżłobionego już kadłuba i wrzucali do niej rozżarzone do białości kamienie, a kiedy woda się zagotowała, rozginali burty. Budowa łodzi nie była po prostu czynnością mechaniczną, związany był z nią cały rytuał. Budowniczy musiał wykonywać swoją pracę z miłością, łódź uważana była za zazdrosną kobietę. Na czas budowy musiał się on rozstać z żoną, budowa trwała kilka miesięcy, a łódź potrafiła się zemścić, jeśli budowniczy nie dochował wierności. Do dziś można usłyszeć opowieści o łodzi, która pękła kiedy jej budowniczy spłodził dziecko w czasie jej budowy. Najbardziej ze swych pięknych łodzi słynęli Indianie Haida, budowali je również na eksport do innych szczepów. Bo w tych łodziach prowadzony był handel na całym archipelagu, a nawet dalej, wzdłuż zachodniego wybrzeża Ameryki. W dzisiejszym stanie Oregon mieszkał szczep Chinook, którego język używany był jako lingua franca w handlu od Oregonu aż po Alaskę.
Powitanie wioślarzy
Nie wszystko było takie pokojowe. Haida zasłynęli jako „Wikingowie Ameryki”, w swoich długich łodziach, drewnianych zbrojach i hełmach rzeźbionych w fantastyczne stwory napadali na wsie innych szczepów, łapali tam niewolników i znikali z nimi za horyzontem. Inne szczepy nie były wcale bardziej pokojowe, łapanie niewolników było tak naprawdę dość powszechnym procederem. Natomiast tylko Indianie Nootka z zachodniego wybrzeża wyspy Vancouver wypływali na morze polować na wieloryby. Zabitego wieloryba nie wciągano do łodzi, na to rzeczywiście były one za małe; przebijano mu harpunem serce za jednym ciosem i holowano do brzegu. Polowanie na wieloryby też się wiązało z rytuałem. Załoga łodzi przygotowywała się długo do tego zadania. Musiała działać jak jeden organizm, dlatego razem wychodziła do lasu na medytacje, posty i kąpiele w zimnej źródlanej wodzie. Żona harpunnika, który z reguły był wodzem wsi, na czas wyprawy musiała pościć i w medytacji identyfikować się z wielorybem, tak żeby się w jej mężu zakochał i chciał być blisko niego.
To było kiedyś. Dziś nikt nie musi wiosłować po morzu w dłubankach. Indianie w swoich rezerwatach mieszkają jak inni Amerykanie, mają motorówki i samochody, a w razie potrzeby mogą samochodem wjechać na prom i w ten sposób zniknąć za horyzontem. Dlaczego więc komuś przychodzi do głowy, by wiosłować przez ileś tam tygodni, w dodatku z narażeniem skąpania się w zimnej wodzie kiedy mocniej zawieje i czółno się wywróci.
Wieczorny taniec a Alert Bay
Jest to próba powrotu do tradycji. Zainteresowanie własną tradycją wywołane chyba było zainteresowaniem, jakie tej tradycji okazywali antropolodzy. Museum of Anthropology w Vancouver w latach pięćdziesiątych zaczęło zlecać wykonanie nowych totemów rzeźbiarzom, którzy we własnych wsiach zamówień już dawno nie mieli. Kiedy jednak w latach osiemdziesiątych postanowiono dawną metodą wykonać nowe czółno, okazało się, że nie żyje już nikt, kto by kiedyś takie czółna wykonywał, choć żyło jeszcze kilka osób, które było świadkami takiej budowy. Bill Reid, mieszkający w Vancouver rzeźbiarz ze szczepu Haida (ten, którego rzeźba jest na kanadyjskiej dwudziestodolarówce), postanowił na tej podstawie wykonać nowe czółno. I wykonał! A w 1987 roku zespół wioślarzy odstawił tę łódź do Skidagate na Wyspach Królowej Charlotte.
W ten sposób poruszona została lawina. No, może mała lawinka, tym niemniej takich łodzi powstało więcej, a w 1993 roku zorganizowano pierwszy zjazd w Bella Bella. A teraz (2014) jest drugi taki zjazd, a ja zupełnie przypadkowo jestem jego świadkiem. Nie w Bella Bella, tylko w Namgis – rezerwacie leżącym na drodze łodzi płynących do Bella Bella z południa. Jestem świadkiem powitania łodzi przybywających na nocleg. Do Namgis dopłynęło kilkadziesiąt łodzi, w Bella Bella ma być ich jeszcze więcej,. To już nie jest zamówienie muzeum antropologii, Indianie robią to dla siebie. I nie jest to tylko sport, to ma dla nich większe znaczenie.
Nie jadę do Bella Bella, ale przez trzy dni jadę za łodziami. Najpierw do Tsa'xis, gdzie wioślarze też są podejmowani w Długim Domu (acz nie tak efektownie jak w Namgis), potem do Gwa'sala, gdzie Długiego Domu nie ma wcale, a wioślarze podejmowani są w świetlicy. Tam lokalni tancerze nie tańczą, bo dnia poprzedniego zmarło dwoje członków starszyzny i wieś jest w żałobie, ale grupy wioślarzy prezentują swoje śpiewy. Przewodnicy grup w manierze indiańskiego krasomówstwa obwieszczają ważne decyzje. Oto co powiedział przewodnik grupy wioślarzy z rezerwatu Squamish z południowej Kolumbii Brytyjskiej:
Jesteśmy przed trudnym przejściem. Przed nami Cieśnina Królowej Charlotte, do której wpływa oceaniczna fala. Kiedy 21 lat temu wpływałem w tą cieśninę, pogodziłem się z Panem Bogiem, pożegnałem się z dziećmi – tak poważnie je traktowałem. Teraz jestem odpowiedzialny za młodzież. Jak wszyscy wiemy – dwie łodzie się już wywróciły. Nasz statek towarzyszący jest nieduży, nie ma gwarancji, ze wszystkich wyłowi, gdyby coś się stało. Zdecydowałem, że nie będziemy płynąć dalej.
To nie znaczy, ze wracamy do alkoholu i narkotyków. Jesteśmy rodziną wioślarzy i trzymamy się zasad...”
Dopiero w tym momencie zdałem sobie sprawę, że w tym tłumie nie ma w ogóle pijanych Indian!


Łodzie w Fort Ruoert


Jeśli kto woli czytać z papieru, to zarówno niniejsze opowiadanie, jak i wiele innych na temat amerykańskich Indian,

 znajduje się w papierowej książce: