Thursday, July 18, 2024

Czy można urodzić się gejem? (cykl tekstów z adrenaliną)

Nie podejmuję tego tematu dlatego, że mam jakąś wewnętrzną potrzebę jego podjęcia. Raczej podejmuję go dlatego, że jest to temat w naszych czasach modny, a jednocześnie podejmujące go teksty okazują kompletny brak jasności myślenia.

Zacząć trzeba od paru oczywistości. Nie od wierzeń tej czy innej grupy ludzi ani od teorii naukowych, ale oczywistości. To, że każdy człowiek kiedyś umrze, nie jest ani wierzeniem jakiejś grupy ludzi (na przykład religijnym), nie jest też teorią naukową, to jest oczywistość. To, że każdy człowiek kiedyś się urodził, też jest oczywistością. Otóż oczywistością należącą do tej samej kategorii jest twierdzenie, że narządy rodne służą do przekazywania życia. To nie jest teoria naukowa ani przedmiot wierzenia jakiejś grupy religijnej, to jest oczywistość. Zarówno przyjemność doznawana w czasie aktu przekazywania życia jak i popęd do tego, by owe akty wykonywać, są niejako podrzędne; są po to, by poszczególni osobnicy dążyli do wykonywania tego aktu.

Kolejną oczywistością jest, że je się po to, by przedłużać życie danego osobnika, a zarówno pojawiające się czasem uczucie głodu jak i przyjemność doznawana w czasie jedzenia smacznych potraw jest podrzędna; jest po to, by skłaniać danego osobnika do jedzenia. Nikt nie twierdzi (jak dotąd, nigdy nie wiadomo, co kto może za jakiś czas wymyślić), że celem jedzenia jest przyjemność doznawana w czasie spożywania smacznych pokarmów.

Istotne jest tu rozróżnienie pomiędzy celem a motywacją. Tak jak celem edukacji jest przygotowanie do lepszego startu w późniejszym życiu, ale motywacją kilkulatka do odrabiania lekcji jest cukierek, który dostanie jak skończy, tak celem jedzenia może być przedłużenie życia, ale przygotowując posiłek można o tym nie pamiętać i chcieć zjeść coś smacznego.

Dlatego twierdzenie, ze celem zachowań seksualnych jest doznawanie przyjemności jest pomieszaniem pojęć. Jest myleniem celu z motywacją. Twierdzenie, że niektórzy się rodzą z wrodzoną skłonnością do doznawania owej przyjemności z osobą tej samej płci - jest pomieszaniem tych samych pojęć. Jest oznaką braku jasności myślenia. Twierdzenie, że niektórzy się rodzą z taką właśnie skłonnością zdaje się być w ostatnich czasach jakby paradygmatem, jest to jednak paradygmat nie mający żadnych racjonalnych podstaw.

Nie ma i nie może ono mieć podstaw naukowych. Jedyne co może mieć to to, że osoby z jakimiś naukowymi tytułami takie twierdzenia głoszą. Jako się rzekło - nie jest to temat, który by mnie fascynował, nie czytałem więc rozważań z których by wynikało, że skłonności do czerpania przyjemności z zachowań seksualnych z osobami tej samej płci jest wrodzona. Wiem jednakże wystarczająco dużo o zasadach prowadzenia badań naukowych by wiedzieć, że twierdzenia takie nie mogą być wynikiem badań naukowych.

Już wyjaśniam o co chodzi. Otóż teorie naukowe wysnuwane są na podstawie eksperymentów, które inni mogą powtórzyć i sprawdzić. Mogą być też wnioski wysnuwane na podstawie danych statystycznych, które też mogą być ponownie zebrane. Aby sprawdzić skuteczność leków trzeba zawsze badać dwie grupy ludności, jednej podając lek, drugiej placebo. Dane anegdotyczne są (w takim przypadku) niedopuszczalne. Nie można naukowo stwierdzić, że lek działa, bo jakaś ciotka go użyła i zadziałało.

Tymczasem osoby czerpiące przyjemność z zachowań seksualnych z osobnikami z tej samej płci twierdzą czasem, że "zawsze ich interesowała nagość osób tej samej płci", ale są to wyłącznie dane anegdotyczne, czyli żadne. Można założyć, że skoro osoby te otwarcie określają same siebie jako "geje", to przeszły już inicjację seksualną. Czy taka inicjacja nie mogła mieć wpływu na późniejsze wybory?

W czasach kiedy ja byłem nastolatkiem i czytałem książki o seksie paradygmatem była teza, że o późniejszych wyborach decyduje prawo pierwszych połączeń, czyli inaczej - że pierwsze doświadczenia sprawiające przyjemność są następnie powtarzane. Czyli że jeśli ktoś miał inicjację z osobą tej samej płci, to następnie dążył do podobnych przeżyć. To nie była teoria naukowa oparta na badaniach, natomiast opierała się na założeniu, że wszyscy ludzie rodzą się tacy sami, a jedynie doświadczenia życiowe wpływają na późniejsze wybory. Ta teza została zastąpiona inną tezą, również nie opartą na badaniach, ale wychodzącą z założenia, że niektórzy ludzie wprawdzie wyglądają tak samo jak wszyscy, ale są już od urodzenia inni. Ta teza rozpowszechniona została tylko przez wielokrotne powtarzanie. Nie ma i nie może ona mieć podstaw naukowych.

Aby mieć rzeczywiście naukowe dane na temat tego, czy inicjacja seksualna z osobą tej samej płci ma wpływ na późniejsze wybory osoby poddanej takiej inicjacji, musielibyśmy przeprowadzić eksperyment - na przykład pewną grupę ludzi nieaktywną seksualnie poddać inicjacji z osobami tej samej płci, inną grupę kontrolną, również nieaktywną seksualnie, poddać inicjacji z osobami płci przeciwnej, a następnie mieć dane dotyczące ich późniejszych wyborów. Taki eksperyment nie tylko nie został przeprowadzony, ale przeprowadzony być nie może, bowiem w naszej kulturze jak dotąd (Bogu dzięki) inicjacja seksualna uważana jest za sferę życia zbyt intymną, by być przedmiotem eksperymentów. Dlatego właśnie trudno mi sobie wyobrazić jakikolwiek eksperyment w tej dziedzinie. Tymczasem bez przeprowadzenia badań naukowych teza, że niektórzy ludzie wyglądają wprawdzie tak samo, ale w rzeczywistości są inni niż wszyscy - jest bezpodstawna.

Piszę o wyborach (tych po inicjacji seksualnej), bowiem decyzja o tym z kim prowadzić życie seksualne - jest zawsze wyborem. Skłonności mogą mieć wpływ na wybory, ale to nie one są decydujące. Człowiek może mieć skłonność do jedzenia smacznych rzeczy na sam ich widok, ale przecież nikt nie je prosto z półki apetycznie zaprezentowanej żywności w supermarkecie. Wiele osób może mieć skłonność do współżycia seksualnego z osobami innymi niż współmałżonek, jednak wybiera wierność współmałżonkowi. Oczywiście jest też wiele osób, które wybierają niewierność albo i rozpustę, ale to nie skłonność jest tu decydująca. Osoby wybierające celibat wcale niekoniecznie mają do niego skłonność, podobnie jak osoby decydujące się na post wcale niekoniecznie mają skłonność do niejedzenia. Zwracam przy tym uwagę, ze piszę wprawdzie o wyborach, ale nigdzie nie napisałem, że którykolwiek wybór jest naganny.

Ten artykuł nie zawiera ocen. Jeżeli czytelnik w tym artykule widzi oceny, to sam jest ich źródłem. W żadnym miejscu nie jest tu napisane, że czerpanie przyjemności ze stosunku seksualnego z osobami tej samej płci jest naganne. Co najwyżej z tezy (oczywistej), że narządy rodne służą do prokreacji, a przyjemność doznawana przy tej okazji jest elementem podrzędnym - można wywnioskować, że doznawanie przyjemności z zachowań seksualnych z osobami tej samej płci jest zachowaniem zastępczym, czyli że narządy rodne są używane do osiągania przyjemności z pominięciem ich głównej funkcji. Tyle że taki wniosek nie jest w żadnym razie oceną. Nigdzie w tym tekście nie jest powiedziane, że zachowania zastępcze są naganne. Co więcej - wszelkie zachowania seksualne, które mają dostarczyć przyjemności nie doprowadzając do ciąży, są w takim sensie zachowaniami zastępczymi. Dotyczy to również praktyki okresowej wstrzemięźliwości, czyli powstrzymywanie się od stosunku (heteroseksualnego) w okresie płodnym kobiety, ale praktykowanie go w okresie niepłodnym. Zatem jeśli ktoś w moim tekście widzi ocenę, ten tak naprawdę sam ocenia. I w tym właśnie jest istota sprawy.

Teza o wrodzonej skłonności do pewnych zachowań seksualnych jest (jak wynika z powyższego tekstu) pozbawiona racjonalnych podstaw, a jednak jest z jakiegoś powodu uparcie głoszona. Z jakiego powodu? Jestem skłonny sugerować, że odpowiedź jest zawarta w samej tej tezie. Wrodzone skłonności miałyby tłumaczyć pewne zachowania. Tylko po co takie tłumaczenie? Dla porównania preferencje kulinarne są również różne, a przecież nikt nie powtarza uparcie tezy o wrodzonej skłonności do tej czy innej preferencji kulinarnej. No tak, ale nikt nie uznaje żadnej preferencji kulinarnej za naganną. A kto uznaje za naganne preferencje seksualne? Otóż jestem skłonny przypuszczać, że sam fakt szukania usprawiedliwienia dla jakichś zachowań seksualnych sugeruje, że owi szukający uważają tego rodzaju zachowania za naganne.

Dodatkowym problemem jest użycie słów "miłość" i "kochanie". Niektórzy podobno "kochają" osoby tej samej płci i dlatego powinni z tymi osobami współżyć seksualnie. W zasadzie jest to nadużycie, świadome mieszanie pojęć ułatwione tym, że słowa "miłość" i "kochanie" mają wiele znaczeń, nierzadko przeciwstawnych. Nikt się przecież nie dziwi miłości między rodzicami a dziećmi (a więc także między matką a córką lub między ojcem i synem), ale jeśli w tym kontekście zachodzą jakieś kontakty seksualne, są one uważane (nawet w naszym świecie pomieszanych pojęć) za zboczenie. Jednakże słowo "miłość" może mieć znaczenia przeciwstawne nawet w sytuacji, kiedy kontakt seksualny nikogo by nie dziwił. Mężczyzna kochający kobietę zamężną może (jednym znaczeniu tego słowa) robić wszystko, by mieć ją dla siebie, a więc i doprowadzić do rozpadu małżeństwa, może też (w przeciwnym znaczeniu) robić wszystko, by była szczęśliwa w swym małżeństwie (tak jak robił główny bohater filmu "Casablanca"). Dlatego twierdzenie, że "miłość" musi prowadzić do kontaktów seksualnych, jest nieuzasadnione. A jednak jest uparcie powtarzane. Dlaczego? Znów mi to wygląda jakby ktoś szukał usprawiedliwienia dla zachowań, które sam w głębi serca uważa za naganne.

Jednakże jest też bardziej złowroga strona tezy, że niektórzy ludzie wprawdzie wyglądają tak samo, ale w rzeczywistości są od urodzenia inni niż otaczająca ich większość. Taka teza była już kiedyś głoszona, też stała się paradygmatem przez czcze powtarzanie, powtarzana była przez autorytety z tytułami uniwersyteckimi, poparta wywodami uznawanymi podówczas za "naukowe". Żeby nie być gołosłownym rzucę jedno nazwisko: Houston Stewart Chamberlain, sztandarowa postać tak zwanego "naukowego rasizmu". Głosił on, że niektórzy ludzie wprawdzie wyglądają tak samo jak inni, ale mają wrodzoną tendencję do niszczenia społeczeństwa i w zasadzie należałoby się ich pozbyć. Wtedy nie chodziło o skłonności do zachowań seksualnych tylko o to, jaką religię wyznawali przodkowie. Wtedy również nie było żadnych badań, które można by uznać za naukowe, było jedynie powtarzanie. Jak się to wszystko skończyło, wiadomo.


* * *

Kilka słów gwoli powtórki, bo mam wrażenie że trzeba tu trochę łopatologii.

Ten tekst jest świadomie napisany bez oceniania by było jasne, że oceniającym jest tak naprawdę czytelnik. Piszę wprawdzie o wyborach, ale nigdzie nie jest napisane, że ten czy inny wybór jest naganny. Jeśli czytelnik widzi w tym tekście ocenę, to on jest jej źródłem. Napisałem ten tekst widząc, że teza o "wrodzonej" skłonności do pewnych zachowań stała się jakby paradygmatem, a ja sądzę, że nie ma on żadnych podstaw.

Celem tego tekstu nie jest ocenianie i tak naprawdę moja ocena tej czy innej aktywności jest tu bez znaczenia. Celem tego tekstu jest pokazanie, że:

  • - samo szukanie usprawiedliwienia dla jakieś aktywności jest podbudowane oceną, czyli inaczej kto szuka usprawiedliwienia, ten sam tak naprawdę ocenia (oczywiście negatywnie, skoro szuka usprawiedliwienia).

  • - twierdzenie, że pewne skłonności seksualne są wrodzone, nie ma i nie może mieć uzasadnienia naukowego, bowiem ewentualne badania dotyczyłyby sfery zbyt intymnej, by mogła być przedmiotem eksperymentów. Dlatego takie uparcie powtarzane twierdzenie jest w swej istocie szukaniem usprawiedliwienia.

Nie jest celem tego tekstu udowodnienie, że pewne skłonności nie mogą być wrodzone, a jedynie, że nie można takiej wrodzoności naukowo udowodnić. Skoro nie można udowodnić wrodzoności, to nie można również udowodnić tezy przeciwnej, ale to nie ma się nijak do argumentu: twierdzenie, że pewne skłonności seksualne są wrodzone, nie ma i nie może mieć uzasadnienia naukowego.

Piszę też o oczywistościach, bo w dzisiejszym świecie "nauka" stała się jakimś fetyszem, osoba z tytułem naukowym jest - niczym jakiś kapłan - niepodważalnym autorytetem. A przecież do niektórych twierdzeń wcale nie trzeba nauki, bo są oczywiste. Mi chodzi przede wszystkim o jasność myślenia. Teza o "wrodzoności" jest akurat w modzie, moda z całą pewnością przeminie, natomiast istotne jest, by nie przeminęła jasność myślenia.

I na koniec trochę łopatologii o ostatnim akapicie. Obecnie modne są zarówno teza o "wrodzonej skłonności do pewnych zachowań" jak i pozytywne nastawienie wobec osobników, którzy takie "wrodzone skłonności" mają. To się może zmienić, na przykład może pozostać teza o "wrodzoności", a pozytywne nastawienie się może przestać być pozytywne. Nastawienie do Żydów zmieniło się diametralnie, tak samo może się zmienić nastawienie do gejów. Już w tej chwili zaczyna się uważać skłonność do pedofilii za wrodzoną, ale już nastawienie do osób ją przejawiających pozytywne nie jest. Czy trudno sobie wyobrazić nagonkę na ludzi o takich czy innych skłonnościach, a za ileś tam lat przejęcie władzy przez jakąś partię, która będzie wcielać w życie jakieś absurdalne tezy? Dlatego uważam, że obrona jasności myślenia jest bardzo istotna.



Więcej podobnych tekstów z dodatkiem adrenaliny w mojej książce 

"ADRENALINA, czyli antologia przeciwnych poglądów"



Saturday, July 13, 2024

Feminizm jako choroba psychiczna (cykl tekstów z adrenaliną)

Dziś będzie o takiej kulturze, której z różnych względów postanowiłem nie nazywać po imieniu. Dlaczego? Na razie zmilczę, tym niemniej zapewniam, że pomimo dziwności opisywanych poniżej zachowań jest to najprawdziwsza kultura rozwijająca się w wysoko rozwiniętym kraju.

Otóż w pewnym kraju za górami za lasami powszechnie uznaną teorią powstania i rozwoju życia na Ziemi jest teoria ewolucji. Z teorii tej wynika, że istoty żywe ciągle się zmieniają, powstają wciąż nowe gatunki, w wyniku takiej ewolucji wzmacniane są cechy przysparzające potomstwa, natomiast eliminowane są cechy zmniejszające szanse na potomstwo. Teoria owa wydaje się być na pierwszy rzut oka całkiem sensowną, na drugi rzut oka też, dlatego dziwić może, że w owym kraju pojawił się w pewnym momencie ruch dążący do odrzucenia tej teorii. Podstawą do tego odrzucenia ma być sprawiedliwość społeczna. Dziwne, prawda? Ja też się dziwię. Istnieje w owym kraju spora grupa ludzi, która zamiast normalnych zachowań seksualnych prowadzących do stosunku seksualnego pomiędzy osobnikami przeciwnej płci i ostatecznie do prokreacji – woli zachowania, które również nazywa seksualnymi, ale które seksualnymi z definicji być nie mogą, bowiem odbywają się pomiędzy osobnikami tej samej płci, czyli w żadnym razie do prokreacji prowadzić nie mogą, czyli – jeszcze innymi słowy – są całkowicie bezpłodne. Zachowania te objęte zostały tą samą nazwą, ponieważ towarzyszy im zdejmowanie majtek (które w owym kraju kojarzy się z seksem) oraz pobudzanie narządów płciowych. Osobnicy owi bardzo lubią się oddawać takim zastępczym zachowaniom, twierdzą przy tym, że odczuwana przez nich tendencja jest wrodzona. Teza o wrodzonej skłonności do erzacu dowodzi oczywiście, że teoria ewolucji jest nieprawdziwa, bowiem wedle niej cecha obniżająca szanse wzbudzenia potomstwa powinna zostać wyeliminowana wiele milionów lat temu. Tymczasem zwolennicy erzacu uważają się za inny rodzaj ludzi stanowiący mniejszość i – domagający się praw. Jednym z głównych żądań jest oficjalne uznanie tej tendencji za wrodzoną. Skoro normalne zachowania seksualne są wrodzone, to skłonność do zachowań zastępczych powinna być uznana za wrodzoną, wówczas głoszenie tezy przeciwnej byłoby nielegalne. Tak więc teorię ewolucji należy zdelegalizować.

Zwolennicy erzacu w owym kraju domagają się praw, które nazywają równymi, ale tak naprawdę chodzi nie o prawa równe, lecz równiejsze. Twierdzą oni nierzadko, że nie mają „żadnych praw”, ale jest to oczywista nieprawda, mają bowiem prawa dokładnie takie same jak wszyscy inni. Mają prawo do wchodzenia do wszystkich restauracji i autobusów, mają prawo do nauki, do opieki zdrowotnej, do służby w armii, do głosowania i do kandydowania we wszelkich wyborach, mają prawo do zawierania małżeństw z (tak jak wszyscy inni) osobami płci przeciwnej i po zawarciu takiego małżeństwa do adoptowania dzieci. Zwolennicy erzacu twierdzą jednak, że prawa do adopcji nie mają. Żądają oni, by „małżeństwami” nazywano związki dwojga osobników płci tej samej i by takie „małżeństwa” miały prawo adoptować dzieci. Żądają oni, by – jak na pewnej planecie, którą swego czasu odwiedził sławny podróżnik Ijon Tichy – oficjalnie zadekretowano, że np. mężczyzna może być matką, ewentualnie że dziecko nie potrzebuje matki (co w sumie na jedno wychodzi). Żądają oni również, by oficjalnie zadekretowano, że prawo do adopcji ma nie dziecko, że to nie dziecko ma prawo bycia adoptowanym przez najlepszą dlań rodzinę, lecz że mają je potencjalni „rodzice”, którzy dziecka potrzebują, by na nim spełniać jakieś swoje naturalne potrzeby.

Nie jest to jedyny ruch walczący w tym kraju o sprawiedliwość społeczną i posługujący się w swej walce tego rodzaju błyskotliwą inteligencją. Istnieje tam pewna grupa kobiet (mniejszość, na szczęście dla kobiet w ogólności), która uważa, że jest prześladowana ze względu na swoją kobiecość. Przykłady owego prześladowania podaje różne, jeden z nich, dość typowy, jest następujący: w dominującej w owym kraju religii funkcje kapłańskie spełniali zawsze wyłącznie mężczyźni. Kapłaństwo jest oczywiście uważane za służbę, sam ryt święceń kapłańskich zawiera szereg znaków pokory (jak leżenie przez jakiś czas krzyżem), owe bojowniczki domagają się jednak tego, by i one mogły służyć w taki sposób, w jaki one uznają za stosowne. Jakoś nie przychodzi im do głowy, że domaganie się jest niekompatybilne z pokorą. Nie przychodzi im do głowy, że służba polega na robieniu tego, o co się jest poproszonym, a nie na domaganiu się. Z tego wynika, że bojowniczki owe nie domagają na umyśle. Na całe szczęście stanowią one mniejszość stanu kobiecego, większość kobiet jest zdrowa na umyśle i potrafi zrozumieć znaczenie słów i zachowań.

Owe domagające się kobiety nie potrafią poprawnie rozumować, nawet lekcja marksizmu spłynęła po nich jak po kaczce. Przypomnijmy na wstępie na czym polegał marksizm. Otóż w owym systemie wniosek był z góry ustalony, a całe „rozumowanie” polegało na znajdywaniu „przesłanek” mających ten wniosek uzasadnić. Oczywiście tego rodzaju „rozumowanie” jest równie płodne, co zabawa dwóch facetów pobudzających wzajemnie swe genitalia. „Przesłanki” tym sposobem znalezione niczego nie udowadniają, mogą jedynie zwodzić i fałszować rzeczywistość. Prawdziwe rozumowanie jest procesem odwrotnym: jest to wyciąganie wniosków z posiadanych informacji, jest to proces stosowany po to, by wynikające zeń działanie miało sens. Człowiek stosujący prawdziwe rozumowanie nie ma problemów ze zmianą poglądów w przypadku zmiany (zwiększenia) zasobu wiedzy stanowiącego ich podstawę. Na tym polega warunkowość wszystkich teorii naukowych, na tej też zasadzie nowe technologie wypierają stare. Marksizm oczywiście nie należał do teorii naukowych, był tylko „teorią”, jednakże jej prawdziwość została zadekretowana i głoszenie poglądów przeciwnych było niezgodne z prawem. Głosiciele marksizmu na próby podważenia tej „teorii” reagowali nie polemiką, ale telefonem do odpowiedniej instytucji. Owe domagające się kobiety w kraju, o którym mówimy, z niedawnej historii marksizmu nie wyciągnęły żadnych wniosków i do dziś funkcjonują podobnie: mają gotową „tezę”, a całe ich „studia” oraz „rozumowanie” polega jedynie na szukaniu przesłanek mających ową tezę udowodnić. Są oczywiście i różnice, na przykład na próbę polemiki reagują one nie telefonem, lecz kocim wrzaskiem, choć dążą też do tego – na razie bez wielkiego sukcesu – by przynajmniej niektóre swoje tezy zadekretować prawnie jako prawdziwe tak, by głoszenie poglądów przeciwnych uznane było za dyskryminację i zwalczane przez policję. Na razie bez wielkiego sukcesu, bo na całe szczęście stanowią one mniejszość kobiecego rodzaju.

Dziwna kultura, prawda? Ja też się dziwię. A gdyby ktoś z polskich czytelników (lub czytelniczek) odnalazł jakieś znajome cechy i chciał się obrazić, to nie powinien, bowiem nazwę opisywanego kraju zataiłem świadomie, by ewentualnego kociego wrzasku uniknąć. Koci wrzask jest bowiem również czynnością bezpłodną, a na takowe szkoda energii.


PS (napisane po przeczytaniu kilku komentarzy)
Wygląda na to, że zbyt dużo adrenaliny nie zawsze dobrze wpływa na odbiór tekstu. Ktokolwiek odebrał go w kategoriach "biją naszych", ten powinien przeczytać ten tekst jeszcze raz. Mnie nie interesuje patrzenie na świat w kategoriach kibica sportowego, czyli podział ludzi na naszych, których trzeba bronić, oraz obcych, którym można przysrywać. Interesuje mnie wadliwy mechanizm myślenia, który tępiłem i będę tępił w każdej wersji: patriotycznej, teologicznej, feministycznej, homoseksualnej i jaka tam jeszcze może być. Chodzi o myślenie wedle schematu: najpierw jest "wniosek", potem szukanie przesłanek mających ten "wniosek" udowodnić. Nie wypowiadam się na temat dopuszczalności czy też niedopuszczalności zachowań homoseksualnych samych w sobie, natomiast nazywam je po imieniu, to znaczy zachowaniami zastępczymi. Natura wyposażyła człowieka w narządy rodne po to, by przekazywał życie; to nie jest teoria naukowa, to jest oczywistość. Wynika z niej, że wykorzystanie tychże narządów w innych celach jest zachowaniem zastępczym. Budowanie "naukowych teorii" mających dowieść czegoś innego jest - niezależnie od ilości naukowych tytułów twórcy takiej "teorii" - wadliwym myśleniem wedle wyżej przedstawionego schematu.
W powyższym tekście mi nie chodzi o same kobiety wyzwolone (nie mam absolutnie nic przeciwko takowym, a często mi imponują) czy mniejszości seksualne (też mi nie wadzą póki mi nie wadzą, co zaznaczam, bowiem parę dni temu niewiele brakowało, a dopuściłbym się rasistowskiego ataku na pewnym Murzynie w pisuarze na stacji Finsbury Park, który to Murzyn z takim zainteresowaniem oglądał mi kutasa, że omal mi go nie polizał). Chodzi mi o sposób myślenia. Jest to dokładnie ten sam sposób myślenia, który swego czasu w tekściku "Odruch Pawłowa a sytuacja w Polsce" opisałem na przykładzie księży oraz Hegla, bodajże użyłem nawet tych samych sformułowań. Najpierw jest wniosek, a potem cały wysiłek skierowany na to, żeby "wniosek" udowodnić. Jest to gonienie w piętkę i w najlepszym razie strata czasu, tak naprawdę sądzę, ze konsekwencje są znacznie groźniejsze. Jest to bowiem utwierdzanie się w niezrozumieniu rzeczywistości, a to nierzadko grozi katastrofą. Jest to dokładnie takie samo "myślenie", co na przykład przemysłowców wydających wielkie pieniądze na badania mające udowodnić, że ich działania nie szkodzą środowisku, potem taki Trump im wierzy, a płacić będą przyszłe pokolenia. Z feministkami i walczącymi mniejszościami seksualnymi jest to samo: igrają z ludzką psychiką posługując się jedną tylko miarą: zasadą przyjemności, ale nie wiedzą co robią, a dżinn wypuszczony raz z butelki tak łatwo do niej nie wróci. Mój głos brzmi może gniewnie, ale jest tak naprawdę ostrzeżeniem. Nie jest zbyt słyszalny, no ale cóż, robię co mogę. A z całą pewnością nie będę firmował wypuszczania dżinna z butelki.



Więcej podobnych tekstów z dodatkiem adrenaliny w mojej książce 

"ADRENALINA, czyli antologia przeciwnych poglądów"


Wednesday, July 3, 2024

Odruch Pawłowa a sytuacja w Polsce (z cyklu tekstów z adrenaliną)

Choroba społeczna (W), którą można by nazwać "przerostem uwarunkowania", panoszy się po kraju. To nie są wcale żarty, bakcyl ogarnia coraz szersze grupy ludzi, deformując ich myślenie. (I) Trzeba bić na alarm - to epidemia! Odruch warunkowy jest rzeczą normalną i konieczną, dzięki niemu chodzimy i mówimy, świadomie go wykorzystujemy ćwicząc dżudo czy grę na fortepianie. (A) Ważne jednak, by był na swoim miejscu: narzędziem pod kontrolą świadomości. Choroba - czyli zachwianie naturalnej równowagi - pojawia się w tedy, gdy uwarunkowanie zaczyna determinować świadome działanie. (R) Treść uwarunkowania może być bardzo różna, ale bez przesady można powiedzieć, że ta właśnie choroba doprowadziła do upadku wielkie państwa i cywilizacje, wyjaławiała największe nawet ruchy religijne. Przykładów można by przytoczyć setki, ale ja ograniczę się tylko do trzech; wszystkie trzy dotyczą, obecnej sytuacji w Polsce. (A)

Odruch Pawłowa a poezja.
Jestem najlepszym poetą w Polsce, mówi o sobie chyba co najmniej z setka polskich poetów. O czym to świadczy? (,) Czy o tym, że istotnie są najlepsi? Krytyk literacki ( nie tylko zresztą literacki) powinien sobie zadawać zawsze trzy pytania: 1.Co autor chce osiągnąć za pomocą wypowiedzi? 2.Czy warto to osiągnąć? 3.Czy wypowiedź rzeczywiście osiąga swój cel? (N) Zwykły czytelnik nie musi oczywiście być krytykiem, ale jeśli ma rozważać kwestię "najlepszości", to te pytania zadać sobie może i tak. A zatem co chce osiągnąć "najlepszy poeta" pisząc wiersze? (I) Z chętnie i głośno wyrażanej samooceny wnioskować można, że przede wszystkim osiągnąć chce własną sławę. A jeśli tak, to odpowiedź na pytanie drugie, z punktu widzenia czytelnika, będzie: Co mnie to obchodzi? (E) A na pytanie trzecie (zważywszy, że to właśnie reakcja czytelnika stanowi odpowiedź) będzie: Pocałuj mnie w... Stąd oczywiście płynie nauka dla poetów: przed napisaniem wiersza warto siebie samego zapytać: Co chcę przezeń osiągnąć?( )Jeżeli odpowiedzią ma być "wyrażenie siebie", to warto zadać sobie i pytanie drugie: Czy to ma sens? (W) Dlaczegóż bowiem potencjalnego czytelnika zamęczać tekstami o stanach psychicznych nieznanego sobie poety? Dlaczegóż czytelnika owego miałoby to w ogóle obchodzić? Może z takim tekstem należałoby udać się nie do wydawcy, ale do psychiatry? (I) Jestem najlepszym poetą w Polsce, mówi o sobie chyba z setka poetów. Czy świadczy to o tym, że są istotnie najlepsi? (E) Ależ skądże! Świadczy to jedynie o tym, że nie wyrośli z myślenia szkolnego: piszą wypracowania na ocenę. (R) Szkoła polska daje być może rozległą wiedzę, ale najwyraźniej kształtuje też odruch warunkowy: za dobre wypracowanie należy się pochwała. Większość jej adeptów wyrasta kiedyś ze stadium szukania pochwał jako motywu działania, ale najwyraźniej nie wszyscy. (Z) Dlaczego jakikolwiek poeta miałby być w ogóle najlepszy? Każda wypowiedź, wiersza nie wyłączając, jest po to, by coś komunikować; oceny typu "gorszy, lepszy" nie powinny być tu wplątywane. (C) Oceny takie należą do kategorii aktywności ludzkiej związanej ze zwracaniem uwagi. Potrzeba zwrócenia na siebie uwagi jest również jedną z naturalnych potrzeb psychicznych, ale ona również powinna być - tak jak uwarunkowanie - pod kontrolą świadomości. (I) Jeżeli jest ona impulsem dla działalności pożytecznej z innych względów, to dobrze. Jeżeli potrzeba zwrócenia uwagi jest jedynym motywem wypowiedzi, to mamy do czynienia z paplaniem. (E) Na marginesie mam też pytanie do krytyków, szczególnie tych deliberujących nad stanem polskiej poezji: czy nie warto by wpierw zapytać samego siebie: po co właściwie jest poezja? ( ) Jaka jest jej funkcja społeczna? Może jest skamieniałością, przeżytkiem z czasów, gdy była użyteczna i pozostała jedynie na zasadzie uwarunkowania? Nie twierdzę że tak jest, ale pytanie warto sobie zadać (F)


Odruch Pawłowa a poglądy
Rozumowanie jest wyciąganiem wniosków z posiadanych informacji, jest procesem myślowym stosowanym po to, by wynikające zeń działanie miało sens. Wynikiem rozumowania jest POGLĄD. (E) Wada w myśleniu pojawia się wówczas, gdy osoba głosząca pogląd identyfikuje go ze swym "honorem", kiedy obalenie poglądu staje się utratą twarzy. Wówczas zaczyna się "rozumowanie" nie po to, by wyciągnąć właściwe wnioski, ale po to, by usprawiedliwić pogląd. (N) Jest to częsta choroba uczonych, szczególnie humanistów. Łysenkę zdemaskowały drzewa, ale kretyni tacy jak Hegel do dziś mają poważanie. (R) Pół biedy byłoby, gdyby pogląd był zawsze wnioskiem rozumowania, choćby błędnego; rzecz w tym, że wcale nie zawsze tak jest. Gdyby tak było, to nie byłoby problemu ze zmianą poglądów w razie zmiany (zwiększenia) zasobu informacji stanowiącego ich podstawę. (Y) Tymczasem jakże często spotykamy się (w Polsce) z opinią, że "niezmienne poglądy" to cecha pozytywna, a "obrona poglądów" to szlachetna aktywność. W takim wypadku poruszamy się w świecie uwarunkowań. (C) Dla przykładu poglądy religijne - sedno religii jest poza uwarunkowaniami, ale cały szereg związanych z nią zachowań i sposobów myślenia jest wynikiem uwarunkowania (np. wpływ rodziców: Będziesz miał taki światopogląd jak ci mówię, inaczej nie masz się co w domu pokazywać; zazwyczaj metody są łagodniejsze, lecz nie mniej skuteczne. Najbardziej jaskrawym przykładem jest tu zawód księdza. Ksziądz jest zawodowym obrońcą poglądów nakazanych, niezależnie od własnych wątpliwości. (H) Głoszenie poglądów wbrew własnemu przekonaniu jest jawnym kłamstwem, dlatego w razie wątpliwości dla zachowania "czystości sumienia" ksiądz sam musi sobie udowodnić wątpiony pogląd. Jest to samoindoktrynacja, szczególnie szkodliwy proces myślowy polegający w zasadzie na uwarunkowywaniu samego siebie. (O) Wątpliwości wypchnięte są do podświadomości, by głosić kazania w zgodzie z sumieniem, lecz taka "prawdomówność" jest tylko pozorna. Szczególna szkodliwość tego procesu leży jednak gdzie indziej. (W) Kiedy mój trzyletni syn dostał trzykołowy rower, nie umieją na nim jeszcze jeździć wsiadał nań i wołał: Pędzę! Pędzę! Na całe szczęście nie uwierzył w to, że na tym polega jazda na rowerze, gdyby bowiem tak się stało - nigdy by się nie nauczył naprawdę jeździć. (I) Niestety, zbyt wielu kaznodziejów zdaje się sądzić, że samoindoktrynacja jest "pogłębianiem wiary". Znajdą się pewnie osoby skłonne posądzić mnie o nihilizm religijny czy też "bezbożność". (,) Osobom tym chciałbym zwrócić uwagę, że przytaczając anegdotkę o moim synu nie sugeruję wcale, że na rowerze nie da się jeździć, lecz że wykrzykiwanie Pędzę! Pędzę! nie jest jazdą na rowerze.( )

Odruch Pawłowa a politykierstwo
Przedsierpniowa opozycja demokratyczna w Polsce skupiała dwa bardzo ze sobą kontrastujące typy ludzi. Pierwszy typ stanowili ci, którzy zrozumiawszy naturę systemu nie zgadzali się nań albo ze względu na niezgodę na zakłamanie, albo z nadzieją uniknięcia jego niszczących skutków praktycznych, np. ekonomicznych. Dla nich indoktrynacja komunistyczna była próbą uwarunkowania wolnego umysłu. (O) Drugi typ stanowili tacy, którzy uwarunkowani byli na inną ideologię lub światopogląd i oponowali przeciw próbom przewarunkownia ich na komunizm. (N) Dla tych indoktrynacja komunistyczna była próbą zastąpienia Piłsudskiego czy Matki Boskiej Częstochowskiej - Leninem. Nie próbowali oni nawet zrozumieć komunizmu, lecz odrzucali go w całości razem ze wszystkimi osobami, które się kiedykolwiek oń otarły. ( ) W dzisiejszym panteonie politycznym gołym okiem widać podział na tych, którzy uwarunkowani na Józefa P. (lub Romana D.) oraz NMP Częstochowską nie rozumieją nic z życia społecznego, za to głośno krzyczą o wartościach przez siebie wyznawanych; oraz tych, którzy przynajmniej starają się zrozumieć życie społeczne, a w każdym razie zdają sobie sprawę, że Józef P., Roman D. oraz NMP nie mają wiele wspólnego ze współczesną polityką. Kilkadziesiąt lat rządów ludzi uwarunkowanych na ideologię ustaloną przez dawno wymarłych Przewodniczących powinno nam jasno uświadomić niebezpieczeństwo pojawiające się, gdy pseudopolitycy przejmują władzę. (B) Służba poglądom to niebezpieczeństwo, które trudno przecenić. Podróże kształcą: mieszkając w Anglii dowiedziałem się, że w tym kraju osoba nie potrafiąca odróżnić opinii od faktu nie ma kwalifikacji nawet do tego, by pisać policyjny raport. (R) W Polsce najwyraźniej umiejętność odróżnienia poglądów od wiedzy wcale nie jest konieczna, by dostać się na najwyższe stanowiska państwowe, nie mówiąc już o sejmie. A czym się różnią poglądy od wiedzy? (E) Aby zilustrować to w sposób praktyczny, literkami w nawiasach wstawiłem dodatkowe zdanie w mój tekst i radzę je przeczytać Z faktu funkcjonowania odruchu Pawłowa w naszym myśleniu trzeba sobie bezwzględnie zdać sprawę. (D) Jest to warunek konieczny następnego, nie mniej istotnego kroku: odróżnienia rzeczywistej aktywności umysłowej od kłapania szczękami.

A co jest rzeczywistą aktywnością umysłową? (Z)
Na to pytanie odmawiam udzielenia odpowiedzi.
Pozostawiam ją aktywności umysłowej czytelnika. (I)




Więcej podobnych tekstów z dodatkiem adrenaliny w mojej książce 

"ADRENALINA, czyli antologia przeciwnych poglądów"

Monday, June 17, 2024

Patriotyzm jako choroba psychiczna (z cyklu tekstów z adrenaliną)

     JAK to było możliwe, żeby Amerykanie dali się tak zaskoczyć w Pearl Harbor? W pięćdziesiątą rocznicę to pytanie pojawiło się po raz kolejny na pierwszych stronach amerykańskich magazynów, a wewnątrz tychże magazynów pojawiły się rozwlekłe próby odpowiedzi. W jednym z takich rozwlekłych artykułów, zamieszczonym w tygodniku „Newsweek", znalazłem następujące zdanie: Amerykanie nie traktowali zbyt poważnie zagrożenia japońskiego, bo uważali Japończyków za małych żółtych ludzików z ryżowych pól, którzy nie umieją nic porządnie zrobić. Wbrew pozorom ocena ta była jak najbardziej trafna, a skutki, jakie przyniósł atak na Pearl Harbor, jedynie ją potwierdzają. Ta wspaniała akcja japońskiego lotnictwa był jednym z najgłupszych posunięć w historii wojen, czymś w rodzaju udanego odgryzienia tygrysowi czubka ogona. Przecież w wyniku tej akcji Japończycy nie zdołali nawet zająć Hawajów! Jedynie szaleniec mógł w ten sposób rozpoczynać wojnę. Czy boski monarcha Hirohito, dzielny generał Tojo, liczni doradcy i jeszcze bardziej liczni wykonawcy szaleńczego rozkazu byli chorzy psychicznie? Na czym polegała ich choroba?

Patriotyzm. Gotowość oddania „ku chwale ojczyzny" nie tylko życia, ale wszystkiego łącznie z rozumem. Za wszelką cenę udowodnić światu, że Japończycy nie są małymi żółtymi ludzikami z ryżowych pól, którzy nic nie umieją porządnie zrobić. Pragnienie tak silne, że nawet tym, którzy byli podobno najlepiej poinformowani i którzy powinni podejmować rozsądne decyzje - odebrało zdolność logicznego myślenia i wyciągania wniosków z posiadanych informacji. Nie wyszli na pajaców tylko dlatego, że całe to ich przedsięwzięcie okazało się krwawą jatką.

PEWNA moja poznańska przyjaciółka nosząca rdzennie słowiańskie nazwisko zarówno panieńskie, jak mężowskie, nie znająca słowa po niemiecku i w latach siedemdziesiątych zaklinająca się, że ona by nigdy Ojczyzny nie opuściła - w połowie lat osiemdziesiątych wyjechawszy na wycieczkę do RFN, podpisała volkswagenlistę i wczasując w obozie dla uchodźców, zaczęła ryć słowniki, twierdząc, że jest Niemką. Mówiła do mnie: Zrobiłam to tylko dla dzieci. TAM nie ma przyszłości... znane teksty. Zachowanie mojej przyjaciółki jest zupełnie normalne, ostatecznie kombinuje się wykorzystując istniejące przepisy. Dziabnięci są ci, którzy te przepisy wymyślili i jeszcze je podtrzymują. Przepisy, wedle których praktycznie każdy rdzenny mieszkaniec Poznania mógłby, zapragnąwszy volkswagena, pojechać do Vaterlandu i wyznać w odpowiednim urzędzie, że ma niemiecką świadomość narodową i tylko nie umie po niemiecku, bo został wynarodowiony.

ROŻNI chrześcijańskonarodowcy i inni polityczni Polacy-katolicy twierdzą, że zwalczają aborcję, ponieważ ich chrześcijańskie sumienie podpowiada im, że nie wolno zabijać żadnej istoty ludzkiej. Ciekawe, że ci sami panowie nie rozpętali jak dotąd kampanii na rzecz rozwiązania armii. Przecież skoro chodzi im o niedopuszczalność zabijania, to te dwie sprawy winny być nierozerwalnie powiązane. Odpowiedź, oczywiście, wszyscy znamy: armia jest potrzebna dla obrony Ojczyzny oraz do innych działań, przynoszących Ojczyźnie chwałę. Ku chwale Ojczyzny wolno sobie odpuścić chrześcijańskie sumienie. Znów mamy do czynienia ze ślepotą patriotyczną. Ślepotą, która nie pozwala dostrzec najoczywistszych absurdów i najjaskrawszej hipokryzji. Przypuszczam, że panowie ci obraziliby się, gdyby ich nazwać hipokrytami. Niezależnie jednak od tego, czy się ich tak nazwie, czy nie - są hipokrytami dokładnie w tym samym stopniu, co domagające się prawa do aborcji feministki-pacyfistki.

NA subkontynencie indyjskim pojęcie „narodu" nie istnieje. Istnieje mnogość języków, ale nigdy w historii nikt nie miał takiego pomysłu, żeby granice polityczne wiązać z językiem ludności. Mieszkańcy kraju Kerala różnią się rasowo i językowo od mieszkańców Radżastanu tak akurat, jak Polacy od ludu Suahili, a przecież nie przeszkadza im to w zamieszkiwaniu jednego państwa. Znacznie ważniejszy jest podział ludności na tych, którzy jedzą wołowinę, i tych, którzy wołowiny nigdy nie tkną, prędzej wieprzowinę; wedle tego właśnie kryterium przeprowadzono granice polityczne przez środek Bengalu i Pendżabu, krajów rasowo i językowo jednolitych. Istotny jest także podział ludności na tych, którzy jedzą wieprzowinę, i tych, którzy nie jedzą żadnego mięsa, a także na tych, którzy noszą całe życie na szyi potrójną nitkę (którą przy siusianiu trzeba przewiesić przez ucho), i tych, którzy jej nie noszą. Ten podział nie wywołuje żądań terytorialnych ze względu na wyjątkowe przemieszanie wymienionych grup ludności, ale problemy takie, jak czy i jaki procent stanowisk w aparacie państwa ma być zarezerwowany dla tych bez nitki albo czy rezerwacją objąć także tych, co mają nitkę, ale jedzą wieprzowinę - stanowią istotny temat debat parlamentarnych, wielkich demonstracji, strajków za i przeciw, a nawet rozłamów w wielkich partiach. Natomiast na środkowoeuropejskie kłótnie o „świadomość narodową" i terytoria z tąż związane mieszkańcy Indii - jeśli w ogóle coś z tego rozumieją - patrzą z politowaniem: „barbarzyństwo".

Dla mieszkańców Indii oczywisty jest fakt, że w Europie mieszkają barbarzyńcy, narodowościowe awantury są tylko jednym z wielu tego barbarzyństwa przejawów. Inny jest fakt, że Europejczykom nie sprawia różnicy, którą ręką jedzą, a którą uprawiają miłość i, co gorsza, podcierają tyłek. Cywilizowany lud subkontynentu wie, że Brahma dał ludziom prawą rękę do dotykania ust, a lewą do dolnych otworów....

DLACZEGO organizacja zrzeszająca państwa nazywa się Organizacją NARODÓW Zjednoczonych? Dlaczego upaństwowienie przemysłu nazywa się NACJONALIZACJĄ? Osobiście dowiedziałem się tego dopiero po kilku latach pobytu w Anglii, kiedy zdałem sobie sprawę, że w języku angielskim nic ma odpowiednika polskiego wyrazu „naród". Nie ma tu w ogóle takiego pojęcia. Słowo nation, które w słowniku znajdziemy pod hasłem „naród", wcale nie oznacza tego samego: nation to jest „niepodległe państwo". Dlatego też „United Nations Organisation" znaczy „Organizacja Zjednoczonych Niepodległych Państw". We wrześniu 1991 roku powstało pięć nowych „narodów": trzy kraje bałtyckie i dwa archipelagi na Pacyfiku. Wedle ONZ-owskiej definicji „naród", by być takowym, musi mieć pięć cech: musi mieć terytorium o ściśle wyznaczonych granicach; musi mieć stolicę; musi mieć międzynarodowy (!) port lotniczy; musi mieć „głowę państwa", czyli człowieka, który odwiedzając inny „naród", będzie podejmowany wedle protokołu dyplomatycznego; i wreszcie musi mieć ambasadora przy ONZ. W ten sposób „narodem" jest w chwili obecnej Czecho-Słowacja oraz wyspa St. Vincent na Morzu Karaibskim, a nie jest nim Tajwan ani Tybet. W ten sposób również wyrażenia „naród radziecki" oraz „naród amerykański" mają sens. Niestety, w normalnym polskim użyciu słowa „naród" wyrażenie „naród amerykański" ma tyleż sensu, co właśnie „naród radziecki".

Albowiem pojęcie narodu nie istnieje w świecie anglojęzycznym. Wiązanie używanego języka z granicami politycznymi czy też z prawem do zamieszkiwania jakiegoś terytorium jest niezrozumiałe dla Anglosasów. Niepodległość Stanów Zjednoczonych nie miała nic wspólnego z językiem ani „świadomością narodową", w grę wchodził jedynie interes ekonomiczny. Brytyjczycy też nie po to budowali imperium, by propagować język; interes ekonomiczny był jedynym motorem. W Szkocji, której stosunki z Anglią tak przecież przypominają stosunki Litwy z Polską, ludność mówiąca po celtycku nie wpadła jak dotąd na pomysł, że tylko ona jest prawowitym właścicielem kraju i anglojęzyczni mieszkańcy Edynburga powinni się wynieść albo zmienić język. W Irlandii jedynym kryterium przy wyznaczaniu granicy między Ulsterem a Republiką była religia, jako że praktycznie wszyscy Irlandczycy mówią w domu po angielsku. Owszem, istnieje w angielszczyźnie słowo patriotism, ale oznacza ono wyłącznie wierną służbę w armii oraz gotowość do śmierci na wojnie. Jakiejkolwiek wojnie, również tej o naftę w Zatoce. W każdym razie działalność Mahatmy Gandhiego nie miała z angielskim słowem patriotism nic wspólnego.

Polskie słowo „naród" nie ma w angielszczyźnie odpowiednika, a używane zazwyczaj w jego miejsce (jeśli mowa jest o tym zjawisku, równie egzotycznym, co indyjskie kasty) słowa people, race lub tribe - są jedynie bliskoznaczne. People oznacza grupę ludzi powiązanych ze sobą czymkolwiek, może być to nawet wspólne miejsce aktualnego przebywania (np. na ulicy), wówczas odpowiada polskiemu „ludzie"; może być wspólne miejsce zamieszkania, wówczas odpowiada polskiemu „ludność"; może być wspólne pochodzenie i język, wówczas odpowiada polskiemu „lud"; ale może też obejmować wszystkich mieszkańców globu, czyli „ludzkość". Słowo race oznacza grupę ludzi powiązanych genetycznie, ale nie językowo, i też nie ma żadnej określonej wielkości tej grupy; może oznaczać typ ludzi zamieszkujących jakąś wyspę czy obszar kraju; może odpowiadać polskiemu „naród", ale tylko w sensie powiązań genetycznych, nigdy językowych (czyli nie da się nikogo „wynarodowić"); może oznaczać grupę ludzi o wspólnym kolorze skóry (i tylko wówczas odpowiada polskiemu „rasa"); i wreszcie może oznaczać cały rodzaj ludzki: human race. Najbliższe polskiemu „naród" jest zapewne słowo tribe, oznaczające grupę powiązaną genetycznie, językowo oraz świadomością wspólnoty jej członków. W słowniku angielsko-polskim pod hasłem tribe znajdziemy oczywiście „plemię", ale jedynym powodem różnicy w znaczeniu słów „plemię" i „naród" w polszczyźnie jest półświadomy rasizm użytkowników tego języka. Jeżeli „plemię" to koczująca z maczugami w dżungli wspólnota pierwotna, której starszyzna zbiera się na narady w szałasie wodza, to z pewnością nie dotyczy to ludu Zulu, który liczy kilka milionów. W każdym razie Anglosasi, z niedowierzaniem obserwując środkowoeuropejskie pyskówki o „świadomość narodową" oraz zaciekłą strzelaninę o spłachetki ziemi, określają to zjawisko słowem tribalism - tym samym, którym określają plemienną politykę krajów Czarnego Lądu.

Obrońcy różnych małych języków zdają się mniemać, że skoro Pan Bóg pod wieżą Babel pomieszał ludziom mowę, to tak powinno zostać. Na chłop­ski rozum jednakże język służy do porozumiewania się i najlepiej jest znać takie języki, którymi mówi maksymalna liczba ludzi. Żadne arcydzieła nie bronią angielskiego (tak nawiasem mówiąc, to użytkownikom tegoż raczej nie przychodzi do głowy, że trzeba go „bronić"), lecz fakt, że mówi nim pół świata. Natomiast owa rola arcydzieł jest wątpliwa choćby z tego względu, że angielski stosunkowo szybko ewoluuje i współczesny Anglik nie rozu­mie nawet Chaucera, a cóż dopiero literatury sprzed najazdu Normanów, która podobno nie miała równej w Europie (a dla kontrastu – współczesny literacki arabski niewiele się różni od języka Koranu). Z drugiej strony to właśnie użyteczność angielskiego przysparza mu arcydzieł. Któż by czytał „Ulyssesa", gdyby James Joyce, za wezwaniem nacjonalistów, pisał po iryjsku? Więcej pewnie miałby czytelników Dylan Thomas, gdyby się zdecydował pisać po walijsku, ale się nie zdecydował. A Joseph Conrad?

Język jest używany do porozumiewania się, jest to oczywiste w przypad­ku języków wielkich, a także takich średniego zasięgu, jak niemiecki czy polski. Nie potrzeba tu żadnej „obrony". Im jednak mniejszy zasięg języka, tym mniej jest to oczywiste i tym bardziej absurdalna obrona. W Kornwalii mieszka około dziewięćdziesięciu ludzi umiejących mówić po kornijsku; założyli oni towarzystwo na rzecz restytucji tego języka i udają, że nie rozu­mieją, jeśli ktoś się do nich zwraca po angielsku.

SPRAWA jest bardzo prosta: we współczesnym świecie użytkownicy małych języków mają bardzo ograniczony dostęp do kultury i nauki. Wiemy, jak trudno w czterdziestomilionowęj Polsce wydawać czasopismo o takim nakładzie, żeby się redaktorzy mieli z czego utrzymać. A jak to zrobić na trzymilionowej Litwie? Albo kogo stać na publikacje naukowe z fizyki w języku Apaczów? Stąd wśród użytkowników małych języków tendencja do dwujęzyczności. A dwujęzyczność trwająca kilka pokoleń powoduje stop­niowe zlewanie się języków.

Języki ewoluują, wszyscy to wiemy. Ewoluują w różnych kierunkach, nie tylko ze staroniemieckiego we współczesny niemiecki, ale także ze staroanglosaskiego, starobrytyjskiego i francuskiego we współczesny an­gielski, z koptyjskiego w arabski albo ze staropomorskiego w Kolonisationsdeutsch. Nie tylko mają do tego prawo; jest to jak najbardziej pożąda­ny rozwój, jeśli funkcją języka ma być porozumiewanie się. Owszem, ist­nieje też inny kierunek rozwoju: z łaciny we włoski, hiszpański i francuski albo ze staroniemieckiego we współczesny holenderski i bawarski. Jest to jednak zupełnie inna kwestia, nie mająca wiele wspólnego z patriotyzmem (chyba że się patrioci zaczną lękać, czy aby górale nie stanowią nowego małego narodu) (albo Ślązacy).

Obrona polszczyzny w czasach rozbiorów należy do zupełnie innej beczki. Polska przedrozbiorowa, mimo wszystkich wad, była społeczeństwem otwartym. Wszystkie trzy państwa zaborcze były wrogami tegoż i walka o Polskę była walką o społeczeństwo otwarte. Niemieckojęzyczny z domu Henryk Dąbrowski odbierał Prusakom Poznań. W momencie trzeciego rozbioru Prusy były państwem niemieckim, którego większość ludności mówiła w domu po słowiańsku. Bismarckowskie przymuszanie do zmiany języka miało zwiększyć liczbę ludności, która identyfikowałaby się z niemieckością i lojalnie służyła w armii; w zaborze rosyjskim sytuacja była w zasadzie podobna. Kto walczył o język polski, walczył o społeczeństwo otwarte. Wyjątkiem był tu Roman Dmowski i jego wielbiciele. Wszystko, co Dmowski robił, miało być „ku chwale ojczyzny", co on sam wielokrotnie publicznie i wielosłownie oświadczał. Tylko że ta polska ojczyzna w jego wizji niewiele się różniła od rosyjskiego carstwa, jedynie język urzędowy miał być polski. Zastraszająco podobna była ta wizja do imperialnych rojeń kaisera Wilhelma oraz jego dalekowschodnich naśladowców.

Dla dobra ludności zamieszkującej jakikolwiek kraj powinno się zdelegalizować wszelką działalność „ku chwale ojczyzny". Nawet pisanie wierszy, jeśli celem jest jedynie uświetnienie ojczystej literatury, stanowi początek choroby psychicznej, która, jeśli nie leczona, w późniejszych stadiach może być bardzo niebezpieczna. Mamy być „drugą Japonią" - mam nadzieję, że nie chodzi o syndrom generała Tojo.

