Friday, September 6, 2019

Baranek i kobra


Indianin Lloni
Podobają ci się takie sandały? Jak chcesz, to ci mogę sprzedać. Mam w domu drugie takie same.”
Stoimy nad brzegiem urwiska wysokiego na ponad półtora kilometra. Barranca del Cobre to wąwóz głębszy niż Wielki Kanion Kolorado, ale nie jest taki sławny, bo nie jest w Stanach Zjednoczonych, tylko w Meksyku. No i nie ma nic wspólnego z barankami ani z kobrami, jest to hiszpańska nazwa oznaczająca Miedziany Wąwóz. Jest on całkiem niedaleko Kanionu Kolorado, krajobraz podobny (choć kolory inne), ale ta granica powoduje, że różnice są znaczne. Indianie tu mieszkający nazywają się Tarahumara i nadal biegają po tych górach tak, jak po Arizonie kiedyś biegali Apacze. Dziś Apacze nie biegają, tylko jadą cadillakiem do Wall Martu po żywność, Tarahumarowie natomiast z opon cadillaków robią sobie sandały, w których biegają na długie dystanse, nierzadko zresztą po żywność. Był to ich stary sposób polowania, biec za indykiem tak długo, aż ten już nie miał siły po raz kolejny podrywać się do ucieczki, wtedy wystarczyło indykowi ukręcić łeb. Podobnie jelenie, biegają szybciej niż ludzie, ale ludzie (a na pewno Tarahumarowie) są wytrzymalsi i potrafią jelenia zamęczyć na śmierć. Jednakże większość jedzenia pochodzi z poletek kukurydzy uprawianych w wąwozie lub z kóz pasanych na zboczach. Sandały zrobione z opon znakomicie się nadają do biegania i chodzenia po zboczach, a Indianin imieniem Lloni, który właśnie zgania stado ze zbocza, proponuje mi, że mi takie sprzeda.
Inaczej niż Apacze w Arizonie, Lloni zgania swój zapas żywności z pastwiska i całkiem dziarsko mu to idzie, mimo że – jak twierdzi – ma dziewięćdziesiąt lat, kilkoro dzieci i mnóstwo wnuków. Zgania kozy z pastwiska, ale do szkoły musiał kiedyś chodzić, skoro ze mną rozmawia po hiszpańsku. Spotkałem w tej okolicy Indian, którzy po hiszpańsku nie umieli, tylko po tarahumarsku.
Idziemy do jego domu, trochę przez las, tylko jemu znanymi ścieżkami, trochę przez łąkę. Dom stoi pośrodku zagrody, z nierównego muru, kryty podrdzewiałą falistą blachą. Wewnątrz polepa, nierówne ściany, piec zrobiony ze starej beki po ropie, stół przykryty ceratą, generalny nieporządek. Sprzęty na stole plastikowe i fajansowe, kupne, tradycyjnej ceramiki nie widzę, acz owszem, widzę w użyciu koszyki podobne do tych, które Indianki sprzedają turystom.
To jest mój dom. Dobry dom”, mówi Lloni pokazując gestem swoją posiadłość. Najwyraźniej jest z niego dumny. No cóż, różne są standardy. Dla lewicowego bojownika z Europy taki dom byłby dowodem skrajnego ubóstwa i podstawą do wzywania do rewolucji. Wszystko zależy od punktu wyjścia. Być może Lloni wychował się w jaskini i taki dom jest awansem społecznym.
Dom Tarahumarów w jaskini
O tę jaskinię nie pytałem, ale nie jest to bynajmniej nieprawdopodobne. Ruiny przedhistorycznych budowli wbudowanych w jaskinie w Arizonie i w Kolorado, takich jak słynna Mesa Verde, dziś wzbudzają podziw amerykańskich turystów. W Arizonie dziś już nikt w jaskiniach nie mieszka, natomiast w Barranca del Cobre jak najbardziej. Tarahumarowie to potomkowie tych Indian, co kiedyś w Arizonie mieszkali w jaskiniach. Barranca del Cobre to teren idealny dla takiej właśnie kultury. Jaskiń tu wiele, zarówno na zboczach wąwozu jak i w nie tak głębokich dolinach w okolicach miasteczka Creel, gdzie zbocza bywają podcięte poziomymi jaskiniami jakby czekającymi na lokatora. Jeśli Lloni wychował się w jaskini, to na pewno awansem społecznym jest dla niego dom pośrodku zagrody. Dom, w którym odwiedzać go może mnóstwo wnuków.
50 pesów i twoje”, mówi Lloni przynosząc mi sandały. Najpierw muszę się nauczyć jak to się wiąże, bo to wcale nie jest oczywiste. Tarahumarskie sandały mają tylko jeden długi rzemień przymocowany do podeszwy, ten rzemień trzeba obwiązać wokół kostki i ponownie przepleść przez podeszwę. 20 pesów? Prawie jak za darmo, to tylko około dwóch funtów. Lewacki bojownik uznałby to pewnie za czysty wyzysk. W internecie takie same sandały do biegania na długie dystanse można kupić najtaniej za dwadzieścia funtów. Ktoś takie sandały produkuje i sprzedaje w internecie, bo Tarahumarowie biegając w tych swoich podeszwach z opon mają znakomite osiągi, a przecież jak każdy producent obuwia sportowego powie, dobry sprzęt to połowa sukcesu. Tyle że sprzęt, który sprzedał mi Indianin Lloni zrobiony jest z kawałka starej opony z przymocowanym pojedynczym rzemieniem. On prawdopodobnie uważa, że zrobił na tym znakomity interes.
A ja? przecież nie po to je od niego kupowałem, żeby mieć obuwie do biegania. Dla mnie to była okazja do odwiedzenia Indianina w domu.



* * *

Na górze Miedzianego Wąwozu, 2200 metrów nad poziomem morza, jest chłodno, ale na dnie, o 1800 metrów niżej, temperatury są podzwrotnikowe. W południe nigdzie nie ma cienia bo słońce jest w zenicie, a naparza niemiłosiernie. Tymczasem ja się właśnie wybrałem na kilkugodzinny spacer, w wziąłem za mało wody. W klimacie podzwrotnikowym trzeba na wycieczki brać więcej wody niż w Tatrach, ze dwa litry trzeba ze sobą nosić, inaczej grozić może odwodnienie i udar cieplny. Ja się wybrałem na trasę, którą biegają maratończycy, a o wodzie zapomniałem.
Na dnie wąwozu organizowany jest doroczny maraton, a to dlatego, że Tarahumarowie to słynni maratończycy, najwytrzymalsza rasa świata. Długodystansowe biegi to ich narodowy sport. Słynni biegacze świata przyjeżdżają tu, by zmierzyć się z Indianami. Przy czym Indianie nie reklamują żadnych butów, biegają w swoich sandałach zrobionych z opon cadillaka. Kobiety biegają w perkalikowych sukniach, a poubierani w najnowocześniejsze buty i odzienie sportowcy z całego świata próbują je dogonić. A trasa jest malownicza. Na dnie wąwozu, wzdłuż Rio Urique, prowadzi droga, którą mogą jechać samochody. Muszą to być terenowe samochody, bo jest to droga, którą w Polsce nazwalibyśmy polną. Tutaj pól niewiele, bo niewiele jest skrawków płaskiego terenu, na których pole mogłoby być. Są owszem tu i tam indiańskie poletka kukurydzy, a podobno w miejscach mniej widocznych uprawia się też inne rośliny. Jednak pól niewiele, po obu stronach Rio Urique wznoszą się przede wszystkim strome zbocza aż do krawędzi kanionu. Zbocza nie mniej przepaściste niż w Kanionie Kolorado, ale tu porośnięte lasem, więc nieco inna kolorystyka. Do miejscowości Urique po takim właśnie zboczu poprowadzono drogę, „polną” oczywiście, wijącą się zygzakiem serpentynę.
Barranca del Cobre
Codziennie o świcie z Urique wyjeżdża autobus do miejscowości Bahuchivo na górze kanionu, tam czeka na autobusy przyjeżdżające z Chihuahua i po południu wraca. Jest to używany żółty autobus, który kiedyś w Stanach woził dzieci do szkoły, nawet go nie przemalowano i teraz całkiem malowniczo się prezentuje na tle lasów porastających zbocza. Kiedyś w Afryce jechałem taką górska drogą autobusem, który poślizgnął się na błocie i przewrócił w dolinę, ale zatrzymał się na najbliższym drzewie, dzięki czemu mogłem się wygramolić i parę lat później jechać podobną błotnistą drogą z Bahuchivo do Urique. Tyle że gdyby ten autobus się poślizgnął i spadł w dolinę, to raczej nie miałbym szansy na wygramolenie się, bo na tutejszych urwiskach to on może i zatrzymałby się na drzewie, ale kilkaset metrów niżej. A wiecie, jak malownicza to jest droga? Kierowca specjalnie się zatrzymywał w co bardziej malowniczych miejscach, żebym sobie mógł porobić zdjęcia.
Na dole wąwozu sama droga nie jest taka groźna, tu największym niebezpieczeństwem jest zapomnienie zabrania ze sobą odpowiedniej ilości wody. Krawędzie wąwozu widziane z dołu wyglądają ja dalekie turnie, ale jeśli się idzie w lejącym się z nieba żarze, a nie ma się choć litra wody do popicia, malowniczość szlaku przestaje mieć znaczenie. A droga jest wprawdzie przejezdna dla terenowych samochodów, ale te przejeżdżają średnio raz na dwie godziny. Prawdopodobieństwo, że ktoś podwiezie, nie jest wysokie.
Idę więc dnem wąwozu przegrzany i nie zwracam uwagi na niezwykły krajobraz. Wybrałem się zobaczyć wieś Guadelupe Coronado, która jest podobno zamieszkała głównie przez Indian. Mówię podobno, bo dotarłem tam wczesnym popołudniem, czyli w czas sjesty, i na ulicach nie było żywego ducha. Nie widziałem też sklepiku, w którym mógłbym kupić coś do picia. Wracam więc co nieco spragniony i droga wzdłuż rzeki, która rano mi się całkiem podobała, teraz podoba mi się mniej. Nagle zza zakrętu wyjeżdża toyota pick-up, w szoferce trzech chłopaków. Zatrzymują się.
Chcesz jechać do Urique?”
No pewnie. Miejsce tylko na pace, ale nie szkodzi. Przynajmniej będzie wiaterek.
Ale właśnie, w Barranka del Cobre nie można zakładać, że wszyscy napotkani chłopacy to łagodne baranki. Może się na przykład okazać, że są uzbrojeni w broń palną. Ci, co mnie właśnie zabrali, akurat są, ten siedzący przy oknie raz po raz strzela na drugą stronę doliny. Nie mam pojęcia czy na wiwat, czy ostrzeliwuje kogoś kryjącego się na tamtym brzegu. W pewnym momencie zatrzymujemy się i młodzieniec mierzy do siedzącego na gałęzi orła. Strzela, chybia, orzeł odlatuje. Nikt z drugiej strony rzeki do nas nie strzela, dojeżdżamy spokojnie do Urique. Co więcej, nikt nie żąda za mnie okupu, chłopcy wysadzają mnie tam, gdzie chciałem wysiąść.
Hasta luego, hermano (do widzenia, bracie)”.
Później ktoś w Urique tłumaczy mi, że to nie Indianie, tylko gangi narkotykowe, a to są biali Meksykanie. Ale tutejsze gangi są dobre dla ludności, nikomu nie zagrażają, strzelają się tylko z innymi gangami. Mają tu poletka marihuany i maku. Ale Tarahumarowie się w to nie mieszają. Indianie są tu najbiedniejsi, często nie chodzą do szkoły i czasem nawet po hiszpańsku nie umieją mówić, tylko po swojemu.



* * *

Indianka w Creel
Na głównym skwerze w Creel, w cieniu drzew, siedzą Indianki ubrane w suknie z kwiecistego perkalu i sprzedają swoje rękodzieło. Przed nimi koszyki z trawy plecione w kształcie garnuszków, gliniane miseczki z charakterystycznym jaśniejszym deseniem, kolczyki w kształcie małych Indianeczek wycięte z kory sosnowej. Do Creel, miasteczka położonego na górze kanionu, można łatwo dojechać z Chihuahua dobrą asfaltową szosą, a także pociągiem – jedyną funkcjonującą jeszcze w Meksyku linią. Creel wabi więc turystów, a turyści wabią mieszkających w okolicy Indian chcących na turystach zarobić.
Pociąg z Chihuahua kursuje właściwie tylko dlatego, że poprowadzono go niezwykle malowniczą trasą. Korzystają z niego obecnie turyści, dla miejscowych bilety są za drogie, autobus jest dużo tańszy. W dodatku podróż pociągiem trwa dłużej. Mimo tego bilety są wyprzedane daleko naprzód, nie można liczyć na to, że się je kupi tego samego dnia. Zwłaszcza na odcinku z Creel do Bahuchivo, najbardziej malowniczym. Na stacji Divisadero (dosłownie Punkt Widokowy) pociąg zatrzymuje się wyłącznie po to, by turyści mogli wyjść z pociągu i pospacerować ścieżką wzdłuż brzegu wąwozu. Ścieżka jest starannie ułożona, z balustradką, żeby przypadkiem nikt nie stoczył się w otchłań. No i jest tam ryneczek z pamiąteczkami, są Indianki w perkalikach sprzedające koszyczki, garnuszki i kolczyki z kory sosnowej. Niektóre sprzedają też wszelkiego rodzaju torebki, czapki i inne rzeczy z napisem Barranca del Cobre.
Asfaltowa szosa z Chihuahua prowadzi przez Creel do Bahuchivo, ale dalej już nie, wygodnym autobusem tylko tam można dojechać. Dalej zaczynają się schody, a właściwie stroma błotnista droga na dno kanionu. Na dole wszystko jest inaczej. Nie ma straganów z pamiąteczkami. Nie ma bankomatów. Właściwie nie ma Gringów, ja jestem jeden. Prawie nie ma samochodów, dzieciaki kopią piłkę na środku jezdni i jest bezpiecznie. Domy są otwarte, życie rodzinne toczy się przed domem, po części na ulicy. Telewizor nie ukradł tu jeszcze życia towarzyskiego. Gdzieś w głębi domu telewizory są włączone, ale rodzina i tak siedzi na krzesełkach przed domem i wdaje się w rozmowy z przechodniami.
No i ktoś zapala świeczki w przydrożnych kapliczkach Matki Boskiej z Guadelupe. Matka Boska z Guadelupe jest tu wszechobecna. Przydrożne kapliczki pod skałą wąwozu, albo pod murem domu, albo grafitti namalowane na murze. Lewaccy wyzwoliciele Indian mogą sobie mówić co chcą, ale matka Boska z Guadelupe to nie obca wiara narzucona przez najeźdźców. Matka Boska z Guadelupe ukazała się w wizji Indianinowi, a Indianie wierzą wizjom. Niektórzy misjonarze chcieli początkowo ten kult zwalczać, twierdzili że to jakaś aztecka bogini płodności przebrana za Matkę Boską, ale cóż oni mogli? Racjonalni misjonarze i lewaccy wyzwoliciele mogą sobie mówić co chcą, ale Matka Boska z Guadelupe tu jest. Ktoś maluje ją na murach, ktoś buduje je kapliczki, ktoś zapala jej wieczorem znicze, które palą się jeszcze o świcie, kiedy Gringo przychodzi na autobus mający go zabrać na górę, do normalnego świata pełnego turystów i sklepów z pamiąteczkami.
Matko Boska z Guadelupe, opiekunko Indian, których stać tylko na sandały z opon cadillaca, opiekunko białych Meksykanów których stać na nowoczesną broń palną, ale którzy nie wyrządzają Indianom krzywdy i może nawet opiekunko Gringów, którzy przypadkiem się tu zaplątają...
Módl się za nami.

Matka Boska z Guadelupe na murze w Urique


Wednesday, August 28, 2019

Co robić, żeby zaświeciło słońce?

Wulkan Villarica

Wulkan Villarica dymi. Dymi codziennie, biały dym z białego stożkowatego komina. Zakopcony czubek otoczony jest kryzą wiecznego śniegu.
Kiedy dwa lata temu ten wulkan wybuchł, cały ten śnieg od razu spłynął i były powodzie. W dodatku woda niosła jakieś trujące opary i nie wolno było podchodzić do potoków. Ale ten wybuch nie przyniósł wielkich szkód. A potem, dwa miesiące później, wybuchł wulkan Chalbuco, dalej na południe. Wtedy była noc w dzień, zupełnie ciemno, jeszcze o jedenastej. Dopiero około południa zaczęło się przejaśniać. Potem popiół padał jak śnieg.”
Ksiądz Stanisław, który mi to opowiada, mieszka w Currarehue, w górach Araukarii, czyli w kraju Mapuczów. Powinienem pewnie jeszcze dodać, że to jest w Chile, bo istotnie republika Chile podbiła kraj Mapuczów jakieś sto trzydzieści lat temu. Do tego czasu Mapucze byli całkowicie niepodlegli. Araukaria, czyli kraj Mapuczów, to niby Andy, ale w tym rejonie niewysokie, sięgające około półtora tysiąca metrów nad poziomem morza. Wyjątkiem są wulkany sięgające czterech tysięcy, albo i pięciu. Niektóre dymią cały czas, niektóre co kilkadziesiąt lat wybuchają. Pokryte wiecznym śniegiem, a tam, gdzie śniegu nie ma, popiołem albo zastygłą lawą, szare. Otaczające je górskie łańcuchy są zielone, pokryte lasem, który powyżej tysiąca metrów staje się lasem araukarii. Araukarie to potężne drzewa, które rosną tylko w tym rejonie świata i tylko powyżej tysiąca metrów. Podobno są to relikty z czasów dinozaurów, a istniejące do dziś stanowiska to niedobitki. Indywidualne drzewa też potrafią osiągać imponujący wiek, ponad dwa tysiące lat. Są pod tak ścisłą ochroną, że nie ścina się ich nawet jeśli stoją na drodze właśnie budowanej międzynarodowej szosy. Nieoceniony ksiądz Stanisław zabiera mnie w takie miejsce, gdzie araukarie rosną na środku drogi. Jest to niedaleko granicy z Argentyną, u stóp wulkanu Lanin, szarego masywu.
Ksiądz Stanisław, rodowity góral z Beskidu Żywieckiego, jest tu w swoim żywiole. W niedziele jeździ parafialnym jeepem do odległych o dziesiątki kilometrów dolin i odprawia msze we wsiach zamieszkałych przez Mapuczów. Jadę z nim na jedną z takich wypraw. Kapliczki są malutkie, niektóre zbudowane specjalnie jako małe kościoły stojące na wydzielonej parceli otoczonej drzewami, a na sąsiednich parcelach pasą się woły. Inne to opuszczone domy używane obecnie jako kaplice, mają kuchnię i łazienkę, drzwi do łazienki za ołtarzem. Niewiele osób przychodzi na msze. W jednej wsi tylko pięć, w dodatku trzeba jechać po klucze, bo kościelna ma gości i na mszę nie przyszła. Do innej (tej z łazienką za ołtarzem) przychodzi może trzydzieści osób razem z dziećmi.
Araukaria
Tu nie ma frekwencji”, mówi ksiądz Stanisław. „W krajach, gdzie rządzili Hiszpanie, wiara tak się nie zakorzeniła. Ci Mapucze mają jeszcze swoje tradycje, odprawiają swoje ceremonie, tak zwane ngilatun, którym przewodniczy lonko, wódz klanu. A jednocześnie oficjalnie są chrześcijanami. Protestanckie sekty zwalczają tę pogańską tradycję, a Kościół Katolicki to toleruje.”
Sami Mapucze nie widzą tu żadnej sprzeczności. Są katolikami i jednocześnie odprawiają swoje ceremonie – dlaczego miałaby to być sprzeczność? Jeszcze dziś mają swoich proroków, tak jak kiedyś mieli ich na pustyni Żydzi. Przez proroków Bóg objawia swoją wolę i Mapucze go słuchają. A Ngilatun to rozmowa z Bogiem. Nie prywatna rozmowa, religia Mapuczów to nie prywatne wyznanie, cały klan zbiera się na ceremonię, a inne klany też są zaproszone. Lonko całą ceremonię prowadzi, ale jest to święto całej wspólnoty. Lonko musi się specjalnie przygotować, przez pewien czas musi żyć w celibacie, nie może też przez jakiś czas spożywać żywności kupionej w sklepie. On prowadzi ceremonię, ale prowadzi ją w imieniu całej wspólnoty. Nie tylko ludzi, zwierzęta też są obecne, są woły i barany, one też potrzebują Bożej opieki. Konie biorą udział w ceremonii, młodzi jeźdźcy galopują wokół terenu, aby nie dopuścić na to miejsce diabła. Młodzież czuwa też nocami, śpiewa pieśni, słucha opowieści, by diabeł nie mógł się wcisnąć. Dlaczego taka ceremonia miałaby by być sprzeczna z katolicyzmem?
Na łąkach koło kaplic pasą się woły. To wcale nie przenośnia, są one tu do dziś używane jako napęd do pojazdów, raz po raz mijamy wóz ciągniony przez woły. Mijamy także szeroką łąkę, na której zbudowane są zadaszenia z drewna i słomy otaczające półkolem centralny plac. „To tu właśnie Mapucze odbywają swoje ceremonie,” mówi ksiądz Stanisław. „Później pojedziemy spotkać lonko, będziesz sobie z nim mógł pogadać.”
Lonko Alejandro
Mam całkiem sporo czasu, by pogadać sobie z lonko Alejandro, bo zatrzymuję się u niego na kilka dni. Nie ma on wołów, jego rodzina porusza się samochodami. Ma pięć córek, trzech synów i kilkanaścioro wnuków. Mieszka w domu w zasadzie takim samym jak inni Chilijczycy, acz pierwszą rozmowę z turystą zainteresowanym tradycją Mapuczów zabiera nas do specjalnie w tym celu zbudowanego tradycyjnego domostwa, zwanego ruka. Jest to solidna chata zbudowana z solidnych pionowo wbitych w ziemię bali, dach też z solidnych desek. „Mapucze na wybrzeżu budowali domy kryte strzechą, ale tu w górach musimy mieć dach solidny, bo czasami pada kilka metrów śniegu”, mówi lonko Alejandro. Pośrodku ruki ułożone kamieniami miejsce na ognisko, a pod ścianami ławy wylożone baranimi skórami.
Tak mieszkali Mapucze kiedyś, a lonko Alejandro specjalnie zbudował sobie taką rukę, żeby ją pokazywać turystom zainteresowanym kulturą Indian. A takich jest coraz więcej. Przyjeżdżają w góry uprawiać górskie sporty, a skoro w górach mieszkają Indianie, to można zawsze w któryś deszczowy dzień zobaczyć jak wyglądają. Kupić jakiś ręcznie robiony bibelocik. A Mapucze nie w ciemię bici, wyczuli popyt i teraz produkują masowo ręcznie robione bibelociki. Całkiem ładne bibelociki. I organizują targi rękodzieła ludowego, które trwają całe lato. Na targach można też zakosztować tradycyjnej kuchni Mapuczów, potraw gotowanych na polowym piecyku. Dwie córki lonko Alejandro pracują w takiej polowej kuchni na ludowych targach w Currarehue. Inne mają domki wynajmowane turystom, którzy przyjeżdżają uprawiać sporty górskie. Lonko Alejanro ma również zięcia imieniem François, który pracuje jako przewodnik górski. Bo w Chile nie można sobie ot tak po prostu chodzić po górach, trzeba mieć przewodnika. Góry są albo prywatne, a wówczas właściciel takiej góry pobiera opłaty za wejście, albo są w parkach narodowych, które też pobierają opłaty, a w dodatku nie wpuszczają bez przewodnika. Zatem przewodnicy mają zatrudnienie oprowadzając po górach turystów przybywających licznie z Niemiec i Francji. Zięć lonko Alejandro też jest Francuzem i akurat kiedy tam jestem, prowadzi grupę ziomków na świętą górę Mapuczów. Dołączam się.
Rehue
Chmury tego dnia są nisko, na wysokości tysiąca metrów idziemy przez gęstą mgłę. Las jest tu dziewiczy, pomiędzy chaszczami colinhue majaczą wielkie drzewa, potężne konary, niektóre pnie wypróchniałe. Colinhue to rodaj bambusa odpornego na mrozy i pleniącego się gęsto w górach Mapuczów, tworzącego trudne do przebycia chaszcze. W pewnym miejscu na małej polance François przystaje mówiąc: „Tu jest rehue, święte miejsce Mapuczów i ołtarz, przy którym trzeba złożyć ofiarę.” Ołtarzem jest niski przycięty pień drzewa z dużym kamieniem wciśniętym między dwa konary. François prosi najpierw o chwilę milczenia, w czasie której trzeba prosić duchy tego miejsca o pozwolenie wejścia, a następnie obchodzi rehue wkoło obsypując je ziarnem.

Idziemy dalej, Na pewnej wysokości wśród drzew zaczynają się pojawiać araukarie. Dla Mapuczów araukaria to święte drzewo. Na wysokich gałęziach araukarii rosną potężne szyszki, które co dwa lub trzy lata wysypują ogromne ilości nasion wielkich ja orzechy. Są to tak zwane po hiszpańsku piñones, czyli orzechy sosnowe. Indianie wtedy idą je po prostu zbierać z ziemi. Zebrane w obfitym roku mogą być przechowywane przez trzy lub cztery lata. Można je jeść surowe, gotować lub zmielić na mąkę i z tej mąki zrobić chleb. W dawnych czasach było to ważne źródło żywności i trudno się dziwić, że było traktowane jak święte.
Wieczorem przed domem przy ogrodowym stole, popijając maté, pytam lonko Alejndro co to jest rehue.
Rehue jest po to, żeby chronić las. Póko rehue tam jest, tego lasu nikt nie wytnie. Nie ma takiej możliwości. To tak, jak z tym mostem, co tu niedaleko budowano przez rzekę. Inżynierowie zaprojektowali most i przez dwa lata nie mogli go zbudować. Nikt nie wiedział dlaczego. Benita, moją żona, powiedziała im, żeby przyszli do mnie. W końcu przyszli do mnie i pytali, czy coś mogę zrobić. Odprawiłem ceremonię prosząc duchy opiekuńcze tego miejsca o pozwolenie zbudowania mostu. W czasie ceremonii kondor zniżył lot nad nami, a to oznacza, że nasza prośba została wysłuchana. Powiedziałem inżynierom, że mają trzy miesiące na zbudowanie tego mostu. I zbudowali.
Tak samo dwa lata temu, kiedy wybuchł wulkan Chalbuco i słońce nie wyszło. O jedenastej przed południem było jeszcze zupełnie ciemno. Byli tu u nas wtedy studenci z Valparaiso i zaczęli rozpaczać, padali na kolana i prosili Boga o przywrócenie słońca. Benita powiedziała, że powinienem odprawić ceremonię. Odprawiłem ceremonię i jak tylko skończyłem, zaczęło się przejaśniać.
Potem ci studenci z Valparaiso pytali mnie, jak ja to zrobiłem. Co miałem im powiedzieć? Miałem ich uczyć co robić, żeby zaświeciło słońce?”

Ruka - tradycyjne domostwo Mapuczów


Friday, July 19, 2019

Autostrada Matki Teresy

Malowany meczet w Tetowie

Ściany malowanego meczetu w Tetowie wyglądają, jakby je kto obwiesił dywanami. Drzwi są zamknięte i nie możemy tam wejść. Ten meczet jest słynną atrakcją miasta, ale my szukamy tekke, miejsca zgromadzeń derwiszów. Jak tam dojechać? Pytamy o drogę mężczyznę szukającego czegoś w koszu na śmieci. Mężczyzna nam wyjaśnia, to tylko dwie ulice dalej. Uśmiech ma tak spokojny, jakby to on sam był derwiszem.
Jedziemy te dwie ulice dalej. Aneta kiedyś już tam była, dawno temu, kiedy jeszcze istniała Jugosławia. Wtedy w tym miejscu była stylowa restauracja, bo komuniści znacjonalizowali tekke (czyli odebrali je derwiszom) i zrobili tam restaurację. Aneta była tam kiedyś na jakimś rodzinnym weselu. Teraz restauracji tam nie ma, otoczony murem teren jest zaniedbany, trawniki niekoszone. Wszedłszy zobaczyliśmy tam grupę ludzi, wśród nich pannę młodą świetnie się prezentującą w białej sukni na tle wiosennej zieleni, harmonizującą z ośnieżonymi wierzchołkami gór.
Czy są tu gdzieś derwisze?” pytamy. „Owszem, są. Ich główny baba mieszka w tym domu”, odpowiada mężczyzna z nalaną twarzą i muzułmańską brodą. „On zaraz będzie szedł do tamtego budynku, idźcie tam, to go spotkacie.” Dom baby zbudowany jest z krzywych belek, wygląda jakby miał kilkaset lat. Po chwili baba w szarym ubraniu i czapeczce derwisza przechodzi we własnej osobie. Podchodzimy do niego, zagadujemy.
Co chcecie wiedzieć?”
Kim są Bektaszi? Czym się różnią od innych derwiszów? Czy można wziąć udział w medytacji?”
Chodźcie.”
Baba prowadzi nas do budynku po drugiej stronie podwórza, sadza za stołem. Na ścianach wiszą portrety brodatych mężczyzn, zapewne derwiszów. Wśród nich zdjęcie kobiety, natychmiast rozpoznawalne - jest to najsłynniejsza w świecie Albanka, w dodatku urodzona w Skopje.
W medytacji mogą brać udział tylko ci, którzy przeszli inicjację. Do zakonu Bektaszi mogą wejść i kobiety i mężczyźni, panuje całkowita równość, tyle że kobiety nie mogą być przewodnikami.”
Nasz rozmówca pokazuje na jedno ze zdjęć na ścianie
Bektaszi baba
To jest mój przewodnik duchowy, obecny dedebaba, głowa zakonu Bektaszi. Mieszka w Tiranie. Przewodnikiem całego zakonu może być tylko mężczyzna żyjący w celibacie. Ja bym nie mógł, bo mam żonę, więc moja miłość jest rozdzielona. Przewodnik całego zakonu musi mieć całą miłość skierowaną ku Bogu. Do zakonu teoretycznie może wstąpić każdy, ale tak naprawdę nie każdy. Sunnici chcą, żeby wszyscy byli sunnitami i żeby wszyscy robili to samo, ale do Bektaszich mogą wejść tylko ludzie o odpowiednim charakterze. Sprawdzamy najpierw, czy ktoś ma charakter zająca, lisa czy lwa. Po trzykroć zachęcamy: przyjdź, przyjdź, przyjdź. Po trzykroć przypominamy: bądź szczery. Za czwartym razem mówimy: nie wracaj. Bez szczerości nie można być derwiszem. A nominalna religia ma drugorzędne znaczenie. Spójrzcie na to zdjęcie: Matka Teresa pośród portretów derwiszów. Ona była katoliczką, ale robiła to, co powinien robić derwisz. Jakie znaczenie ma tu zewnętrzna religia? Bóg jest jeden, a wszyscy ludzie są braćmi.
Tutejsze tekke powstało w szesnastym wieku, kiedy przybył tu derwisz o imieniu Ali Baba, szwagier Sulejmana Wspaniałego. Jego uczniowie zbudowali to tekke i byliśmy w tym miejscu przez stulecia, dopiero komuniści nam to miejsce odebrali. Budynki są zabytkowe, więc w czasach komunizmu zrobiono tu restaurację. W Albanii było jeszcze gorzej, sam dedebaba i kilku najbardziej znanych derwiszów zostało rozstrzelanych. Ale spotkania nadal się odbywały, tylko w prywatnych domach. W czasie ceremonii udawano rodzinne przyjęcie, jeśli wchodziła policja, to na stole pojawiała się wódka i było wesele albo imieniny.
Bektaszi nie unikają alkoholu. Sunnici zakazują alkoholu zupełnie, ale Bektaszi nie, jeśli człowiek panuje nad alkoholem, to alkohol nie jest wrogiem. Może być nawet użyteczny, bo przy alkoholu wychodzi na jaw prawdziwy charakter człowieka.
Kiedy skończył się komunizm, odzyskaliśmy to miejsce, ale naszymi adwersarzami są nie tylko komuniści. Niedawno skrajna grupa sunnitów weszła tu z bronią w ręku i zajęła meczet. Widzieliście tego człowieka z czarną brodą na dziedzińcu? To właśnie jest mój adwersarz.
Portret Matki Teresy na ścianie tekke w Tetowie
Bektaszi są zakonem derwiszów Alawi, to znaczy mają szczególny szacunek dla Alego, zięcia Mahometa. Islam dzieli się na dwa odłamy: sunnitów i szyitów. Szyici nie uznawali władzy kalifów, dla nich przewodnikami byli imamowie, czyli w prostej linii potomkowie Alego. Sunnici też maja zakony derwiszów, na przykład zakon Mevlevi, czyli derwiszów wirujących. Twórcą tego zakonu był Mevlana Rumi, słynny poeta. Ale Rumi stał się derwiszem dopiero, kiedy spotkał na swej drodze Szamsa z Tebryzu, a ten był derwiszem Bektaszi. Twórcą naszego zakonu był żyjący w XIII wieku Hadżi Bektasz, który osiedlił się w dzisiejszej Turcji. Tam przez stulecia było centrum zakonu, ale teraz Republika Turecka nie uznaje derwiszów i centrum zakonu Bektaszi jest w Albanii. W Tiranie znajduje się World Bektashi Centre.”
W czasie naszej rozmowy przychodzą jacyś faceci w czarnych garniturach, jeden z nich ma wielki aparat fotograficzny. Derwisz jest bardzo fotogeniczny, więc Aneta też pyta, czy parę zdjęć może zrobić. Nie ma sprawy, więc Aneta strzela zdjęcie za zdjęciem, sesja portretu podwójnego. Nie zgadniecie, który z nas jest starszy (ja, o dwa tygodnie).
A wspólny język? Derwisz jest Albańczykiem, ale urodzonym w Macedonii, zna więc tutejszy język. Aneta – rodowita Macedonka – może tłumaczyć. Ale chwilami derwisz odzywa się mocno łamaną niemczyzną. Mówi, że w latach osiemdziesiątych pracował w Niemczech i trochę się nauczył.
Pracował w Niemczech? Ja też wtedy byłem w Niemczech i też pracowałem. Byli tam wtedy jacyś Jugosłowianie (wtedy istniała jeszcze Jugosławia). Może któryś z nich był Albańczykiem? I może nawet derwiszem?
Na koniec dostajemy błogosławieństwo. Nie jest to bynajmniej byle krzyżyk machnięty nad głowami. Błogosławieństwo baby derwisza trwało kilka minut, w czasie których trzymał nas za ręce, trajkotał coś po arabsku, kilkakrotnie na nas chuchnął i dał do zjedzenia cukiereczki. Ale jakie to było błogosławieństwo nie wyjaśnił.
Jeszcze tego samego wieczoru jechaliśmy dalej na południe autostradą Matki Teresy, przez góry. Skończył się komunizm, była wiosna, tylko na dalekich szczytach jeszcze śnieg. A ta Matka Teresa najwyraźniej popularna w Macedonii. Wprawdzie nie Macedonka tylko Albanka, nie prawosławna tylko katoliczka, ale czy to ważne? Jest to najsłynniejsza na świecie osoba urodzona na terenie tego kraju. Wszyscy się tu z nią identyfikują, jej imieniem nazywa się autostrady i nawet derwisze pośmiertnie włączają ja do swego grona.


Który z nasz starszy?


Friday, June 28, 2019

Malarstwo Odżibwejów

Wystawa Norvala Morriseau

Jak będziesz w Toronto, to zobacz obrazy malarzy Woodland School”, mówiła mi Trish, kiedy mieszkałem u niej w domku położonym wśród puszcz północnego Ontario. „To są wszystko Indianie, głównie Odżibweje, najlepszy jest Norval Morrisseau, inni to tak naprawdę jego naśladowcy. Koniecznie zobacz ich wystawę jak będziesz w Toronto.”
Łatwo powiedzieć - „zobacz”. Ale gdzie ich niby szukać?
Jeśli jest to grupa malarzy z Ontario, to pewnie należałoby szukać w Art Gallery of Ontario. Tak w każdym razie można by myśleć będąc w Toronto, zatem ja, będąc w Toronto, tam skierowałem swoje kroki. Muzeum jest duże, zatem w informacji przy wejściu zapytałem gdzie powinienem ich szukać. Woodland School? Kto to taki? Rzuciłem jedno nazwisko jakie mi się z tą szkoła kojarzyło: Norval Morrisseau. A, Norval Morrisseau, pan w informacji pokazał mi na planie gdzie wiszą jego obrazy. Poszedłem tam i rzeczywiście znalazłem jego obrazy w liczbie sześciu. Zatytułowane były „Przemiana człowieka w gromoptaka”. Wszystkie były tak zatytułowane, bowiem płócien jest sześć, ale tak naprawdę jest to jedno dzieło – na pierwszym płótnie namalowany jest człowiek, na ostatnim gromoptak, a pomiędzy nimi są stadia pośrednie. Tak że w Art Gallery of Ontario znalazłem jedno dzieło Norvala Morrisseau. To wszystko.
Wszystko?
No wszystko. Zadałem sobie trud i oblazłem całą galerię, a jest ona spora. Jest tam pierwszorzędna kolekcja drugorzędnej sztuki europejskiej, jest dobrze reprezentowana pierwszorzędna Grupa Siedmiu, jest całe piętro poświęcone współczesnej sztuce kanadyjskiej pełne takich samych dziwadeł jak wszędzie indziej na świecie (gdzie współcześni twórcy starają się na siebie zwrócić uwagę produkując dziwadła), ale malarzy Woodland School nie ma. A wydawałoby się, że mogłaby to być wizytówka Ontario. A nie ma. Dlaczego? Czy dlatego, że wszyscy ci malarze to Czerwonoskórzy z plemienia Odżibwejów?
Będąc w Toronto ma się jeszcze jedną możliwość: muzeum w Kleinbergu. Jest to willa położona daleko za miastem w miejscowości o nazwie Kleinberg. Dawni właściciele tej willi byli kolekcjonerami sztuki kanadyjskiej, swoją bogatą kolekcję przekazali krajowi i dziś jest to muzeum. Pięknie położone pośród drzew, ma znakomitą kolekcje obrazów Grupy Siedmiu, można taż mieć nadzieje, że znajdzie się tam również kolekcja Woodland School. Z tą nadzieją udałem się tam i okazało się, że miałem trochę rację. Trochę, bo obrazy tej szkoły owszem były, ale było ich tylko trochę, wszystkie mieściły się w jednej średniej wielkości sali. Kilka obrazów Norvala Morrisseau a pomiędzy nimi pojedyncze obrazy innych artystów. Są tam Daphne Ojig, Carl Ray, Saul Williams, Goyce Kakegamic. Niewiele, ale zawsze więcej niż nic.
Okładka katalogu Daphne Odjig
Kolejna możliwość jeśli się jest w Toronto, to dowiedzieć się gdzie są galerie sprzedające obrazy współczesnych artystów, w końcu artyści Woodland School nadal żyją i tworzą. Nie wszyscy wprawdzie, Norval Morrisseau zmarł kilka lat temu, ale to i tak sztuka współczesna. Ale jak znaleźć galerie? Można na przykład w jakiejś księgarni zajrzeć do szczegółowego przewodnika po mieście. Ja się w ten sposób dowiedziałem, że Kinsman Robinson Gallery zajmuje się sprzedażą dzieł Norvala Morrisseau. Poszedłem tam w ostatni dzień przed odlotem. Już z daleka widziałem wielki napis: Norval Morrisseau. Jegomość stojący przed wejściem zapytany czy znajdziemy tu prace artystów Woodland School odparł, że Norvala Morriseau tak, a innych nie. Właśnie mają wystawę retrospektywną Norvala, otwarcie dopiero za kilka dni, ale wszystkie obrazy już powiesili i można zwiedzać. Wystawa imponująca, dwie duże sale wielkich obrazów o pulsujących kolorach. Można zaobserwować rozwój artysty – najwcześniejsze obrazy dwukolorowe, wydrapane na korze brzozowej, późniejsze – z lat sześćdziesiątych – malowane akrylem na papierze łagodnymi odcieniami brązu, jeszcze późniejsze – z lat osiemdziesiątych – w jaskrawych, prawie neonowych kolorach. Wszystko w charakterystycznym stylu. Kurator wystawy opowiada że widział kilka obrazów Norvala przedstawiających łosia i mógł zaobserwować rozwój od realizmu do tego charakterystycznego stylu właściwego artyście. To Norval stworzył stylistykę tej tak zwanej szkoły puszczańskiej. Norval był szamanem Odżibwejów i twierdzi, że z duchowego świata otrzymał wezwanie do malowania. Była to kontrowersyjna decyzja, przedstawia on na swych obrazach tajemne mity Odżibwejów, które zdaniem innych szamanów nie powinny być nigdy publicznie przedstawiane. Inni później podjęli ten styl, ale to Norval był jego twórcą.
Inni, to znaczy kto?
Szukałem w księgarniach jakiejś solidnej informacji na ten temat. Znalazłem kilka książek na temat Norvala Morrisseau oraz jeden obszerny katalog wystawy Daphne Ojig. Kto to jest Daphne Ojig? Wspomniany katalog sugeruje, że jest to postać numer dwa w tej grupie malarzy. Urodziła się na wyspie Manitoulin na jeziorze Huron w tak zwanym niescedowanym rezerwacie Odżibwejów. Niescedowanym, ponieważ jego mieszkańcy nigdy nie podpisali traktatu przekazującego ich ziemie rządowi Kanady. Jednym z przedków Daphne Ojig był wódz szczepu Pottowatomi wsławiony w bitwach przeciwko Amerykanom w XIX wieku, wódz ten schronił się później u Odżibwejów na wyspie Manitoulin. Jednakże w połowie XX wieku, kiedy Daphne Ojig wchodziła w życie dorosłe, duma z dawnych czynów była w połowie zapomniana. Daphne szukała pracy w Toronto, a ponieważ indiańskie nazwisko było postrzegane jako przeszkoda, zmieniła je na Fisher. W Toronto miała prace biurowe, ale ponieważ miała talent plastyczny – cały czas również malowała. W jej obrazach widać było trochę wpływ kubizmu, a trochę jej indiańskiego dziadka, który uczył ją stylu rysunków na korze brzozowej. Przyszły lata sześćdziesiąte, wśród Indian czas odrodzenia dumy ze swego pochodzenia. W 1962 roku na wyspie Manitoulin zorganizowano pierwszy nowożytny powwow w Ontario. Daphne była tam obecna, wciągnięto ją w krąg tańca i nagle poczuła się Indianką. Od tego momentu tematem jej obrazów stały się legendy Odżibwejów, a styl zadziwiająco się upodobnił do Norvala Morrisseau. Z czasem przeprowadziła się z powrotem na Manitoulin i do dziś tam mieszka.
Pocztówka z obrazem Isaaca Bignella
No dobrze, to dwie osoby. A inni? Gdzie ich szukać?
Może po prostu tam, gdzie mieszka Trish, wśród puszcz na północ od jeziora Huron? Pewnego dnia Trish zabrała mnie do rezerwatu Odżibwejów, zwanego Serpent River, żebym zobaczył tamtejsza galerię grafiki. Galeria była na terenie rezerwatu, ale także przy szosie nr. 7, która to szosa prowadzi wzdłuż północnego brzegu jeziora Huron i dalej przez cała Kanadę aż nad Pacyfik. Naturalna klientela tej galerii to nie mieszkańcy rezerwatu, lecz mieszkańcy miast jadący tą szosą na wakacje. Nie dziwi więc, że jest tam sporo cepeliady, ale jest tam też trochę grafiki wysokiej klasy. Wszystkie te prace mają stylowo wiele wspólnego ze sobą a także ze stylem Norvala Morrisseau. O autorach nigdy nic nie słyszałem i nic o nich nie wiem. Ale znalazłem serie kartek pocztowych z tymi grafikami, a na odwrocie tych kartek było kilka słów o autorach, stąd pochodzi cała moja o nich wiedza. Wiedzą o dwóch najciekawszych postaciach dzielę się niniejszym.
Norval Morrisseau miał wielu naśladowców w zasadzie go kopiujących, ale do takich na pewno nie należy Cecil Youngfox – autor mitycznych scen w bardzo charakterystycznym stylu, jakby rozpiętych na pajęczynie. Urodzony w Blind River, mieścinie na północnym brzegu jeziora Huron (i zupełnie niedaleko Rezerwatu Serpent River) mieszkał i tworzył w Nowym Jorku, Vancouver i Toronto, ale styl i tematyka jego prac odzwierciedlały jego indiańskie pochodzenie. Niestety już nie żyje, zmarł w 1987 roku.
Isaac Bignell nie należał do szczepu Odżibwejów, lecz Kri, urodzony był w rezerwacie położonym 400 mil na północ od Winnipegu. Wypracował on własną technikę malowania gąbką, w której tworzył proste kompozycje nawiązujące do indiańskiego postrzegania przyrody. Mieszkał w Winnipegu, Minneapolis, Vancouver. Zmarł w 1995 roku w wieku 37 lat. Jego technikę i styl podjął Russel Noganosh, Odżibwej z Ontario, który obecnie staje się bardziej znany, acz nie ukrywa tego od kogo się uczył malować.
W galerii były oczywiście prace wielu innych artystów, w większości jeszcze żyjących. Bo Woodland School to wcale nie rozdział zamknięty, jest to wydarzenie, które się nadal dzieje. Ale warto dodać jeszcze jedno spostrzeżenie. Woodland Schol to sztuka Indian, tematyka i styl wywodza się z tradycji Odżibwejów, ale to nie Indianie są głównymi konsumentami tej sztuki. Nie jest tradycją Odżibwejów wieszanie obrazów na ścianach wigwamów. Dziś oczywiście nie mieszkają oni w wigwamach tylko w domach – takich samych, jak ich biali sąsiedzi, ale czy wieszają oni na ścianach obrazy Norvala Morrisseau? Nawet jeśli znajdą się tacy, których stać na zakup jego obrazów, które obecnie wyceniane są na kilkadziesiąt tysięcy dolarów (o czym naocznie przekonałem się w Kinsman Robinson Gallery w Toronto), to będą to ludzie zanurzeni po uszy w kulturze białego człowieka. Tylko bowiem ludziom tej kultury chce się zarabiać wielkie pieniądze.