ZAKOŃCZYĆ chciałbym twierdzeniem, które wedle wszelkiego prawdopodobieństwa pobudzi wydzielanie adrenaliny u chrześcijańsko-narodowców, jeśli tacy się znajdą pośród moich czytelników. Oto ono: PATRIOTYZM JEST POGAŃSKIM KULTEM, NIE DO POGODZENIA Z RELIGIĄ CHRZEŚCIJAŃSKĄ. Tak właśnie; Paul Lagarde i Roman Dmowski mieli w tym względzie całkowitą rację: patriotyzm i religia chrześcijańska nie mają ze sobą nic wspólnego. Chrześcijańskonarodowcy, skoro z takim zapałem czytają Pismo święte, powinni się w końcu doczytać, że zadaniem człowieka na ziemi jest szukanie Boga. Patriotyzm jest szukaniem własnej chwały. Własna chwała nie jest Bogiem, lecz bałwanem.



Więcej podobnych tekstów z dodatkiem adrenaliny w mojej książce 

"ADRENALINA, czyli antologia przeciwnych poglądów"



Friday, May 24, 2024

Głos poważny o stanie Kościoła (z cyklu tekstów z adrenaliną)

Tek tekst był publikowany bodaj trzydzieści lat temu w piśmie "Czas Kultury", ale z tego co widzę nie tylko nie stracił aktualności, ale nawet stał się bardziej aktualny. Więc go wywieszam.  


 In loquela enim labii
et lingua altera
loquetur ad populum istum.

Isaias 28,11


Wszyscy to wiedzą: Kościół chrześcijański jest w kryzysie, krukukuku ciup ciup. Większość wiernych, jeśli w ogóle "praktykuje", to albo z przyzwyczajenia, albo sporadycznie, ciaptu śraptu pać pać. Wysokie komisje biskupów i laikatu konferują, jak temu zaradzić, rumugrumu hoc hoc. I to wszystko się dzieje w doniosłej epoce ekumenizmu, hosaboda kerc kerc. Kiedy przedstawiciele poszczególnych Kościołów w komisjach mieszanych zaczynają się wreszcie dogadywać, karambara cap cap."Niech nam ustąpią z owego, to my im z tego dogmatu ździebko popuścimy", szuragura chlup chlup. Co rusz, to podpisują jakiś doniosły i epokowy dokument, pokusmaku hork hork. A tymczasem większość wiernych wszystkich tych kościołów całą sprawę olewa, plamuglamu pach pach. Ja też olewam, a dlaczego niniejszym wyjaśnię, wurumburu ponc ponc. Otóż cały ten ekumenizm należałoby zacząć od pytania podstawowego, hosakosa ciap ciap. Zanim się zacznie roztrząsać różnice, należałoby zapytać, dlaczego jestem tym, kim jestem, pirumiru buc buc? Ja na przykład, jako dość typowy Polak, jestem katolikiem, chrupukrupu flam flam. Czyżbym to ja sam wybrał swoją religię, kirażdzira pech pech? Ja osobiście mógłbym najwyżej dokonać wyboru, czy nim pozostać, czy nie, puntachlunta chlap chlap. Ale w jakim stopniu byłby to wybór religijny, poranora kam kam? Obawiam się, że w ogromnej mierze wpłynęłaby nań spodziewana reakcja otoczenia, pakachraka fęk fęk. Co powie rodzina albo znajomi, kipciupipciu szlum szlum. Chęć spowodowania reakcji negatywnej (exemplum bunt pokoleniowy) jest czynnikiem tejże kategorii, fąfudrąfu kuc kuc. Wyboru za mnie, i za cały kolektyw zwany Polakami, dokonał książę Mieszko, pimkadzimka chlam chlam. Dodać tu można wybór tego pokolenia, które po pewnym wahaniu odrzuciło Reformację, pomkuromku chrencz chrencz. Tak więc wyboru dokonał ktoś za mnie, ziukufiuku kjap kjap. Co więcej, decyzja ta była zbiorowa, łyszaczysza joł joł. I cóż to znaczy "być katolikiem", kfękufsęku cyrl cyrl? Czy rzeczywicie chodzi o wyznawanie jakich tam dogmatów, z których większości nie znam, badziambara czum czum? Jak sławetnego FILIOQUE, który to wyraz stanowi nieprzekraczalną barierę między nami a prawosławnymi, łopuwobu dong dong? Sławetnego FILIOQUE, dzięki któremu prawosławna msza jest nieważna, pynczukynczu rkam rkam? A na czym polegał wybór księcia Mieszka, simpucimpu klom klom? Trzeba przyznać, że wybór miał on niewielki, łajakaja rżęc rżęc. Buddyzm czy islam nie wchodziły tu w rachubę, prawdopodobnie ich nie znał, mochlachochla kaj kaj. Do wyboru miał słowiańskie pogaństwo, prawosławie lub katolicyzm, fąrupąru cze cze. Czy książę Mieszek rozważał kwestię słowa FILIOQUE, esokłeso pac pac? Zresztą wtedy jeszcze nie było rozłamu w chrześcijaństwie, kiciuriciu ciup ciup. Czym się kierował książę Mieszek dokonując wyboru, rupugrupu huc huc? Czy rzeczywiście był to wybór religijny, cinamina glap glap? Warto takie pytania sobie zadać, by dostrzec, co jest niewidzialnym ziarnem religii, łuchugłuchu łolp łolp. By oddzielić owo ziarno od kulturowo-językowego ubrania, czoluwolu sojcz sojcz. Społeczeństwo zbiorowo wybiera ubranie, ale ziarna nie może wybrać, dziamadżama fech fech. Kto identyfikuje ubranie z ziarnem ten jest głupi, amagama flojd flojd. Kto zmienia chrześcijaństwo na buddyzm lub islam jest strojnisiem zainteresowanym głównie ubraniami, szlopaglopa pon pon. A jak to jest ze zderzeniem Boblii z nowoczesną nauka, pymciurymciu kąch kąch? Czyżby istniał konflikt pomiędzy historią o Siedmiu Dniach Stworzenia a teorią Wielkiego Bum, ryrugryru szksyp szksyo? Tylko dla literalistów, ale to już ich własna wina, ajobrajo szajb szajb. Aby nasze chrześcijaństwo było wiarą, a nie obsesyjnym obstawaniem przy absurdalnym twierdzeniach, musimy uznać parę rzeczy za możliwe, chułowuchło Ach Ach. Na przykład że twórcy Biblii używali metaforycznego języka do opisania podstaw ludzkiego bytu, pynczagyncza dżork dżork. Język dzisiejszej nauki wówczas nie istniał, jowadżowa lełb lełb. Istniał natomiast język mitu i był zrozumiały dla ówczesnego słuchacza, pąchucząchu kuf kuf. Możliwe, że użyli metafory nadając Najwyższemu postać OSOBY, pakachraka chęch chęch. Mogli być świadomi, że Przekraczający Wszystko nie da się zamknąć w definicji osoby, łoszuczoszu kroszp kroszp. Że owa osoba to jedynie postać, w jakiej się jawi mizernemu człowiekowi, siaładrała łolp łolp. Jeśli nie chcemy uznać autorów Księgi Rodzaju za głupców, to musimy to uznać za wysoce prawdopodobne, siąpudrąpu kol kol. Dosłowne odczytywani takich tekstów jest wysoce niebezpieczne, szympczygrzympczy kęch kęch. To ono właśnie doprowadza do takich sytuacji, jak konfrontacja Jezusa z faryzeuszami, jojkukrojku phu phu. Dosłowne odczytywanie Genesis mogło ujść bezkarnie w średniowieczu, przy ówczesnym stanie wiedzy przyrodniczej, kałchaprałcha bukt bukt. Dziś doprowadza do takich absurdów, jak kazania amerykańskich pastorów przeciwnych teorii Darwina, jambadżamba phikr phikr. A cóż to znaczy, że Jezus z Nazaretu jest Bogiem, pimpuglimpu khon khon? Zwolennicy muzyki Boba Marleya uważają, że cesarz Haile Sellasje jest Bogiem, rastapasta aj aj. My, dumni Europejczycy, możemy uznać że Murzyni z Jamajki są niedouczeni, kłuftudłuftu wołchr wołchr. Ale co zrobić ze zwolennikami muzyki Erica Claptona, którzy twierdzą, ze to Eric Clapton jest bogiem, szlajpugrajpu kanch kanch? Przecież to są w większości najbielsi Anglicy, często po uniwerku, łajmapajma wramp wramp. Może to wszystko jest figurą retoryczną, a głupi jesteśmy my, biorąc ja dosłownie, purkuchueku kłach kłach? Chrześcijanin, będąc otwartym na dialog z człowiekiem innego wyznania, musi przyjąć pewną możliwość, khęsużwęsu furch furch. Że mianowicie z deifikacją Jezusa było tak jak z deifikacją Erica Claptona, cuguwnugu tyrp tyrp. Że uczniowie Jezusa świadomie używali metafory nazywając go Bogiem, peroźmero ćfosz ćfosz. Pamiętać też trzeba o zmianie znaczenia słów w ciągu wieków, ciakufaku tosp tosp. Na przykład „Chrystus” i „Mesjasz” nie znaczy „zbawca”, ale „pomazaniec”, czyli król, kilofilo zycht zycht. Biblia używa też pięknej metafory Boga: WIATR, woszfażoszfa hiu hiu. Rozumieli to pierwsi tłumacze tej księgi na poslki używając słowa DUCH, czyli PODMUCH, żurazbura wło wło. Słowo jest dziś to samo, tylko znaczenie się zmieniło, turtagmurta kjik kjik. Podkreślam: TRZEBA PRZYJĄĆ MOŻLIWOŚĆ, nie wymaga to odrzucenia nauki Kościoła, ciurkupsiurku kfąp kfąp. Bez przyjęcia tej możliwości – z wyznawcą islamu będziemy mieli nie dialog, lecz pyskówkę, siawszodziawszo kum kum. Taką jak między feministką a antyaborcjonistką, masturbastu aj aj. Czyli macanie się przez ścianę, cuckufucku ga ga. Chrześcijański teolog, jeśli czyta Koran, to nie po to, by w nim szukać Prawdy, rojagnoja jeb jeb. Chrześcijański teolog, jeśli go czyta, to po to by udowodnić, że w nim Prawdy nie ma, achrapachra kfok kfok. Jest to dokładnie to samo podejście, co wojującego ateisty czytającego biblię, kimudzimu furż fyrż. Nie jest to podejście uczciwe i jako takie nie jest chrześcijańskie, czyczykryczy uchp uchp. A jeśli jest chrześcijańskie, to chrześcijaństwo nie jest dla uczciwych ludzi, pajugaju szcap szcap. Prawdziwy ekumenizm musi wykraczać poza chrześcijaństwo, sumbanumba czwatr czwatr. Wewnątrzchrześcijański ekumenizm jest tylko formą myślenia plemiennego, dzieli świat na "swoich" i "obcych", chrumkubrumku py py. A w mojej małej główce nie chce się zmieścić "ekumenizm" wykluczający żydów, szunumunu yp yp. Czyżby Jezus z Nazaretu był chrześcijaninem, a nie żydem,lasaw lasaw saw? Na koniec chciałbym przestrzec przed zbyt poważnym traktowaniem powyższego tkstu, lakaw lakaw kaw kaw. Traktowanie wszystkiego poważnie bardzo utrudnia rozumienie, zeer zeer szam.