Obraz malowany na korze brzozowej widziany na straganie na powwow w północnym Ontario




Zarówno ten tekst, jak i inne na podobny temat, można przeczytać w mojej książce "ART ETNO"
 

Wednesday, June 12, 2019

Kaplica wypełniona ziarnem

Mnisi w świątyni w Ladakhu

Hemis Gompa to klasztor Czerwonych Czapek, zakonu starszego niż Żółte Czapki. Inaczej niż klasztory Żółtych Czapek, które zwykle wzniesione są na skałach nad doliną, budynki Hemis Gompa wtulone są w ściany wąwozu. Ściany wąwozu wznoszą się wysoko, aż do wiecznych śniegów przykrywających szczyty Himalajów.
Wokół dziedzińca podcienia, na ścianach podcieni wymalowane stwory o wykrzywionych ustach i trojgu oczu, każdy otoczony kręgiem płomieni. Z wnętrza głównego budynku słychać jakąś recytację. Wchodzę, mroczno. Na ławach wzdłuż filarów siedzą ubrani na bordowo mnisi i coś pod nosem recytują. Zapach jałowcowych kadzidełek i maślanych lampek. Naprzeciw wejścia w półmroku majaczy wielka złocona figura Buddy ubrana w żółtą szatę.
Mnisi kończą i rozchodzą się. Zapada cisza. Wielki Budda spogląda na mroczne wnętrze spod półprzymkniętych powiek. Cisza zaprasza do medytacji, ale ja wychodzę. Na dziedzińcu też jest cisza, popołudniowe słońce zagląda pod podcienia, oświetla trójokie stwory wymachujące rękami, w płomieniach. Wcześniej byli tu turyści, którzy przyjechali autobusem z Leh, ale ostatni autobus właśnie odjechał i turystów już nie ma. Została cisza. Stwory w podcieniach nadal wymachują rękami, ale już tylko na mnie. Może się dziwią, co ja tu jeszcze robię, skoro pojechał ostatni autobus? Ja nie odjechałem, bo chcę jeszcze iść do następnego klasztoru, Matho Gompa. Około czterech godzin marszu, powinienem przed zmrokiem zdążyć.
We wsi Hemis również cisza, mieszkańcy są zajęci swoimi codziennymi sprawami. Ktoś ubabrany po łokcie zmienia właśnie kierunek strumienia puszczając wodę na poletko jęczmienia. Kierunek strumyków jest tu zmieniany codziennie, codziennie nawadniane są pola. Wszystkie strumyki są uregulowane, wszystkie pola muszą być nawadniane, inaczej zamieniłyby się w pustynię w przeciągu tygodnia. W dolinie Indusu po północnej stronie Himalajów deszcze padają rzadko, za to z nieba leje się żar podzwrotnikowego słońca. Roślinność jest tylko tam, gdzie pracowity lud Tybetańczyków nawadnia ziemię wodą pochodzącą z himalajskich śniegów, wszędzie indziej jest pustynia.
Nawadnianie pól w Ladakhu
Mijam wieś i idę w kierunku pustyni drogą prowadzącą do Matho Gompa. Jest to klasztor zakonu Sakya-pa, starszego jeszcze niż Czerwone Czapki, przechowującego jeszcze bardziej ezoteryczną naukę, przekazywaną tylko najbardziej wtajemniczonym w największym sekrecie. W Matho Gompa podobno mieszkają dwaj mnisi, którzy podczas dorocznych obrzędów rozcinają sobie języki, lecz nie krwawią, po czym rany goją się w przeciągu paru dni. Każdy może zobaczyć ten obrzęd jeśli przyjedzie tam w styczniu, odbywa się on na dziedzińcu i jest otwarty dla widzów z zewnątrz.
Za wsią wzdłuż drogi jest murek długi na kilka metrów, wysoki na półtora. Na nim poukładane są obłe kamienie z wyrytym napisem w tybetańskim piśmie: „Om Mani Padme Hum”. Jest to buddyjska mantra, tu wszechobecna. Setki tych kamieni, może tysiące. Na niektórych zamiast napisu wyryto postać Buddy. Fotogenicznie to wygląda na tle dalekich ośnieżonych szczytów.
Pustynia, twarda wyschnięta polepa z czerwonej gliny, na której pełno rozsypanych kamieni, dużych i małych. Nie jest to wielka pustynia, szeroka dolina Indusu, po obu jej stronach w oddali widać ośnieżone szczyty. Z jednej strony Himalaje, z drugiej Karakoram. To gdzieś tam jest ten groźny K2, na którym alpiniści zamarzają na śmierć. Środkiem doliny płynie Indus, jego brzegi są zielone i wszędzie tam, gdzie pracowity lud nawadnia pola jest też zielono. Jednakże tu gdzie ja idę jest czerwona polepa, wody nie ma, tylko tu i tam jakieś wyschnięte krzaczki. Pasą się tam jakieś dwa zwierzęta, wyglądają na osły, ale chyba dzikie, nikt ich nie pilnuje.
Murek z wyrytymi mantrami
Kiedy dochodziłem do wsi Matho zapada już zmrok, a kiedy dochodzę do klasztoru jest już zupełnie ciemno. Klasztor stoi na wysokiej skale, więc nietrudno tam trafić, ale brama zamknięta. Co robić? Wokół klasztoru na zboczu domki, w jednym jeszcze pali się światło. Może zapukać? Nawet jeśli ktoś mnie zruga w niezrozumiałym języku, to i tak nic nie stracę, będę w tej samej sytuacji co teraz. Podchodzę do domku i pukam.
Po chwili otwiera się okno i pojawia się w nim łysa głowa. Zaczynam coś tłumaczyć po angielsku, ale głowa nie słucha i znika. Zaraz potem otwierają się drzwi i mnich w bordowej szacie zaprasza mnie do środka. Przechodzimy przez ciemny korytarzyk i wchodzimy do pokoju, w którym jest światło. Mnich sadza mnie na podłodze na wzorzystym dywaniku, a sam siada na drugim dywaniku za niziutkim stolikiem. Poza stolikiem oraz łożem stojącym pod ścianą w pokoju nie ma sprzętów. Mnich pyta: „Czha?” To znaczy po tybetańsku herbata, jedno z niewielu słów, które się zdążyłem nauczyć. Kiwam głową i mówię twierdząco „czha”, więc on idzie do kuchni obok i wraca z herbatą w termosie. Jest to „gurgur czha”, ulubiony napój Tybetańczyków, zielona herbata na słono i z masłem. Jeszcze wczoraj taka herbata wydawał mi się nie do przełknięcia, ale po przejściu pustyni jestem tak spragniony, że wydaje mi się ambrozją. Mnich pyta „tsampa?” Tym razem nie wiem o co chodzi, więc pokazuje mi szarawy proszek w okrągłym pudełku,. Tsampa to jest prażony a dopiero potem zmielony jęczmień. Wygląda jak mąka, ale nic się z tego nie wypieka, bo jest już prażony. Jest to podstawowe pożywienie w całym Tybecie, pałacu Dalaj Lamy nie wyłączają. Tylko ja nie mam pojęcie co się z tym robi. Mnich najwyraźniej domyśla się tego patrząc na moją minę, bo sam mi to przyrządza – miesza z herbatą i odrobiną cukru i ugniata w coś w rodzaju ciasta.
Na ścianie nad łóżkiem mnóstwo przylepionych świętych obrazków. Największy z nich to wyobrażenie jedenastogłowego i tysiącrękiego Avalokiteśvary. Obok wielkie zdjęcie Sakya Trizina, głowy zakony Sakya-pa, siedzącego w pozycji lotosu w wielkiej czerwono-złotej czapie. Zdjęcie Dalaj Lamy też jest, ale zupełnie malutkie. Potem lama przygotowuje spanie, ale nie w pokoju, tylko na dachu. Wszystkie domy w tej okolicy maja płaskie dachy. Mnich wyciąga jekieś dwa stare materace oraz kilka koców. Kładziemy się, on jeszcze odmawia jakieś modlitwy. Świeże powietrze, księżyc przesuwający się za chmurami, wszystko to byłoby znakomite, gdyby nie pluskwy w materacu.

Rano budzi mnie słońce wychodzące zza gór Ladakhu, żółto-błękitny wschód słońca, trochę żółto granatowych chmur. Mnich sprząta spanie, schodzimy na dół spożyć maślaną herbatkę z tsampą. Potem mnich kładzie na stoliku wielką księgę, otwiera ją i zaczyna śpiewać wykonując przy tym jakieś tajemnicze ruchy rękami, czasem uderzając w dzwonek, zupełnie nie zważając na mnie. Ja nie bardzo wiem jak się zachować, siedzę i milczę, ale chciałbym zobaczyć klasztor, w końcu po to tu przyszedłem. Po dłuższym czasie tego siedzenia i niewiedzenia co robić wstaję i mówię „gompa”, pokazując, ze chciałbym iść na górę do klasztoru. Mnich na chwilę przerywa, wskazując na górę mówi „gompa, lama”, poczem wraca do swojego śpiewu. Więc mówię „tugżecze” (to znaczy dziękuję, zdążyłem się tego już nauczyć) i wychodzę.
Świt nad świątynią w Ladakhu
Idę w górę ku klasztorowi pomiędzy glinianymi domkami mnichów. Nadal jest cichy poranek, tylko z wysoka dobiega śpiew przy akompaniamencie bębna, co jakiś czas również dzwonków, czynelu, rogu. Na klasztornym dziedzińcu żywego ducha, tylko ta dzika muzyka dobiegająca z malutkiego okienka na samym szczycie klasztornych budynków. Wchodzę w otwarte drzwi, za nimi schody na górę, potem znów jakieś otwarte drzwi, dalej jakaś drabinka na górę, kolejne otwarte drzwi, zza następnych otwartych drzwi dobiega ten śpiew i bicie bębna. Przechodzę przez te drzwi, przede mną jeszcze jedne drzwiczki, za nimi widzę już wnętrze kaplicy. Zatrzymuję się.
W kapliczce półmrok. Siedzi tam młody lama i długą pałką rytmicznie wali w wielki bęben wiszący u sufitu, w drugiej ręce trzyma dzwonek i dzwoni nim raz po raz, cały czas śpiewa coś w rytm bębna, czasem odkłada dzwonek i uderza w wielki czynel albo dmie w muszlę. Hałasu robi za dziesięciu. I to niesamowite wnętrze. Kapliczka maleńka i wypełniona ziarnem, nie widać podłogi, tylko ziarno. Na ziarnie siedzi lama, na ziarnie stoi przed nim stoliczek. W półmroku ledwo widać przedmioty wiszące u sufitu; jakieś prastare szable, jakieś przedziwne maski o wykrzywionych ustach, jakieś wysuszone kocie łby. Wszystko pokryte warstwami kurzu, pewnie wisi w tym samym miejscu od wieków. Naprzeciw mnicha wielka figura Mahakali, czarna i przerażająca, o stu rękach, w każdej ręce inna broń, głowa byka z trojgiem oczu, naszyjnik z ludzkich czaszek...
Lama, nie przerywając bębnienia i śpiewania, zaprasza mnie gestem do wnętrza...

Dolina Indusu


Friday, June 7, 2019

Czy Dalaj Lama może pisać miłosne wiersze?