Więcej podobnych tekstów z dodatkiem adrenaliny w mojej książce 

"ADRENALINA, czyli antologia przeciwnych poglądów"

Friday, May 10, 2024

Skąd będzie następny Bob Marley?

 

Dom w Dangriga
Nad Morzem Karaibskim odwiedziłem czarnych Indian.

Czarni Indianie? A kto to taki? Brzmi to trochę jak średniowieczna legenda o lotofagach albo monopedach. A jednak to prawda – istnieje szczep ludzi o czarnej skórze i murzyńskich rysach twarzy mówiących indiańskim narzeczem. Narzecze to należy do grupy języków karaibskich. Gdzie mieszka ten szczep? Nad Morzem Karaibskim oczywiście. A tak naprawdę to Morze Karaibskie od tego właśnie szczepu wzięło swoją nazwę.

Lud ten mieszkał niegdyś na archipelagu Małych Antyli, gdzie przybył z Ameryki Południowej pływając po morzu w dłubankach. Przed przybyciem Kolumba istniała stała komunikacja pomiędzy Indianami obu Ameryk za pośrednictwem dłubanek. Indianie mieszkający na Antylach pierwsi zetknęli się z przybyszami zza oceanu i najwcześniej narażeni byli na choroby, na które nie byli odporni, wobec czego większość z nich wymarła. Większość ale nie wszyscy. Na wyspie St. Vincent ostał się szczep, który trzymał się zdrowo i aż do końca XVIII wieku stawiał opór Brytyjczykom. Brytyjczycy twierdzili, że to ich wyspa, acz Karaibowie mieli na ten temat inne zdanie. A trzymali się zdrowo dzięki zbiegowi okoliczności – obok wyspy przechodził szlak żeglugowy z Afryki i zdarzało się, że statek pełen czarnych niewolników się rozbił. Tacy czarni rozbitkowie uciekali w głąb wyspy i z czasem mieszali się z pierwotnymi mieszkańcami. Ich potomkowie byli bardziej odporni na nowe choroby niż czystej krwi Indianie, zatem większa było szansa, że przetrwają epidemie. Ci potomkowie wyglądali jak Murzyni, ale mówili językiem matek, czyli indiańskim narzeczem z grupy języków karaibskich.

Świątynia Garifunów w Dangriga
Pod koniec XVIII wieku Brytyjczycy ostatecznie spacyfikowali wyspę. Wodzem Karaibów, zwanych też Garifunami, był Joseph Chayoter, który się opierał Brytyjczykom aż do 1795 roku. Garifunowie zostali pokonani, a ponieważ Brytyjczycy nie chcieli mieć Indian wyglądających jak Murzyni na wyspie, na której czarni niewolnicy mieli uprawiać trzcinę cukrową – wszystkich wolnych Garifunów załadowano na statki i wywieziono na wyspę Roatan u wybrzeży Hondurasu, wówczas hiszpańskiego. 12 kwietnia 1797 roku – Garifunowie pamiętają tę datę do dziś – kilka tysięcy Garifunów wylądowało na wyspie Roatan. Władze Hondurasu zaakceptowały nowych przybyszów i pozwoliły im osiedlić się na wybrzeżu Hondurasu. Garifunowie to był lud rolniczy, podobnie jak mieszkający w głębi kraju Majowie, tyle że tradycyjną uprawą była nie kukurydza, jak w przypadku Majów, lecz maniok, od wieków uprawiany przez ludy wschodniego wybrzeża Ameryki Południowej. Z czasem część Garifunów osiedliła się na wybrzeżu Belize – wówczas kolonii brytyjskiej.

 Jadąc do Belize nie wiedziałem o nich wiele ponad to, że są i że mieszkają między innymi we wsi Dangriga. W Belize City chciałem znaleźć jakąś literaturę na ich temat. Wiedziałem że są jakieś książki wydane w Belize, bo w internecie znalazłem autorów i tytuły, ale nie można było ich kupić w żadnej internetowej księgarni. Więc gdzie można je dostać, jeśli nie w Belize City – największym mieście kraju? Problem jednak się pojawił, kiedy zacząłem szukać księgarni, nikt w mieście nie potrafił mi takowej wskazać. Anglikańska pani ksiądz w katedrze powiedziała mi, że powinienem szukać w spożywczym supermarkecie, tam jest półka z książkami. Półka istotnie była, na niej kilkanaście tytułów, w tym parę na temat Belize, również o Garifunach. Dobrze.

Po południu tego dnia jadę do Dangriga i zatrzymuję się w hotelu nad samą plażą pod palmami. Rano od strony morza płyną ciężkie chmury, pada, więc dyndając na werandzie w hamaku czytam nowo nabyte książki. W jednej z nich wyczytuję, że każda wieś Garifunów ma swoją świątynię, w której odbywają się obrzędy ku czci zmarłych przodków. Pytam mojej gospodyni czy w Dangriga też jest taka świątynia. 

Wnętrze świątyni Garifunów
„Jest jest, po drugiej stronie rzeki nad samym morzem. Wygląda trochę jak szopka z desek, ale nic innego tam nie stoi więc ja znajdziesz bez trudu. Ja tam nigdy nie byłam, ja w to nie wierzę. Też jestem Garifuna, ale jestem metodystką i nie wierzę w duchy przodków które przychodzą i trzeba im dawać jeść. Ale katolicy tam chodzą. W Dangriga większość mieszkańców to katolicy.”

Idę na drugą stronę rzeki, znajduję ową szopkę. Jedno okno otwarte, zaglądam, nagle z pobliskiego domu ktoś wyskakuje i raczej nieprzyjaźnie pyta:

„Czego tu szukasz? Kto otworzył to okno?”

Oczywiście nie ja. Pytam czy można wejść do świątyni. 

„Jak ci pozwoli buje, ale go teraz nie ma”, mówi i odchodzi. A więc nie jestem mile widziany. Tegoż dnia około południa posilam się w kafejce nad brzegiem rzeki. Tam na ścianie wisi plan Dangriga, widzę na nim zaznaczoną świątynię obok której przed chwilą byłem, ale po drugiej stronie wsi zaznaczona jest jeszcze jedna. Idę tam też sprawdzić.

W Dangriga, jak zresztą w całym Belize, wiele domów jest na wysokich betonowych palach, tak że parteru nie ma, tylko pierwsze piętro, a parter to w zasadzie podwórze. Pod jednym z takich domów stoi grupka ludzi. Jakaś kobieta woła do mnie:

„A ty czego tu szukasz?”

Mówię, że wedle planu gdzieś tu powinna być świątynia.

„Chodź ze mną, pokażę ci. Jestem Monika.”

Prowadzi mnie do sąsiedniego domu, który różni się od innych domów we wsi. Kryty ogromną strzechą, ściany drewniane, przewiewne. Takie było tradycyjne budownictwo Garifunów, którego dziś już w Dangriga nie widać. Monika przedstawia mnie stosunkowo młodemu człowiekowi imieniem Kelvin.

„Kelvin jest buje tej świątyni. Buje to najwyższy kapłan. Jeśli coś chcesz wiedzieć, to najlepiej pytaj jego.”

Bębniści Garifuna
Kelvin chętnie pokazuje mi świątynię. Wnętrze podzielone jest na trzy pomieszczenia. Jedno wielkie, z polepą posypaną świeżym piaskiem, pośrodku palenisko i wielki kocioł. Tu odbywają się ceremonie z muzyką i tańcami, to jest pomieszczenie dla kongregacji. W drugim, dużo mniejszym, przechowywane są święte bębny, tam też mieszka stróż przebywający tu stale. Trzecie, najmniejsze, to sanktuarium, w którym jest ołtarzyk, a przed ołtarzykiem rozwieszony jest hamak. W tym hamaku spoczywa buje, kiedy przemawiają do niego duchy przodków. O ołtarz oparte są trzy laski, jedna należy do obecnego buje, druga reprezentuje jego pradziada, a trzecia pra-pra-pra-przodka, pierwszego buje w historii. Na ołtarzu kilka figurek najzupełniej katolickich świętych. Największa przedstawia świętego Michała depczącego gadzinę. 

„Czy mógłbym zrobić zdjęcie?” pytam.

„Nie wiem, muszę spytać przodków, ale ty musisz na chwilę wyjść.”

Po chwili buje wychodzi, skrapia próg wodą i mówi, że przodkowie nie mają nic przeciw. Świetnie.

Monika mówi, że powinienem posłuchać ich muzyki, prowadzi mnie do klubu, gdzie dziś wieczór ma być wielkie bębnienie. A jak postawię chłopakom drinka, to może zagrają i teraz. Na okazję mojego przybycia klub się otwiera, wytaczane są bębny. Stawiam chłopakom flaszkę rumu, łomocą bębny, grzechotki, ksylofon z żółwich skorup. W bębny uderza się dłońmi, rytm robi wrażenie afrykańskie, ale śpiew przypomina trochę pieśni śpiewane na powwow u Odżibwejów. Pieśni są oczywiście w indiańskim narzeczu Garifuna. Po chwili skądsiś pojawia się druga flaszka i chłopcy zaczynają być bardzo weseli, plotą trzy po trzy. Zaczynam podejrzewać, że wieczorem nie będą w stanie bębnić. 

Kilka osób we wsi namawia mnie do odwiedzenia galerii Pena Cayetano. Z tym nazwiskiem zetknąłem się szukając informacji o Garifunach w internecie. Wyczytałem tam, że jest to muzyk pochodzący z Dangriga, ale obecnie mieszkający w Niemczech. Okazało się to nieprawdą, Pen po kilkunastu latach mieszkania w Niemczech wrócił do Dangriga razem ze swoją niemiecką żoną. Tu ma galerię, bo jest również malarzem, i to całkiem dobrym. Płótna trochę w stylu ekspresjonizmu, znakomite kompozycje, temat – życie ludu Garifuna. Ma też oczywiście nagrania. Puszcza mi najpierw grupę tradycyjnych bębnistów, potem swoją własną muzykę, opartą na tradycyjnych rytmach, ale zaaranżowana dla współczesnego słuchacza. 

„Punta rock. Nie znasz? Muzyka Garifunów.”

Nie znam. Sprzęt taki sobie, trochę trzeszczy. Indiańsko-murzyński rytm, indiański język. Pen ma mnóstwo płyt, wszystko to muzyka Garifunów, śpiewana w większości w ich języku, ale znakomite utwory. Wygląda na to, że w tym zakątku świata nastąiła niedawno eksplozja muzyki w nowym stylu.

Może następny Bob Marley będzie gdzieś stąd?


Pen Cayetano z autorem


Wednesday, April 24, 2024

Słynny Podróżnik a Zenon z Elei

 

Posłuchajcie...