Chorągiewki modlitewne w Dardo

Tybet, dach świata, podniebna kraina modlitewnych chorągiewek furkocących na wietrze. Modlitwy wypisane są na chorągiewkach, a odmawia je wiatr trzepocząc nimi. Rozpięte na sznurach wszędzie gdzie się da, wzdłuż dróg, nad domami, wokół pól, na których rośnie tylko jęczmień, bo klimat zbyt surowy na cokolwiek innego. Wzdłuż pastwisk, na których pasą się długowłose jaki, bo klimat zbyt surowy na inne bydło. Na przełęczach ośnieżonych gór, które tylko latem przekroczyć można, bo zimą skute lodem.
Tybet, dach świata, otoczony krenelażem niebotycznych gór, które przez stulecia stanowiły skuteczną barierę dla najeźdźców. Od południa są to potężne Himalaje, od północy niewiele od nich mniejsze góry Kumbum od wschodu też ponad siedmiotysięczny masyw Minya Konka, który przez wieki stanowił granicę z Chinami. Była to skuteczna bariera, czasami zapuszczały się tam czambuły mongolskie, ale poza tym nikt. Za górami Tybetańczycy czuli się bezpiecznie i pewnie dlatego mogli wyznawać religię zakazującą wojen. Dowódcy mongolskich czambułów czuli respekt dla tybetańskich mnichów i sami wspierali pokojowe rządy najwyższego z nich, noszącego tytuł Dalaj Lamy. Zwłaszcza piątego z kolei, który w XVII wieku przy ich pomocy zjednoczył Tybet.
Chińczycy tylko wyjątkowo zapuszczali się dalej, niż graniczne miasto Dardo, położone w ciasnej dolinie u stóp masywu Minya Konka. W Dardo kwitł handel, bowiem narodowym napojem Tybetańczyków jest herbata, która w tym kraju nie rośnie. Herbata pita zawsze z solą i jakowym masłem. Graniczne miast Dardo kwitło na handlu zieloną herbatą sprasowaną w brykieciki, stąd rozchodziła się ona na cały Tybet, można ją było kupić daleko na zachodzie, nawet w Ladakhu, który obecnie jest w granicach Indii. Herbatę w Tybecie piją wszyscy: chłopi uprawiający jęczmień, nomadzi strzegący jaków na pastwiskach, mnisi strzegący buddyjskiej wiary, nawet sam Dalaj Lama, który tej wiary jest uosobieniem.
Dardo
Dalaj Lamowie, legendarni władcy Tybetu, to najbardziej niezwykła dynastia na świecie. Tron przechodzi nie z ojca na syna (bo Dalaj Lama jest zawsze bezżennym mnichem) lecz z wcielenia na wcielenie. Panujący w tym kraju buddyzm traktuje teorię reinkarnacji za pewnik, nad przechodzeniem dusz w nowe ciało prowadzone były w ciągu wieków badania, a ich efektem jest słynna tybetańska Księga Umarłych. Tybetańczycy przyjmują za pewnik, że dusza zmarłego właśnie Dalaj Lamy pojawia się z powrotem na świecie w ciele właśnie narodzonego chłopca. Mało tego, przyjmowane jest za pewnik, że dusza Dalaj Lamy odradza się w Tybecie. Dlatego zaraz po śmierci Dalaj Lamy prowadzone są poszukiwania, wysocy lamowie z jego otoczenia podróżują po kraju, by znaleźć to nowe wcielenie. Zakłada się, że nowo wcielona dusza rozpozna przedmioty, które używała w starym wcieleniu, dlatego kandydatom poczętym tuż po śmierci zmarłego daje się do zabawy kilka przedmiotów, z których niektóre były osobistą własnością zmarłego. Jeśli na przykład roczne dziecko bez wahania wybierze właściwe przedmioty do zabawy, wówczas uznawane jest za nowe wcielenie, zabierane do Lhasy (razem z rodziną, niezależnie od dotychczasowego statusu) i szkolone w nauce buddyjskiej, a z czasem obejmuje władzę w kraju. Tak właśnie wybrany został obecny, czternasty Dalaj Lama, o czym wiadomo, bowiem opisał to sam w swojej autobiografii.
Jeśli tak wybrany chłopiec ma powołanie do celibatu i inklinacje do zajmowania się polityką, to pewnie może być wybitnym władcą, ale co się dzieje, jeśli wybrany władca do celibatu nie ma za grosz skłonności, a zamiast zajmować się polityką woli pisać miłosne wiersze? Można by pewnie argumentować, że coś takiego zdarzyć się nie może, bowiem na nowo wcielona dusza Dalaj Lamy jest istotą przebudzoną od urodzenia i na pewno za babami latać nie będzie, gdyby nie to, że coś takiego się już raz zdarzyło. Tak właśnie zachowywał się Dalaj Lama numer sześć, który wymykał się z pałacu, by w pobliskiej gospodzie spędzać czas z dziewczynami, a potem zamiast teologicznych traktatów pisał wiersze o pięknym liczku swojej miłej.
W klasztorze w Dardo
W związku z tym wiemy, co się w takim przypadku dzieje. Wielcy lamowie mają wpojone przekonanie, że Dalaj Lama wciela się po to, by lud swój prowadzić ku przebudzeniu, dlatego w sposób teologiczny interpretują cokolwiek napisze. Miłosne wiersze Szóstego Dalaj Lamy traktowane są tak, jak Pieśń nad Pieśniami traktowana jest przez księży-teologów. A politycy? No cóż, potraktowali go jako słabego polityka, którego można złapać, uwięzić i Bóg wie co jeszcze z nim zrobić. To właśnie (zwłaszcza to ostatnie) zrobił z Szóstym Dalaj Lamą herszt jednego z mongolskich czambułów, które zapędziły się w głąb Tybetu.
Tego wszystkiego dowiedziałem się trzydzieści lat temu, kiedy podróżowałem po Ladakhu, spałem w buddyjskich klasztorach, piłem zieloną herbatę z masłem i solą. Ladakh to zachodnia część Tybetu, która nigdy nie była pod władzą Dalaj Lamów, bo kiedy w XVII wieku mongolskie czambuły jednoczyły Tybet w ich imieniu, król Ladakhu wezwał na pomoc maharadżę Kaszmiru i nie dał się zjednoczyć. Maharadża Kaszmiru mieszkał za Himalajami, więc zbytnio nie mieszał się w wewnętrzne sprawy Ladakhu, kraj ten pozostał kulturowo częścią Tybetu, tyle że rządził król, a nie mnisi. A potem stał się częścią Indii, najpierw brytyjskich, potem niepodległych i kiedy w 1949 roku do Tybetu wtargnęły czambuły maoistów, Ladakh pozostał poza ich zasięgiem. Skoro był poza zasięgiem, to stał się celem migracji rzesz Tybetańczyków uciekających przed komunistami. Najsłynniejszym z tych migrantów jest obecny, czternasty Dalaj Lama. Nie dał on się maoistom skolektywizować, tylko uciekł do Indii i stworzył tybetański rząd na uchodźstwie, w związku z czym w komunistycznych Chinach uważany jest za wroga numer jeden. Jest on zdeklarowanym pacyfistą w stylu Mahatmy Gandhiego, na świecie uważany jest za świątobliwą postać na miarę Matki Teresy, ale w Chinach bezpieczniej w ogóle o nim nie wspominać. Co innego w Indiach, Tybetańscy wygnańcy weszli w kulturę światową, wydają po angielsku książki. W Dharamsali w Indiach, gdzie mieszka dziś Dalaj Lama, można te książki znaleźć w księgarenkach. Ja tam trzydzieści lat temu byłem i parę tych książek kupiłem. Wśród nich tłumaczenia wierszy szóstego Dalaj Lamy na angielski. Podobały mi się i niektóre z nich spolszczyłem, opierając się na angielskich wersjach.
To wszystko było dawno, ale ostatnio znów znalazłem się w pobliżu Tybetu, tylko że z drugiej strony. Podróżując po Syczuanie odwiedziłem też miasto znajdujące się w samym środku tej chińskiej prowincji. Miasto nazywa się Kangding, a położone jest w ciasnej dolinie u stóp masywu Minya Konka. Kiedyś nazywało się Dardo, a właściwie nadal się tak nazywa po tybetańsku. Kiedyś było miastem granicznym, dalej na zachód był Tybet. Tak naprawdę nadal dalej jest tam Tybet, tylko na papierze jest to środek chińskiej prowincji Syczuan.
Pora obiadowa w klasztorze
Miasto znajduje się w ciasnej dolinie pomiędzy górami, dwie główne ulice prowadzą po obu stronach rwącej rzeki. Wzdłuż ulic wznoszą się socjalistyczne bloki mieszkalne, ale poprzez rzekę, zwłaszcza przy mostach, rozpięte są sznury modlitewnych chorągiewek. Na górach, poprzez granie, poprowadzone są socjalistyczne linie wysokiego napięcia, ale na zboczach namalowane są wielkie, widoczne z miasta, malowidła przedstawiające buddów i bodhisattwów. Na szczycie jednej, stosunkowo niewielkiej góry wznoszącej się bezpośrednio nad miastem są buddyjskie świątynie odbudowane po zniszczeniach rewolucji kulturalnej, można na tę górę dojechać kolejką linową i zapłacić za zwiedzanie. Świątynia buddyjska odbudowana w roli atrakcji turystycznej jest najwyraźniej strawna dla aktualnej władzy. Tym niemniej na szczycie wzdłuż ścieżek furkocą chorągiewki tak jak zawsze furkotały, modlitwy się odmawiają tak jak zawsze się odmawiały.
Ale świątynie odbudowują się nie tylko dla turystów. Można poprzesuwać granice na papierowej mapie, można zmienić nazwę miasta i można nasłać czambuły oszalałych hunwejbinów by burzyły świątynie, ale wyrwać czci dla bodhisattwów z serc Tybetańczyków tak łatwo się nie da. Dawne świątynie, ufundowane jeszcze w XVII wieku przez piątego Dalaj Lamę, odbudowują się ukryte pośród socjalistycznych bloków i tętnią życiem. Ubrani w bordowe szaty lamowie recytują sutry, wierni wchodzą i padają na twarz przed posągami buddów i bodhisattwów, obchodzą wkoło świątynie wprawiając w ruch bębny na których wypisane są modlitwy, a kiedy bębny się kręcą, modlitwy odmawiają się same. Gong ogłasza porę obiadu i młodzi mnisi roznoszą na tacach dania starym lamom. Przypadkiem jesteśmy w tym momencie w w klasztorze Nanwu. Ktoś nas pyta, czy dostaliśmy obiad. „Nie? To chodźcie za mną.” W refektarzu dla świeckich wydaja obiady za darmo, ryż i warzywa popijane soloną herbatą.
Mnisi tybetańscy ubrani są w bordowe habity, świeccy w charakterystyczne tybetańskie kufaje, mężczyźni niemal wszyscy zakładają tylko jeden rękaw, drugi wsuwają gdzieś za pas. Kobiety mają kolorowe pasiaste fartuszki. Myślicie, że to ludowe rękodzieło? Ja też tak myślałem, dopóki nie zobaczyłem tych ubrań na manekinach w sklepach z ostatnią modą. Jakie tam rękodzieło, wszystko jest made in China. Tybetanki chcą nosić ludowe tybetańskie stroje? Skoro takie chcą kupować, to takie im trzeba dostarczyć. Made in China, w końcu jesteśmy w samym środku chińskiej prowincji Syczuan.
Adzia
W Kangding wszystkie napisy są w dwóch językach, po chińsku i tybetańsku. Po angielsku napisów raczej nie ma. Są wprawdzie gromady turystów, ale to wszystko są Chińczycy przyjeżdżający zobaczyć lodowce spływające z masywu Minya Konka, najwyższej góry rdzennych Chin. Zachodnich turystów jest tu co kot napłakał. Ale jednak w jednej z uliczek pośród sklepów z ostatnią tybetańską modą znajdujemy otwarte drzwi, za nimi schody prowadzące na górę, a obok rozstawiona tablicę z wypisanym kredą angielskim napisem: „herbata, informacje o regionie, na piętrze”. Wchodzimy na to piętro. Jest to niby herbaciarnia, ale wygląda na to, że jesteśmy jedynymi gośćmi, reszta – kilkoro młodych ludzi mówiących nieźle po angielsku – to obsługa. Zamawiamy strasznie drogą chińską herbatę i rozmawiamy z młodą osobą imieniem Adzia. Popijając chińską herbatę mówię, że to właśnie tybetańska herbata z solą, jaką nas poczęstowano w świątyni, przypomniała mi moją podróż przez zachodnie Himalaje trzydzieści lat temu. Wędrowałem wtedy pieszo od klasztoru do klasztoru, mijałem pastwiska, na których pasły się stada jaków, pasterze mieli kufaje założone na jedno ramię, a w klasztorach ubrani na bordowo mnisi częstowali mnie soloną herbatą z masłem i karmili tsampą. „Chcecie spróbować tsampy?” pyta Adzia i wyjmuje z szafki worek czegoś, co wygląda jak razowa mąka, zaparza tybetańską herbatę z solą i pokazuje, jak to trzeba razem ugnieść, żeby był tybetański posiłek. No tak, to jest właśnie smak Tybetu, tsampa – czyli prażony i zmielony jęczmień – zmieszany z zieloną soloną herbatą.
Adzia jest Tybetanką i mówi, że ta jej kawiarenka to takie małe centrum młodej kultury tybetańskiej. Pokazuje mi, nad czym ostatnio pracują – robią zdjęcia, reprodukcje prac młodego malarza, mnicha mieszkającego w Litangu, imieniem Da Qiongpei. W jego obrazach pojawiają się motywy z tradycyjnego buddyjskiego malarstwa Tybetu, ale połączone w niekonwencjonalny sposób, jest w nich też sporo motywów erotycznych. Niektóre z tych obrazów to ilustracje do wierszy tybetańskiego poety, które Da Qiongpei przetłumaczył na chiński. Adzia pokazuje nam tomik tych wierszy po chińsku. Poeta nazywał się Tsanyang Gyatso, żył w XVII wieku i był żywym buddą. W pierwszej chwili nie wiem o kogo chodzi, ale po chwili coś mi klika. Czterowiersze niby buddyjskie, ale z erotycznym podtekstem? Przecież sam coś takiego kiedyś tłumaczyłem na polski.
Czy to są wiersze szóstego Dalaj Lamy?”
Ćśśś” mówi Adzia kładąc palec na ustach. „O Dalaj Lamie nie wolno w Chinach mówić'”


Domyślam się, że niektórzy z czytelników chcieliby choć rzucić okiem na miłosne wiersze szóstego Dalaj Lamy. Oto one, w moim tłumaczeniu sprzed trzydziestu lat
Obraz pędzla Da Qiongpei

Zapach dziewczęcego ciała
Miłej mej, królowej szlaku
Kryształ górski bez wartości
Znaleziomy, wyrzucony.

Kochana czeka mnie w łóżku,
Poddaje swe słodkie ciało.
Czy przyszła mnie oszukać
I okraść mnie z moich zasług?

Szron na powiędniętych kwiatach
Zimny wiatr wieje z północy.
Szron i wiatr musiały przybyć,
By odgonić z kwiatów pszczoły.

Nad wzgórzami wolno wschodzi
Uśmiechnięta twarz księżyca.
W mym umyśle się pojawia
Uśmiechnięta twarz mej miłej.

Łabędź kocha się w jeziorze,
Chciałby na nim zostać dłużej.
Mróz jezioro skuwa lodem,
Łabędź leci w dal bez żalu.