Pewnego dnia byłem w szkole. To samo w sobie nie było niezwykłe, ponieważ byłem w tej szkole uczniem. Było to oczywiście bardzo dawno temu. Wtedy też były modernizacje programu i w ramach takiej modernizacji wprowadzono nam do programu astronomię. Oczywiście żaden z nauczycieli nie studiował astronomii, wobec tego na osobę, która miała nam ten przedmiot wykładać, wyznaczono panią od biologii. Na pierwszej lekcji miało być coś o przewrocie kopernikańskim, zgłosiłem się do odpowiedzi i zacząłem opowiadać o systemach Kopernika, Tycho Brachego, Keplera itd. Przy którymś systemie pomyliłem nazwiska i kapnąłem się dopiero po chwili, ale pani ani nie mrugnęła okiem. Skoro tak, to doszedłem do wniosku, że pani nie ma pojęcia o czym mówię. A skoro nie ma pojęcia, to ja mogę opowiadać co chcę. Zacząłem więc te wszystkie nowożytne systemy (Kopernika, Tychona, Keplera) przypisywać zapoznanym mędrcom starożytności. Pamiętam, że system Tychona Brachego przypisałem Zenonowi z Elei, tylko że (jak twierdziłem) starożytnemu mędrcowi wtedy oczywiście nie uwierzono. Zastanawiałem się nawet, czy jakiegoś systemu nie przypisać Sedesowi z Bakelitu, ale pomyślałem sobie, że wtedy pani mogłaby się kapnąć. Tak że Sedesa z Bakelitu przemilczałem, pani się nie kapnęła i dostałem najwyższą z możliwych ocen (wtedy to była piątka). 

MORAŁ

Jak ktoś nie ma pojęcia, o czym mówisz, to mu możesz wcisnąć cokolwiek. Na przykład redakcje wydawnictw przecież nie podróżują, nie odwiedzają dzikich plemion w dżungli, więc jeśli chcesz wydać książkę podróżniczą, to możesz napisać, że byłeś u dzikich Indian i opisać wszystko, ze szczegółami. To, że tam wcale nie byłeś, nie będzie miało żadnego znaczenia, przecież nikt tego nie będzie sprawdzał. Zwłaszcza nie będzie sprawdzał, jeśli zadeklarujesz, że nie chcesz żeby przyjeżdżały tam chmary turystów, więc nie podasz namiarów.  Możesz czasem podać nazwę szczepu, ale musi ona być tak egzotyczna, żeby szansa, że jakiś czytelnik będzie wiedział o kogo chodzi, była minimalna. Nawet jeśli ktoś będzie wiedział o kogo chodzi to szansa, że zapląta się także przy jakiejś okazji nad na przykład rzekę Uaupes - będzie jeszcze bardziej minimalna. Praktycznie nie będzie takiej szansy. 

Mam wrażenie, że dokładnie tak robi pewien polski Słynny Podróżnik. W dodatku na okładkach książek Słynnego Podróżnika jest napisane, że jest on z wykształcenia antropologiem. A tymczasem na kartach jego książek widać kompletny brak zainteresowania kulturą widzianych ludów. Chwilami niewiarygodny brak. 

Słynny Podróżnik napisał parę książek o "dzikich Indianach" z amazońskiej dżungli. Wszyscy oni chodzą na golasa i żyją z polowania, tak jak dzicy Indianie z dżungli powinni. Wszyscy są tak naprawdę tacy sami, w dodatku chyba mówią jednym językiem, w którym słowo pinga oznacza męskie genitalia, pinga pinga to stosunek seksualny, a pachamama to naczelne bóstwo. Ci Indianie z kart książek Słynnego Podróżnika pasują idealnie do naszego wyobrażenia o "dzikich Indianach" z dżungli.  Pasują też idealnie do wpojonego nam przez marksistów wyobrażenia o "wspólnocie pierwotnej". Takie wyobrażenie jest użyteczne, daje poczucie, że w końcu jesteśmy lepsi, nie jesteśmy wspólnotą pierwotną. Tyle, że jest to wyobrażenie fałszywe. 

Amazońscy Indianie to w ogromnej większości rolnicy. Pisałem już o tym kiedyś, nawet na tym blogu: "Dlaczego Indianie w dżungli chodzą rozebrani?"

Indianie żyjący z polowania owszem są, ale żeby ich znaleźć, trzeba się dobrze naszukać. Słynny Podróżnik na pewno ich nie znalazł. Nawet nie wie o ich istnieniu. To, że nie wie, wiem ja, a to dlatego, że demonstruje na każdym kroku brak dociekliwości, zastanawiający jak na antropologa. 

Nic nie wie (na przykład) o Garifunach, mimo że (jak pisze, na stronie 135 jednej ze swoich książek) był w Belize. Pisze on tam, że to kraj zamieszkały w przeważającej części przez czarnoskórych potomków niewolników, zbiegów z Jamajki i Kuby. Jest to zdumiewająca konstatacja dowodząca, niestety, braku jasności myślenia. No bo jak ci zbiedzy mogli się do Belize dostać? Samolotów nie było w czasach, kiedy na Jamajce i Kubie byli niewolnicy, a statki wtedy należały raczej do właścicieli niewolników, niż do owych zbiegów. Ja też byłem w Belize i zgadzam się, że tam widać na ulicach ludzi o ciemnej skórze i rysach murzyńskich, tylko ja się dowiedziałem, że ci niby Murzyni mówią  indiańskim językiem Garifuna. Ich historia jest fascynująca, ale Słynny Podróżnik nic o nich nie wie. (Pisałem już o nich w piśmie "Nowy Czas" wydawanym po polsku w Londynie, ale na blogu mam tylko wersję angielską: "Where will the next Bob Marley come from?") (już jest i po Polsku: "Skąd będzie następny Bob Marley?")

No dobrze, nie wie. Przeciętny turysta z Polski też by nie wiedział. Tylko że Słynny Podróżnik nie jest przeciętnym turystą. Na okładkach swoich książek przedstawia się jako z wykształcenia antropolog. Więc antropolog z wykształcenia jedzie do Belize i nic nie wie o Garifunach, Indianach wyglądających jak Murzyni? Jakby mało ciekawski ten antropolog. To prawda, w Belize nie ma księgarń, książki można kupić tylko w supermarkecie, jest tam niewielka półka z książkami w ilości może 15. Z tych książek pewnie jedna trzecia (czyli pięć) jest o Garifunach. Wszystkie są po angielsku, ale ktoś, kto ma dom w Arizonie (a Słynny Podróżnik twierdzi, że ma), zna chyba również ten język? Najwyraźniej Słynny Podróżnik nie był w tym supermarkecie, a nawet jeśli był, to na półkę z książkami nie popatrzał. 

To prawda, nie byłem wszędzie tam, gdzie był Słynny Podróżnik, ale jestem też obieżyświatem i w niektórych miejscach byłem. Na przykład byłem nad rzeką Uaupes, czyli tam, gdzie Słynny Podróżnik spotkał swoich najdzikszych Indian z plemienia Carapana (ja byłem wprawdzie po brazylijskiej stronie granicy, Słynny Podróżnik był po kolumbijskiej, ale to bardzo blisko, a Indianie są ci sami). Słynny Podróżnik nie chce podawać namiarów gdzie był, ale podał nazwę szczepu, tak że wiem o kim mowa. No i nie mogę się nadziwić, bo ja zwróciłem uwagę na zupełnie inne rzeczy. Tak naprawdę to zdumiewa mnie, że Słynny Podróżnik nie zwrócił uwagi na te właśnie rzeczy. 

Ale o konkretach: w rejonie rzeki Uaupes (Vaupes po hiszpańsku) mieszka kilka plemion z grupy Indian Tucano. Jedno z tych plemion nazywa się Carapana. Otóż wszyscy Indianie Tucano to rolnicy uprawiający maniok i (do niedawna) mieszkający w wielkich malokach. Rzeczą, która natychmiast rzuca się w oczy, ponieważ jest tak niespotykana, jest to, że młodzi mężczyźni nie mogą sie żenić z dziewczętami z własnej wsi, ponieważ żona musi mówić innym językiem. (Pisałem o tym kiedyś w "nowym Czasie", a artykuł tym razem jest po polsku na tym blogu: "Z kim mogą się żenić Indianie Tucano?").

Ale druga rzecz jest nawet bardziej uderzająca: niewolnicy. Ta "wspólnota pierwotna" posiadała niewolników z innego szczepu. Ten szczep nazywa się Hupida lub Maku i wprawdzie mówi innym językiem, ale w żadnym razie żona nie może być Hupida, którzy są u wszystkich Tucano w wielkiej pogardzie. Hupida pracują u Tucano na polach manioku i chodzą na polowania do lasu, a Tucano nazywają ich niewolnikami. Dopiero nowoczesne republiki zakazały tej praktyki.  Należy się domyślać, że ci Carapana, co są poza zasięgiem nowoczesnych republik, nadal tych niewolników mają. A może prawo nowoczesnej republiki jednak tam obowiązuje, niewolników już nie ma i Carapana muszą sami chodzić na polowania? 

Najbardziej mnie zdumiał inny fragment. Otóż Carapana podobno nie mają kontaktu z cywilizacją; Indianin który "upolował" Słynnego Podróżnika nigdy nie widział białego człowieka i musiał dotykowo sprawdzić, że to mimo wszystko jest facet. Przyniósł go do wsi, gdzie były problemy z porozumienem, bo tylko dwóch Indian we wsi znało hiszpański. W dodatku jednym z tych dwóch miał być ten łowca, co to nigdy białego człowieka nie widział (na stronie 20 jednej z książek Słynnego Podróżnika). 

Jeśli ktoś z was przypuszcza, że brzmi to niewiarygodnie, to chyba przyznam mu rację. Mówiąc szczerze to przypuszczam, że Słynny Podróżnik opowiada trochę tak, jak ja opowiadałem mojej pani od astronomii o Zenonie z Elei. Pani nic nie wiedziała o Zenonie, redakcje wydające książki Słynnego Podróżnika też nic nie wiedzą o Caparanach. I nie sprawdzą. 

A mogłyby. Niektóre rzeczy można sprawdzić w internecie, wcale nie trzeba jeździć nad Uaupes ani do Belize. 

Na przykład: na stronie 160 jednej ze swoich książek Słynny Podróżnik pisze, że był w Copan i widział tam świeżo odkryte malowidła starożytnych Majów. Tu mi coś kliknęło, bo ja wprawdzie nie jestem ani archeologiem ani antropologiem, ale mam pewne pojęcie o ruinach Majów i nigdy nie słyszałem o malowidłach w Copan. Więc sprawdziłem w internecie i okazało się, że miałem rację: nie znalazłem żadnej informacji o malowidłach w Copan. Więc albo trzymają je tam w wielkim sekrecie i Słynny Podróżnik był rzeczywiście jedną z niewielu osób, które te malowidła widziały, albo - co bardziej prawdopodobne - żadnych malowideł w Copan nie widział, a pewnie tam wcale nie był. 

MORAŁ

Przecież nikt nie sprawdzi. Nawet jeśli jakiś obieżyświat trafi nad Uaupes, to sobie może tekst o tym wywiesić na swoim rzadko przez kogo odwiedzanym blogu. A nawet jeśli ktoś ten blog odwiedzi, to niby dlaczego miałby jego autorowi wierzyć? Przecież Słynny Podróżnik jest Słynnym Podróżnikiem, a mało komu znany blogger tylko mało komu znanym bloggerem.


P. S. Zobaczymy, czy jakieś nożyce się odezwą.